„Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #19

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

Aspirant Bartosz Macerak rzeczywiście przybył pod budynek szpitala bardzo szybko, w pół godziny od telefonu inspektora. Madej czekał na niego przed wyjściem. Wsiadł na miejsce pasażera i powtrzymał dłonią aspiranta, który właśnie zabierał się składania raportu.

– Później. Masz drugi samochód? – spytał.

Macerak pokazał na włączone reflektory pojazdu na drugim końcu skweru.

– Ale, panie Florianie, nie wiem, czy to najlepszy pomysł. To, co się dzisiaj działo w mieście… Komendant Pliszka biegał po całym gmachu i pomstował na wszystkich, jakby to u nas na Mogilskiej znajdowało się źródło tej całej katastrofy. Na pana też. Za to, że pana nie ma. Kiedy pan wróci?

– Nie wiem. Później sobie pogwarzymy, teraz jest robota.

Przyjrzał się krytycznie swojemu pomocnikowi, po czym sięgnął po swoją staroświecką torbę, z którą wyglądał jak księgowy z fabryki zabawek, i zaczął wyjmować ubrania: koszulkę, spodnie i bluzę z kapturem.

– Słuchaj, Bartek, trzeba wyciągnąć tego profesorka z oddziału zamkniętego. Ubierz się w to.

Ignorując protesty aspiranta zaczął mu rozpinać skórzaną kurtkę. Kilka minut zajęło im naciągnięcie jednych spodni na drugie. W trakcie przebieranki Madej tłumaczył Macerakowi:

– Posiedzisz z godzinę, a potem jakby nigdy nic zejdziesz na dół do wyjścia. Może się uda, a gdyby jednak cię chcieli zatrzymać na portierni, powiedz prawdę, że jesteś tym drugim policjantem i wychodzisz, bo skończyłeś robotę. Jakby się dopytywali, co to za robota, powiedz, że to tajemnica służbowa i nie wolno ci zdradzać szczegółów. I im też zabroń mówić. Na wszelki wypadek, to zawsze działa. Tylko pamiętaj, nie wcześniej niż za godzinę od naszego wyjścia. Poleżysz sobie i poczytasz. Profesor na pewno tam ma jakieś mądre książki, dokształcisz się. Jasne?

– A jak ktoś wcześniej przyjdzie?

– Nie wiem, coś wykombinujesz. Zamknij się od środka i nie otwieraj. Udawał głuchego. Albo stukniętego, to w końcu wariatkowo.

Aspirant Macerak skinął głową bez przekonania. Wahał się, czy zadawać następne pytania, które cisnęły mu się na usta, ale inspektor powstrzymał go ręką.

– Później, wszystko później, Bartek. Na razie wyprowadzamy profesora. Gotowy?

www.unsplash.com/Ibrahim Boran

 

Wysiedli równocześnie i zdecydowanym krokiem ruszyli ku wejściu do budynku. Macerak narzucił kaptur na głowę i włożył ręce do kieszeni, żeby wyglądać na pewnego siebie luzaka, co mu się całkiem nieźle udało. Portierowi wyjaśnili, że już mają skompletowane dokumenty i mogą przystąpić do przesłuchania, ale nawet niespecjalnie słuchał. Wgapiał się w telewizyjne powtórki wiadomości z krakowskich wydarzeń sprzed kilkunastu godzin.

Profesor siedział na łóżku. Twarz ukrył w dłoniach i ciężko oddychał. Wygląda nieszczególnie, pomyślał inspektor na jego widok, nie jest wcale pewne, że da radę. Na odwrót było już jednak za późno. Zbyt wiele sobie nawzajem powiedzieli o tej dziwnej i niepokojącej sprawie, która dawno przekroczyła granice nie tylko zdrowego rozsądku, ale i jakiegokolwiek racjonalizmu. Podjęli decyzję o niewiadomym stopniu ryzyka, ale trudną do cofnięcia. W dodatku wynikała ona z jedynego planu, jaki im przyszedł do głowy. Nie było alternatywy.

– Panie inspektorze – zaczął Macerak, kiedy profesor się przebierał. – Nie wiem, jakie pan… panowie macie plany, ale dzisiaj przyszły do nas na komendę dwie kobiety z tej księgarni na Podwalu, co się spaliła przed południem. Koniecznie chciały rozmawiać z panem, ale ostatecznie zgodziły się opowiedzieć mnie. Otóż twierdziły, że widziały tego podpalacza. Mówiły, że kilka razy ostatnio przychodził do nich i zawsze szedł na piętro, gdzie przeglądał stojaki z płytami CD. Opisały mi jego wygląd. Spytałem, skąd wiedzą, że to on, ale nie umiały podać rozsądnego powodu. Po prostu były pewne intuicyjnie. Jak to baby.

– Jak on wyglądał? – spytał nagle profesor. Znieruchomiał z jedną ręką w rękawie bluzy.

– Wysoki, przygarbiony, z długimi siwymi włosami spiętymi w kucyk. Jedna z nich twierdziła, że te włosy były jakieś dziwne. „Rzadkie i szare jak popiół”, tak się wyraziła. Miało to okropnie wyglądać, bo przez te rzadkie włosy prześwitywała różowa skóra. Taka złuszczona i sucha. A twarz miał w plamach i bliznach, jak po oparzeniu.

– Plastyczny opis, nie powiem – stwierdził Madej. – Musiały mu się rzeczywiście przyglądać. I co, namierzyliście go?

– Posłałem ten opis chłopakom z cybersekcji i coś tam z nim kombinują. Niestety, nie ma nagrań z kamer. Wszystkie uległy zniszczeniu w pożarze.

– Super – ucieszył się Madej. – Palą się wszystkie ognioodporne kamery przemysłowe, ale jakimś cudem zostaje płyta z audiobookiem. Jak to możliwe?

– Jakimś cudem… – zgodził się Macerak.

Profesor się nie odzywał, w milczeniu pakując swoje rzeczy do małego plecaczka. Robił to jednak w jakimś napięciu, na zesztywniałych ścięgnach, jakby proste czynności przychodziły mu z najwyższym trudem, co nie uszło uwagi inspektora. Powinni się śpieszyć, zanim facet nie pęknie i się nie rozmyśli. Jako się rzekło, odwrotu już za bardzo nie ma. A wieczność jest niema, buchacha…

Kiedy byli gotowi, inspektor Madej pożegnał się ze swoim podopiecznym mocnym uściskiem ramion.

– Prowadź śledztwo jakby nigdy nic. To znaczy tak, jak trzeba, jak cię uczyłem. Spróbuj znaleźć tego siwego z księgarni, pogadaj z tymi kobietami, niech ci to opowiedzą jeszcze raz. Drugie opowiadanie tego samego to najlepsza weryfikacja. Będziesz od razu widział, gdzie fakty, a gdzie fantazje podnieconych widzów. To podstawa. A później mi wszystko zameldujesz…

– No właśnie – wtrącił Macerak. – Gdzie mam pana szukać?

Niezręczne milczenie nie mogło trwać zbyt długo, więc inspektor je szybko przerwał.

– Ja się do ciebie zgłoszę… w odpowiednim momencie. – Zerknął z ukosa na profesora i szybko dodał: – Jak załatwimy sprawę.

Na tym trzeba było poprzestać, ponieważ każdy następny temat niebezpiecznie zbliżał się do pytania: dokąd i po co wybierają się ci dwaj faceci w środku nocy?

Ucieczka przebiegła zgodnie z planem. Inspektor z profesorem wyszli z budynku szpitala, machając niedbale portierowi na pożegnanie, wsiedli do podstawionego przez Maceraka samochodu i bez problemu opuścili teren szpitala. Do nawigacji wpisali nazwę miejscowości, nie dlatego, że nie znali trasy, tylko by łatwiej poruszać się bocznymi drogami. Nie chcieli kolejnym kontrolom drogowym machać przed nosami policyjną legitymacją Madeja i tłumaczyć, że to misja poufna i niecierpiąca zwłoki. Po ostatnich zamieszkach wszędzie pełno było patroli i blokad na głównych szosach.

– Będziemy tam w środku nocy – mruknął Madej, żeby przerwać ciszę.

Na próżno. Zawijas wciąż milczał i wgapiał się w czarną noc za oknem. W miarę oddalania się od Krakowa samochodów było coraz mniej, aż wreszcie jechali zupełnie sami. Wkoło roztaczały się egipskie ciemności, tylko gdzieniegdzie świeciły pojedyncze domy w oddali, jak duchy przycupnięte wśród pochyłych podbeskidzkich pól. Przydrożne chaszcze w światłach reflektorów rosły, olbrzymiały do budzących lęk rozmiarów i następnie znikały równie szybko, jak się pojawiły. Przebiegł im drogę przerażony zając, rozpaczliwie przebierając łapkami po asfalcie, by wkrótce zniknąć w wysokiej trawie. Płochliwa sarna wyskoczyła z lasu, dobiegła do krawędzi drogi i ostro skręciła z powrotem między drzewa. Raz nawet ogromna sowa zamachała im skrzydłami tuż nad przednią szybą, zanim poszybowała w górę ku gwiazdom. Madej nacisnął hamulec, samochód zatrzymał się nagle na środku szosy. Silnik zgasł, reflektory również. Siedzieli chwilę w zupełnej ciszy. Madejowi zdawało się, że słyszy szum gwiazd nad głową.

– Co jest? – spytał profesor.

– Nie, to moje pytanie. Co jest?

– Nie jedziemy dalej?

– Jeśli już chce pan koniecznie takich dosłownych deklaracji, to proszę bardzo: nie ruszę dalej, dopóki pan nie zacznie mówić.

W ciemnej kabinie wysłużonego opla vectry rozległo się westchnienie. Przez kilkanaście sekund było ono jedynym dźwiękiem, dopóki nie odezwał się profesor.

– Dobrze, powiem. A co chciałby pan wiedzieć?

W tej samej sekundzie, kiedy profesor skończył mówić, niebo przeciął świetlisty meteor. Sunął mocną wstęgą i przed zgaśnięciem wybuchł pomarańczową flarą, już nisko nad horyzontem. Pojawił się dokładnie na wprost, przed przednią szybą samochodu, jakby specjalnie dla nich. W jego śmiertelnej eksplozji było coś dramatycznego i kategorycznego, jak okrzyk, więcej, jak rozpaczliwe wycie ginącego zwierzęcia.

www.unsplash.com/Vincentiu Solomon

Inspektor nagle stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Szarpnął klamkę, wysiadł i ruszył na piechotę z powrotem wzdłuż drogi. Szedł szybko, energicznie, potykając się teatralnie i brnąc w mrok, jakby chciał namacalnie sprawdzić metaforę o gęstości wrześniowej nocy. A noc istotnie była czarna i gęsta jak smoła. Zawijas dogonił go po dłuższej chwili i schwycił za rękaw.

– Proszę wracać.

– Nie.

– Ile pan ma lat?

– Co?!

– Ja mam pięćdziesiąt osiem. A pan?

– Pięćdziesiąt trzy.

– No to ja jestem starszy. Mówmy sobie po imieniu. Olek.

Namacał w ciemności dłoń inspektora i mocno nią potrząsnął. Zaskoczony Madej chciał wyrwać rękę, ale akurat z tyłu nadjechał samochód i oświetlił ich ksenonową bielą. W tej sytuacji szarpanie się dwóch facetów na poboczu, sto metrów za porzuconym pojazdem z otwartymi drzwiami, nie wyglądało najlepiej. Madej zesztywniał.

– Szlag mnie trafi! – krzyknął w górę do rozgwieżdżonego nieba. – To jest przecież jakaś jedna wielka, popieprzona paranoja! Chciałbym, do jasnej cholery, coś z tego zrozumieć! Niech mi to ktoś wreszcie wytłumaczy! Niech ktoś coś w ogóle powie! – Nie czuł się dostatecznie usatysfakcjonowany, więc dorzucił na koniec: – Kurwa wasza mać!

Po wyrzuceniu z siebie nadmiaru napięć inspektor Madej dał się profesorowi objąć za ramię i odprowadzić do samochodu. Kiedy już usiedli na swoich miejscach i inspektor jako tako odzyskał równowagę, jego towarzysz poklepał go po wierzchu dłoni.

– Jedźmy, Florianie. Nie mamy zbyt wiele czasu. Prawdopodobnie bardzo mało.

– To straszne – odparł ze irytacją inspektor.

– Straszne to jest twoje imię. To się jakoś zdrabnia? Chyba nie Florek? Kojarzy mi się z psem z kreskówki… hmm, przepraszam, nie o to mi chodziło.

Zaburczał silnik vectry i ruszyli w ciemność.

– Nie, spoko. Pies może być. Też świnka, albo owieczka. Baran Florian – niezłe, co? Nawet się zgrywa brzmieniowo. Ty na pewno masz na to jakąś fachową nazwę.

– Harmonia zgłoskowa. No to jak cię zdrabniają? Jak żona mówi do ciebie?

– Nie pamiętam, od dawna już nie mówiła.

– No dobra, to ktoś inny. Córka. Nie, bez sensu, córka mówi „papciu”. A mama? Jak wołała mama?

– Głupio.

– No już, nie wstydź się. Obiecuję się nie śmiać.

– Flori.

Profesor zakaszlał, a później jeszcze chrząknął.

– Ale to jak byłem mały. Później zmieniła na Floro. Koledzy podchwycili i zrobili ze mnie hrabiego De Floro.

– Bardzo cię to wkurzało?

– Trochę. Chyba dlatego zostałem policjantem – żeby jak najszybciej dostać broń.

– To jak mam w końcu mówić?

– W pracy wołają Lorek. Jest okej.

Dojechali do skrzyżowania w jakiejś beskidzkiej wsi i w światłach latarni mogli nareszcie po dłuższej przerwie spojrzeć sobie w oczy. Inspektor był zacięty, profesor smutny, ale spokojny.

Przejechali całą wieś i dotarli do krętej serpentyny, ciągnącej się w górę aż do przełęczy. Za ostatni domem skończyły się latarnie i znowu zapadła ciemność. Kiedy wyjechali już całkiem wysoko, Zawijas odwrócił się i spojrzał w dół na światła w dolinie. Wielkie, żółte pogorzelisko. Kołyska niedogasłych gwiazd, które pospadały z nieba. Gniazdo elektrycznych wspomnień.

– Dobra, niech będzie Lorek. No więc słuchaj, Lorek…

– Nie zaczynamy zdania od „no więc”.

– Ale jak ktoś wie, to już może. Trochę jak z tymi widelcami i rybą. No więc słuchaj, Lorek, to nie będzie łatwe, ponieważ jednak dalej będzie tylko gorzej, zacznijmy od razu. Ten facet w księgarni to mógł być Krzysztof. Mój szkolny przyjaciel. Wiesz, wysoki, chudy, zgarbiony, z długimi siwymi włosami. Przyszedł do miasta po mnie. Nie żyje od czterdziestu lat, ale przyszedł. W jakimś sensie to jest on, o ile uda nam się zrobić to, co zaplanowaliśmy. To znaczy, jeśli dotrzemy na miejsce i wejdziemy do starego młyna, gdzie on powinien być. Chociaż go nie ma. Bo to jest coś w rodzaju dowodu, co chcemy zrobić, rozumiesz?

– Nie.

– Tak myślałem. To może zacznę od początku.

I profesor Aleksander Zawijas zaczął opowiadać. Pod koniec szło mu wolniej, z trudem kończył zdania i dłużej dobierał słowa. Inspektor Madej był pewien, że gdyby było widno, zobaczyłby na jego twarzy łzy, jak parę godzin wcześniej zobaczył łzy na twarzy jego żony Magdy. Cóż – gdyby jednak było widno, cała historia pewnie by się w ogóle nie wydarzyła.

Cdn.