„Betatesterzy”, styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

Betatesterzy, osobiście wydaje mi się, że to dość wulgarne określenie. Osobiście wolę sformułowanie – pierwsi czytelnicy, ale już mniejsza z tym. Chodzi mi o te szalenie istotne w procesie powstania książki osoby, które jako pierwsze dostają często surową, niezgrabną wersję dzieła i poświęcają swój czas, żeby je przeczytać, a potem wysłać autorowi swoje uwagi. Dzięki czemu Wy państwo dostajecie dzieło dojrzalsze, pozbawione największych błędów i po prostu lepsze. Mam wrażenie, że za mało się mówi o tych ludziach w dyskusjach o książkach. Dlatego poświęcam im swój dzisiejszy felieton. I napiszę, dlaczego nie korzystam z ich pomocy.

Z mojej perspektywy betatesterzy popełniają jeden, zasadniczy i dyskredytujący ich błąd. Uważają, że naprawdę interesuje mnie ich opinia na temat mojej książki. Żeby była jasność. Rozumiem, skąd się bierze to nieporozumienie. Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej wynika ono z mojej, jako autora, winy. Piszę do kogoś. Proszę o przeczytanie mojej nowej powieści. Zaznaczam, że to pierwsza wersja i, fakt, mój błąd, proszę również o przesłanie uwag na jej temat. Każdy mógłby się pomylić i wziąć to na poważnie. Tymczasem w moim przypadku jest to pewien zwrot grzecznościowy. Coś jak „nie przejmuj się, możesz wejść w butach”, „nie martw, sam to wszystko posprzątam”, „nie, nie musisz odwiedzać mnie w szpitalu” i tym podobne rzeczy, które mówimy, spodziewając się, że osoba, do której się zwracamy zachowa się dokładnie na odwrót. I będziemy cholernie zaskoczeni, kiedy zrobi dokładnie to, o co ją prosimy.

Tymczasem moje oczekiwania odnośnie betatesterów są krótkie i dość, zawsze miałem wrażenie, oczywiste. Betatesterzy mają mi po prostu napisać, jaką wspaniałą powieść napisałem. Koniec, kropka. Nawet nie muszą jej czytać. Wystarczy, że przekartkują, żeby mniej więcej kojarzyć postacie, kiedy zadam im jakieś pytania na temat treści. Powód takiego zachowania? Prosty. Okres zaraz po skończeniu powieści w moim przypadku jest czasem największej niepewności co do jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to co napisałem, jest po prostu dobre. Czy trzyma poziom? Ma sens? Budzi emocje? To są wszystko pytania, na które nie znam odpowiedzi. Może się to wydać Państwu małe i płytkie, ale nie chcę w tym momencie dobrych rad i wskazywania błędów, które popełniłem, ale poklepania mnie po plecach. Powiedzenia, że wszystko jest w porządku. Doskonale to w swoim czasie zrozumiała Marta Guzowska, której w trybie awaryjnym wysłałem „Zombiego” ze stwierdzeniem, że „Nie jestem pewien, czy działa”. Odpowiedziała szybko. Odpowiedziała krótko. To nie jest dokładny cytat, ale jego sens brzmiał właśnie tak: bardzo dobre, działa. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowałem. Nawet jeśli Marta nie przeczytała książki (naprawdę miała mało czasu) to i tak zrobiła kupę dobrej roboty.

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

Może moja nastawienia do betatesterów wynika z jednego podstawowego faktu – zawsze trafiłem na znakomitych redaktorów. W związku z tym wiem, że etap znęcania się nad tekstem, wskazywania mi wszystkich jego niedoskonałości, pokazywania paluchem błędów logicznych i faktograficznych mnie nie ominie. Czekają mnie tygodnie ciężkiej pracy, sprawdzania niemal wszystkiego punkt po punkcie, upewniania się, że nigdzie nie ma najmniejszej nawet pomyłki. Chociaż te i tak potrafią się prześlizgnąć przez najgęstsze sito.

Nie wykluczam też, tym razem pisząc już zupełnie poważnie, że robię to źle. Mój kolega Michał Cholewa, znakomity autor science fiction, wysyłał mi fragmenty swoich powieści rozdział po rozdziale i na bieżąco nanosił te zmiany, które uznał za słuszne. Ja nikomu nie pokazuję nie ukończonych książek. Zbyt dużo może się zmienić w trakcie samego pisania, żebym się na to odważył. Dopiero kiedy całość jest skończona i po mojej autorskiej redakcji, jestem gotów się nią podzielić. Ale w tym momencie nie ma już czasu na noszenie innych zmian niż redakcyjne. Styl pracy Michała jest inny. Jest lepiej zorganizowany. Ma to wszystko bardziej przemyślane niż ja. Ma czas i chęć wsłuchać się w ten wielogłos porad na temat swoich powieści. Dodatkowo, mam wrażenie, że mnie betatesterzy rozpraszają. Za dużo czasu spędzałem odpowiadając na kolejne uwagi, tłumacząc moje zamiary, wyjaśniając kolejne fabularne zawiłości, zamiast po prostu siąść przy biurku i robić swoje.

No i na koniec, żeby była jasność. Pisanie to czynność cholernie indywidualna. To, że mi jakiś jej element nie pasuje, nie oznacza, że innym autorom nie jest on potrzebny. Dlatego, drodzy betatesterzy – dziękuję Wam bardzo za wszystkie świetne powieści, które zawdzięczamy waszej pracy. Nie jest wykluczone, że za książkę lub dwie, będą do was wydzwaniał błagając o pomoc wykraczającą poza klepanie po plecach.

Wojciech Chmielarz