„Bomba kryminalna, zapalnik z horroru”

Stephen King, fot: Shane Leonard

Jesteście już po lekturze najnowszej książki Stephena Kinga? Jeśli nie, to „Outsidera” wziął na warsztat profesor Krzysztof Zajas, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, więc możecie przeczytać, czy warto. W przypadku, gdy już przeczytaliście, to możecie wejść w polemikę, bo być może macie inne zdanie. Zostawiam Was teraz z Krzysztofem Zajasem, fanem Kinga, ale także pisarzem, autorem m.in. „Trylogii grobiańskiej” oraz „Oszpicyna”. Za ostatni tytuł znalazł się w ścisłej siódemce nominowanych do tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru. 

Książki tylko dwóch autorów kupuję od razu w dniu premiery. Jednym z nich jest Stephen King (drugim Andrzej Stasiuk), więc dwa tygodnie temu nabyłem Outsidera nie bacząc na fakt, że w nadmiarze akademickich zajęć żywcem nie mam kiedy czytać. Wyrwałem z czerwcowego zamętu jeden dzień i pół nocy (wystarczyło) i zagłębiłem się by sprawdzić, czy magia Kinga nadal działa. Cholera, działa. Myślałem, że po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał nie dam się tak łatwo uwieść, a jednak. I żeby była jasność: to nie jest żadna płatna recenzja ani inne lokowanie produktu, czy jak to się tam nazywa. Piszę, bo mam na to ochotę. Najnowszą powieść Stephena Kinga wciągnąłem jak kreskę w nozdrza i na dobrą chwilę sobie odleciałem, jak za najlepszych czasów, o czym chciałbym wam opowiedzieć.

Stephen King nie jest mistrzem zagadek kryminalnych, co wiemy z trylogii o Billu Hodgesie i Panu Mercedesie. Dość łatwo i szybko się je u niego rozwiązuje. I nie one są właściwym przedmiotem zainteresowania autora, podobnie jak cały kryminalny sztafaż. Owszem, tu jest ciekawe morderstwo, są policjanci i skomplikowane dochodzenie, z podziękowań wynika, że autor prowadził nawet skrupulatny risercz, jak nie przymierzając Katarzyna Bonda. Nie ma to jednak większego znaczenia ani oryginalnej wartości, ponieważ koniec końców rozstrzygające o winie dowody sprowadzają się w Outsiderze do poczciwych odcisków palców i zeznań świadków. Nie o błyskotliwy kryminał więc chodzi, a jeśli już, to raczej o antykryminał. Albo wręcz nadkryminał, o czym za chwilę.

Stephen King jest za to mistrzem kryminalnego klimatu, czyli mrocznej psychologii sprawców, falującej agresji małomiasteczkowego tłumu, wątpliwości bezradnych śledczych, którym się nie składa całość. W przypadku Outsidera mniej więcej w jednej czwartej powieści już się domyślamy, kto (lub co) zabija, i tu zaczyna działać jedno z literackich zaklęć Kinga: nawet jak znasz rozwiązanie, chcesz dalej czytać. Po prostu po to, żeby czytać. Wiesz, o co chodzi, ale pierwszoplanowi bohaterowie zostali psychologicznie i obyczajowo już na tyle sprawnie sformatowani, że chcesz wiedzieć, co z nimi dalej będzie. Czy Ralph wyjdzie w końcu na porządnego glinę? Czy wdowie po głównym podejrzanym uda się oczyścić pamięć męża z niesprawiedliwych podejrzeń? Czy Holly przekona pozostałych, że oprócz rozwiązań racjonalnych mogą być również irracjonalne? I jak oni go w końcu dopadną?

Zaczyna się jak rasowy kryminał: okrutna zbrodnia popełniona na (jakżeby inaczej) niewinnym dziecku, główny podejrzany jest szanowanym obywatelem niewielkiego prowincjonalnego (jakżeby inaczej) miasteczka, wobec przytłaczających dowodów dochodzi do spektakularnego zatrzymania, wszyscy w szoku (jakżeby inaczej), przyjaciele się odwracają od zwyrodnialca, którego wina nie ulega wątpliwości. Sęk w tym, że jest równie wiele dowodów świadczących o jego niewinności i prokurator oraz adwokat siadają naprzeciw siebie jak szachiści na początku partii, każdy z maksymalną siłą rażenia. Kompletny absurd. Podburzona przez prasę i policję lokalna społeczność ma ochotę zlinczować sprawcę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, czyli w miejsce rozwiązania racjonalnego zastosować emocjonalne. W dniu rozpoczęcia rozprawy dochodzi do bałaganu, w którym ten i ów ginie, reszta osłupiała nie rozumie za bardzo, co i jak się właściwie stało. W każdym razie sprawa wygląda na nagle i definitywnie zakończoną. A jesteśmy dopiero w jednej trzeciej książki.

Po dwustu trzydziestu stronach dobrego sensacyjnego kryminału zaczyna się horror. I tu King uruchamia swoje kolejne magiczne zaklęcia, którym towarzyszy mrok, niepewność, zgnilizna i odwieczne zło, a także nasz ulubiony dziecięcy pokój w świetle księżyca. Mała dziewczynka nie może zasnąć. Siada na łóżku i patrzy w okno. Z trupiej poświaty musi się coś wyłonić. Tym razem jest to upiorna twarz ze słomkami zamiast oczu (wolałbym świeczki). Chwilę przesłania okno, jakby chciała się dobrze zapisać w pamięci dziecka, nim zniknie. Dziewczynka nie krzyczy. Nie jest w stanie. Twarz ze słomkami odpływa, ale od tego momentu nic już nie jest takie, jak było. Cały King.

Tylko nie krzyczcie na mnie, że spojleruję, czy co. Jeśli czytacie kryminały tylko po to, by się dowiedzieć, kto zabił, szkoda waszej fatygi – czytajcie po prostu ostatnie dziesięć stron. Z powieściami Kinga nigdy nie miałem tego problemu, że chciałem przekartkować opisy albo nudne dialogi, żeby biec dalej, do jakiegoś wyczekiwanego rozwiązania. Przeciwnie, towarzyszy mi zwykle efekt dobrej gry komputerowej: żałuję, że się już skończyła. Ale magia Kinga, jak każda inna magia, jest ulotna i działa jednorazowo, tylko podczas pierwszej lektury. Rzadko kiedy mam ochotę czytać te powieści kolejny raz (oczywiście z kilkoma wyjątkami, jak To, Worek kości albo Ręka mistrza), czyli jednak jakiś mechanizm rozwiązania zagadki tu działa. Przy czym nie jest ona kryminalna.

Sprawa języka? Tak, w dużej mierze. Dla każdej ze swoich historii Stephen King konstruuje coś w rodzaju osobnego językowego świata, specyficznego slangu narracyjnego, który zarazem szkicuje charaktery głównych postaci, zaznacza społeczne tło, zgłasza obecność sił natury i buduje nastrój grozy. Składają się na niego ulubione powiedzonka bohaterów, powtórzenia, metafory w kilku odcinkach, cytaty z piosenek i filmów… To działa tylko ten jeden raz, na potrzeby tej jednej historii, i gaśnie wraz z dobrnięciem do ostatniego zdania, dlatego tak trudno później czytać powieść ponownie na wyrywki, sięgając do ulubionych scen. Trzeba zacząć od początku i przechodzić przez kolejne stopnie wtajemniczenia na nowo, krok po kroku, klasa po klasie, jak w jakiejś Akademii Magii Literackiej. Spróbujcie kiedyś czytać Kinga od środka (Lee Childa albo Deana Koontza można). Nie da się. To znaczy da się, ale będziecie niecierpliwie kartkować do tyłu, nie do przodu, aż wrócicie na pierwszą stronę.

Uwielbiam obrazowość języka Kinga. Za pomocą jednej celnej frazy potrafi scharakteryzować całą trudną sytuację psychiczną postaci. Jako przykład zobaczcie opisowe wtrącenia w nawiasie, otwierające dwa kolejne rozdzialiki: „Krótko po północy (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ostatni żyjący członek rodziny Petersonów uczył się z Wikipedii, jak zawiązać stryczek)”, i dalej: „Krótko po trzeciej nad ranem (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Fred Peterson wlókł się do ogródka, z podnóżkiem z salonu w lewej dłoni i sznurem przewieszonym przez prawe ramię)”. Kapitalne! Jest tu i cała bezdenna rozpacz Freda po stracie najbliższych, i desperacja, i fajtłapowata bezradność z zawoalowaną sugestią, że może się nie udać (nie spojleruję!). Nawiasem mówiąc, w angielskiej Wikipedii faktycznie pod hasłem Hangman’s knot można znaleźć instrukcję wiązania stryczka, o tyle przydatną do powszechnego zastosowania, że uzupełnioną o pokazowy filmik.

Mniej więcej w połowie powieści wspomniane są czołowe postaci z trylogii o Panu Mercedesie, a jedna z nich, znerwicowana Holly Gibney, zostaje z nami aż do końca i walnie przyczynia się do finałowego rozwiązania (naprawdę walnie). Jak oddać jej nerwicę, żeby nie bawić się w nudne opisy? King sadza ją na kiblu i każe w formie modlitwy wygłaszać prośbę do Boga, by pomógł jej przekonać siedmioro pozostałych do niemożliwego. Z zadartą spódnicą i torbą między stopami Holly zaczyna: „To znowu ja, Holly Gibney, i potrzebuję pomocy”. Jest aspołeczna, ma podstawowe kłopoty z międzyludzkimi relacjami, a sprawa wymaga absolutnego perswazyjnego mistrzostwa. Kończy szeptem: „Panie Boże, spraw, żebym tego nie spitoliła” i jako datek na tacę dorzuca: „Nie palę”. Znowu kapitalne. Nawiasem mówiąc, Bóg wysłuchuje prośby i tamci zaczynają wierzyć w niemożliwe.

Krzysztof Zajas, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

Link do poprzednich kryminałów nie jest przypadkowy, ponieważ podobnie jak tam, i tutaj kryminał przekracza swoje ramy ku horrorowi, czyli King przeciąga zgrany do cna gatunek na swoje terytorium. Facet łączy kryminał z horrorem i podlewa sosem z thrillera, jakby to wszystko świetnie do siebie pasowało. Jakby robił sandwich z bekonem i majonezem (pamiętacie Łowcę snów?). A przecież nie pasuje. W horrorze są trupy, ale zwykle nie ma porządnego śledztwa. W kryminale jest porządne śledztwo, ale nie ma zjawisk nadprzyrodzonych. W thrillerze jest strasznie, ale w środku głowy, z powodu zaburzeń psychicznych. Puryści gatunkowi zwykle besztają autorów literatury popularnej za mieszanie tych sfer, jakby w pisaniu chodziło o rygorystyczne przestrzeganie jakichś tytułów własności. U Stephena Kinga wszystko to gra zgodnie jeden harmonijny koncert, a autor najwyraźniej nie przejmuje się, czy to się mieści jeszcze w jakichś ramach, czy już nie. Kleci kryminalną bombę, po czym pakuje w nią zapalnik z horroru i rozsadza od środka. Dla prawdziwego pisarza z krwi i kości nie ma takich ograniczeń, bo przecież najważniejsza jest dobrze opowiedziana historia i to jej się mają podporządkować reguły, nie odwrotnie. Tabakiera jest dla nosa, nie nos dla tabakiery.

Kryminał przechodzi w thriller, ten z kolei w horror, a kiedy i horroru mamy dosyć (bo ileż można), autor wraca do urzędowego śledztwa. Na użytek policyjnych kartotek bohaterowie Outsidera ( w tym i oficer śledczy) zmuszeni są do przyjęcia jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia w miejsce prawdy. Po prostu dlatego, że prawda jest nie do przyjęcia, choć jest prawdziwa i prowadzący śledztwo wiedzą o tym doskonale. Drwina z kryminału, puszczenie oka do wielbicieli rozwiązań paranormalnych, ale nie tylko. Również to, że są na niebie i ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło (tak, King cytuje również Szekspira!), a nasze pojęcie o prawdzie jest niezwykle ubogie, gdy ogranicza się do rozsądku. No i że zło (Zło) jest wieczne, bezosobowe i działa przez nas, to znaczy także przez ciebie i mnie. Jeśli kryminał dąży do odkrycia prawdy, to niech będzie konsekwentny i da sobie powiedzieć, że czasem wyjaśnienie jest irracjonalne i ponadkryminalne, i aby je przyjąć do wiadomości, trzeba wyjść poza gatunek. O, może tak: ramy gatunkowe ograniczają nas w rozumieniu rzeczywistości i żeby ją trafnie uchwycić z różnych perspektyw, trzeba je mieszać. Kontredans kryminału, trhrillera i horroru, które maniacy czystości gatunkowej z uporem usiłują rozdzielać, pełni funkcję poznawczą, w sensie głębszym niż tylko logiczny. King realizuje tu swoją uwagę z Pamiętnika rzemieślnika, że spory o to, czy dany twór należy do takiego czy innego gatunku, nie mają właściwie sensu, skoro celem naszym jest dobra literatura, a nie poprawna teoria. Tak, chyba to chciałem powiedzieć zabierając się za ten tekst.

A co z tą rzeczywistością? W długim i rozedrganym od upału finale jeden z bohaterów, sympatyczny policjant Yune Sablo, zostaje postrzelony w ramię, co zostaje uznane za draśnięcie. „W filmie oznaczałoby to, że Yune może natychmiast wrócić do walki – powiada narrator – ale to była rzeczywistość, a w rzeczywistości jest inaczej”. Pomieszanie kryminału, thrillera i horroru to nie popularna rozrywkowa fikcja, tylko sama rzeczywistość. Tak, jasne. Ale, cholera, działa. Kapitalne.

Krzysztof Zajas