„Kłamstwo, inspiracja, manipulacja”. Felieton Piotra Niemczyka

Piotr Niemczyk, fot: Peter Beym

 

Właśnie do księgarń trafiły dwie bardzo (a może nawet jeszcze bardziej) godne zauważenia pozycje. Pierwsza to „Burzliwe czasy” Mario Vargas Llosy. A druga to „Mindf*ck” Christophera Wylie. Widziałem już po kilka, jeżeli nie kilkanaście recenzji obu książek, nie będę więc ich omawiał (no może oprócz tego, że Christopher Wylie przecenia znaczenie kreatywności i unikalności metod Cambridge Analityca – nie oni pierwsi i nie oni jedni). Chciałbym jednak wskazać na podobieństwa pomiędzy tymi dziełami. Oba są o tym jak namieszać ludziom w głowie i wykorzystać presję opinii publicznej. W jednym przypadku do obalenia rządu w demokratycznym państwie, a w drugim do wybrania prezydenta, który w uczciwej kampanii wyborczej najprawdopodobniej nie miałby szans.

Mario Vargas Llosa, fot: Felix Clay/East News/Wydawnictwo Znak

Mario Vargas Llosa przypomina jak CIA, na polecenie rządu inspirowanego przez opinię publiczną, ogłupioną kampanią medialną, przekupionej i zmanipulowanej przez United Fruit Company, liberalnej prasy, doprowadza do obalenia demokratycznego rządu Gwatemali. Tylko dlatego, że planowana przez władze reforma rolna była niezgodna z interesami plantatorów i eksporterów bananów. Z przyzwoitych demokratów, nie związanych z Moskwą i nawet nieznających założeń komunizmu, zrobiono radzieckich agentów, którzy planowali stworzyć radziecki przyczółek w Ameryce Środkowej.

I wszystko to działo się na długo przed Internetem, a nawet wszechobecnością telewizji. Na początku lat 50-tych.

To właśnie dlatego, że akcja książki peruwiańskiego noblisty dzieje się tak dawno temu, trudno mi przecenić znaczenie historii Christophera Wylie.

Dezinformacja, manipulacja i inspiracja to narzędzie wykorzystywane w szpiegostwie od zawsze. Bez względu na to czy treści były przenoszone na tabliczkach zapisanych pismem klinowym, czy przez World Wide Web zwany „siecią”.

Chyba najbardziej upartym demaskatorem dezinformacji i tych wszystkich innych sztuczek, jest Wladimir Volkoff, który napisał na ten temat kilka powieści, a pokusił się nawet na napisanie bardzo serio rozprawy pt. „Dezinformacja. Oręż wojny”. Niespecjalnie mu wyszło (może dlatego, że zbyt często powoływał się na Sun Tzu) i książka nie przebiła się do powszechnej świadomości. Ale powieści, w szczególności „Montaż”, to prawdziwe perełki w dziale „wciskanie kitu”.

Zwykle przekonanie drugiej strony do czegoś wymaga starannego planowania i przemyślenia. Bardzo istotne jest wybranie odpowiedniej techniki manipulacji. Volkoff opisuje to w taki sposób: „Posługujemy się pięcioma różnymi technikami, pozwalającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Po pierwsze, biała propaganda, polegająca po prostu na stałym powtarzaniu: <Jesteśmy od was lepsi>. Można to powtarzać milion razy. Dalej, czarna propaganda, do której trzeba mieć partnerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary, których on wcale nie żywi, a które nie będą się podobały temu trzeciemu, to dla niego gra się te komedię. Dalej, intoksykacja. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji, ale zaaranżuję coś takiego, że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja, pojęcie, którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym, czym strategia wobec taktyki.”1

Chociaż, jak można znaleźć na stronach „Cmentarza w Pradze” (kolejne z najlepszych dzieł o dezinformacji) bywa, że okazja przekazania szkodliwego kłamstwa może pojawić się nagle. Wtedy zamiast umiejętności planowania ważniejszy jest refleks: „Po wkroczeniu do miasta generał każe zająć urząd telegraficzny i przeciąć druty. Idzie tam porucznik z kilkoma żołnierzami; na ich widok telegrafista bierze nogi za pas. Porucznik wchodzi do biura i czyta treść depeszy wysłanej przed chwilą do komendanta garnizonu w Trapani: <Dwa statki pod banderą Królestwa Sardynii wpłynęły do portu, wysiadają z nich ludzie>. Właśnie w tym momencie nadchodzi odpowiedź, którą natychmiast odczytuje jeden z ochotników, pracownik urzędu telegraficznego w Genui: <Ilu ludzi i dlaczego wysiadają?>. Nasz oficer każe mu odpowiedzieć: <Przepraszam, pomyliłem się, to dwa frachtowce z Girgenti z ładunkiem siarki>. Reakcja z Tarpani: <Dureń z pana>. Zadowolony porucznik przyjmuje to do wiadomości, każe poprzecinać druty i odchodzi.”2

Umberto Eco, fot: smakksiazki.pl

Oczywiście na takie zdarzenie jak z powieści Umberta Eco nie wolno liczyć. Natomiast przewidując, w jaki sposób chce się oszukać przeciwnika, warto pamiętać o jednej z kluczowych zasad. Aby odbiorcy nabrali się na kłamstwo, muszą wierzyć źródłu, z którego przyszło. A takie źródło trzeba hodować i konserwować już na długo wcześniej. Jak u Vincenta Severskiego: „Tajnym służbom przeciwnika nie możesz dostarczać zupełnie nowych informacji, bo w to nie uwierzą. To muszą być informacje, które już znają. (…)

Schemat mógłby wyglądać tak (…). Wybierzemy jedną z gier operacyjnych, jakie prowadzimy na przykład z Włochami albo Hiszpanami. Mogą też być Węgrzy albo Duńczycy. To jeszcze ustalimy. W krajach arabskich i Afryce mamy kilku nielegałów, którzy pracują dla sekcji piątej pionu <S>, czyli inspiracja i dezinformacja. Musi to być kanał sprawdzony, wcześniej wykorzystywany, bez jakichkolwiek oznak wytarcia czy zużycia.”3 Pewnie warto wyjaśnić, że jeżeli dezinformacja ma być przeprowadzona nie z wykorzystaniem mediów, chociażby społecznościowych, to najczęściej za pośrednictwem gier operacyjnych. Czyli – w największym uproszczeniu – poprzez podrzucenie przeciwnikowi fałszywego agenta, albo z wykorzystaniem podwójnego agenta, o którym wiadomo, że pracuje dla drugiej strony, ale tamci mu wierzą.

A jak tworzyć takie kanały o jakich napisał Severski? Odpowiada na to John Le Carre: „My też nieraz prowadziliśmy tę czy inną ich siatkę i powiem, może nieskromnie, że szło nam całkiem nieźle. Dawaliśmy im najlepsze, co mieliśmy. Teksty o rakietach, o planach wojennych. (…) Podrzucaliśmy im już nieprzydatnych nam agentów, dawaliśmy im porządne środki łączności, zabezpieczaliśmy linie kurierskie, dawaliśmy wolne częstotliwości, żeby potem było nam łatwiej ich słuchać. Taka jest cena za to, że wodzi się przeciwnika za nos… Jak ty to określałeś? <Żeby wiedzieć, co mówią komisarzom>.4 Bo taka siatka służy nie tylko przekazaniu kluczowej w pewnym momencie fałszywki. Pozwala wcześniej, w pewnym sensie, sterować informacjami, które oficerowie wywiadu przekazują przełożonym.

Jason Matthews z kolei koncentruje się na przypadku podrzucenia rosyjskim służbom lipnej instrukcji dotyczącej metod łączności. Wymagało to stworzenia, na najwyższych szczeblach władzy w Waszyngtonie, swoistego teatru: „Oficjalne źródła amerykańskie starały się bagatelizować utratę podręcznika – niewiele z tego podano do publicznej wiadomości, ale jeden z <wysoko postawionych urzędników> określił incydent jako <wielki uszczerbek dla systemu bezpieczeństwa USA>. Zaraz też pojawiły się głosy w Kongresie i śledztwo w sprawie ustalenia odpowiedzialności za to, co się stało. Wahania i wzajemne oskarżenia stanowiły część ogólnego planu stworzenia zasłony dymnej dla Rosjan, którym to przedsięwzięciem zarządzał szef kontrwywiadu, Simon Benford. Miał on tylko jeden cel – utwierdzić Rosjan w przekonaniu, że dostali autentyczny podręcznik.”5 Dużo czasu, pracy i wysiłku musieli poświęcić oficerowie KGB aby ustalić, że opisywane sposoby łączności nie działają.

www.unsplash.com/Tobias Tullius

Zresztą jedną z metod manipulacji jest dyskredytowanie własnych instytucji i własnych metod. W oczach własnej opinii publicznej to pewnie szkodzi, ale to rekompensuje efekt przychodzący z zewnątrz: „Cała CIA czerpała przewrotną dumę z tego, że jedynie jej porażki były nagłaśniane w prasie. Szczególnie Zarządowi Operacyjnemu zależało na takiej właśnie społecznej ocenie, jaką nieustannie wystawiała im prasa.

Potknięcia KGB nigdy nie zwracały podobnej uwagi. W ten tak często ukazywany negatywny obraz Firmy wierzyły nawet radzieckie agencje wywiadowcze. Mało komu przychodziło do głowy, że przecieki były celowe.”6 Tak przynajmniej wyjaśnia to Tom Clancy, który w pewnym sensie zaprzecza sam sobie, bo jego powieści są zwykle apoteozą sprawności i skuteczności wywiadu amerykańskiego.

Bywa, że przekazana mediom ściema ma nie tyle wywołać jakiś efekt u przeciwnika, ile uratować własną skórę po jakimś poważnym błędzie.Gdy EFF ujawniła, że łódź podwodna NSA przechwytuje wiadomości przesyłane przez kabel ułożony na dnie, Strathmore z zimna krwią zaaranżował przeciek, jakoby łódź podwodna w rzeczywistości służyła do pozbywania się toksycznych odpadów. EFF i ekolodzy tracili czas i energię na dyskusję o tym, która wersja jest prawdziwa, aż wreszcie media miały tego dość i zajęły się nowymi tematami.7 Dan Brown w „Cyfrowej twierdzy” praktycznie antycypuje wszystko to, co zdarzyło się po ucieczce Edwarda Snowdena do Rosji. Co prawda fakt podsłuchiwania podwodnych kabli transatlantyckich nie był nigdy niczym nowym, to jednak pokazuje jak szybko można reagować na różne kłopotliwe sytuacje.

Przy pomocy dezinformacji można nie tylko obalać rządy czy wybierać prezydentów. Można także wygrywać wojny. I to całkiem serio. Opisywana przez Kena Folleta w „Igle” operacja „Double Cross” miała miejsce naprawdę, chociaż w większym nawet stopniu polegała na wykorzystaniu odwróconych agentów niż tworzeniu fałszywych obozów wojskowych: „Na początku 1944 roku wywiad niemiecki zbierał dowody na istnienie potężnej grupy wojsk w południowo-wschodniej Anglii. Samoloty rozpoznawcze dostarczyły zdjęć baraków, lotnisk oraz eskadr okrętów wojennych w zatoce Wash. Zauważono generała Georga S. Pattona, ubranego w swoje charakterystyczne różowe bryczesy, który przechadzał się w towarzystwie białego buldoga; stwierdzono znacznie intensywniejszą działalność radiową i częstą wymianę meldunków między oddziałami. Szpiedzy niemieccy przebywający w Wielkiej Brytanii potwierdzali wszystkie te obserwacje.

Oczywiście nie było żadnej armii. Okręty wojenne zbudowano z gumy i drewna, wojskowe baraki były tylko makietami; Patton nie miał pod swym dowództwem ani jednego żołnierza; meldunki nadawane przez radio były bez znaczenia; szpiedzy okazali się podwójnymi agentami.”8

Nic dziwnego, że Vincent Severski, podsumowując różne narzędzia stosowane do rozstrzygania konfliktów dezinformację uważa za skuteczniejszą nawet niż głowice jądrowe: „Czas na cudowną broń. Nie jakąś tam amerykańską bombę neutronową czy SDI, ale na nieśmiertelne Protokoły Mędrców Syjonu, dezinformację i inspirację najwyższej jakości. To wciąż się sprawdza, lepiej nawet niż cały nasz arsenał atomowy.9

I jak łatwo zauważyć, od wielu lat, wielu autorów powieści szpiegowskich, temat kłamstwa, inspiracji i manipulacji wyjaśnia swoim czytelnikom. Nie tylko Mario Vargas Llosa i Christopher Wylie.

Piotr Niemczyk

1 Vladimir Volkoff: „Montaż”; przekład Adam Zalewski; Klub Książki Katolickiej; Poznań 2005; str. 71;

2 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 142;

3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 619;

4 John Le Carre; „Szpieg”; przekład Jan Rybicki; Świat Książki; Warszawa 2011, str. 245;

5 Jason Matthews, „Czerwona jaskółka”; przekład Krzysztof Puławski; Wydawnictwo Świat Książki; Warszawa 2014, str. 291;

6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 75;

7 Dan Brown; „Cyfrowa twierdza”; przekład Piotr Amsterdamski; Wydawnictwo Sonia Draga, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2005, str. 85;

8 Ken Follett; „Igła”; przekład Małgorzata Targowska-Grabińska; Wydawnictwo Czytelnik; Warszawa 1989, str. 5;

9 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 618;