„Książki, których nigdy nie napiszę”. Czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

W trakcie ostatniej edycji Big Book Festival miałem przyjemność wraz z Anną Dziewit-Meller i Tomaszem Michniewiczem brać udział w dyskusji pod przewrotnym tytułem: Czego to ja nie napiszę. Pomysł był prosty – niech każdy z nas podzieli się opowieściami o książkach, którymi może i chciałby się zająć, ale nigdy tego nie zrobi. Zaskoczyło mnie, że w pewnym momencie wszyscy przyznaliśmy, że naszą twórczość blokuje jedna i ta sama rzecz.

Możemy to różnie nazywać. Pułapką rynkowych oczekiwań albo szufladką, do której wpadliśmy i z której nie za bardzo mamy jak się teraz wydostać. Do tej pory myślałem, że głównie ja mam takie problemy. Autor powieści gatunkowych. Twórca kryminałów. Dobrze to obrazują moje przygody z „Królową Głodu”. Podejrzewam, że większość z Państwa nie zna tej pozycji. I nic dziwnego. Napisałem ją chyba w 2013. Kilka razy pojawiała się w ramach akcji bookrage’a (obecnie artrage) jako ebook. Audiobook jest dostępny w Storytel. I to tyle. Książka nigdy nie ukazała się w papierze. Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. I wcale nie dlatego, że nie byłoby wydawcy chętnego, żeby tę pozycję opublikować.

Problem z „Królową Głodu” polega na tym, że jest to powieść fantastyczna. Zupełnie nie przystająca do mojego dotychczasowego dorobku. Napisałem ją w momencie, kiedy jeszcze wiązałem jakieś nadzieje z tym gatunkiem. I do dzisiaj jednym z moich twórczych marzeń jest powrót do tych bohaterów, do tego świata i napiszę kolejny tom tej opowieści. A teraz wytłumaczę Państwu, dlaczego to jest mało prawdopodobne.

Napisanie każdej mojej książki zajmuje mi około roku. To nie tylko samo pisanie, ale także planowanie powieści, zbieranie materiałów, potem redakcja i korekta. To pierwsza kwestia. A teraz kwestia druga, zbiór miłośników fantastyki i zbiór czytelników kryminałów pokrywają się tylko nieznacznie. Co to dla mnie oznacza, jako autor kojarzonego z kryminałem właśnie? Że na napisanie drugiej części „Królowej Głodu” musiałbym poświęcić co najmniej rok pracy, a przy tym wchodziłbym na zupełnie nowy dla mnie rynek. Znowu musiałbym przedstawiać się czytelnikom. Znowu musiałbym próbować do nich dotrzeć, próbować przekonać ich, że moje pisanie jakąkolwiek wartość. W sumie, zaczynałbym swoją pracę niemal od zera, nie mając żadnej gwarancji sukcesu. Ale co gorsza, istnieje spore prawdopodobieństwo, że mógłbym stracić przynajmniej część swoich dotychczasowych czytelników.

www.unsplash.com/Jonathan Richard

Te refleksje i wątpliwości towarzyszyły mi od kilku lat. Rozważam wszystkie za i przeciw za każdym razem, kiedy wraca do mnie myśl, żeby napisać kontynuację „Królowej…”. I żeby była jasność. Uwielbiam kryminał jako gatunek. To wspaniała literacka szuflada, w której jest wiele miejsca i wiele możliwości opowiedzenia fascynujących historii. Ale równocześnie to szuflada, z której nie tak łatwo się wydostać.

Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy podobnymi refleksjami dotyczącej swojej twórczości podzielili się Tomasz Michniewicz, autor książek podróżniczych i reportaży, a także Anna Dziewit-Meller, pisarka, która jednak po tematach trochę skacze i wydawało mi się, że jej problem nie dotyczy. Tymczasem wszyscy czuliśmy, że rynek, czytelnicy mają wobec nas pewne gatunkowe oczekiwania. A pójście wbrew tym oczekiwaniom, jest jednak sporym ryzykiem.

Są oczywiści e pisarze, którzy to ryzyko podjęli i im się opłaciło. Przychodzą mi do głowy nazwiska Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Szczepana Twardocha. Wszyscy zaczynali do szeroko pojętej fantastyki, żeby pójść potem w stronę prozy realistycznej. Wszyscy odnieśli sukces. Pamiętam też o Annie Kańtoch, która przez lata pisała fantastykę, żeby wejść w kryminał. I o Jakubie Ćwieku, który przeszedł tę samą drogę. No i jest jeszcze osobny przykład Zygmunta Miłoszewskiego, który porzucił kryminał, żeby napisać „Jak zawsze”, powieść, której gatunkowo po prostu nie da się przyporządkować.

I tak im bardziej się nad tymi wszystkimi historiami zastanawiam, myślę sobie, że te wszystkie moja obawy nie są aż tak mocno uzasadnione. Być może największa szufladka znajduje się po prostu w mojej głowie. I zamiast hamletyzować i dzielić włos na czworo, lepiej zabrałbym się po prostu się za kontynuację „Królowej Głodu”.

Ale wcześniej napiszę jednak kilka kryminałów.

Wojciech Chmielarz