Lektury i co z nich (nie) wynika. Wrześniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

Krzysztof Damaradzki dziennikarz, pisarz. Fot. Adam Tuchlinski

Zmiany w kanonie lektur to dla środowisk nauczycielskich próba podporządkowania polonistyki wąsko pojmowanej ideologii. Dla ministra Czarnka tego typu obawy są świadectwem dyktatury ateistycznej. A dla kondycji czytelnictwa całe to zamieszanie prawdopodobnie jest bez znaczenia.

Szkoły powinny cechować również akceptacja i tolerancja dla większości chrześcijańskiej, a nie postawa tego typu, którą słyszymy, czyli próba wprowadzenia dyktatury ateistycznej. To, że ktoś jest niewierzący, że jest ateistą albo ktoś nie lubi bądź wręcz zwalcza religię katolicką, to nie znaczy, że wszyscy inni w kraju też mają się zachowywać tak jak oni. To jest dyktatura ateistyczna i dyktatura lewicowa, która nie ma nic wspólnego z tolerancją – grzmiał minister edukacji Przemysław Czarnek na antenie TVP.

A grzmiał w odpowiedzi na oświadczenie Towarzystwa Nauczycieli Szkół Polskich, wyraźnie zaniepokojonego zmianami w kanonie lektur szkolnych. W szczególności „wysokim odsetkiem lektur związanych z religią katolicką” i nieposzanowaniem zasady, że „szkoły publiczne powinna cechować światopoglądowa neutralność, tolerancja i szacunek dla uczniów wyznań innych niż katolickie oraz dla ateistów”. Nauczycielskie troski biorą się m.in. z uszczuplenia wykazu o bajkę Leszka Kołakowskiego, wiersze Marcina Świetlickiego czy „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” Nancy H. Kleinbaum i wzbogacenia go wybranymi dziełami Jana Pawła II, tekstami o Witoldzie Pileckim czy utworami Stefana Wyszyńskiego lub o Stefanie Wyszyńskim.

www.unsplash.com/Element5 Digital

Nie trzeba przykładać lupy, aby dostrzec, że środowiska nauczycielskie mają rację. Religijno-patriotyczny skręt w wykazie lektur jest ewidentny, wręcz łopatologiczny. I nie trzeba być wielkim znawcą życia, aby zauważyć w tym oczywistą próbę ideowej korekty podstawy programowej, prawdopodobnie motywowanej wyłącznie względami politycznymi. Zwrócił na to uwagę chociażby prof. Jacek Popiel, rektor UJ i przewodniczący Komitetu Naukowego Krytycznego Wydania Dzieł Literackich Karola Wojtyły, który przyznał w rozmowie z „Wyborczą”, że choć przyjął z zadowoleniem czarnkowe reformy, to nie wierzy, aby z lektury dramatu „Przed sklepem jubilera” Karola Wojtyły wylęgły się jakieś kulturowe wspaniałości.

Warto się natomiast zastanowić, czy burza, jaka rozpętała się wokół zmian programowych, ma racjonalne uzasadnienie. Jeśli bulwersujemy się na makiawelistyczne podłoże decyzji Czarnka, to zdecydowanie tak. Majstrowanie przy edukacji w celach politycznych z zasady trzeba tępić, nawet w kraju przywykłym do dziwnych zagrywek ministrów edukacji – wystarczy sobie przypomnieć lekturowe wojny Romana Giertycha z czasów, gdy stał na czele Ligi Polskich Rodzin i był zblatowany z PiS. Ale jeśli burzymy się w obawie o edukacyjno-literackie konsekwencje tych zmian, to raczej nie.

Nie jestem dydaktykiem, więc moje obserwacje mogą mieć znamiona niewykwalifikowanego uogólnienia. Ale gdy patrzę na lektury przez pryzmat osobistych doświadczeń, nie dostrzegam ich budującej ani destrukcyjnej mocy. Nie czuję, żeby mnie charakterologicznie ukształtowały. Nie przypominam sobie tytułów, które w jakiś drastyczny sposób zmieniłyby moje poglądy. Nie wydaje mi się też, aby jakoś szczególnie wciągnęły mnie do czytelniczej gry. A na pewno nie tak mocno, jak uczyniły to książki, które rekomendował mi ojciec, takie jak „Grona gniewu” Steinbecka, „Dzień Szakala” Forsytha czy „Król szczurów” Clavella.

To oczywiście nie oznacza, że kanon lektur jest bez znaczenia. Gdyby nie szkolne powinności, być może nigdy nie sięgnąłbym po „Chłopów” Reymonta, „Zbrodnię i karę” Dostojewskiego, „Proces” Kafki czy „Folwark zwierzęcy” Orwella. Być może straciłbym kilka przyjemnych literackich maratonów. I być może nigdy nie skręciłbym wystarczająco mocno w stronę książek, aby ostatecznie zająć się ich tworzeniem – i to mimo obecności literackiej latarni w postaci mojego taty. Ale naprawdę trudno jest mi sobie wyobrazić, aby inny dobór lektur – nawet znacząco bardziej sklerykalizowany niż w wariancie Czarnka, nawet naruszający wieloletnie fundamenty kanonu – mógł wywrócić do góry nogami mój światopogląd, czyniąc mnie inną osobą. A nawet żałuję, że z wieloma tytułami zetknąłem się w odpowiedzi na wymogi szkolnego systemu, a nie jako wolny, nieprzymuszony do niczego człowiek. Groźba kartkówki albo odpytywania z treści lektury zawsze nieco mąciła przyjemność z czytania. Samodzielnie zerwany owoc smakuje najlepiej.

I dlatego, krótko mówiąc, nie obawiam się, że przez nowy kanon młodzież dozna religijnego skrzywienia albo literaturowstrętu. I nie łudzę się, że modyfikacja odwrotna, zgodna z sugestiami najlepszych edukatorów, mogłaby się przełożyć na znaczący wzrost czytelnictwa czy lepsze przystosowanie do życia kulturowego. Lektury zawsze będą trochę parzyć, przynajmniej takich jak. A nie sądzę, żeby mój licealny stosunek do książek wyróżniał się czymś szczególnym. Raczej byłem reprezentantem literackiej klasy średniej.

www.unsplash.com/Ivan Aleksic

Przypuszczam, że nie odczarnkowienie, lecz dopiero gruntowna reorganizacja kanonu i lekcji polskiego mogłaby popchnąć młodzież w stronę książek. Na przykład zastąpienie XIX-wiecznych nowelistów bestsellerowymi autorami w typie Stephena Kinga, Dana Browna czy Remigiusza Mroza. Albo książek wojennych literaturą gangsterską. Albo poezji z epoki romantyzmu tekstami co ambitniejszych numerów hip-hopowych. Albo uwspółcześnione, realizowane przynajmniej z netfliksowym rozmachem ekranizacje polskiej klasyki…

Wiem, wiem, trochę się rozbisurmaniłem, ignorując koszty społeczne takiej rewolucji. Ale na szczęście jestem tylko luźno bajdurzącym autorem, a nie trzymającym za lejce politykierem z podejrzanymi zapędami.

Krzysztof Domaradzki