Literacki Nobel: Trzy razy „P” i niespodzianki

www.nobelprize.org

Laureatem literackiego Nobla 2017’ został brytyjski pisarz japońskiego pochodzenia Kazuo Ishiguro. Cóż powiedzieć? No właśnie… Zaryzykuję (niewiele) jeśli powiem, że choć pisarz to w Polsce publikowany, to na pewno o wiele mniej znany niż np. Haruki Murakami. Co więcej – na tegorocznej noblowskiej giełdzie brylowało wiele, wiele innych głośniejszych nazwisk – w tym Murakami, a także mój cichy faworyt David Grossman. Jako socjolog literatury zrobiłem szybką ankietę (próbka niereprezentatywna, ale dla mnie ważna) wśród moich oczytanych znajomych i okazało się, że oczytani znajomi znają twórczość Kazuo Ishiguro głównie z ekranu (laureat jest zresztą nie tylko pisarzem, także scenarzystą) – przy czym film „Okruchy dnia” oceniali wysoko, a „Nie opuszczaj mnie” komentowali bez specjalnych zachwytów. Czytane powieści też nie zapadły im w pamięć – to co w ich głowach pozostało, to motywy przypominające wizje Philipa K. Dicka. Zatem przyjąć można, że nagroda dla Kazuo Ishiguro to naprawdę duża niespodzianka. W przypadku noblowskiej nagrody literackiej nie pierwsza, rzecz jasna. I pewnie nie ostatnia. Warto więc może przy okazji tej kolejnej noblowskiej literackiej niespodzianki zarysować trzy noblowskie konteksty.

Kazuki Ishiguro, fot: Jeff Cottenden / www.nobelprize.org

To trzy „p” – polityka, popularność i pamięć. Zacznijmy od polityki. Oto kilka dni temu opuścił więzienie najsłynniejszy więzień USA – O. J. Simpson, gwiazda futbolu (amerykańskiego), przygodny aktor („Naga broń”). Odsiadywał wyrok za napad z bronią w ręku. Wiele lat temu oskarżono go o morderstwo byłej żony i jej kochanka. W wytoczonym mu głośnym procesie karnym futbolistę uniewinniono, choć, według prokuratury, dowody były mocne. Niedługo później sąd cywilny zasądził od Simpsona odszkodowanie w wysokości 33,5 miliona dolarów. Coś dodać? Co Simpson ma wspólnego z Noblem? On sam niewiele, ale już tzw. sprawa Simpsona jakiś związek z Noblem ma. Oto zapomniana już laureatka literackiej nagrody Nobla poetka, afroamerykanka Toni Morrison analizując postawę mediów wobec procesu O. J. Simpsona pisała o – cytuję – „scenariuszu winy” stworzonym przez „białą kulturę” przez czytelne aluzje do „kryminalności” czarnych mężczyzn i bogactwa Simpsona – który według noblistki – „stał się symbolem całej czarnej rasy, którą białe społeczeństwo chce skorygować, uwięzić, ocenzurować, której chce odebrać głos”… No cóż, wielu sądziło, że Toni Morrison otrzymała literacką nagrodę Nobla właśnie jako symbol czarnej rasy, której białe społeczeństwo już nie chce korygować, więzić, cenzurować, której chce dać głos. Oczywiście podać można wiele innych, bardziej wyrazistych ilustracji niebezpiecznych związków literackiego Nobla z polityką. Są wśród nich przypadki dramatyczne – jak Nobel dla Borysa Pasternaka, są zabawne – jak Dario Fo. Przypomniałem przypadek Morrison, bo dobrze obrazuje on uwikłanie literatury w polityczne konteksty i spory ideologiczne drążące każdą współczesność, także naszą.

Nagrody literackie w naturalny sposób zwiększają popularność pisarza, w tym także pokupność jego dzieł. Literacki Nobel ma tu, rzecz jasna, największą silę przebicia. Nie trzeba się na ten temat szerzej rozpisywać. Niemniej warto zauważyć, że są także pisarze popularni i pokupni, którzy w kontekście literackich nagród nie są postrzegani jako „piękni wygrani” (zob. Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Michał Sowiński [red.] „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu. Podręcznik”). Ta sama uwaga dotyczy pisarzy wybitnych. I mam tu na uwadze nie tylko twórców rangi Marcela Prousta, Jamesa Joyce’a, Jorge Luisa Borgesa czy Witolda Gombrowicza. Tak, Nobel w dziedzinie literatury nie załatwia wszystkiego. Można się założyć, że niewielu pamięta norweskiego laureata tej nagrody Bjørnstjerne Bjørnsona, a ciągle jeszcze na scenach teatrów całego świata wystawiane są dramaty jego nienagrodzonego Noblem konkurenta – Henrika Ibsena. Listę takich pozornych paradoksów można by spisywać bardzo długo. Interesujące zdaje się tu jeszcze jedno socjoliterackie zjawisko. Amerykańskie biblioteki publiczne od jakiegoś czasu zaczynają usuwać, ze swoich zbiorów dzieła laureatów nagrody Nobla, Ernesta Hemingwaya czy Williama Faulknera. Powodem jest brak zainteresowania książkami klasyków, niektóre z nich nie były wypożyczane już od lat. Amerykańscy czytelnicy sięgają za to chętnie po dzieła np. Johna Grishama. Książki Grishama cieszą się i w Polsce sporym powodzeniem, podobnie jak nakręcone na ich podstawie filmy – „Raport Pelikana” z Julią Roberts i Denzellem Washingtonem czy „Firma” z Tomem Cruisem. I nie byłoby może nad czym się głowić, gdyby nie pewien paradoks. Paradoks polega na tym, że choć czytelnicy wolą Grishama od Faulknera, to sam Grisham wyznał w jednym z wywiadów, że dałby bardzo, bardzo wiele, żeby choć jedna z pisanych przez niego książek zbliżyła się do ideału prozy, który dla Grishama reprezentuje właśnie… słuchajcie, słuchajcie odrzucany przez szarych czytelników Faulkner. Innymi słowy, Grisham chciałby pisać tak jak Faulkner, choć czytelnicy chcą by Grisham pisał jak Grisham. Nazwano to kiedyś „kompleksem Salieriego”, popularnego w swoim czasie muzyka, który wiedział (to oczywiście tylko wersja filmowa Miloša Formana) że tak naprawdę wielką muzykę tworzy Mozart.

www.nobelprize.org

Dalej. Są nazwiska, które pojawiają się na giełdzie kandydatów niemal co roku, wielu po długim oczekiwaniu przeszło już do wieczności. W zeszłym roku literacka nagroda Nobla przyznana Bobowi Dylanowi dla wielu moich oczytanych znajomych była i sensacją, i – by tak rzec – pewnego rodzaju nieporozumieniem, nietaktem. Bo jakże to tak – szacowna nagroda i utalentowany, bo utalentowany, ale jednak przede wszystkim piosenkarz, piosenkarz, który co prawda coś tam pisał, ale żeby Nobel? No nie… Dla mnie decyzja o uhonorowaniu Boba Dylana literacką nagrodą Nobla była wyborem takim sobie. Ani specjalnie trafionym, ani specjalnie kontrowersyjnym. Polacy mają do nagrody Nobla stosunek prawie-że nabożny, gdzieś w głowie mi kołaczą takie wersy (cytuję z pamięci): „Sartre nie przyjął nagrody Nobla? Horrendalne! Ja takiego głupstwa nie palnę!”.

Jak w tym wszystkim znajdzie się Kazuo Ishiguro i jego twórczość? Pokochają go nagle masowo polscy (i nie tylko polscy) czytelnicy? Skoczą do góry nakłady? Odbiorcy przejmą się zawartą w powieściach Ishiguro krytyką ludzkiej kondycji? Czy wezmą ją tylko za popularny intelektualny bilon? A może tegoroczny laureat literackiego Nobla podzieli los Bjørnstjerne Bjørnsona? Czy też pozostanie w historii literatury na dłużej? Próba odpowiedzi na te pytania to tylko wróżenie z fusów. Na gorąco powiedzieć można tylko tyle, że dziś na obiad była potrawka z kury.

Dr Krzysztof Łęcki jest socjologiem literatury, wykłada na Uniwersytecie Śląskim.