„Jak ten malowany ptak”. Leopold Tyrmand: model do składania

Leopold Tyrmand, archiwum Marcela Woźniaka

Została po nim legenda „barwnego ptaka”, który ostentacyjnie nosił na szyi złoty krzyżyk. Jak pisał w Dzienniku 1954, padał krzyżem w kościele, ale tylko, by Bóg nie pozwolił mu skrzywdzić maturzystki, która sama pakowała mu się do łóżka. U kresu życia zaś miał nawrócić się na gorliwy judaizm i – po śmierci – spocząć na żydowskim cmentarzu. A jak było w rzeczywistości? Czy „inność” nie jest tematem aktualnym zwłaszcza dziś i zwłaszcza w Polsce? Zapraszam na koleny felieton o Tyrmandzie – pisarzu roku 2020.

I ojciec Mieczysław, i matka Maryla pochodzili z rodzin warszawskich Żydów, ale w ich domu daleko było do ortodoksyjnej wiary. Paradoks polegał na tym, że o ile ojciec Mieczysława, Zelman, miał małą fabryczkę lin i kabli (jego bracia, tokarze, wyemigrowali do USA) i zasiadał w radzie Synagogi Nożyków na ulicy Twardej, tak Marylę wychowywał bogaty wuj, Jakób (tak jest, przez „ó”). Po śmierci brata postanowił zaopiekować się bratanicą, na co – jako bogatego handlarza skórą – było go stać.

Fotografia ślubna Mieczysława i Maryli

Gdy Maryla w roku 1920 urodziła dziecko Mieczysławowi, ten na Franciszkańskiej miał pracownię skór właśnie. Kolejny paradoks polegał na tym, że o ile pracownia ojca mieściła się w dzielnicy żydowskiej, o tyle dom Tyrmandów znajdował się na Trębackiej. Było to serce Starego Miasta: kilka metrów od studia filmowego, w którym w atelier gimnastykował się przed kamerą Eugeniusz Bodo; rzut beretem od cokołu Adama Mickiewicza i przede wszystkim, bezpośrednie sąsiedztwo Krakowskiego Przedmieścia, o którym Mietek Fogg śpiewał ballady.

Na jakim poziomie żyli Tyrmandowie? Według opowieści Leopolda, nie było lekko i wielokrotnie musiał się w szkole wstydzić, że ojciec przychodził do Gimnazjum im. Kreczmara tłumaczyć się z nieuregulowanego czesnego. Zdaniem Tyrmanda, nie mieli w domu na Trębackiej 5 łazienki ani telefonu. A jednak i numer M. Tyrmunda (błąd w tym nazwisku zdarzał się wielokrotnie) znaleźć można w książkach telefonicznych, i z tą łazienką było nie do końca tak, że nie istniała.

Pani Basia Hoff, druga żona Leopolda:

– Oczywiście, że bzdura. Jego mama opowiadała mi, że kiedy Lolek nie chciał się myć, przekupywała go czekoladą, a potem zaganiała do wanny. No i trzeba wiedzieć, że Tyrmand był ochrzczony. Mówił, że sam wybrał, jaką wiarę chce wyznawać.

Szkolni koledzy potwierdzali, że w jednym z pomieszczeń domu widzieli stertę zelówek i podeszw. Kazik Palicki, kolega ze szkolnej ławki, wspominał po latach słowa Lolka, że jego ojciec szył buty dla połowy polskiej armii.

Według wspomnień wujka Tyrmanda, Ignacego, Tyrmandowie obchodzili w domu dwa-trzy święta rocznie. Tak wynika z zapisów w księdze genealogicznej, jaką od blisko dekady tworzy w Brukseli genealog, Isabelle Errera. Mówili po polsku, nie praktykowali judaizmu.

Pani Basia Hoff:

– Maryla była damą. Opowiadała mi, jak przesiadywała w Małej Ziemiańskiej, tej kawiarni, u Skamandrytów. Czasem brała tam Lolka.

Gdy pytam czy sądzi, że to prawdziwa historia, dodaje:

– Potwierdził mi to kiedyś Słonimski. Pamiętał małego brzdąca pałętajacego się pod stołem w atłasowym ubranku. To był Leopold.

A więc w czasie, kiedy ojciec zajmował się rzemieślniczą robotą, jego żona, jako warszawska dama, chadzała na spacery do modnych lokali. Być może po niej Leopold odziedziczy ten sam szyk:

– Zabierał mnie czasem do Bristolu – wspomina pani Basia. Słynny hotel z restauracją znajduje się na Krakowskim Przemieściu. – Gdy siedzieliśmy, opowiadał mi po kolei o każdej osobie, która wchodziła na salę. Wiedział wszystko.

Z poprzednich felietonów poświęconych Tyrmandowi wiemy, że w roku 1938 wyjechał na studia do Paryża. W tym czasie po Krakowskim przechadzały się bojówki, okładające żydowskich obywateli miasta kijami nabijanymi ćwiekami. Z tamtego okresu pochodziło potworne hasło „Żydzi na Madagaskar”. Wydarzenia te w krzywym zwierciadle pokazał Munk w Zezowatym Szczęściu, gdy Piszczyk – przypadkowo wmieszany w tłum nacjonalistów – krzyczy:„Na Kowno!”

Na uniwersytecie były getta ławkowe. Okładkę magazynu „Time” zdobił wizerunek Adolfa Hitlera – przyznano mu nagrodę „Człowieka roku”. Jak to pisał Gombrowicz, byli ludzie, którzy potrafią czytać gazety i do takich ludzi zaliczał się pewien Żyd, Jakub Lewitt, który wkrótce potem spakował swój dobytek, spieniężył nieruchomości i wraz z liczną rodziną wyjechał do Izraela.

List od Jakuba Lewita, 1979. Archiwa Hoovera

Zdaniem zmarłego niedawno profesora Richarda Pipesa, nie było w Gimnazjum Kreczmara nierówności rasowych. Jeśli komuś dopiekano, to najwyżej Rosjanom. To za to kilka lat wcześniej z murów tej samej szkoły wyrzucono Słonimskiego, który popełnił skromną, ale wymowną karykaturę rosyjskiego nauczyciela. Swoją drogą, to niesamowite, że w dobie internetu człowiek wysyła e-mail, jak list w butelce, a po kilku minutach nadchodzi z Cambridge odpowiedź od blisko stuletniego profesora Pipes’a, wybitnego sowietologa i byłego doradcy prezydenta Reagana.

Mimo to, możemy wyobrazić sobie, jakie emocje targały młodym warszawiakiem w czasach, kiedy za kształt nosa można było na ulicy mieć „wymasowaną wątrobę” (kradnę to piękne określenie od Mariusza Czubaja) i rozstrojoną klawiaturę zębów. Tymczasem we Francji Lolek poznał inny świat. Olbrzymi i wyprzedzający epokę kampus Cite Universitaire zbudowano z myślą o żakach napływających do Paryża z całego świata, ze wszystkich krajów i kultur. Miasto tętniło multikulturowością, to tam zetknął się z wielkim jazzem i początkami czegoś, co dziś nazwalibyśmy hipsterstwem. Gdy wrócił na chwilę do kraju, wybuchła wojna.

W trakcie wojny Lolek brutalnie przekonał się o niszczącej sile nienawiści rasowej wymierzonej we wszystkie nacje, a zwłaszcze tę żydowską. Już wtedy nie mógł i nie chciał się pogodzić z ułomną dziejowością świata, w której z jakiegoś irracjonalnego powodu jedni ludzie uważają się za lepszych od drugich. Czy temat nie wydaje nam się i dziś aktualny? Uciekł na Litwę, gdzie mając do wyboru ośrodki pomocy i stołówki, wybierał te dla Żydów. Bo były lepiej wyposażone. Aresztowany przez NKWD trafił do więzienia na Łukiszkach. Dziś budynek przyozdobiony jest muralem zrywającego się do lotu ptaka, ale wtedy panowała za murami epidemia tyfusu. Zbiegł z transportu – który pewnikiem wywiózłby go na daleki Wschód – i przez jakiś czas pałętał się po mieście. Od dziewczyny, z którą się umawiał, miał usłyszeć, że ojciec zabrania jej widywania się z nim, bo jest Żydem. A plakaty z informacjami, co grozi za kontakt z obywatelami tego pochodzenia, wisiały na całym mieście. Nie mogąc uciec do Japonii ani Anglii, Tyrmand wyrobił lewe papiery, w których wyrzekł się ostatecznie swoich korzeni. Do swojego pochodzenia nie przyznawał się już potem ani w Niemczech, ani na statkach, ani w obozie, ani po wojnie. Bo to kończyło się przecież śmiercią.

Skrócony odpis aktu urodzenia Leopolda Tyrmanda

Między 1939 a 1945 Maryla przeszła piekło – bombardowanie stolicy, a potem getto, w którym – podobno – Mieczysław po raz pierwszy zarobił sensowne pieniądze. Po brutalnym stłumieniu powstania, o którym Andrzejewski pisze w Wielkim tygodniu, wywieziono ich na Majdanek, z którego archiwów niewiele dziś zostało i stąd nie wiadomo, kiedy zginął Mieczysław. Wiadomo jednak, że Maryla nie trafiła ani do gazu, ani do jadącego wgłąb Niemiec transportu. Wysłano ją do fabryki amunicji. Tam, według hitlerowskich rozkazów, w przypadku nadciągania wojsk radzieckich miano dokonać egzekucji na wszystkich robotnikach fabryk. Rozkazu nie wykonano tylko w jednej – tej, gdzie pracowała matka Leopolda.

Spotkali się po wojnie, gdy Lolek przyleciał z Norwegii. Była wciąż piękna. Pisarz Jerzy Przeździecki wspominał po latach, że z kolegami oblali się rumieńcami na jej widok. Jej drugi mąż szybko zmarł na zawał, a wtedy – za ostatnie oszczędności – wyjechała do Izraela. Trzeciego partnera poznała w biurze matrymonialnym. Nazywał się Jakub Lewitt i umiał czytać gazety. Gdy jego żona zmarła, synowie wysłali go do agencji matrymonialnej. Tak poznał Marylę. Tak spędził z nią kolejne trzydzieści lat.

Tyrmand odnowił chrzest na początku lat 50. Potem dwukrotnie się żenił. Nosił na szyi złoty krzyżyk, co było obiektem drwin i rozmów w towarzystwie. Na szkolnym zjeździe spotkali się we czterech – absolwentów Gimnazjum Kreczmara. Reszta zginęła.

Matkę i ojczyma zobaczył dopiero pod koniec lat 60. i wizytę w Izrealu opisał w Zapiskach dyletanta  (które niedawno wznowiono na naszym rynku). Czyniąc spostrzeżenia na temat kultury i historii tego miejsca nie wspomina jednak w tekście, jaki był cel jego wizyty. Według tekstu, jest po prostu przybyszem…

Od tamtej pory odwiedzał ich kilka razy. W połowie lat 70., trzecia żona Mary Ellen Fox-Tyrmand zapamiętała, jak rodzina Jakuba Lewitta poprosiła Leopolda, by odczytał fragmenty Talmudu.

– Wyszedł na środek, cały spocony. Ruszał chwilę bezgłośnie ustami, a potem… zaczął czytać. Byłam w szoku. Jak zapamiętał ten język przez 40 lat?

– A skąd go znał? – pytam zdziwiony.

– Miał bar micwę. Uczył się języka, inaczej nie przeczytałby Tory i nie stałby się pełnoletni.

Wtedy zrozumiałem, że istniały dwie, równoległe historie. W jednej z nich, opowiadanej Basi Hoff, był katolikiem. W drugiej, opowiadanej w Ameryce, niepraktykującym Żydem.

Jedyny list od matki Tyrmanda dotyczy odszkodowań wojennych. Lekko pochylone, okrągłe pismo Maryli pokrywa małą, białą kartkę cienkiego papieru kancelaryjnego. Więcej korespondencji pochodzi od Jakuba Lewitta. Gdy Leopold w ostatnich latach swojego życia pisuje z nim z nim listy, nazywa go „tato”.

Maryla umiera w roku 1977. Wkrótce Tyrmand wysyła osobliwy list do Watykanu. Odpowiedź na niego znajduje się do dziś w archiwach.

Nie jest prawdą, że powrócił do judaizmu. Prawdą jest za to, że ochoczo komentował wybór Jana Pawła II na papieża w amerykańskiej prasie. Jak napisze po latach syn, Matthew:

– Nie słyszałem, żeby widziano go w synagodze.

Gdy Lolek umiera, pogrzebem zajmuje się teściowa i Tyrmanda chowają na Long Island – tak, jak wszystkich przodków rodziny Fox. Na uroczystości przemawia pastor Richard John Neuhaus, który w przeszłości odprawiał pogrzeb Martina Luthera Kinga. Na nagrobku umieszczona jest inskrypcja in thy light do we see. Pochodzi z Biblii. W drzewie genealogicznym Tyrmandów pojawia się kolejny krzyżyk tym razem przy dacie 19.03.1985.

 

Najwięcej krzyżyków jest między 1940 a 1943. Drzewo tworzy od lat nowojorczyk, Alan Thierman. Jego nazwisko brzmi znajomo? Alan dopytuje wciąż o różne detale i podsyła mi do tłumaczenia dokumenty z początków XIX wieku. Obaj wiemy, że ta historia to coś więcej, niż moja książka o Lolku. To historia rodziny, brutalnie przerwana po 1939 roku. Ze strzępków papierów i starych zdjęć układana jest na nowo. Jak pamiętamy, Zelman miał małą fabrykę sznurów i lin, był ojcem między innymi Ignacego i Mieczysława oraz dziadkiem Leopolda. Miał też dwóch braci, którzy wyjechali do Ameryki. Pracowali tam jako tokarze. Charles zmarł na pylicę tuż przed otrzymaniem amerykańskiego obywatelstwa. Więcej szczęścia miał Max. Alan jest jego wnukiem.

Obecna na ceremonii aktorka Elżbieta Czyżewska wychodząc z cmentarza czuje nadciągającą wichurę. Spogląda w niebo i widzi naraz wzbijające się ku niebu klucze ptaków, które pojawiły się znikąd, bo nigdzie dookoła nie było drzew. Wśród nich, leci jeden kolorowy ptak. Na swoich skrzydłach niesie różne barwy, z których każda była tak samo prawdziwa i tak samo owiana legendą. Legendą kolorowego ptaka.

Marcel Woźniak