„Niemoc”, październikowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

Krzysztof Damaradzki dziennikarz, pisarz. Fot. Adam Tuchlinski

Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca zamierzałem podzielić się z Wami jakąś wyczytaną mądrością, opowiedzieć anegdotę literacką, błysnąć spostrzeżeniem albo chociaż dowcipem. Nic z tego. W głowie mam pustkę. Jakbym rozwiódł się z kulturą. W dodatku bez orzeczenia o winie.

Kilka dni temu zacząłem oglądać serial „Ratched”, netfliksowy prequel „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Spodziewałem się fajerwerków, ponieważ jestem fanem świetnej powieści Kena Keseya i jeszcze lepszej – a to bardzo rzadkie – ekranizacji Miloša Formana. Założyłem, że nieźle sfinansowana opowieść o dawnych dziejach psychotycznej siostry Mildred Ratched nie może się nie udać. I sądząc po ocenach czy opiniach w sieci, wyszło całkiem znośnie. Ale ja wymiękłem przy trzecim odcinku.

Oczywiście mógłbym zrzucić winę na reżysera Ryana Murphy’ego, który chyba zbyt mocno ugrzązł w swojej campowej estetyce, ale wtedy zorientowałem się, że nowa powieść Jo Nesbø także mi nie wchodzi. Albo inaczej: wchodzi, ale bardzo powoli, w porcjach nieprzekraczających paru stron dziennie, jakbym miał problemy ze zrozumieniem treści albo z akceptacją stylu autora. A to raczej nie jest możliwe, ponieważ z dużą przyjemnością przeczytałem wszystko, co napisał – z wyjątkiem jego powieści dla dzieci.

Zacząłem więc wchodzić głębiej w problem. I uświadomiłem sobie, że od kilku tygodni nie przeczytałem i nie obejrzałem niczego, co by mi się podobało. Żadnego filmu, serialu, książki, choćby artykułu. I raczej nie jest to wina złej selekcji, ponieważ z reguły nie kupuję kota w worku. W dodatku w ostatnim czasie nie sięgałem po nic eksperymentalnego. Schylałem się po sprawdzone motywy, przyzwoicie oceniane utwory albo – jak w przypadku Nesbø – po towar od ulubionych dilerów.

I nic. Żadnej frajdy z lektury czy oglądania. Żadnej intelektualnej uczty.

Utknąłem.

www.unsplash.com/Claudia Wolff

Przypomniałem sobie, że biegając po Instagramie, parokrotnie zetknąłem się z terminem „blokada czytelnicza”. Bookstagramerzy tłumaczyli nią to, że nie mogą dokończyć powieści (nawet jeśli im się podoba), że nuży ich czytanie, że męczą się na samą myśl o przewracaniu kolejnych kartek. Szczerze mówiąc, myślałem, że to ściema. Że wrzucają posty zapchajdziury, aby wymusić interakcję i wygenerować aktywność wtedy, kiedy nie mają nic ciekawego do opublikowania. Byłem blokadosceptykiem. Ale w końcu też mnie dopadło. I to od razu w wersji rozszerzonej, ponieważ blokada zainfekowała cały kulturowy układ umysłowy.

Dobra wiadomość jest taka, że nie rozciągnęła się na moje życie autorskie. Nowa książka się redaguje (może nawet ciut szybciej, niż zakładałem), a na etapie tworzenia brzydzę się nią tak samo jak czterema poprzednimi. Teksty do gazety wyrzucam jak z katapulty – w ostatnim „Forbesie” zapisałem rekordowe 75 stron. Ten felieton też wychodzi ze mnie bez bólu, więc zakładam, że dobrnę do końca.

Martwi mnie jednak to, że nie mam pojęcia, skąd ta blokada się wzięła. Z przepracowania? Chyba nie, od dawna jestem w zawodowym gazie i jeszcze nie czuję palącej potrzeby, żeby zwolnić. Ze złej diety albo z kiepskiego prowadzenia się? Wątpię. Od ponad pół roku nie jem mięsa, schudłem kilka kilogramów, trenuję prawie codziennie, biję rekordy biegowe. Z nabywanej z wiekiem zrzędliwości, postępującego skapcanienia i większej kulturowej wybredności? Może. Choć nie wydaje mi się, żeby przeskok mógł być aż tak gwałtowny.

Krótko mówiąc: cholera wie. Mam tylko nadzieję, że blokada puści, zanim doświadczę dotkliwego zubożenia kulturowego. Bez literackiego paliwa żaden autor daleko nie zajdzie. Ale też żaden (chyba) nie będzie się codziennie zmuszał do pociągania wachy prosto z dystrybutora. Trzeba lubić ten fetysz.

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Z trzech powodów.

Po pierwsze: o czymś muszę. Na Smaku staram się pisać o tym, co chodzi po mojej literacko-kulturowej głowie, a ostatnio nie szwenda się tam nic ciekawego. Blokada wygrała walkowerem.

Po drugie: strzeżcie się. Nie znacie dnia ani godziny. Też możecie wpaść na zaporę, nawet jeśli nie wierzycie w jej istnienie.

A po trzecie: dzięki blokadzie w końcu zrozumiałem nieczytających. Poczułem, jak to jest, kiedy zmuszasz się do czytania w przededniu kartkówki z polskiego. Kiedy szukasz wymówek, aby nie czytać. Kiedy mając dziesięć minut wolnego, zamiast złapać za książkę, wolisz włączyć telewizor i pooglądać nastolatków grających w „Counter Strike’a”.

Gdybym musiał wybrać docelowy i nieodwołalny sposób bycia, a moje doświadczenia kulturowe ograniczałyby się jedynie do ostatnich kilku tygodni, prawdopodobnie zabrakłoby w nim miejsca na książki.

Wyobrażam sobie, że od takich osób – startujących od zera i dopiero wybierających swoje pasje, niemających wyrobionego gustu rozrywkowo-kulturowego, a do tego podatnych na trendy i zachowania rówieśników – w największym stopniu zależy przyszłość branży wydawniczej. I wyobrażam sobie, że przy obecnym zalewie rozrywek trudno będzie przekonać młode pokolenie, czytanie to najfajniejszy sposób spędzania wolnego czasu. Może więc należy budować w nim poczucie, że nieczytanie to wstyd – jak, dajmy na to, niemycie rąk po sikaniu? Może trzeba całkowicie przemodelować listę lektur, wypychając ją najbardziej kontrowersyjnymi i chwytliwymi tytułami? Może młodzi złapaliby bakcyla, gdyby lektury podawano im w inny sposób – pod postacią audiobooków, skrojonych pod uczniów audioseriali, gier?

Nie wiem. Może edukatorzy i wyjadacze rynku literackiego mają na to jakieś lekarstwo (choć bardziej przydałaby się szczepionka). Mnie w tej chwili trudno być optymistą. Zakładam, że skoro facet, który żyje z pisania, nabawił się książkowstrętu, mogą się nim zarazić także ci, którzy jeszcze nie zdążyli się skalać literaturą.

Krzysztof Domaradzki