„Nowy kanon lektur? Wychowałam się na podobnym w PRL-U”.

Co sądzi o nowym kanonie lektur, za co lubi książki Marty Guzowskiej, dlaczego Polacy czytają sporadycznie, a także o tym, czy książki są za drogie i czy można zrobić jeszcze biznes w świecie książek. O tym wszystkim rozmawiam z prof. Małgorzatą Omilanowską, byłą minster kultury i dziedzictwa narodowego. 

Sławomir Cenckiewicz, Cezary Gmyz, Piotr Semka, ale też Marek Bieńczyk, czy Eustachy Rylski. To tylko niektóre nazwiska z listy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które powinny być zapraszane do Instytutów Polskich za granicą. Dla Pani profesor to zestawienie jest śmieszne, żenujące, a może wszystko z nim w porządku?

Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby dyrektorzy instytutów sami decydowali kogo chcą zaprosić. Nie wiem kogo teraz wysyła się na te placówki, ale dyrektorzy wybierani w konkursach w poprzednich latach z reguły byli niezłymi fachowcami od tego właśnie kraju, do którego jechali. Wiedzieli kto może porwać publiczność, czyje książki ostatnio przetłumaczono na dany język, czyje filmy są akurat wyświetlane w kinach itp. Publicystów i historyków – Cenckiewica, Gmyza czy Semkę – wymienionych przez Pana można pewnie zaprosić na spotkanie z Polonią, tyle że promowanie przez Instytuty Polskie Polski Poloniom to jednak lekkie pomylenie pojęć. To tak jakby Instytut Goethego prowadził działalność kulturalną wśród mniejszości niemieckiej na opolszczyźnie. Natomiast promowanie twórczości Bieńczyka czy Rylskiego wymagałoby przetłumaczenia większej liczby ich tytułów i sporej akcji promocyjnej.

Skoro już jesteśmy przy tematach z zabarwieniem politycznym. Jak Pani ocenia nowy kanon lektur szkolnych?

No cóż, niewiele się różni od tego, na którym sama się wychowałam, za RPL. Czytelnictwo nam od tego nie wzrośnie, obawiam się, że raczej uda zrazić się do książek kolejne pokolenia Polaków, myślących też nie wychowamy, ale rozumiem, że cel tej akcji jest inny. Chodzi chyba o kształtowanie postaw i wspólnoty. Nie uda się to raczej, ale na pewno uda się oszczędzić sporo środków na zakup nowości do bibliotek szkolnych, bo akurat ten kanon to jest w każdej.

Po odejściu z ministerstwa ma Pani więcej czasu na czytanie? Rozumiem, że z książkami Marty Guzowskiej jest Pani na bieżąco.

Zawsze czytałam dużo, a teraz wcale mi nie łatwiej niż w ministerstwie. Proszę pamiętać, że jako historyk sztuki muszę bardzo dużo czytać pozycji zawodowych. Na moje ulubione kryminały zostaje niewiele czasu, ale na szczęście jeżdżę dużo pociągami i tam nadrabiam zaległości. Powieści Guzowskiej bardzo lubię, bo oprócz akcji kryminalnej jest dużo klimatu pracy archeologa, co umie opisać znakomicie bo się na tym zna. Duża przyjemność.

Gdy spotkaliśmy się dwa lata temu w Ministerstwie Kultury, poleciła mi Pani książkę „Szwecja czyta. Polska czyta”. Można w niej przeczytać, że statystycznie, każdy Szwed czyta dziennie około 20 minut. Czyta nie tylko dłużej, ale też znacznie więcej niż statystyczny Polak. Dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być tak dobrze?

Na Polskę nieczytającą składa się wiele. Proszę pamiętać, że czytanie się dziedziczy, przede wszystkim „po kądzieli”. Czytają dzieci czytających matek. A my jesteśmy narodem, w którym ciągłość tradycji czytania została przerwana wojną i wielkimi stratami księgozbiorów, przede wszystkim prywatnych, które spłonęły, bądź nie zmieściły się w bagażach przesiedleńczych kresowiaków. Płacimy też cenę za brak konsekwentnej i nowoczesnej polityki edukacyjnej. Wydajemy miliony na akcje zachęcające do czytania, prowadzone przez instytucje kultury, ale w szkołach nikt nie wprowadził do programu zajęć uczących przyjemności z czytania. Nowy-stary kanon lektur na pewno tej passy nie przełamie.

A co by Pani powiedziała tym blisko 5 milionom Polaków, którzy nie czytają absolutnie niczego, nie licząc wpisów znajomych na Facebooku?

Że dużo tracą. Ale żeby tę stratę poczuć trzeba choć raz w życiu zanurzyć się w przyjemność lektury, a to wielu nie było dane nigdy w życiu i szansa na odrobienie tej zaległości w dorosłym życiu jest niestety mała.

A może książki są w Polsce za drogie?

Są drogie, ale to nie bariera finansowa decyduje o poziomie czytelnictwa. Ludzie pożyczają książki zarówno w bibliotekach jak i od znajomych czy rodziny. Nawet nie kupując żadnej książki można sporo przeczytać.

Jest jeszcze miejsce na rynku na nowe wydawnictwa?

Wydawnictw w Polsce jest bardzo dużo. To nie kwestia ich liczby, tylko struktury i aktywności. Wiele z zarejestrowanych wydawnictw wydaje prawie nic. Na pewno można jeszcze spróbować zrobić interes na książkach w Polsce.

A na księgarniach? Znane są Pani problemy jednej z dużych sieci, ale z drugiej strony korzystają na tym małe, często niezależne księgarnie.

W takich miastach jak Berlin księgarnie się odradzają. Może i w Polsce wróci moda na kupowanie książek w księgarni, ale przy niskim poziomie czytelnictwa i popularności sprzedaży internetowej obawiam się, że w małych miastach księgarnie się nie odrodzą. Utrata obrotów z podręczników dla klas początkowych zadała śmiertelny cios wielu z nich. Może wprowadzenie stałej ceny książki mogłoby pomóc, ale nie wydaje się, żeby obecny rząd był taką regulacją zainteresowany.

Przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Jesteśmy świeżo po przyznaniu Paszportów Polityki, zaskoczenie?

Chyba nie. Właściwie wszystkie nominacje były trafione więc niezależnie od ostatecznego werdyktu wiadomo było, że paszporty trafią w dobre ręce. I tego warte.

Skoro o nagrodach mowa, po przyznaniu literackiego Nobla Bobowi Dylanowi, powiedziała mi Pani, że to „odważna, ale dobra decyzja”. Może zbyt odważna?

Nie ma zbyt odważnych decyzji w takich sprawach. Dylan to wybitny poeta, a to, że śpiewający i popularny to nie powód żeby go omijać w nagrodach. Nobel to prestiż, ale i wskazanie. Tym razem wskazanie, że literatura dobra nie musi być hermetyczna.

Co było dla Pani największym wydarzeniem w literaturze w 2016 roku? Zarówno w Polsce, jak i na świecie.

A to mnie Pan wpędził w kłopot. Wydarzeniem na świecie chyba Nobel dla Dylana. Oceniać premiery książkowe nie sposób, bo te wydane na świecie 2016 jeszcze nie doczekały się tłumaczeń na polski, a w oryginale czytać mi się nie chce. I tak muszę czytać w obcych językach literaturę zawodową, bo nikt jej nie tłumaczy. Natomiast w Polsce ucieszyło mnie wiele wydanych książek. Chyba żadna nie będzie „książką mojego życia”, ale miałam ogromną przyjemność z czytania zarówno listów Szymborskiej i Filpowicza, „Króla” Twardocha, jak i „Syna” Meyera. Mam też sentyment do „Białej Riki” Magdaleny Parys i „Krivoklata” Dehnela.

A w tym, co Pani przeczyta? Kontynuację „Millennium” Larssona, pardon, Lagercrantza, a może nowego Dana Browna, Krajewskiego?

W najbliższych miesiącach przeczytam wydane w zeszłym roku polskie kryminały. A potem zobaczymy. Czeka mnie sporo lektur historyczno-artystycznych i wielka przeprowadzka biblioteki, co może zaowocować niespodziewanymi odkryciami nieprzeczytanych książek.

I to wszystko będzie przeczytane w papierze czy raczej na czytniku?

Od pięciu lat czytam przede wszystkim w wersji elektronicznej, wszystko co się da, ale niestety nie wszystko się da. Kocham zapach książek, ale nie mam na nie miejsca. I nie mam siły ich targać w podróżach.