O owocach Duriana, klasie biznes i odciąganiu pokarmu, czyli odpowiedź na recenzję Jakuba Ćwieka

Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

Zakładam, że skoro trafiliście na ten tekst, to doskonale znacie tło całej dyskusji, lub przynajmniej przeczytaliście opinię Jakuba Ćwieka o moich „Wymazanych z pamięci” (klik), więc od razu przechodzę do meritum. Pozwolę sobie przy tym obrać formę listu otwartego, gdyż poniższe słowa mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.

Kuba, przede wszystkim dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę mojej książki. Zawsze śmieszą mnie wydawane w połowie roku sądy, że dana książka jest najlepszą wydaną w tym roku, najlepszym debiutem itd., jakby autor tych słów nie zamierzał do końca roku nic więcej nie czytać. Niemniej doświadczenie wyniesione z poprzednich książek pozwala mi ukuć tezę, że Twoja recenzja będzie najciekawszą i najobszerniejszą, jaka ukaże się na temat „Wymazanych z pamięci”. Dzięki za poświęcony czas i zaangażowanie. To dla mnie wiele znaczy.

Dziękuję za wiele miłych słów, docenienie warsztatu, pomysłu na fabułę i budowania ekspozycji. Żeby jednak nie było za słodko, muszę zacząć od czegoś, co najbardziej mnie uderzyło w Twojej opinii. Poświęciłeś „Wymazanym z pamięci” blisko 19 tysięcy znaków ze spacjami, a nawet słowem nie zająknąłeś się o tym, co w książce najważniejsze. Piszesz o lotnisku, siedzeniach w samolocie, dziennikarzach, zupełnie zapominając o sercu tej historii. Jak słusznie zauważył nasz gospodarz Adam Szaja w swoim Smacznym Przeglądzie Tygodnia, „Wymazani…” są książką o rodzinie. Włożyłem całe serce, by oddać emocje przeżywane przez bohaterów, pokazać ich rozterki, rozchwianie emocjonalne, wyrzuty sumienia, gdy nie potrafią cieszyć się z odzyskanych dzieci. Książka jest opakowana jako kryminał, nie mam więc pretensji, gdy czytelnicy skupiają się na wątku wyjaśnienia zagadki, ale dla mnie jest on tłem. Książkę przeczytałem wiele razy, a cały czas czuję dreszcze na wspomnienie sceny, w której Karolina pierwszy raz spotyka swoją odnalezioną córeczkę, a ta zamiast wpaść jej w objęcia, zerka na panią psycholog. Odniosę się trochę niechronologicznie do Twoich zarzutów, ale być może właśnie dlatego zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Dla mnie bowiem historia kończy się, gdy Karolina podejmuje taką, a nie inną decyzję, Marlena robi to, co robi z synem, a Paweł z bratem (wybaczcie te ogóły, ale nie mogę zdradzić więcej). Ostatni rozdział i epilog są dla mnie jedynie domknięciem fabuły, a nie wisienką na torcie.

 

Wracając do zarzutów… Piszesz o błędzie w opisie loży na lotnisku w Kuala Lumpur, podpierając się opisem ze strony internetowej tegoż. Nie bez powodu akcję moich książek osadzam w Trójmieście lub Bydgoszczy. Opisuję miejsca doskonale mi znane, by jak najrzadziej wspierać się informacjami z Internetu. Tak też było w przypadku lotniska w Kuala Lumpur. Sam na nim nie byłem, ale moja żona spędziła tam sporo godzin, a opis loży sporządziłem na podstawie jej opisu. Jest to ogromne lotnisko, ma kilka mniejszych saloników, do których mają wstęp osoby z droższymi biletami, więc może w Internecie znalazłeś jakąś inną niż tą, do której trafiła ona (oraz Marlena). Chciałem nawet wkleić zdjęcie, ale niestety nigdzie takowego nie znalazłem. Na osłodę dołączam zdjęcie ciastek z owoców Duriana kupionych właśnie na tym lotnisku. Nie polecam. 😉

fot: Piotr Borlik

Jeśli chodzi o kwestię zamiany miejsc w samolocie, to scena ta w pierwotnej wersji była znacznie dłuższa. Marlena przytaczała w głowie jedną z zasad wywierania wpływu wg. Roberta Cialdiniego, wspominała w myślach nawet przykład z jego książki, gdy w ramach eksperymentu student podchodził do kolejki oczekującej na ksero i prosił, by go wpuścili, podając bezsensowny argument, że musi zrobić ksero. Jeśli wierzyć literaturze, ludzie rzeczywiście ustępowali mu miejsca. Przed oddaniem tekstu do wydawnictwa czytam go kilkakrotnie, ten fragment wypadł chyba w drugim czytaniu, gdy uznałem, że niepotrzebnie wydłuża scenę, odbiera jej dynamizm, poza tym Marlena nie jest odpowiednią osobą do cytowania tego typu eksperymentów (od tego był Artur Kamiński w trylogii „Boskiej proporcji”, gdzie miało to uzasadnienie w jego wiedzy i wykonywanej profesji). Ta zasada była wystarczająca, by wpłynąć na pasażera, ale za jej pomocą nie byłoby już tak łatwo wymusić zmianę lotu. Zapewne masz rację, że siedzące z tyłu dziecko nie byłoby w stanie kopać fotela, ale z pewnością mogło uprzykrzyć podróż – coś takiego powinienem był wyłapać podczas jednego z czytań.

Wiem, że nie wypunktowałeś wszystkich uwag, a tylko podałeś przykłady, niemniej chciałem pokazać, jak łatwo pomylić się i wyciągnąć nieprawidłowe wnioski. Cieszy mnie, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie drobnostki. Jak dziś pamiętam moje oburzenie, gdy czytając „Pokutę” Anny Kańtoch, natknąłem się na scenę, w której żona jednego z bohaterów podczas rozmowy piecze ciasto. Biorąc pod uwagę czas tej rozmowy, w jakieś piętnaście minut przygotowała ona składniki, zmieszała je i upiekła ciasto. Można by pomyśleć, że czepiamy się tematów nam bliskich, bo Ty lubisz podróżować, a ja gotować, ale podobnie nie mogłem przeboleć, gdy w „Cokolwiek wybierzesz” Jakuba Szamałka szefowa głównej bohaterki odciągała pokarm z piersi i cały proces zajął jej dosłownie chwilę. Obie książki czytałem jakiś rok temu, a sceny te utkwiły mi w pamięci; mam nadzieję, że za rok nie będziesz kojarzył „Wymazanych z pamięci” tylko ze względu na lotnisko i fotele w klasie premium.

Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.

Tyle w temacie odpierania zarzutów. Raz jeszcze dziękuję Ci za poświęcony czas. Widzę, że inaczej patrzymy na książki, inne rzeczy są dla nas istotne, a inne ignorujemy. Aż korci mnie, by spróbować wspólnej oceny wybranej przez czytelników książki. Nie jest to nic odkrywczego, ale dawno nie widziałem, by ktoś zrobił to naprawdę dobrze. Niezależnie od tego, czy ta inicjatywa rozrośnie się do sporego projektu, czy na tym zakończymy, oczywiście jestem gotowy do współpracy i wzajemnej pomocy.

Jak wiesz, nie byłem entuzjastą pomysłu, by autorzy oceniali innych autorów. Nasz eksperyment pokazał, że można, ale wciąż boję się, że może to przybrać formę wzajemnej promocji lub walki na noże. Nie wiem, czy to zasługa tej akcji, ale gdzieś mignęło mi, że Krzysztof Bochus i Tomasz Duszyński krzyżowo recenzują swoje najnowsze książki. Chyba więc zasiałeś wirusa – oby przybrał on zdrową formę, a nie zmutował w towarzystwo wzajemnej adoracji.

Piotr Borlik