Odszedł Jack Ketchum

Jack Ketchum, fot: Agata Krajewska

Odszedł Jack Ketchum.

Czy też właściwie – odszedł ponownie, bo przecież był już kiedyś Tom „Black Jack” Ketchum, rabuś z dzikiego zachodu, który za sprawą swojej odwagi, bezkompromisowości i czasem bezwzględnego okrucieństwa stał się legendą Dzikiego Zachodu.

Ten Jack Ketchum, którego miałem okazję poznać odrobinę tylko lepiej niż przelotnie, naprawdę nazywał się Dallas Mayr. Zasłynął w zasadzie tym samym, co człowiek od którego wziął imię. Tyle, że on rzeczoną bezwzględnością i okrucieństwem epatował wyłącznie w swoich książkach.

Poza nimi był Dallasem o twarzy jakby głęboko ciosanej nożem, człowiekiem o najbardziej przenikliwym spojrzeniu, jakiego dane mi było spotkać. Patrzył na ciebie i w ciebie. A ty zastanawiałeś się, co takiego zobaczył, że się tak dziwnie uśmiecha.

Niewiele mogę napisać o jego książkach rzeczy, których już nie napisano, więc się tego nie podejmę. Powiem tylko, że chyba jedynie raz udało mi się dotrzymać buńczucznego „Tym razem mnie nie złamiesz, Jack. Tym razem nie sprawisz, że będę łkał w kącie lub osowiale gapił się w ścianę.” Bo niemal za każdym razem trafiał w miękkie, potrafił sprawić, że czułem się zbrukany ludzką podłością i przytłoczony ciężarem bólu, jaki przyszło dźwigać jego połamanym bohaterom. „Dziewczyna z sąsiedztwa” i „Rudy” są mi do dziś niezabliźnionymi ranami. „Jedynego dziecka” nie odważyłem się przeczytać.

Z tego co wiem, żył jak chciał. Kochał zwierzęta, Nowy Jork, a pisać więcej nie musiał, więc robił to, nie czując presji. Miał swoje nawyki i zwyczaje, a w lokalu, w którym bywał codziennie o siedemnastej, znali go i uwielbiali wszyscy. Gdy tam trafiliśmy z naszą popową trasą, klął na papieża Franciszka, bo przez niego nie mogliśmy zobaczyć Central Parku. Później zorganizował nam po znajomości wycieczkę po biurze Stephena Kinga w Bangor, aż wreszcie opowiedział tak przejmującą historię o nocy, gdy Manhattan płakał po Lennonie, że nawet teraz, pisząc o tym, czuję szczypanie w oczach. Był tam wtedy, w parku. Ramię w ramię z innymi śpiewał Imagine.

Potem był tu z nami we Wrocławiu, na Polconie, siedział w ogródku i z szerokim uśmiechem rozmawiał z każdym, kto do niego podszedł. On, człowiek do którego przyległa kingowska etykietka „najstraszniejszego człowieka w Ameryce”. Czasem go to bawiło, coraz częściej zbywał machnięciem ręki.

A teraz umarł.

Odszedł Jack Ketchum. Znowu.

Ale co naprawdę smutne, wraz z nim odszedł Dallas Mayr. I za nim będę tęsknił.

Jakub Ćwiek