„Pismaki, biedaki, cebulaki”, grudniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

Krzysztof Damaradzki dziennikarz, pisarz. Fot. Adam Tuchlinski

Dyskusyjny ranking najlepiej zarabiających pisarzy tygodnika „Wprost” nie mówi prawdy na temat wynagrodzeń polskich autorów. Ale wybija pewną ogólną zasadę, która w wirze rankingowych kontrowersji mogła umknąć.

Jak już zdążyliście się zorientować, Adam Szaja, gospodarz smakksiazki.pl, jest czujny jak ważka (nieprzypadkowo robi w internatach). Dzięki temu wypunktował ranking najlepiej zarabiających polskich autorów według tygodnika „Wprost” zaraz po jego publikacji (tekst znajdziecie tutaj). Zgadzam się z większością spostrzeżeń Adama, ale mam też kilka własnych – typowo forbesowych. Wprawdzie aż sześciu wniosków nie uzbierałem, ale trzy powinny wystarczyć.

Po pierwsze, polscy pisarze się biedni.

Może to brzmieć dziwnie, widząc prawie 2 mln złotych Remigiusza Mroza, ale uwierzcie: w rankingu nie pojawiają się kwoty, jakie powinny zarabiać największe gwiazdy literatury w 38-milionowym kraju. Spójrzmy na lidera peletonu. Można nie trawić twórczości Mroza, uważać, że to literatura niskich lotów, podważać sens wypuszczania sześciu czy siedmiu książek rocznie, ale ten człowiek to fenomen biznesowy. Jednoosobowa fabryka bestsellerów. Polski James Patterson, który w przeciwieństwie do Amerykanina nie korzysta z armii ghostwriterów.

James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku

To teraz wyobraźcie sobie, że w ostatnim roku Patterson – jak policzył amerykański „Forbes” – zgarnął 40 mln dolarów, czyli mniej więcej 140 razy więcej od Mroza. Oczywiście Amerykanin ma wielki wyjściowy bonus w postaci tworzenia po angielsku i natychmiastowego pozycjonowania utworów na przepotężnym anglosaskim rynku, ale czy 140-krotna różnica to aby nie przesada? A przecież Patterson wcale nie jest najlepiej zarabiającym autorem ostatnich dwunastu miesięcy. Więcej – i to o 22 mln dolarów – zarobiła J.K. Rowling. I to nie wydając ani jednej książki: jej wynagrodzenie pochodzi m.in. z parków tematycznych (oczywiście poświęconych Harry’emu Potterowi), sztuk teatralnych czy filmów powstających na bazie jej twórczości.

Po drugie, polscy pisarze są biedni.

Zostańmy na chwilę przy Rowling. Brytyjka zajęła 13. miejsce na forbesowej liście najlepiej zarabiających celebrytów. Z 92 mln dolarów na koncie uplasowała się tuż za Rogerem Federerem (93,4 mln), za to przed m.in. Dwaynem Johnsonem (89,4 mln), LeBronem Jamesem (89 mln) czy Eltonem Johnem (84 mln).

A teraz spójrzmy na nasze podwórko. Nie natknąłem się na wiarygodne rankingi finansowe z udziałem polskich muzyków czy aktorów, ale mniej więcej wiadomo, jak sobie radzą sportowcy. Robert Lewandowski podobno zgarnia około 20 mln euro rocznie (ok. 86 mln złotych); jeśli dodamy do tego wszystkie wpływy marketingowe, wyjdzie pewnie ponad 100 mln zł. Marcin Gortat przez wiele lat zarabiał 12 mln dol. rocznie. Agnieszka Radwańska podniosła z kortu łącznie prawie 28 mln dolarów – i może nawet jedną trzecią tej kwoty zgarnęła dodatkowo z reklam oraz od sponsorów (w swoich najlepszych latach regularnie trafiała do rankingu dziesięciu najlepiej zarabiających sportsmenek świata).

A teraz weźmy Olgę Tokarczuk (trzecią we wprostowym rankingu), dorzućmy jej 3,5 mln złotych noblowskiej premii i zaokrąglijmy: wyjdzie około 5 mln zł w 2019 roku. To wielokrotnie mniej, niż zarabiają lub zarabiali najlepsi polscy sportowcy. A przecież Tokarczuk jest świeżo upieczoną mistrzynią świata w literaturze. W dziedzinie, którą uprawia się globalnie. W której łatwo się pokonuje bariery geograficzne. Która ma miliony wyznawców nawet w krajach permanentnie utyskujących na zapaść czytelnictwa – takich jak Polska.

Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

Po trzecie, polscy pisarze są biedni.

Spójrzmy na tyły rankingu „Wprost”. Dwudzieste miejsce zajął w nim Grzegorz Kasdepke. W analizowanym okresie (od 1 stycznia do 18 listopada 2019 roku) uzyskał 134,5 tys. złotych. Dla uproszczenia wyliczeń przyjmijmy, że w skali całego roku zarobi 150 tys. zł, czyli 12,5 tys. miesięcznie.

Nieźle, prawda? Ale pamiętajcie o tym, że pewnie 99 proc. autorów nigdy nie powącha takich pieniędzy w skali roku. I pewnie większość nie powącha takiej kasy przez całe literackie życie. Kasdepke to ewenement, jeden z przywódców stada, a nie jego typowy przedstawiciel.

Te 12,5 tys. to wynagrodzenie, na które w warszawskich korporacjach mogą liczyć tabuny ludzi piastujących dziwnie brzmiące menedżerskie stanowiska: key account managerowie, brand managerowie czy inni business partnerzy. Na takie płace mogą liczyć nieźli analitycy finansowi i informatycy – i to często już parę lat po studiach. To wynagrodzenie sporo niższe od tego, jakie otrzymują prawnicy czy lekarze z wieloletnim stażem. Z perspektywy zwykłego Kowalskiego 12,5 tys. złotych brzmi jak spełnienie marzeń o godnym życiu, ale to nie są gwiazdorskie apanaże. To pensja, na którą mogą liczyć miliony Polaków, a nie liderzy ekonomicznego wyścigu.

***

Ważne zastrzeżenie. Tworząc ranking pisarzy, „Wprost” podjął się arcytrudnego zadania. Wyniki bazują na danych odpowiadających jedynie za 10-15 proc. rynku księgarskiego, więc należy je traktować wyłącznie jako dość swobodną ekstrapolację. Ale nie w tym rzecz. Problemem jest przyjęte w rankingu założenie, że czołowi pisarze zgarniają 5 proc. od średniej ceny okładkowej książki, które zupełnie nie trzyma się rynkowych standardów. Jak słusznie zauważył Michał Szafrański (tutaj), gdyby którykolwiek autor z wprostowej dwudziestki współpracował z wydawcami na takich warunkach, byłby negocjacyjnym fajtłapą. Jego zdaniem najlepsi (czytaj: najlepiej komercjalizujący swoją twórczość) mogą liczyć nawet na czterokrotnie wyższe wpływy. Podobnie można interpretować komentarze do rankingu bohaterów zestawienia – m.in. Remigiusza Mroza, Jakuba Żulczyka, Magdaleny Witkiewicz czy Wojciecha Chmielarza. A poza tym kasa z książek to nie wszystko (patrz: Rowling). Są jeszcze pieniądze z praw zależnych, tantiemy za wykorzystanie utworów czy wynagrodzenia ze spotkań autorskich.

Jednak to wszystko nie zmienia tego, że pod względem zarobkowym polscy pisarze wypadają marnie. Zwłaszcza na tle innych uczestników gigantycznego rynku rozrywkowego – sportowców, aktorów, muzyków czy osobowości telewizyjnych. Nawet czterokrotne pomnożenie szacunków „Wprost” nie wykolei tego stanu rzeczy – co najwyżej zmniejszy skalę zjawiska.

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

I nie ma co się zżymać na taki układ. Ludzie, którzy żyją z pisania, wykonują ultraprzyjemną pracę. Opowiadamy historie. Czasem z głowy, czasem zrodzone z rozmów z arcyciekawymi ludźmi. Autorzy, którzy twierdzą, że mają najprzyjemniejszą robotę na świecie, nie mówią tego, żeby się podlizać czytelnikom czy uwiarygodnić swoje oddanie sprawie. Mówią tak, bo w to wierzą. Bo tak jest. Bo uwielbiają pisać.

A że bardzo niewielu może z tego godziwie żyć? Trudno. Coś za coś. Oczywiście warto walczyć o jak najlepsze traktowanie ludzi piszących, o wzmocnienie naszej pozycji negocjacyjnej, o zabezpieczenie niepewnej pisarskiej starości, ale trudno kwestionować ogólne reguły rynkowej gry. Albo się na nie godzisz, albo powinieneś zająć się czymś innym.

PS. Mam przywilej otwierania miesięcznego cyklu felietonowego na smakksiazki.pl. Dzięki temu jestem pierwszym autorem, który może Wam złożyć życzenia. A zatem: Wesołych Świąt i wszystkiego najlepszego w 2019 roku! Tysięcy książek – otrzymanych, przeczytanych i wręczonych najbliższym. Jeśli nie z miłości do literatury, to chociaż z litości dla autorów 🙂

Krzysztof Domardzki