„Nie podoba się, nie czytaj”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

Zastanawiam się czasem, czy aby na pewno osoby deklarujące swoją miłość do literatury, naprawdę czytają. I choć nie trzeba mianować się kinomanem, by oceniać filmy, to moim zdaniem w przypadku książek, wypadałoby mieć choć odrobinę… obeznania. Mogę nie wiedzieć, jak się robi kinowe produkcje, ale co trudnego jest w czytaniu? Witamy w świecie, gdzie za opinię uchodzi „nie podoba się, nie czytaj”.

Zawsze kiedy natrafię gdzieś na interesującą dyskusję w komentarzach, nie jestem w stanie się od niej oderwać. To takie guilty pleasure, gdzie mam świadomość, że źle robię w ogóle to czytając, a z drugiej strony, zastanawiam się dlaczego nie mam ze sobą popcornu. I taka właśnie sytuacja miała miejsce, kiedy jakiś czas temu Jakub Ćwiek napisał list otwarty do Remigiusza Mroza (klik). Tylko czekałem wtedy na ten magiczny i jedyny w swoim rodzaju moment, kiedy pojawi się komentarz, który absolutnie nic nie znaczy. No i się doczekałem.

Nie podoba się, nie czytaj.

Mam wrażenie, że osoba używająca w komentarzach czy wpisach, tego typu sformułowania, nie ma zwyczajnie nic do powiedzenia. To taki akt rozpaczy, gdy zaczyna brakować argumentów w obronie swojego punktu widzenia. Zdanie występuje w różnych konfiguracjach i można je znaleźć pod recenzjami filmów czy muzyki, ale zawsze pozostawia ten sam niesmak.

www.unsplash.com/Marc Schäfer

Wyobraźmy sobie, że wybieram się na film. Mam taki kaprys, nieważne czym się kieruje ruszając swoje cztery litery z domu i wydając na bilet oraz popcorn równowartość nerki. Mój wybór, moja chęć, moje pieniądze. Czy to sprawia, że w momencie, kiedy produkcja mi się jednak nie spodobała, mam milczeć? Jak mam wiedzieć, czy coś mi się spodoba, skoro tego nie widziałem?

Po co się ograniczać tylko do tego jednego sformułowania. W komentarzach mamy całe spektrum tego typu zdań, które jasno dają do zrozumienia, że ktoś, kto czyta książki, wcale nie musi ich rozumieć. Słowo „zazdrość” pod wspomnianym listem także padło, bo to przecież oczywiste, że Kubą właśnie to uczucie kierowało. Ilekroć komuś się „coś” uda, to my chcemy to „coś” zniszczyć. Jesteśmy w końcu Polakami i wiadomo, że jeżeli sąsiad ma kurę znosząca złote jaja, my życzymy mu, żeby ta kura zdechła. W tym momencie zastanawiałem się, ile osób faktycznie przeczytało materiał, a ile wyłączyło myślenie widząc nazwisko Mróz.

Na tym się oczywiście nie skończyło, bo wśród komentarzy znalazły się i takie, które upewniły mnie w tym, że zmieniamy się w społeczeństwo idiotów. Bo to przecież przezabawne, kiedy napiszemy „a kim jest ten Ćwiek?”. Obawiam się jednak, że nie były one spowodowane złośliwością, ale faktycznie ułomnością intelektualną.

Żyjemy w świecie, gdzie wystarczy wcisnąć na klawiaturze Ctrl+T (uczcie się dzieci), żeby otworzyć nowe okno w przeglądarce. Jeżeli nie potrafimy zapamiętać imienia i nazwiska, tutaj kolejne dwa skróty Ctrl+C kopiujemy, a Ctrl+V wklejamy. A i najważniejsze, na koniec wciskamy Enter. Proste? Chyba jednak nie. Dla mnie to daje to jasny obraz, czego część z czytający oczekuje od książek. Absolutnej prostoty.

Wszystko powinno być podane na tacy, a im coś jest łatwiej i przystępniej napisane, tym lepiej. Zbyt długie opisy, które w książkach zajmują stronę? Wyrzucić, a najlepiej zamienić na dialog, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą przekrzykując się wpisami z Wikipedii (wiecie, żeby było mądrzej). Nie zostawiać niedopowiedzeń, bo jeszcze trzeba będzie się samemu zastanowić, a tego nie lubimy. Bo jak inaczej rozumieć to, że pod prostym w swojej wymowie listem, pojawiają się takie puste komentarze, niż to, że nie dociera do nas, co czytamy. Wyłapujemy słowa kluczowe nie patrząc na całość. Same nagłówki. Do wyciągania wniosków przecież to wystarczy.