„Prawdy o Wampirze z Zagłębia nie dowiemy się już nigdy”, wywiad z Przemysławem Semczukiem.

Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

Miał zabić czternaście kobiet. Został osądzony, skazany na śmierć i powieszony. Historia Zdzisława Marchwickiego od lat elektryzuje nie tylko mieszkańców Śląska i Zagłębia, ale też całej Polski. Przemysław Semczuk przeprowadził dziennikarskie śledztwo, którego efektem jest książka „Wampir z Zagłębia”. Marchwicki był więc katem, a może ofiarą? 

Prawdziwy Wampir przewijał się w aktach spraw, a być może przychodził na rozprawy Zdzisława Marchwickiego? Czy to jest teoria z gatunku fantastycznych?

Istnieje taka teoria, że był to mieszkaniec Sosnowca i popełnił samobójstwo rozszerzone. Miał zamordować dzieci i żonę, a później podpalić willę, w której mieszkał. Prawdziwy Wampir napisał dwa listy do milicji, w których informował, że nie będzie mordował. Natomiast ten sprawca, który jest wskazywany, popełnił samobójstwo pomiędzy tymi listami. Ja na postać Piotra Olszowego trafiłem dopiero w Sądzie Najwyższym, ale nie jest możliwe, żeby to był on, właśnie przez tę niespójność dat. Myślę, ze jest mało prawdopodobne, żeby milicja wtedy tego nie sprawdziła.

Z perspektywy czasu możemy pokusić się o wskazanie Wampira z Zagłębia?

Nie, to jest w tej chwili niemożliwe. Jeśli nawet rzeczywiście popełnił samobójstwo, to dzisiaj nie znajdziemy żadnej informacji. Nie jest możliwe, żebyśmy w archiwach odnaleźli dane wszystkich samobójców i zweryfikowali co się stało i dlaczego. Samobójstw w tamym okresie było bardzo dużo. Pamiętajmy, że wtedy na Śląsk przyjeżdżało bardzo wielu ludzi z różnych stron kraju. To była mieszanka kulturowa, mieszanka społeczna, ludzie nie byli w ten region wrośnięci, nie byli zżyci. Dla wielu jedyną rozrywką było picie wódki, część z nich nie wytrzymywała po jakimś czasie i tragicznie się to dla nich kończyło. Możemy więc mnożyć mnóstwo scenariuszy, ale po tylu latach odpowiedzi już nie znajdziemy.

Jest Pan pierwszą osobą w Polsce, która tak głęboko wgryzła się w temat?

Przede mną Grażyna Starzak bardzo szczegółowo opisała tę sprawę, ale ona miała pewną przewagę. Pisała swoją książkę w 1993 roku, więc udało jej się dotrzeć między innymi do sędziego Ochmana, z którym porozmawiała. Ja mogłem już porozmawiać tylko z nią, bo sędzia Ochman już nie żyje. Grażyna Starzak w trakcie naszej rozmowy powiedziała, że sędzia niemal wprost mówił, że skazał na śmierć niewinnego człowieka, no i miał poczucie winy z tym związane. Dotarła także do adwokatów. Mnie udało się porozmawiać tylko z emerytowanym już mecenasem Bolesławem Andrysiakiem. To właśnie on opowiedział mi mnóstwo ciekawych szczegółów o tym, jak wszyscy obrończy oskarżonych chcieli się zrzec tej obrony, nie chcieli jej w ogóle przyjąć. Nie mieli jednak takiej możliwości, wręcz musieli prowadzić tę sprawę. Nie mieli możliwości zapoznania się z aktami osób, których mieli bronić. Idźmy dalej, mecenas Andrysiak mówi, że przed procesem tylko raz widział na oczy swojego klienta, Zdzisława Marchwickiego, raz mógł z nim rozmawiać i to zaledwie kilka minut. Tutaj złamano praktycznie wszystkie zasady prawa do obrony. Już samo to pokazuje, że dzisiaj żaden prokurator nie odważyłby się skierować takiego aktu oskarżenia do sądu, bo na pierwszej rozprawie, a gdzie tam, nawet do rozprawy pewnie by nie doszło, bo sędzia by taki akt odrzucił jako niekompletny.

Można więc postawić tezę, że Zdzisław Marchwicki znalazł się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie?

Myślę, że to jest dobre określenie. Nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce, zbieg różnych okoliczności, splot zdarzeń, które sprawiły, że po prostu nadawał się na tego Wampira. Marchwicki wielokrotnie wchodził w konflikty z prawem. To był taki dosyć prosty człowiek, wypił, coś tam ukradł, pobił się z kolegami. Dodajmy do tego jego środowisko rodzinne, na przykład żonę, która się nad nim znęcała. Ona sama w latach 90. przyznała, że nie była bita i maltretowana, bo jej chłop to było takie chucherko, a ona, mówiąc brzydko, lała go tam równo.

Fot. Lukasz Kalinowski / Autofotosport PRZEMYSŁAW SEMCZUK

Kolejną ciekawostką jest pamiętnik pisany przez Marchwickiego w celi. No właśnie, na pewno przez niego?

Moja prywatna opinia jest taka, że ktoś mu to pisał. Miałem wątpliwą przyjemność przeczytania także wspomnień, bo to nie był cały pamiętnik, Joachima Knychały (seryjny morderca kobiet, znany jako „Wampir z Bytomia” lub „Frankenstein”. W latach 1975-1982 zamordował na Śląsku młodych kobiet. Był synem Wiktora i Anny z d. Golly; miał żonę i dwójkę dzieci, pracował jako cieśla oraz górnik w kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich. – informacje za wikipedia.org). Porównanie zapisków Wampirów, daje obraz dosyć szokujący. Marchwicki był przecież człowiekiem prostym, który nie umiał się wysłowić, a w pamiętniku operuje pojęciami wyjętymi z protokołu milicyjnego, np.: „na miejsce zdarzenia przybyłem, po czym uderzyłem, zabrałem przedmioty, oddaliłem się”. Dla odmiany, w pamiętniku Knychały czytamy, jak on skrupulatnie planuje swoje zbrodnie, co czuje gdy podążą za ofiarą, jaki był zapach otoczenia, jak się napawa tym, że za chwilę tego dokona. Odnosząc jeden opis do drugiego, dopiero widać, że Zdzisław nie mógł napisać tego pamiętnika, a to już poddaje w wątpliwość czy on rzeczywiście popełnił te zbrodnie. Gdyby on był seryjnym mordercą, to on by przecież pamiętał mnóstwo szczegółów.

Milicjanci i śledczy skorzystali z okazji i dopisali Marchwickiemu również zbrodnie, które zalegały gdzieś w aktach jako niewyjaśnione? Wykorzystali go do poprawienia statystyk?

Było dwadzieścia takich kolejnych przypadków, przy czym one się w ogóle nie zgadzają. Zdarzyły się na innym terenie, a przede wszystkim, w tych wypadkach morderca gwałcił swoje ofiary, a przecież Wampir nigdy nie gwałcił. W którymś momencie ten wątek w ogóle znika z akt, bo chyba to było już tak grubymi nićmi szyte, że nawet sąd nie był wstanie dopisać tych przypadków do sprawy Marchwickiego.

Czy w trakcie całego procesu był taki moment, że Marchwicki mógł jednak nie zostać skazany? Czy wyrok był już na niego wydany zanim zasiadł na ławie oskarżonych?

Nie, tu się nic nie mogło zmienić. Tak naprawdę wyrok był znany, zanim sędzia pierwszy raz wszedł na salę. Czytając protokoły miałem czasem wrażanie, że sędzia Ochman siedział trochę w roli widowni, bo gdy dochodziło do pyskówek między prokuratorem, a adwokatami, to on się po prostu przyglądał.

Co Pana najbardziej zdziwiło w trakcie dziennikarskiego śledztwa?

Mnie najbardziej zaskoczył obraz, który był lansowany w prasie. Proszę sobie wyobrazić, że oficjalna wersja propagandowa, praktycznie nie zgadza się z aktami śledztwa. Komputer, który był wielokrotnie opisywany przez dziennikarzy, że to właśnie on wytypował sprawcę morderstw, że zrobił to na podstawie listy cech, to okazuje się, że nie było żadnego komputera, ani żadnej listy cech. Dziennikarze odegrali bardzo niedobrą rolę w tym procesie, bo wręcz manipulowali opinią publiczną. W jednym z dzienników napisano, że Zdzisław próbował na sali sądowej ukryć, że miał wcześniejsze wyroki. Proszę mi powiedzieć, jak to było możliwe, skoro już przed procesem bardzo dokładnie zabrano wszystkie informacje, zbadano jego wszystkie konflikty z prawem. To była czysta manipulacja.

Załóżmy, że łowi Pan złotą rybkę, która może spełnić tylko jedno życzenie związane z pisaniem tej książki. Co Pan wybiera?

Chciałbym porozmawiać z Józefem Klimczakiem, kochankiem Jana Marchwickiego (brata Zdzisława, dop. smakksiazki.pl). Ja go znalazłem, napisałem do niego list, w którym prosiłem o rozmowę, nie odpisał. Myślę, że jest jedyną i ostatnią osobą, która mogłaby nam wiele wyjaśnić, opowiedzieć jak to było naprawdę. On już nie chce o tym mówić, musimy to uszanować. Być może jest już tak zmęczony tą sprawą, że chce na zawsze o niej zapomnieć. Nigdy nie udzielił wywiadu prasie. Józef Klimczak odsiedział prawie cały wyrok, wypuszczono go na krótko przed terminem, ale to z powodu tego, że wybuchł stan wojenny i potrzebowano miejsc w więzieniu. Póżniej ożenił się, ustatkował, zmienił nazwisko, zaczął pracować. Niestety, dopadła do Służba Bezpieczeństwa, która próbowała go nakłonić do współpracy, ale był już na tyle silny, że potrafił się przeciwstawić.

Zupełnie na koniec. Myśli Pan, że ktoś jeszcze się kiedyś podejmie zbadania tej sprawy, napisania kolejnej książki? Czy wszystko już zostało powiedziane i napisane?

Jestem przekonany, że ktoś do tego wróci. Przyznaję, że ja nie odnalazłem wszystkiego, bo są z pewnością jeszcze dokumenty, które da się odnaleźć w niektórych archiwach, a dwa, że są artykuły, których mi się nie udało znaleźć w prasie. Ktoś to tego na pewno wróci, a być może będzie miał inną teorię.

Zdjęcia: Łukasz Kalinowski