(R)ewolucja

Adam Szaja, smakksiazki.pl, fot: Michał Jastrząb/Fotosynteza

Bez dwóch zdań, dopadła nas nowa rzeczywistość. Na tyle nowa, że potrzebuje rozwiązań, których albo nie było, albo były stosowane incydentalnie. Co chodzi mi po głowie? Płatne spotkania autorskie. Teraz część z Was zamyka przeglądarkę myśląc, że ten Szaja to jest jednak nienormalny, ale może jeszcze ktoś został, więc na wszelki wypadek dopiszę do końca. Ile mają kosztować? Kto ma płacić? Dlaczego zyskają wszyscy?

Oczywiście,  polski rynek książki widział już płatne spotkania autorskie. Jeśli się nie mylę, to za uczestnictwo w nich kazał sobie płacić Wojciech Cejrowski oraz Jarosław Sokołowski – znany szerzej jako świadek koronny „Masa”. Wysupłać pieniądze trzeba też było kilka miesięcy temu, gdy w warszawskiej siedzibie Agory odbyło się spotkanie z Olgą Tokarczuk. To było kiedyś, teraz jest jednak teraz. Tak naprawdę, to nikt nie wie, ile to teraz potrwa. Na potrzeby dyskusji przyjmijmy, że do końca roku będzie można organizować spotkania autorskie, ale maksymalnie będzie mogło w nich uczestniczyć, dajmy na to, 50 osób. Wiadomo, są pisarki i pisarze, którzy o takiej frekwencji marzą, ale są i tacy, dla których będzie to tylko ułamek frekwencji z czasów przedpandemicznych. Sądzę, że najłatwiej poruszać się na konkretnych przykładach, weźmy więc Remigiusza Mroza.

Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl

Na każdych targach kilkaset osób czeka grzecznie w kolejce po podpis, zdjęcie, chwilę rozmowy. Żeby sprawę umiejscowić, załóżmy, że jesienią jednak odbędą się Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, a wyżej wspomniany pisarz się na nich pojawi. Dodam tylko, że pewnie będą to targi inne niż zwykle, w dość ostrym reżimie sanitarnym. Co zrobić, żeby był wilk syty i Manchester City? Może rzucicie we mnie kamieniem, myszką,  albo czymś innym, ale zaryzykuję tezę, że rozwiązaniem są płatne spotkania autorskie. Jak ma to niby, panie Szajo działać? Ano tak, że płacicie mniejszą kwotę za wejście na targi, w której macie część spotkań za darmo, ale za te, którymi zainteresowanie jest większe, po prostu dodatkowo płacicie. Jest więc wydzielona sala, do której na spotkanie z Remigiuszem Mrozem może wejść maksymalnie 50 osób. Ile ma kosztować taka wejściówka? 15 złotych? 20? 50? Czy bilet będzie jednocześnie zniżką na najnowszą książkę? A może to książka będzie biletem? Kwestia do ustalenia. Tak, też zadawałem sobie pytanie, co z tymi, dla których zabraknie biletów? Wiecie co z nimi? Obejrzą sobie to w sieci na żywo. Oczywiście w systemie per-pay-view, czyli wysyłacie sms, który jest odpowiednio tańszy od biletu na spotkanie, dostajecie w wiadomości zwrotnej kod, a później oglądacie sobie to spotkanie siedząc w domu, lub pijąc kawę na targach, czekając na kolejne spotkanie autorskie. Kilka dni później nagranie rozmowy ląduje w sieci za darmo, więc jeśli chcesz uczestniczyć live, to płacisz, jeśli nie masz ciśnienia, czekasz kilkadziesiąt godzin, a później masz, jak to się ładnie mówi, kontent za free. Czy są minusy tego rozwiązania? Oczywiście, ale to Wy mi powiedzcie, co Was boli, co Wam nie pasuje. Pewnie jesteście ciekawi, jak można rozprowadzać bilety na takie spotkanie autorskie. Żyjemy jednak w XXI wieku, więc dokładnie tak samo, jak kupujecie spodnie, zamawiacie pizzę, albo wizytę u fryzjera. Jednym kliknięciem, jednym przelewem.

Chociaż nie, widzę jeden problem – mentalność. Dlaczego, do cholery, mam płacić za uczestnictwo w kulturze? Dlaczego mam płacić za coś, co zawsze było darmowe? Ano dlatego, że czasy się zmieniły, więc musimy się zmienić i my. Na koniec pytanie do Państwa – ile jesteście w stanie zapłacić za dostęp do wydarzeń kulturalnych, zarówno na żywo, jak i w Internecie? No i za co konkretnie?

Adam Szaja