Stephen King – instrukcja obsługi wielbienia

Stephen King, fot: Shane Leonard

Kochamy Stephena Kinga. Jak już ktoś w swoich czytelniczych pasjach trafi na niego i da się wciągnąć, znika z rzeczywistości na dłuższy czas. Pogrąża się w niesamowitej, pasjonującej, uzależniającej fikcji, a kiedy przeczyta niemal wszystko, niechętnie wraca między ludzi i tocząc wkoło zamglonym spojrzeniem mamrocze przejęty: „Uff, ale było! Totalny odjazd! Zaje…te!”, albo i jeszcze dosadniej. Deklarują to po równo zwykli czytelnicy, badacze kultury i autorzy, nie wyłączając piszącego te słowa, który jak wszyscy uległ czarowi Mistrza. Bo Stephen King to nie tylko pisarz – to fenomen socjologiczny.

Robert Ziębiński nie poprzestał na zauroczeniu, postanowił zrobić z tego książkę. Wydany właśnie pod tytułem Stephen King. Instrukcja obsługi tom jest czymś w rodzaju podróży przez popkulturowe imperium amerykańskiego króla horroru. Według deklaracji autora nie jest to ani biografia, ani monografia twórczości Kinga, a raczej opis „rozwoju jego pisarstwa” połączony z obrazem zmieniającego się świata. Ambitnie. A przy tym ma być ciekawie, by nie „zanudzić nas na śmierć”.

Zaczyna się nieźle. Są zachęcające anegdoty, jest parę zręcznych zdań wprowadzenia, wyjaśnienie, po co ta książka, czyli usprawiedliwienie czołobitności autora… Właściwie książka mogłaby się skończyć po czterdziestu stronach, ponieważ następne kilkaset stron to nudne (śmiertelnie?) streszczenia powieści i opowiadań, z dołączonymi komentarzami na temat niezliczonych ekranizacji. Zastanawiałem się, dla kogo to jest. Inaczej mówiąc, jeżeli instrukcja obsługi, to czego? Ci, którzy czytali i oglądali Kinga, mają swoje wyobrażenie o treści oraz ocenie poszczególnych dzieł i niepotrzebne im cenzurki Ziębińskiego dawane na zasadzie: to cacy, a tamto be. Ci, którzy nie czytali i nie widzieli (są tacy?), dowiedzą się, że co najmniej połowa twórczości tego geniusza jest be i wygłaszane co chwila uwielbienia są jakby nieco zawieszone w próżni. Bo taka jest cecha uwielbienia – miota emocjonalne sądy, a rozsądku nie słucha.

By załatwić sprawę uwielbienia. We wstępie Ziębiński deklaruje, że wielbi Kinga nie za mistrzostwo narracyjne, nie za to, że jest królem horroru, ani też nie za to, że „pod płaszczykiem grozy snuje opowieści o ludziach i małych amerykańskich miasteczkach”. Otóż wielbi go za to, że King „uosabia cały rynek wydawniczy” i że to „historia rynku wydawniczego w pigułce”. Co proszę? Kocham pisarza, bo zarobił miliony? Ziębiński mówi jak ten bobas podsłuchany w tramwaju, który wyznawał: „Babciu, kocham ciebie i wszystkie twoje złote pierścionki!”. W tym tkwi podstawowy problem z książką Ziębińskiego o Stephenie Kingu. Jest poświęcona jednemu z najbardziej fascynujących pisarzy współczesnych i zupełnie pomija perspektywę literacką. Jakby King produkował hamburgery, a nie fenomenalnie poczytne powieści. Przecież autor „Instrukcji obsługi” sam podkreśla, że King najbardziej ze wszystkich rzeczy żałuje porównania siebie do sieci McDonald’s! Dlaczego? Ponieważ właśnie uważa siebie za kogoś więcej niż rynkowego dostawcę taniochy, na której zbija kasę. Niestety, tego fenomenu Ziębiński w ogóle nie dotyka.

Pewnie, że jest wielu autorów grozy, pewnie że niektórzy z nich odnoszą sukcesy, pewnie że King czasem pisze lepiej, a czasem gorzej. W całej wielkiej instrukcji obsługi Kinga nie znalazłem jednak ani jednego akapitu, który w sensowny sposób próbowałby uchwycić styl, kompozycję, konstrukcję świata przedstawionego, tło obyczajowe, polityczne i społeczne powieści. Nie mówiąc o jego intertekstualnych czy metajęzykowych odniesieniach. Który choć w przystępny i zdawkowy sposób spróbowałby zmierzyć się z pytaniem, na czym ten fenomen literacki i socjologiczny polega. Jasne, tekst naukowy może być nudny, ale przynajmniej czasem coś mówi. Książka Ziębińskiego – poświęcona pisarzowi – o pisaniu nie mówi nic. To jakby instrukcja obsługi samochodu ograniczała się do zachwytów nad jego prędkością i kolorem nadwozia.

Wśród liczmanów na temat Kinga jest i taki, że to „zwierzę literackie”. Czytał i pisał od zawsze, jego teksty są utkane z cytatów, parafraz, aluzji i mnóstwa podobnych odniesień do innych autorów, zjawisk, tekstów. Bohaterem wielu jego najlepszych powieści jest pisarz, dominuje wątek kryzysu twórczego, przenikanie świata realnego i fikcji, przekraczanie granicy lęku, traumy, śmierci. Jego utwory prowadzą nieustanne i wciągające gry z konwencją, gatunkiem, modą, gustem, przyzwyczajeniami. Wszędzie pełno nawiązań do literatury – naturalnego i oczywistego środowiska, w którym porusza się King. Gdybym o nim pisał książkę, która ma być instrukcją, przynajmniej w jednym miejscu bym się nad tym zastanowił…

Konstrukcja całości dziwna. Po zachęcającym wstępie przychodzi niezgrabny kulfon, na kilkuset stronach streszczający kilkadziesiąt powieści i tyleż opowiadań, wraz z ich ekranizacjami. Przypomina niektóre pomysły na książki o Kingu (np. wydanego u nas Gomeza), gdyby ktoś jednak potrzebował ze streszczeń skorzystać (ja nie potrzebuję, wolę oryginały), polecam raczej hasła w Wikipedii, które robią to szerzej i dokładniej (np. hasło o „Miasteczku Salem” w angielskiej Wikipedii jest dwa razy dłuższe, niż u Ziębińskiego). Poszczególne części przedzielane są opiniami pisarzy o ich „pierwszym razie” z Kingiem (patrz, pierwszy akapit) oraz wywiadami z ludźmi, którzy w swojej karierze otarli się o Króla. Trochę anegdot, trochę wspomnień ze wspólnej pracy, ale nie składa się to na żadną przydatną całość. Przy okazji dowiadujemy się, że „Instrukcja obsługi” wchłonęła poprzednią książkę Ziębińskiego o Kingu pt. „Sprzedawca strachu”. Nie wiem, co dokładnie znaczy tu „wchłonięcie”, ale z porównania obu tekstów wynika, że mamy do czynienia po prostu z autoplagiatem…

Jest również osobny rozdział o „Mrocznej wieży”, zwanej opus magnum Kinga, autorstwa jednakże nie samego Ziębińskiego, a jego kolegi Łukasza Radeckiego, ponieważ autor „Instrukcji” przyznaje, że nie jest fanem tego cyklu. Dziwne. Facet deklaruje uwielbienie dla Kinga, na kolanach śledzi wszystko, co się wokół Mistrza dzieje, a nie ceni jego największego dzieła. W dodatku takiego, które jak w soczewce skupia najważniejsze cechy jego twórczości! Do tego stopnia nie ceni, że oddaje głos koledze, który zachwyca się niejako w zastępstwie. Zachwyca również z zastrzeżeniami i rozdaje cenzurki: ocenę obniżam, ocenę podwyższam…

Parę symptomatycznych szczegółów. Przy okazji „Ręki mistrza” dowiadujemy się, że Roberta Ziębińskiego ta powieść miejscami wkurza, ponieważ zawiera „zupełnie zbędny zabieg narracyjny”, czyli rozdzialiki „Jak powstaje obraz” (s. 257). Pomijam pychę, która deklaruje, że lepiej od Kinga wie, co w powieści powinno się znaleźć, a co nie. Uznanie tych uroczych i przenikliwych uwag o tworzeniu za coś zbędnego i wkurzającego jeszcze raz dobitnie dowodzi krytycznej ignorancji autora „Instrukcji”. Irytuje go Kingowska analiza procesu tworzenia – czyli tego wszystkiego, co dla pisarza najważniejsze i rozstrzygające o jego byciu kimś więcej, niż handlarzem taniochy. King jest cudowny i wyjątkowy, ale kiedy próbuje uchwycić coś z tej swojej wyjątkowości – to wkurza. Mnie z kolei wkurza ta krytyka w krótkich majteczkach.

Ziębińskiego fascynuje sprawa uzależnienia i wyjścia z niego. Wielokrotnie i z autentyczną pasją wraca do problemu picia i ćpania pisarza, jakby alkohol (nieznośnie powtarzany brzydki kolokwializm „wóda”) był co najmniej równie ważnym autorem, jak sam King. Pewnie, że to problem, ale nie tylko jego. Historia literatury to również historia uzależnień i walki z nimi, i King jest tu tylko jeszcze jednym żołnierzem nieprzeliczonej armii. Umiał to wykorzystać, zręcznie opisać, przekuć w fikcję – ale i sprzedać w atrakcyjnym opakowaniu promocyjnym. Co ciekawe, kiedy w „Lśnieniu” znajdujemy jeden z najbardziej przejmujących obrazów walki pisarza z własnym uzależnieniem, Ziębiński uważa go za – nieświadomy! Kto ciemną nocą, przy piwie, gadał z własnym piciem – a robi to każdy alkoholik – wie, ile w tamtym ujęciu jest przenikliwej, bolesnej samowiedzy. Podpowiadał to zresztą w wywiadzie Mick Garris (s. 311) mówiąc, że „Lśnienie” to powieść dla Kinga bardzo osobista. A ten trąbi – nieświadomie!

Przy okazji „Lśnienia” (s. 280) pada fraza o „przeintelektualizowanym bełkocie naukowców perorujących o tym, jak zły wpływ na ludzi ma alkohol”. Prosiłbym o przykłady, bo nigdy nie spotkałem się z taką wypowiedzią. Zaś co do przeintelektualizowanego bełkotu – lepszy on od bełkotu bez intelektu.

A tego w książce sporo. Na tej samej stronie stwierdzenie od czapy, że „Doktor sen” jest o niebo lepszą powieścią o uzależnieniu od „Lśnienia”. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto sobie z własnym uzależnieniem jeszcze uczciwie nie porozmawiał. Podobnie dziwacznym jest twierdzenie, jakoby ekranizacje „Zielonej mili” i „Skazanych na Shawshank” były uznawane za najlepsze wyłącznie przez tzw. „niedzielnych fanów”, którzy niczego oprócz tych dwóch produkcji nie znają. No cóż, to naprawdę dobre filmy, bez względu na to, co o tym sądzą „niedzielni krytycy”…

Tak, irytują te wygłaszane co krok arbitralne sądy, że to świetne, a tamto liche… Czy naprawdę film „Worek kości” z Piercem Brosnanem „jest tak zły, jak tylko mogą być złe tanie filmy grozy”? (s. 233). Czy naprawdę „Kinga w Polsce albo się nienawidzi (…), albo kocha”, a o jego słabościach nie pisze? (Też prosiłbym o przykłady.) I znowu „nuży i wkurza”, tym razem przy okazji całkiem niezłej powieści „Desperacja” (s. 228). Można mieć swoje sądy, każdy wielbiciel Kinga je ma i nie trzeba w tym celu pisać grubaśnej książki. Spytam jeszcze raz – jeśli uwielbienie, to czemu ciągle wkurza i irytuje? Czy niedzielnego krytyka nie stać na bardziej wyrafinowane sądy o tej fascynującej literaturze, choćby z ociupinką naukowego intelektu?

Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

Ale nie. Zamiast tego wygłasza błyski myślowe w rodzaju: „King głupi nie jest” (s. 205); albo: „Trzeba być nie tylko rzemieślnikiem, ale też wybitnym twórcą, by stworzyć powieść taką jak „Doktor Sen” (s. 280). Na stronie 416 Ziębiński poucza jakiegoś recenzenta, że jak się chce krytykować, to należałoby obejrzeć przynajmniej rzecz do końca. Zgoda. Ale przy okazji filmu „Skazani na Shawshank” twierdzi, że reżyser Frank Darabont wyciął wszystkie sceny więziennych gwałtów. Oglądam film i w 31. minucie widzę brutalną scenę gwałtu w więzieniu, dokonaną na głównym bohaterze. No więc, Panie Robercie, jak już oglądać, to nie tylko do końca, ale i uważnie. I sprawdzać, co się pisze.

Jest tych nieokrzesanych emocjonalnych blurbów więcej, kto ciekaw, niech czyta. Mnie po przebrnięciu sześciuset stron nadal dręczy pytanie: po co ta książka? O tym, że Ziębiński wielbi Kinga, już wiemy. Sami też wielbimy. On wielbi do tego stopnia, iż nawet tytuł oraz pomysł swojej właśnie wydanej powieści „Furia” zaczerpnął z jednej z Kingowskich ekranizacji (pisze o niej na s. 49). Jeśli jednak mamy rzecz całą czytać jako instrukcję obsługi, to nie tyle samego Stephena Kinga, ile fascynacji Roberta Ziębińskiego, jego zachwytów i rozczarowań, wzlotów i upadków jego zniewolonej ogromem zjawiska duszy. A także jego przeoczeń, pominięć i wypaczeń, bez czego nie ma prawdziwej miłości. Stephen King, instrukcja obsługi wielbienia.

Jak kto potrzebuje. Pozostałym polecam czytanie samego Kinga. I to jest jedyna z prawd Roberta Ziębińskiego, pod którą się podpisuję z całym przekonaniem: czytajmy Stephena Kinga. W myśl zasady, że jak masz do wyboru odlotowego drinka oraz instrukcję obsługi do niego, to nie ma sensu czytać instrukcji. Lepiej od razu wypić i odlecieć.

Krzysztof A. Zajas