Strzelba Ćwiekowa, czyli o kilka słów za dużo o „Szwindlu”

Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

Wyzwany do pojedynku przez Jakuba Ćwieka, by krzyżowo zaopiniować swoje książki bez słodzenia i głaskania się po główkach, ale i bez niepotrzebnych złośliwości, sięgnąłem po „Szwindel”, czyli pierwszą przygodę Jakuba z literaturą kryminalną.

Gdy czytam książki, skupiam się na dwóch głównych aspektach: warsztacie i historii. Ten pierwszy ma dla mnie większe znaczenie – jestem w stanie przełknąć naciąganą fabułę, niewielkie błędy logiczne czy pogubione wątki, pod warunkiem, że książka jest napisana dobrym językiem. Gdy natknę się na coś, co mi nie pasuje, robię krótką przerwę i wyobrażam sobie, jak inaczej można było pociągnąć dany wątek lub wytłumaczyć taką, a nie inną decyzję bohatera, po czym wracam do lektury. W drugą stronę niestety tak to nie działa, dlatego często zdarza mi się odłożyć książkę, nawet gdy ta ma niebanalny pomysł. Zwyczajnie nie potrafię przebić się przez kolejne rozdziały, choć interesuje mnie, jakie będzie rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że tym samym sporo tracę, ale nic już na to nie poradzę.

Szwindlu” nie odłożyłbym na półkę, nawet gdybym czytał go bez dodatkowej motywacji w postaci wyzwania. Po Jakubie widać bowiem, że ma już na koncie wiele książek i krótko mówiąc: potrafi pisać. Ta powieść jest idealnym wyborem dla wszystkich uczestników wyzwań pokroju „Przeczytam 52 książki w roku”. „Szwindel” bowiem czyta się sam. Jako autor bardzo doceniam trud włożony w proces twórczy, by uzyskać taki efekt. Z doświadczenia wiem, że by ktoś mógł czytać łatwo, ktoś inny musi włożyć sporo wysiłku, by zdania miały odpowiednie długości, a tekst swoją melodię. Tu wychodzi doświadczenie Jakuba i dobra redakcja. Oczywiście nie należy stawiać znaku równości pomiędzy faktem, że książkę szybko się czyta i jest dobra, gdy jednak mówimy o literaturze, która przede wszystkim ma nam dostarczyć rozrywki, a za taką uważam „Szwindel”, to niewątpliwie jest to bardzo ważny aspekt. Żeby było zabawniej, przerwałem lekturę książki „Dunkel” imiennika Ćwieka, którą ten poleca z okładki, a którą to zdecydowanie nie czyta się szybko, ale to oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny.

Przechodząc do historii przedstawionej w „Szwindlu”, to niestety nie jest już tu tak kolorowo. Pierwsze strony połyka się jak ryba przedstawiona na okładce książki, potem jednak coś zaczyna zgrzytać, a w zasadzie to czegoś zaczyna brakować. Tym czymś jest napięcie. Zazwyczaj w kryminałach wywołuje je pytanie „kto zabił?”. Tu nie ma trupa, ale historia dawała możliwość budowania napięcia, podsycania ciekawości czytelnika, który zachodzi w głowę, o jaki „szwindel” chodzi? Jakub jednak nie skorzystał z tych możliwości.

W wywiadach często podkreślam, że podczas planowania fabuły na własne potrzeby rysuję krzywą napięcia, w przypadku „Szwindlu” musiałbym narysować poziomą linię, no może na samym początku coś tam by się zadziało, ale szybko linia by się wypłaszczyła. Tu tempo cały jest takie samo. Nie ma przyspieszeń, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma chwili na wytchnienie i przemyślenia. Porównując to do jazdy samochodem, ma się wrażenie, że jedzie się pustą autostradą z włączonym tempomatem. Niby fajnie, niby komfortowo, ale ile można?

www.unsplash.com/Markus Winkler

Długo zastanawiałem się, skąd naszły mnie takie refleksje. Najpierw sądziłem, że to nie moje klimaty, że brakuje przysłowiowego trupa i policjantów depczących mordercy po piętach, to jednak byłoby zbyt proste wytłumaczenie. Na samym początku bowiem wszystko odbywa się prawidłowo: poznajemy głównego bohatera, równolegle poznajemy „czarne charaktery”, by po jakimś czasie ich losy się skrzyżowały. Do tego momentu wszystko grało. Fajna scena w kawiarni, bardzo fajne wyprowadzenie w pole czytelnika, który był przekonany, że ofiara oszustwa to bardzo zła osoba, do tego fajny język pozwalający przenieść się do kawiarni, w której działa się akcja. Jako czytelnik oczekiwałem, że zaraz zaczną się przygotowania do tytułowego „Szwindlu”, jednak zamiast tego poznałem kolejne „czarne charaktery”, potem jeszcze jedne i jeszcze jedne, a potem jeszcze czarniejsze, ale ich imion nawet nie będę próbował sobie przypomnieć. W pewnym momencie myliły mi się Kaśki, Gośki, Aśki, Grześki, Bartki, Mikołaje… Za dużo zbyt podobnych do siebie osób. Pomyślałem sobie nawet: „Osz Ty, Jakubie, chcesz mnie wywieść w pole, skoro od początku wiadomo, że złodzieje nie używają prawdziwych tożsamości, to pewnie na końcu się okaże, że Kaśka to Aśka, albo Gośka, albo Marzena”. Niestety tak się nie stało. Co gorsza, uważam, że nie było potrzeby wprowadzania tylu złodziei, wszak w końcowym szwindlu ich rola była marginalna, by nie powiedzieć – niepotrzebna. Próbując znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego bohaterowie są do siebie aż tak podobni, pomyślałem, że może taki był zamysł autora, że może chciał pokazać, jak złodziej nie wyróżnia się niczym w tłumie, że w ten sposób staje się niewidzialny, ale nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja.

Nie to jednak było najgorsze. Jako czytelnik oczekiwałem etapu planowania „Szwindlu”, małych i większych problemów, stopniowego wdrażania czytelnika w plan, podczas gdy otrzymałem opis kolejnego mini-zadania, które nie miało nic wspólnego z fabułą.

Każdy autor kryminału zna zjawisko strzelby Czechowa (dla przypomnienia przytoczę: „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam”). W przypadku „Szwindlu” nic takiego nie zachodzi, a okazji było co najmniej kilka. Skoro autor poświęca czas, by przedstawić pierwszą ofiarę szwindlu, a potem na kolejnych stronach opisuje jego rozmowę z policją to fajnie, jeśli później odegra jakąś rolę. Swoją drogą, nie rozumiem, skąd wywody o nazwisku Pychel, naprawdę ktoś słysząc takie nazwisko, pyta się o jego pochodzenie? Coś podobnego zauważyłem u Kasi Puzyńskiej, gdy w „Więcej czerwieni” jeden z policjantów co rusz podkreślał, że nie jest spokrewniony ze Zbigniewem Cybulskim. Serio, ktoś poznając Cybulskiego, pomyślałby, że to rodzina aktora? Czy wszystkich Kowalskich pytają, czy są spokrewnieni z popularną wokalistką? Nie traktuję tego jako błąd, bardziej zastanawiam się, czemu służą takie wstawki.

Idąc dalej w poszukiwaniu strzelby Czechowa, jesteśmy świadkami kolejnego mini-szwindlu. Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.

Szukamy dalej. Dowiadujemy się o planowanym przekręcie w Gdańsku (poznajemy całe tło) oraz w Zakopanem (znamy tylko wstępny zarys). Co chwilę czytamy, że ten jedzie tu, a tamten tam. W międzyczasie jedna z dziewczyn ma jechać pociągiem do Gdańska, gdzie ma kogoś namierzyć. Niestety, ani nie trafiamy z nią do pociągu, ani nie mamy pojęcia, co się stało w Gdańsku i Zakopanem. Tyle gadania tylko po to, żeby autor dał nam znać, że wszystko się udało. Powtórzę: po co? Skoro już autor zdecydował się pisać o dwóch kolejnych akcjach, to niech one mają przełożenie na fabułę!

Dochodzimy do największego problemu „Szwindlu”: proporcji. Nie jestem ekspertem, ale sam planując fabułę, widziałbym to mniej więcej tak:

20% na poznanie bohaterów, jakiś przykładowy szwindel, żeby poczuć klimat (ten z pierwszego rozdziału pasuje idealnie)

20% zarys głównego szwindlu, poznanie się bohaterów

50% przygotowania do szwindlu, różne kłopoty, improwizacja, bo coś poszło źle, akcja, akcja, akcja

10% rozwiązanie

U Jakuba mam wrażenie, że poznanie bohaterów i ich mini-zadań stanowi jakieś 80% całości. Ze szwindlu właściwego jedynie podobało mi się nawiązanie relacji Mikołaja (Nikodema) z Zygmuntem. Reszta była dziwnie przesadzona, zupełnie nie potrafiłem się wczuć w akcję. No bo jak mam się w coś wczuć, skoro nagle autor zaserwował mi dwutygodniowy przeskok i wszystko jest już gotowe? Żeby było zabawniej, poznałem całe mnóstwo złodziei, ale ci zamiast działać samemu i tak większość zlecają podwykonawcom… Po co?! Chcę widzieć, jak urabiane są kolejne gwiazdy, jak ktoś węszy fortel i trzeba go dodatkowo przekonać i tak dalej, i tak dalej. Tu dostałem wszystko na tacy. Mam wrażenie, że gdyby Jakub napisał kiedyś grę komputerową, to fabuła wyglądałaby mniej więcej tak:

Poznajemy głównego bohatera.

Główny bohater dostaje poboczne zadanie: przynieść szamanowi sześć ziółek.

Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie: przynieść innemu szamanowi pięć wątrób wilków.

Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie, ale go nie wykonuje.

Główny bohater walczy z końcowym bossem.

To oczywiście żart, może niepotrzebny, ale w ten sposób chciałem nawiązać do mojego poprzedniego felietonu, który stał się przyczynkiem do powyższych wywodów na temat „Szwindlu”. Ja właśnie w ten sposób czytam książki, tak rozkładam je na części, tak sprawdzam, czy autor nie robi mnie w balona. Ktoś powie (a nawet dużo osób), że się czepiam. A jasne, że się czepiam. Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników nic sobie nie robi z wytkniętych przeze mnie kwestii, dlatego cały czas się zastanawiam, czy w przypadku negatywnego odbioru książki autor powinien zabierać głos? Co to da? Ktoś uzna, że zazdroszczę Jakubowi pozycji na rynku (a pewnie, że zazdroszczę, ale w pozytywny sposób). Inny powie, że próbuję wybić się na konflikcie ze znanymi autorami (mam nadzieję, że tak nie jest, ale nigdy niczego nie wykluczam). Ktoś inny się ze mną zgodzi (piona!), a jeszcze inni oleją sprawę, bo nastukałem za dużo literek (ich raczej już tu nie ma). Normalnie nie opublikowałbym tego tekstu, opinię zachowałbym dla siebie, ewentualnie dla Jakuba, gdybyśmy kiedyś spotkali się na piwie. Gdybym sam dostał taką informację zwrotną od innego autora, to nie wiedziałbym, czy mam się teraz tłumaczyć ze wszystkich punktów? Czy mam odpowiedzieć na zaczepkę? Zignorować ją? Przy piwie byłoby łatwiej, ale przerzucanie się komentarzami w Internecie jest trochę komiczne.

Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem granic dobrego smaku. Jakub, czekam na kontratak, tylko pamiętaj, że jak mnie skrytykujesz, to będę wszystkim opowiadał, że jesteś małostkowy i mściwy. 😉

Piotr Borlik