„Trochę inne kryminały”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

Słyszałem kiedyś opinię, że obecnie najciekawsze rzeczy w kryminale dzieją się w komiksie. Z przyczyn oczywistych nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić, jednak ta opinia zainspirowała mnie do zrobienia takiego super subiektywnego przeglądu kryminalnych historii komiksowych, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnich latach.

Zacznę od trzech klasyków. Pierwszy to „Strażnicy” Alana Moore’a i Davida Gibbonsa. Tytuł, który w komiksie zrobił małą rewolucję totalnie demitologizując świat superbohaterów. Ale na pewnym poziomie to również historia kryminalna, która nota bene zaczyna się od jednej z najlepszych, najbardziej ikonicznych scen zabójstwa, jakie kiedykolwiek powstały. A że HBO za niedługo ma przedstawić serial, który będzie nawiązywał do tego tytułu, to warto sobie „Strażników” odświeżyć.

Za drugi tytuł również odpowiada Alan Moore. Tym razem w parze z rysownikiem Eddiem Campbellem. Chodzi o „Prosto z piekła”. I niech tutaj Państwa nie zniechęca nienajlepszy film z Johny Deppem pod tym samym tytułem. To co prawda adaptacji pracy Moore’a, ale dość luźna. Sam zaś komiks to potężne dzieło i chyba najlepsza rzecz na temat Kuby Rozpruwacza, która kiedykolwiek powstała. A na pewno najlepsza, jaką ja widziałem/czytałem. Olśniewająca.

Trzeci tytuł to dzieło duetu Jeph Loeb i Tim Sale, a ma tytuł „Długie Haloween”. To już klasyczna opowieść o Batmanie, z czasów kiedy jego najgroźniejszym przeciwnikiem nie był wcale Joker i spółka, ale mafia z Gotham. Loeb nawiązał tutaj do początków Człowieka Nietoperza. Teraz kojarzymy go jako czającego się w cieniu osiłka, który problemy rozwiązuje pięściami i kopniakami, ale kiedyś były to opowieści detektywistyczne. I tylko detektyw nosił dziwny kostium. W „Długim Haloween” Batman, żeby dowiedzieć się kto zabija najgroźniejszych przestępców w Gotham, bardziej będzie musiał pracować mózgiem niż mięśniami.

A z rzeczy nowszych to zawsze warto śledzić co proponuje duet Ed Brubacker (scenariusz) i Sean Philips (rysunki). Są autorami m.in. całkiem fajnego i mrocznego „Zaćmienia”, a także serii „Criminal”, która właśnie debiutuje na polskim rynku. To zbiór niepowiązanych ze sobą kryminalnych historii. Pierwszą część „Tchórz” czytałem kilka lat temu w oryginale i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem ciekaw, co panowie zaproponują w kolejnych tomach.

Kolejny tytuł wart polecenia to „Odrodzenie”. Tym razem to połączenie horroru i kryminału. Mamy małe miasteczko na amerykańskiej prowincji, w którym zmarli nagle powracają do życia. Ale nie, proszę się nie martwić, nie zmieniają się w żądne krwi zombie. Żyją i funkcjonują normalnie (przynajmniej do czasu), ale ich pojawienie się sprowadza sporo zamieszania. Z tym wszystkim zmaga się miejscowa policjantka, która równocześnie próbuje odkryć, kto zamordował jej siostrę. Rzecz w tym, że siostra również wróciła do życia i wcale nie jest zainteresowana rozwikłaniem tej zagadki własnej śmierci.

www.unsplash.com/Miika Laaksonen

Natomiast ostatnio zachwycam się serią „Grass Kings”. To mocno liryczna, poetycka opowieść, o społeczności wyrzutków, którzy stworzyli swoje własne królestwo, własne prawa i starają się trzymać z dala od normalnego życia. Zajmują się tylko własnymi sprawami i tego samego oczekują od innych. Wszystko się jednak zmienia, kiedy pojawia się podejrzenie, że jeden z tych romantycznych wyrzutków jest tak naprawdę seryjnym zabójcą, a całe królestwo zostało zbudowane na tajemnicach jego mieszkańców. Powiem tak, oprócz tego, że „Grass Kings” mają całkiem intrygujący scenariusz, to chyba najładniej narysowany komiks, jaki kiedykolwiek trzymałem w rękach. Po prostu prawdziwe dzieło sztuki.

I wreszcie na koniec seria, która w ostatnich latach zrobiła na mnie największe wrażenie. „Skalp”, gdzie za scenariusz odpowiada Jason Aaron. Gęsta, mroczna i brutalna kryminalna saga, której akcja dzieje w indiańskim rezerwacie. Jakakolwiek, skrótowa próba opisania fabuły jest skazana na niepowodzenie. Za dużo się tu dzieje, zbyt wiele wątków, konfliktów, postaci, ale całość jest po prostu oszałamiająca. „Skalp” to pięć całkiem grubych tomów, ale jeśli kiedykolwiek wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się ani chwili. Naprawdę warto. Szczególnie, że coraz głośniej mówi się o planowanej ekranizacji.

Wojciech Chmielarz