„Ulubiony pisarz, o którym ciągle zapominam”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

Są wakacje, a więc okres, kiedy teoretycznie jest trochę luźniej (nie jest) i można nadrobić z lekturami (co pomimo wszystko staram się robić).

Jest to kolejny dowód na siłę wpojonych nam w dzieciństwie nawyków, ale już w czerwcu, jak zresztą co roku, cieszyłem się na nadchodzące szybkimi krokami wakacje. Cieszyłem się pomimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że czasu na odpoczynek będę miał niewiele. W jakiś niewiarygodny sposób udało mi się jednak tę świadomość zepchnąć w ciemny kąt mojego umysłu i zupełnie nie brać tego pod uwagę, kiedy robiłem czytelnicze plany na wakacyjne miesiące. A potem boleśnie rozbiły się one o realia. Większość lipca spędziłem w samochodzie jeżdżąc z północy na południe i ze wschodu na zachód. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, odbyłem świetne spotkania, byłem w górach i nad morzem. O pewnych rzeczach wkrótce zresztą napiszę. Do tego promocja nadchodzącej „Rany”, a więc spotkania, wywiady, gorączkowa wymiana maili z wydawnictwem, ustalanie terminu kolejnych spotkań autorskich (o których będę wkrótce informował). Czasu na czytanie było w tym wszystkim niewiele. I cholernie mnie to zabolało, bo pewnie jak wielu innych czytelników, przez cały rok pracowicie buduję swoją prywatną kupkę wstydu – zbiór książek i komiksów, których nie dałem rady przeczytać w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Są tam i reportaże, i kryminały, i literatura piękna. Mijam je każdego dnia i zawsze odwracam wzrok, jakbym się bał, że wszystkie te książki zaraz zaczną robić mi wyrzuty. Niestety, z tej kupki w lipcu dałem radę zmierzyć się tylko z jedną pozycją. Z „Olimpem” Dana Simmonsa. I cholera, nie żałuję.

www.unsplash.com/Kimberly Farmer

Bo to jest tak, że Dan Simmons to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych pisarzy. Do tego stopnia, że nawet kiedy mnie, jego zapalonego przecież fana, pytają o ulubionego pisarza, to bąkam coś o Flanaganie, albo zwracam się w stronę klasyki i wspominam Chandlera, a dopiero po jakimś czasie, zazwyczaj wtedy kiedy rozmowa dotyczy już czegoś innego, przypominam sobie o Simmonsie. A przecież uwielbiam jego książki! Kupuję każdą, która tylko pojawia się w księgarni. W oczekiwaniu na „Olimp” bombardowałem wydawnictwo Mag wściekłymi mailami domagając się, żeby wreszcie tę powieść wydali (nie żałuję, należało się im. Przekładali datę premiery chyba pięć razy. I to nie o kilka dni, ale kilka miesięcy!). Ale jednak o Simmonsie trochę zapominam. Może dlatego, że pisze on powieści, które są po prostu ogromne. „Olimp” ma prawie tysiąc stron. I to nie w żaden sposób napompowanych, jak to się czasami na rynku zdarza. Format książki jest większy niż w przypadku większości pozycji. Druk normalny, marginesy zaskakująco małe. Powiem szczerze, grubość tej powieści trochę mnie onieśmielała. I dlatego tyle czekała na swoją kolej.

Ale było warto. Dan Simmons ma w swoim dorobku horrory, a zwykłemu czytelnikowi jest pewnie najlepiej znany z niedawno zekranizowanego jako serial „Terroru”. Ale swoje mistrzostwo pokazuje, jako autor powieści science fiction. To książki niesamowicie oryginalne i po prostu oszałamiające. Weźmy jako przykład „Olimp” właśnie (który notabene jest drugą części dylogii, którą zapoczątkował „Ilion”). Próba opisania fabuły tej sagi jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale spróbuję, żeby dać Państwu jakieś pojęcie o pisarstwie Simmonsa. Mamy więc greckich herosów, którzy oblegają Troję. Wydarzenia przebiegają w zgodzie z opisem zawartym w eposie Homera, ale szybko się orientujemy, że oblężenie odbywa się nie w przeszłości, ale w przeszłości albo w jakimś dziwnym miejscu poza czasem. A greccy bogowie (bo oni też się pojawiają) dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Równocześnie grupa robotów (chociaż Simmons używa określenia morowce), z których dwójka specjalizuje się w analizie pism Prousta i Szekspira wyrusza na wyprawę na Marsa. Tymczasem Ziemię zamieszkują ludzie, ale pozbawieni swojej historii, umiejętności czytania i całkowicie uzależnieni od tajemniczej technologii. Są rozleniwieni i ogłupieni. Żeby było jeszcze zabawniej, ich ulubioną rozrywką jest obserwowanie za pomocą urządzeń zwanych „całunami” oblężenia Troi. Nagle kilku z nich wyrusza w szaloną wyprawę, która zmieni dosłownie wszystko. I te wątki się ze sobą mieszają, przeszłość z przyszłością, antyk z futuryzmem, mity z nauką, Homer z Szekspirem tworząc coś po prostu niewiarygodnego i wspaniałego. A przecież to nie pierwsza tego typu książka Simmonsa. Podobny efekt osiągnął przecież w „Hyperionie”, o którym też mógłbym opowiadać godzinami!

 

Także do czytania Simmonsa zachęcam. Na początku proponuję sięgnąć po trochę bardziej hmm… zwyczajny, ale ciągle wspaniały „Terror”. Przede wszystkim publikuję jednak ten felieton, żeby samemu sobie wbić wreszcie do głowy, że Dan Simmons jest obecnie moim ulubionym pisarzem. I sięgnąć wreszcie po „Letnią noc”, która była podobo jedną z inspiracji dla twórców „Stranger Things”. Już nie mogę się doczekać.

Wojciech Chmielarz