„Wszyscy obrastamy pnączami”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

O głównym bohaterze najnowszej książki „Exodus”, mieszkaniu w hotelach, siłowni, delikatności kobiet i facetów i tytułowym obrastaniu pnączami. O tym wszystkim Sylwia Chutnik Rozmawia z Łukaszem Orbitowskim.

Główny bohater powieści „Exodus” cały czas ucieka: od siebie, od problemów, wreszcie z kraju. Myślałam, że lubisz twardych i odważnych bohaterów, a ten jest raczej w defensywie?

Janek wziął się z obserwacji. Na pozór jest męskim typem, ale kojarzył mi się głownie z tymi czterdziestolatkami, którzy mieszkają z mamą, żeby mieć ciepły obiad pod nosem. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakim ja jestem typem faceta, dlatego też pomyślałem, że może na zasadzie kontrastu opiszę kogoś zupełnie innego.

Zastanawiam się czy Janek w ogóle się zatrzymuje, ma autorefleksję. Jest przecież w nieustannym znoju. Dlaczego ty się tak nad nim znęcasz?

To życie się nad nim znęca. On jest przede wszystkim maltretowany psychicznie. Sam się męczę, kiedy biegam po Warszawie. Męczę się na siłowni, a moi rówieśnicy i nawet o dwadzieścia lat młodsi, znają prawdziwy opór, katorgę, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Współcześnie obserwować można jakieś celebrowanie przykrości: że się zadrapałem i musiałem przykleić plasterek. Ze jestem głodny i muszę zjeść. Delikatność kobiet jest uzasadniona kulturowo. A ta delikatność u facetów raczej nie. Robią sobie maseczki, manicure. Chciałem, żeby Janek przypomniał sobie swoje ciało i to, czym jest prawdziwy ból i problem.

Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

Rozbierasz go jak cebulę. Ze strony na stronę ma coraz mniej: siły, pieniędzy, rzeczy. Chciałeś doprowadzić do momentu, kiedy będzie po prostu sam? Kiedy nie będzie miał niczego, oprócz swoich myśli?

Oczywiście tak. Nie napisałem przecież traktatu przeciw posiadaniu, tylko chciałem wytrącić te okienka, które mamy w życiu. My mamy taką strukturę okien wokół siebie. Sam mam u siebie trzy okna: telewizor, komputer, telefon komórkowy. Ale to nie jest powieść o rzeczach. Chciałem mu tą całą elektronikę wyrwać z ręki. Powytrącać przedmioty. Wrócić do stanu sprzed ponowoczesności. Kiedy boli cię brzuch, bo nie masz co jeść. Kiedy spodnie są brudne, jest ci zimno.

Na okładce jest serce, ale wcale nie czerwone, tylko niebieskie. Są też żyły. Czy to jest tak, że chciałeś tego bohatera oderwać od jego własnego ciała i zostawić w nim sam trzon, jądro? A jeśli tak, to po co?

To jest tak piękna interpretacja, że ją sobie wezmę.

Bierz w prezencie.

Projekt okładki jest autorstwa Zbyszka Bielaka. Nie zawsze jest tak, że artysta niesie w sobie rzeczy subtelne. Żyły na rysunku układają się w rzeki. To sugeruje miejsca, które on odwiedza.

Ustaliliśmy, że bohater jest w nieustannym znoju, a ty odzierasz go z kolejnych rzeczy, ale dlaczego każesz mu wciąż się przemieszczać i przewalać po tym świecie. Przecież wszyscy wiemy, że od własnego łba i dupy się nie ucieknie.

On też to może i wie, ale jego serce nie. Targają nim emocje, to są straszne rzeczy. Jakby odebranie sobie właściwego przeżycia strachu. Janek jest na tyle mądry, że wie, że musi być kimś – nawet, jak jesteś bezdomnym to jesteś też kimś. Znajduje rolę, dużo ważniejszą i jeżeli to się sypie, wykorzystuje tą sytuację, żeby spróbować jeszcze raz, na świeżo, w innych okolicznościach. Żeby otworzyć nową stronę życia, przeskoczyć na jego inny poziom. Wydaje mi się, że tutaj może mieć trochę racji, z tego względu, że zmiana scenerii, nowi ludzie i miejsca dają nową nadzieję. Może myśleć: „cholera tu mi nie wyszło, to może na nowym teraz będzie lepiej”.

Spala za sobą mosty.

I wtedy nie ma wyjścia, musi szukać nowego miejsca.

Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

Też dużo podróżujesz. Każdy hotel to jest twoje nowe życie lub odsłona? Czy czujesz ciągłość samego siebie?

Czuję ciągłość mojego żywota. Bardzo mocno. Jestem mocno zakorzeniony w ludziach. Tego Janek nigdy nie miał, a ja mam. To, że gdzieś jadę to nie znaczy, że te korzonki opuszczają nagle ziemię. Mogę ci powiedzieć, że one są cały czas bardzo mocno. Te wszystkie pokoje hotelowe, w których jestem, są naprawdę jednym pokojem hotelowym. I nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Uwierz mi, że jak czasami trwa taki maraton wyjazdów to czasami otwieram oczka i myślę sobie: „gdzie jestem tym razem”?. Wyjeżdżałem cztery tygodnie, żeby promować książkę z małymi przerwami na przeprowadzkę. Obudziłem się pewnego dnia, rodziny nie było, w łóżku byłem sam. Moja pierwsza myśl: „ kurde, czy ja dzisiaj gdzieś jadę?”

Powiedziałeś, że Jan nie jest zakorzeniony w żadnych ludziach. A jego syn, Mikołaj?

Na pewno, on go naprawdę kochał, chociaż nie zawsze to okazywał. Bardzo często postrzegał ojcostwo jako udrękę, co jest chyba u wielu kochających rodziców. I na pewno rodzicielstwo uczyniło go dorosłym. Najpierw był dzieckiem, a potem został ojcem. Nie miał etapu przejściowego, młodzieńczego. Wszystko inne, na przykład małżeństwo, było pochodną Mikołaja. Próbował sobie znaleźć coś swojego i znalazł – drugą dziewuchę. Tylko, że zamiast się z tego cieszyć, to znowu przyjął to jako kolejny ciężar w życiu. A nie po to się ma kochanki.

Żyły czy rzeki z okładki to są takie pnącza, które tego biednego bohatera przywalają.

Ale to nie jest tylko jego sytuacja. My wszyscy obrastamy tymi pnączami. Nie można ich ucinać, ale nie można pozwolić również, żeby się rozrastały. Można przycinać, a jak za bardzo wpijają się w nóżkę, to trzeba wyrwać, żeby inne nie zostały uszkodzone.

Jak z ogrodem, jak nie dbasz to ci zarośnie.