„Zazdroszczę pewnemu pisarzowi…” Majowy felieton Jakuba Ćwieka

Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

Przy okazji mojego niedawnego listu otwartego opublikowanego na tych łamach, a skierowanego do Remigiusza Mroza i poniekąd jego wydawcy, kilkakrotnie padł w moją stronę zarzut, że to wszystko z zazdrości. Nie mogłem znieść sukcesu młodszego kolegi, jego niebywałych nakładów, tłumów czytelników i pojawiania się w głównych mediach, więc podjąłem próbę „na zawistnika” i opublikowałem list. A ponieważ opinia ta, choć nie tak znowu liczna, zyskała poklask także u niektórych dziennikarzy związanych z literaturą – nie piszę krytyków, bo sobie tego nie życzą – pozwolę sobie sprostować. To nie tak, że uczucie zawodowego „ech, cholera, też bym tak chciał” jest mi zupełnie obce. Co to, to nie! Ale jest w tym kraju tylko jeden pisarz, któremu szczerze i mocno zazdroszczę jego ciężko zapracowanego sukcesu. To Andrzej Sapkowski.

Pamiętam, jak na konwencie miłośników fantastyki Polcon 2007 odbywającym się tamtego roku w Warszawie – Polcon to konwent wędrujący – rozmawiałem z moim przyjacielem, wybitnym tłumaczem Piotrem W. Cholewą na temat nominacji książki „Lux Perpetua” Sapkowskiego do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Przyznaję, nie jestem miłośnikiem tak zwanej trylogii husyckiej i dałem temu wyraz, a wtedy Piotr powiedział: Może i nie jest to najlepsza rzecz Andrzeja, fakt. Ale biorąc pod uwagę jego erudycję, warsztat, język, w swojej kategorii – w domyśle, gatunku – ściga się on w zasadzie tylko sam ze sobą.

I trudno było nie przyznać wtedy Piotrowi racji. Od tamtej pory minęła przeszło dekada, zdarzyło nam się kilka dobrych czy nawet bardzo dobrych polskich powieści fantasy, ale AS to nadal As. I nawet wyjątkowo nieudana „Żmija” nie była w stanie strącić Sapkowskiego z piedestału. Co najwyżej fani zauważyli, że czasem trzeba czegoś więcej niż wspomnianych erudycji i warsztatu i nawet ten pisarz nie da sobie rady bez dobrej historii.

To, czego Sapkowskiemu zazdroszczę najbardziej, to oczywiście stworzenia czegoś znacznie większego niż on sam. W jego przypadku jest to Wiedźmin, postać, która w tyle zostawia nazwisko autora, śmiało przekracza granice gatunków i mediów i prze tak długo, aż staje się ikoną. I owszem, ten czy ów, zachwycając się dziełem, wspomni twórcę tak, jak przy Bondzie wspomina się Iana Fleminga, przy Conanie Roberta Howarda a przy Batmanie – Boba Kane’a i ostatnio – oddając mu wreszcie sprawiedliwość – również Billa Fingera. Te wspomniane postaci jednak, niczym monstrum Frankensteina, żyją w naszej zbiorczej świadomości własnym życiem i dawno się uniezależniły. Teraz mogą już tylko rosnąć i się zmieniać, pozbawione wszelkich ludzkich ograniczeń.

Zazdroszczę Sapkowskiemu zadowolenia z tego, co posiada. To bowiem, czego absolutnie nie zrozumieli sieciowi pyskacze, zarzucający autorowi sfrajerowanie się przy podpisaniu umowy na prawa autorskie, to to, że autor tych kokosów z medium innego niż książkowe specjalnie nie potrzebował, w swoim mniemaniu zarabiał i zarabia dość. Mógłby więcej, owszem, ale to wymagałoby od niego zmian w podejściu, w sposobie życia. Pożegnania się z wydawcą, z którym był od początku, zatrudnienia agentów, którzy wymagaliby pokazywania się częściej w kolorowej prasie i telewizji, zmian wizerunkowych czy porzucenia jednego czy drugiego sezonu wędkarskiego na rzecz ważnego wydarzenia kulturalnego. A dla Sapkowskiego ważne było to, że jego książki odniosły sukces na świecie i dostaje za nie godne wynagrodzenie. A pieniądze? Dużo większym problemem, czego wielu nie zrozumiało, było to, że tak a nie inaczej skonstruowany marketing gry sprawił, że książki, już w jakiś sposób obecne na rynku, z mniej znanych, ale pełnoprawnych pozycji, stały się popularniejszymi, ale tylko okołogrowymi gadżetami.

Zresztą, wracając jeszcze do tego rzekomego sfrajerowania się, wystarczy spojrzeć szerzej, by spokojnie dostrzec, że Sapkowski finansowo wcale na tych swoich decyzjach licencyjnych źle nie wyszedł. Nie zaszkodził mu – a gdzieniegdzie wręcz pomógł, chociażby na rynkach azjatyckich – serial sygnowany nazwiskami Rywina, Brodzkiego i Szczerbica. Potem przyszedł czas na gry, akurat, gdy branża parła do przodu jak buldożer, a do kierowniczych stołków dotarli miłośnicy talentu Sapkowskiego. Zgrało się, twórcy podeszli do oryginału z szacunkiem i pomysłem i reszta jest historią. Dziś, podczas kolejnej wielkiej rewolucji serialowej, Wiedźmin wykluwa się spod skrzydeł jednego z największych i najważniejszych graczy. Trzeba było do tego wszystkiego czasu, ale Sapkowski czas miał i nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. I tego czasu też mu zazdroszczę.

A, no i jeszcze czytelników, z tym, że tu muszę zaznaczyć, tylko niektórych. Zazdroszczę tych, którzy wychowani na Wiedźminie snują dalej opowieści czy to swoje własne – poszukajcie ilu twórców fantastyki i nie tylko przyznaje się do fascynacji twórczością Sapkowskiego – czy związane z uniwersum. Twórcy gier komputerowych, planszówek, karcianek, LARPów na wielką skalę jak chociażby „The Witcher School”, RPGów, filmików fanowskich, piosenek – posłuchajcie tych ludzi, jak mówią o swojej pracy, o Białym Wilku, o znakach, potworach. Zobaczcie jak przy tym wszystkim świecą im się oczy.

Oczywiście, rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, nie da się zazdrościć tych bezmózgich oszołomów, którzy nie potrafią przeczytać książki ze zrozumieniem i potem atakują showrunnerkę nadchodzącego serialu za panujące w pokoju scenarzystów zróżnicowanie kulturowe i płciowe. To, że nad produkcją pracować będą ludzie związani z różnymi kulturami i środowiskami ma rzekomo, według nich, zabić kulturową, słowiańską jednolitość pierwowzoru, a także zrobić z niej kolejną opowieść o nietolerancji pełną odniesień do rasizmu, feminizmu i wszelkich innych izmów. Jakby ten cykl, pełnymi garściami czerpiący z większości europejskich mitologii, podań i baśni, kiedykolwiek był o czym innym!

Nie, tych czytelników Andrzejowi Sapkowskiemu nie tylko nie zazdroszczę, a wręcz współczuję. I przyznaję, jestem ciekaw, jak dzisiejszy masowy czytelnik odbierze zapowiadanego, nowego „Wiedźmina”. Od premiery „Sezonu burz” pięć lat temu wiele się wszak na rynku zmieniło i dziś panuje przekonanie, że dziury logiczne w fabule nie mają znaczenia, byleby się łatwo i lekko czytało. A w tym względzie, mimo swoich pojedynczych wtop, Sapkowski jest jednak starą szkołą…

I jeszcze jedno, nie wiem, czy moja zazdrość jest uczuciem dobrym czy złym, nie wiem, czy mi pomaga czy przeszkadza. Wiem natomiast, że w kontekście Sapkowskiego nieodmiennie motywuje mnie jedno. Miał trzydzieści osiem lat, gdy stworzył postać, która stała się ikoną. Ja i spore grono moich koleżanek i kolegów po piórze wciąż mamy czas…