Jaka ze strzelby nauka, czyli refleksje po recenzji

Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

Zanim przejdę do meritum, w kilku słowach skąd się to wszystko wzięło.

Wojtek Chmielarz napisał felieton, w którym podniósł sprawę recenzowania książek polskich autorów przez innych pisarzy (klik). A właściwie swoistej zmowy milczenia, która nieoficjalnie zabrania pisarzom nawzajem krytykować swoich książek, bo to rzekomo nieeleganckie.  Ja w tej kwestii podzielam zdanie Wojtka – wzajemne odnoszenie się do swoich książek przez zawodowców, mam za potencjalne źródło refleksji nad tekstem, możliwość doskonalenia warsztatu i nade wszystko szansę na danie odporu marketingowcom według których – co oczywiste – każda książka to czysty, nieskalany geniusz i arcydzieło gatunku.
Felieton Wojtka rozwinął się w polemikę. Odpowiedział na niego Piotr Borlik (klik), mający zgoła odmienne zdanie, a następnie ja, który się do argumentów Piotra odniosłem (klik). Zaproponowałem mu też wzajemne wyzwanie – zrecenzujmy swoje książki, Ty moją, ja Twoją. Ot tak, na próbę, merytorycznie i konkretnie. Z racji tego, że mnie przypadła powieść Piotra, która dopiero się ukaże, na moją recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać, ale Piotr już wziął na warsztat mój „Szwindel”. Wypunktował go solidnie, a pod koniec tej złożonej, pełnej ciekawych spostrzeżeń recenzji zastanawia się co on by zrobił z taką recenzją jako autor. Czy by się odniósł publicznie?

Ja uważam, że to kolejne tabu, które należy przełamać. Należy nauczyć autorów odnoszenia się do krytyki swoich dzieł. Stąd pozwalam sobie odpisać na recenzję Piotra.

W pierwszej części recenzji Piotr dzieli swoją ocenę na opinię o warsztacie i o historii, bo to dwa czynniki, na które zwraca uwagę. Wyrażając opinię o tym pierwszym pisze o mojej sprawności stylistycznej, i o umiejętności posługiwania się słowem. Pisze, że widać po mnie doświadczenie, że książkę przeczytałby do końca nawet gdyby nie musiał i że właściwie sama się czyta. To miłe słowa i bardzo się cieszę, że padły – dziękuję, Piotrze!

Dalej Borlik odnosi się do samej historii i jak sam zauważa, tu nie jest już tak kolorowo.

Pierwszym i w zasadzie największym zarzutem jaki przedstawia, jest brak narastającego w książce napięcia. Piotr porównuje czytanie tej powieści do jazdy na tempomacie – wraz z komfortem jednostajności przychodzi znużenie. I cóż, nie mogę w tym miejscu zrobić niczego innego jak… zgodzić się z Piotrem. Rzeczywiście książka ma bardzo poważne braki w napięciu.

Częściowo jest to autorskie założenie, ale sam po czasie widzę, że było ono niewłaściwe i wynikające nieco z asekuranctwa. Trzymałem się dwóch głównych założeń i pilnowałem, by w przedstawionych warunkach wybrzmiały możliwie wiarygodnie, a tym samym pozbawiłem się możliwości fabularnego podbijania bębenka.

Tu warto zwrócić jeszcze uwagę na coś innego, co Piotr w swojej recenzji pominął – być może litościwie ;). Ja ten tempomat w pewnej chwili, pod sam koniec, zdejmuję. Wciśnięty do dechy gaz finału skonfundował niejednego odbiorcę i sprawił, że wiele osób miało wrażenie iż coś stało się za szybko. Zastanawiam się z perspektywy czasu, jakie byłoby moje podejście do tej książki, gdybym utrzymał owo jednostajne tempo konsekwentnie do ostatniej strony, czy to by coś zmieniło w odbiorze. Tego się już nie dowiemy, ale zaznaczam sobie wyraźnie, że tak, w tej książce częściowo świadomie, częściowo wynikiem asekuranctwa lub ulegnięcia magii tematu, napięcie wyregulowałem nieumiejętnie stawiając zainteresowaniu czytelnika bardzo wysoki próg wejścia. Plus mocno skrótowy finał.

Z drugim dużym zarzutem – a tym samym szeregiem mniejszych – mam nieco większy problem. Oto bowiem Piotr w odniesieniu do „Szwindla” przywołuje strzelbę Czechowa czyli zabieg fabularny polegający na pilnowaniu, by elementy, które umieścisz na początku miały fabularny sens i swój finał. Pisze o tym, że jest to zabieg znany wszystkim autorom kryminału, a ja chętnie poszerzyłbym tę grupę o w zasadzie wszystkich świadomych swojego pisania autorów. Autor zwraca jednak uwagę, że w Szwindlu się do tej zasady nie stosuję. I tu… cóż, w zasadzie miałby rację w przynajmniej jednym przypadku, ale we wskazanych przykładach akurat, uważam, nie do końca trafia.

Pisze bowiem: „Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.”

www.unsplash.com/MILKOVÍ

I tu, przyznaję, jestem szczerze zaskoczony. Jednym z najmocniej chwalonych do tej pory elementów w tej książce jest psychologia postaci uwięzionych w kłamstwie. Relacja trójkąta Anka-Bartek-Marta to wątek właśnie o braku zaufania, o próbie normalnego życia z oszustwem w tle. Bardzo duża część tej książki jest o relacjach międzyludzkich i to one są kluczem do obserwowania zależności między bohaterami. Czy to dobre podejście z mojej strony? Nie wiem, ale nie umiem się chyba zgodzić z zarzutem, że w tym wątku, którego głównym celem jest doprowadzenie Bartka do stanięcia w prawdzie, jakakolwiek strzelba nie wypala.

Dalej Piotr zwraca uwagę na to, że mowa jest o dwóch skokach, których nie wprowadzam do fabuły szczegółowo, a jedynie pokazuję je w rozmowach i dialogach. Pytanie recenzenta brzmi: po co? I odpowiedź: to jest budowanie tła. Pokazanie, że konkretna grupa działa w konkretnej siatce. Że ten numer, w którym bierzemy udział jest jednym z wielu i że toczą się one nieustannie na zasadzie naczyń połączonych. Inaczej mówiąc, kładę zupełnie inne akcenty, inaczej rozkładam proporcje między budowaniem tła a główną linią fabularną. Mocno podbudowuję świat i szereg postaci epizodycznych jest tu potrzebnych. Tak jak ci podwykonawcy do zadań. Autor pyta po co. Odpowiedź brzmi, dla zachowania wiarygodności. Gdyby robili to sami, staliby się nadludźmi zdolnymi do każdego zadania. A to nie jest historia o nadludziach. Nie jestem też przekonany do stawiania znaku równości między książką kryminalną a książką akcji. To, mam wrażenie, bardzo mocne spłycenie gatunku. Tym samym nie umiem się zgodzić z rozpiską proporcji danego tytułu. Choć na pewno mocno go przemyślę, podobnie jak linię budowania napięcia. Myślę, że w którymś momencie mogę się do Ciebie zwrócić z koleżeńskim zapytaniem jak to działa w praktyce.

Ale wracając w obu wskazanych przykładach nie widzę tych strzelb, które nie wypalają. To znaczy w pierwszym wątek mam za kompletny (co nie znaczy, że bez wad, żebyśmy mieli jasność. Mam wrażenie, że w kilku miejscach mógł nieco dosadniej wybrzmieć), w drugim to raczej doszukiwanie się strzelby w tle obrazka.

Żeby jednak nie było wątpliwości. Jest w „Szwindlu” przynajmniej jedna strzelba Czechowa, która miała wypalić, ale całkowicie ją położyłem. To postać „faceta z Glockiem”. Bezimiennego typa, który dostaje zadanie wytropienia kręgu. Widzimy jego, to bardzo ciekawa postać, a potem nam znika i działają już tylko jego ludzie. To jest strzelba, której nie użyłem i której obecność, takiej naładowanej, bardzo mnie uwiera.

Gdybym miał wskazać na coś jeszcze, w kontekście rzeczonych strzelb, to trochę za mało jest tam zahaczek pod finał. Za mało wskazówek do czego to wszystko może prowadzić. Jakbym za mocno trzymał z bohaterem, żeby numer na pewno mu się udał, a za mało czytelnikiem. No cóż, mimo lat doświadczenia, „a rookie mistake”. Postaram się nie powtórzyć.

Jeszcze jedna taka refleksja mi się nasunęła w kontekście recenzji Piotra, dość interesująca. W pewnej chwili w zasadzie krok po kroku dostajemy sugestię recenzenta jak on by taką książkę napisał. Na wielu poziomach. Od proporcji, przez rozłożenie akcentów, przez skupienie się na wątku głównym etc. Od pewnego momentu trudno mi się było odnieść do poruszonych kwestii, bo bardziej niż zarzutami do książki były deklaracjami, że autor zrobiłby to inaczej. I nie wiem czy taki był zamiar Piotra, ale doprowadził do tego, że… chętnie bym takie coś przeczytał. W sensie nie „Szwindel” w jego wersji, a caper story, historię złodziejską, widzianą jego oczami. To mogłoby się nawet sprawdzić, choć oczywiście dając zupełnie inną książkę! I nie odbierzcie tego, proszę, jak „jak taki cwany jesteś, to sam napisz lepszą”. Po prostu w pewnym momencie recenzja Piotra obudziła we mnie fana gatunku, który coś by w temacie poczytał, a nie tylko popisał.

Dwie rzeczy mnie natomiast w recenzji zabolały. Pierwsza to sugestia, że moi bohaterowie są do siebie podobni (bo, że mętlik imion i możliwość pogubienia się, jasne. Wiele osób zarzucało) bo mocno stawiałem tu na psychologię postaci uwięzionych w takim życiu i mam wrażenie, że to się akurat udało. Widać, że nie jest to tak oczywiste.

Druga to pozytywne w założeniu zdanie, że książka nadaje się do wyzwań czytelniczych typu „52 książki w roku”. Ale to osobista niechęć do tego akurat wyzwania, które mam za szkodliwe 😉

Tyle ode mnie. Chciałbym ci jeszcze raz, Piotrze, podziękować za tę recenzję. Dziękuję za merytoryczność i skrupulatne podejście do tematu. I za pomoc, bo taka recenzja to pomoc. Cieszę się, że się zdecydowałeś na tę zabawę i parafrazując jeden z ostatnich polskich filmowych przebojów: cokolwiek będą o Tobie mówili na mieście, zyskałeś właśnie sporo mojego szacunku.

Jakub Ćwiek