Trzy razy najeżdżał kursorem na plik i cofał. Serce waliło mu jak młot. Zwilgotniałą dłoń wytarł o udo. Zagryzł wargi. To absurd, żeby się bać własnych notatek, a jednak powstrzymywał go potężny lęk. Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta przed południem. Jeżeli Magda spełni swe pogróżki, lada moment wpadnie tu z informacją, że rozmawiała z terapeutką (kobrą lakanistką) i – był tego pewien – poleceniem, że ma natychmiast przyjechać do niej na rozmowę.
Te sakramentalne rozmowy. Bo ludzie powinni ze sobą rozmawiać. W rozmowie człowiek się otwiera, mówi, co mu na sercu leży i oczyszcza duszę z niedobrych emocji. Powiedz, co cię gnębi, a będzie lżej. Co wymówione, opisane, nazwane – będzie rozbrojone i zneutralizowane, uzewnętrznione i wyrzucone. Czym się stresujesz? Chcesz o tym, porozmawiać? Nie bój się, jestem po twojej stronie. I tak przez godzinę, do skośnego rzygu. Wielkie snobistyczne pierdu, pierdu. Co to za rozmowa, kiedy ty mówisz, a ona słucha i świdruje cię na wylot tym swoim żmijowatym spojrzeniem, rzucając w ciągu całego seansu zdanie, najwyżej dwa? Jedna wielka ściema.
Tymi i podobnymi refleksjami profesor Zawijas próbował zmobilizować się do otwarcia pliku z niedokończoną powieścią pod tytułem Stary młyn, do której nie zaglądał od pięciu lat i która teraz wzywała go do siebie, jak zapomniana kochanka nagłym telefonem o północy. Czego się bał? Wszystkiego. Może z wyjątkiem śmierci, ta akurat niewiele się liczyła. Bał się własnego upadku w jakieś stare, nieświeże i żenujące ja, które pociągnie go w dół jak kamień młyński. Bał się ujrzeć w całej okazałości swój brak, tę niespełnioną ambicję sprzed lat, aby być kimś więcej, niż jest. To gorsze od śmierci. Dopóki tam nie zaglądał, mógł jeszcze żyć złudzeniem, cieniem cienia nadziei, że nie wszystko stracone. A przecież nie było dnia bez cierpienia, że już wszystko stracone i nie pozostawi po sobie niczego więcej poza tymi kulawymi, niezbornymi notatkami, układanymi językiem dalekim od tego, którym się delektował u literackich mistrzów. Notatki. Jego własne notatki sprzed lat, on sam sprzed lat. Czy prawdziwa śmierć nie jest tym właśnie – lękiem przed powrotem do tego, co było najdroższe?

No i bał się smoka.
Kiedyś do pisania puszczał muzykę i pomyślał, że może to jest właściwy trop. Czego słuchał wtedy, pięć lat temu, zapisując ostatni akapit, nim odłożył pióro, butelkę i resztę mięsistego życia, by po prostu trwać? Oczywiście, że pamiętał. Takich rzeczy się nie zapomina. Sięgnął na półkę ze starymi winylami i położył na talerz gramofonu czarny ebonitowy placek. Ujął palcem ramię z igłą i bezbłędnie upuścił we właściwym miejscu.
Żyjesz i jesteś meteorem
lata całe tętni ciepła krew
rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek
Aż mu się w głowie zakręciło. Uderzenie rozkoszy. Przełknął zdrewniałą ślinę i położył dwa palce na przycisku komputerowej myszy. Czego się boisz? Siebie?
jesteś system mechanicznie doskonały
i nagle coś się zepsuło
Najechał kursorem na folder o nazwie SM i kliknął ostrożnie, jakby bał się zburzyć jakąś wyjątkową delikatną i kruchą konstrukcję. Dyszał ciężko, niczym długodystansowiec dobiegający do mety. Otwarła się lista plików, wybrał „Rozdział I” i zaczął przesuwać tekst tam i z powrotem. Nie czytał. Delektował się słowami i muzyką z płyty.
Oto płaczesz
po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień
Notatki. Jego notatki. Nie musiał ich czytać. Znaczki na papierze są tylko protezą, ułatwieniem dla tych, którzy potrzebują bodźców. On nie potrzebował. Jednym skokiem przesadził granicę i znalazł się w samym środku tamtego niepokojącego pomieszczenia, w półmroku popołudniowego światła, przenikającego do wnętrza przez szpary w potłuczonych dachówkach. Czuł zapach kurzu i rozkładu. Stał twarzą ku zachodowi, za plecami szumiała Macocha. Miał dwanaście lat i z dreszczem podniecenia czekał na nadejście zmroku, kiedy wśród gasnących konturów okiennych oczodołów będzie mógł zobaczyć na platformie pod szczytem dachu świetlistą postać.
namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem
a wszystko to ty
a wszystko to ty
a wszystko to ty
a wszystko to ty
Nie czytał notatek. Zanurzył się w nie i płynął rozgarniając ramionami ciepłe, miękkie litery o zapachu pomarańczowego nieba i smaku błękitnego kurzu. Trącały go delikatnie, wiotkimi palcami głaskały jego dwunastoletnie ciało, a on drżał już nie ze strachu, ale z napięcia i rozkoszy. Płynął. Płynie. Z kąta wyłania się ciemny kontur, wielki i bezkształtny, i wie, że to przykryty plandeką silnik do napędzania żaren, ale nie może sobie przypomnieć właściwej nazwy. Ciepłe, miękkie i ruchliwe zwierzątka oplatają go i szepczą sekretne imię. Kamienna podłoga pod stopami jest chłodna i twarda niczym okładka starodruku. Jak brzmiało tamto zdanie, ostatnie z prawdziwych zdań, nim pogasły światła festynu? „To nie jest księga o starym młynie. To stary młyn jest księgą”.
Potarł palcami kąciki oczu. Wrócił do biurka.
Czym jest literatura? Na to pytanie – podstawowe dla jego zawodu – nigdy nie potrafił składnie odpowiedzieć. Następne kwestie literackie były już znacznie prostsze, istniała dla nich odpowiednia aparatura pojęciowa, teorie i szkoły interpretacji, to pierwsze założycielskie pytanie nie miało jednak odpowiedzi. To trochę jak z filozofami, którzy o człowieku mogą dyskutować godzinami, ale czym jest życie – nie powiedzą. Uciekną w procesy biologiczne albo w metafizykę. On sam w pewnym okresie (który skończył się pięć lat temu) między literaturą i życiem stawiał znak równania.
Jedno jest drugim – tu nie trzeba znikąd donikąd przechodzić.
„Zabij ten lęk”, powtarzała Maryla Rodowicz na płycie Marka Grechuty Szalona lokomotywa, nagrywanej w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, czyli mniej więcej wtedy, kiedy on łaził do starego młyna, by oglądać na platformie pod szczytem świetlistą sylwetkę samobójcy z Cygańskiego Lasu. Najechał strzałką kursora na inny plik, ten z luźnymi zapiskami do wykorzystania, i po krótkiej wątpliwości nacisnął myszkę. Kiedy parę dni temu żona pytała go, czy sprawdził zgodność słyszanych fragmentów z notatkami, skłamał że tak. Teraz mógł nadrobić tę niesumienność.
Z pisaniem powieści to było tak. Podejrzał kiedyś w rękopisach pozostałych po Wybitnym Pisarzu, że facet miał osobny zeszyt na notowanie pomysłów, wątków, szczegółów historycznych i biograficznych, imion postaci, nazw geograficznych – wszystkiego tego, co jest potrzebne do skonstruowania tak zwanego świata przedstawionego. Na kartkach zeszytu Wybitnego Pisarza rozrysowane były schodki, drabinki, wykresy ze strzałkami, kolumny słów, frazy i w rodzaju: „Jeżeli człowiek trwa tyle, ile pamięć po nim, to na tym świecie żyje więcej ludzi martwych niż żywych”. Spodobało mu się. Pomysły przychodzą i – niezanotowane – odchodzą. Trzeba notować.
Kiedy postanowił układać swoją powieść, najpierw założył folder z notatkami. Zapisywał myśli, frazy i głupstwa, którym się teraz przyglądał z nową ciekawością. „Synantrop – żyjący w środowisku silnie zmienionym przez człowieka (np. pies) – dobry tytuł na powieść”; albo: „Wstyd i hańba – to zarazem synonimy i przeciwieństwa. Wstyd, żeby się nie zhańbić, i wstyd, bo się zhańbiłem”; inne: „Gryćmofenazol, znany również jako babi smętek lub dwulufka”. Znalazł się tam nawet taki cukiereczek: „GINEKOLOGIA ESTETYCZNA – odmładzanie i rewitalizacja pochwy”. Uśmiechnął się pod nosem; pamiętał doskonale dzień, kiedy wpadł mu w oko ogromny bilbord przy zakopiance, niedaleko prywatnej kliniki. Wracał wtedy samochodem do domu i miał w sobie trzy piwa oraz pomysł na następny rozdział, a z głośników leciała płyta Yesów Close To The Edge, którą wyrykiwał na cały głos. Na widok napisu dostał ataku śmiechu i omal nie dobił do autobusu.
No tak, Yesi. Czy choć raz ich słuchał w ciągu ostatnich pięciu lat?
Patrzył na zdania zapisywane w błysku, przypływie weny twórczej. Raczej wenki, która atakowała jak kolka – krótko i boleśnie. Nigdy nie wykorzystał tych mądrości, zbieranych dosłownie na ulicy, jak niedopałki przez bezdomnego. Po prostu leżały sobie w folderze „SM – Notatki” i czekały na swoją kolej w cichym szumie twardego dysku; ziarenka uśpione na wieczność w grobowcu faraona.
Bo wieczność jest niema.
Notatki obejmowały niecałe sześć stron i właśnie dotarł do ostatniego zapisu z sierpnia dwa tysiące czternastego roku, który brzmiał: „Wieczność jest niema. A ja nie żyję”. Nie pamiętał, żeby je tutaj wpisywał. Na pewno nie wtedy, pod koniec poprzedniej epoki, kiedy tamten Zawijas odchodził w przeszłość i rodził się nowy – dziarski i trzeźwy jak przemówienie Niemca w europarlamencie. Sprawdził własności pliku, ostatni zapis był z dnia 15 sierpnia 2014, godzina 10:27. Zgadzało się niemal co do minuty z ostatnim piwem imbirowym, wypitym na pożegnanie tamtego świata. Siedział wtedy w swoim domu rodzinnym, z puszką w ręku, a za oknem majaczył korpus tego cholernego młyna. W chwilę później kluczyki od samochodu i portfel oddał siostrze (żona wyjechała nad morze, a właściwie uciekła), wziął zgrzewkę wody mineralnej i położył się na trzy dni do łóżka, żeby wytrzeźwieć. Terapię zaczął na początku następnego miesiąca.


