Mój intymny związek z twórczością Stephena Kinga obchodzi piętnastolecie. W 2006 roku przeczytałem Bastion oraz To i moje literackie hierarchie się wykopyrtnęły. W niskim dostrzegłem wysokie. W głupim i pogardzanym – mądre i godne podziwu. Opowieści o duchach okazały się opowieściami o ludziach. O mnie. Niby proste, ale kiedy do takich wniosków dochodzi profesor od poezji i teorii literatury, to jednak coś się wywraca do góry nogami. Akademicki rozum postraszyło Niesamowite. Postraszyło na tyle skutecznie, że rozkochało w sobie.
Dlatego do każdej nowej książki Kinga podchodzę jak do kolejnej miłosnej próby. Czy nasz związek trwa? Czy magia znowu zadziała? Uda się jeszcze raz przeżyć czytelniczą rozkosz, poczuć motylki w brzuchu? Dotychczas się udawało, ale żyję wystarczająco długo by wiedzieć, że czas jest nieubłagany, również dla miłości. Na Wielkanoc zaszyłem się na skraju Biłgoraja, z dala od ludzi, i z niepokojem zanurzyłem się w Później. King pochłania, poszło w niecałe dwa dni. Skończyłem, wsiadłem na rower i pojechałem w Lasy Janowskie. Pedałuję, pedałuję, wiatr chłodzi twarz, i myślę: o czym to było?
W fabule chodzi o chłopca, który widzi zmarłych po ich śmierci. Nie trwa to długo, parę godzin, góra dwie doby. Zanim znikną, mogą się nie tylko pojawić, ale i coś powiedzieć. I na tym zasadza się główna oś fabularna: żywi natychmiast wpadają na pomysł, by wykorzystać zdolności chłopca do swoich interesów. Zwykle brudnych, nawet jeśli chodzi o policję. Bo policja również jest upaplana brudem, czego nam dzisiaj w Polsce nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Dla kryminalnej historii gratka nie lada – można ofiarę po śmierci spytać, kto ją zabił. I otrzymać wiarygodną odpowiedź, ponieważ zmarłym nie wolno kłamać, muszą powiedzieć prawdę.
Stephen King, fot: Shane Leonard
Wiecie, rozum akademicki postraszyło Niesamowite, ale całkiem nie przestał działać. Parę rzeczy w tej powieści mi nie grało. Po co wątek zidiociałego od Alzheimera wujka Harry’ego, który na końcu wywija woltę jak deus ex machina? Dlaczego zmarli się rozpływają po paru godzinach, a jeden z nich prześladuje chłopca tygodniami? Dla rozwiązania tego wątku King sparafrazował użyty przez siebie w To rytuał Chüd, co mogło zadziałać jak ceniona przeze mnie autoaluzja i Kingowski intertekst – ale jakoś nie zadziałało. Słabe. W ogóle fakt widzenia zmarłych jakby nie został wyzyskany, całe rzesze gadających hologramów powinny wirować wokół bohatera i jazgotać pośmiertnym wielosłowiem – a tu nic. Jakby pisarskiej wyobraźni nie chciało się wnikać w tak bogaty, nośny pomysł. Gorzej – jakby tej wyobraźni brakło.
To nie koniec moich miłosnych rozterek. Pedałuję, pedałuję i myślę dalej. Co się stało z językiem Kinga? Gdzie te jego błyskotliwe frazy, dowcipne dialogi i powalające porównania, od których pieszczot drżałem jak panienka? Uwodził opowieścią jak prawdziwy mag słowa, ideał, do którego zawsze dążyłem wiedząc, że nie sięgnę. A tu? Krótkie zdania, proste konstrukcje, równoważniki, informacyjne pyk-pyk… zero artyzmu. Owszem, jest parę fajnych powiedzonek („Nie mam ochoty cię straszyć, tylko że czasami strach to jedyna skuteczna nauka”, mówi mama do sześciolatka), niektóre wymiany zdań cieszą i czyta się, powtarzam, szybciutko i z przyjemnością. Cóż, skoro wszystko razem wygląda jak jakaś podróba Kinga, wypłowiała koszulka z mocno spranym nadrukiem. To nie jego pismo…
Przestałem pedałować. Przystanąłem na ścieżce, ponieważ poraził mnie grom z jasnego nieba: ON TEGO NIE NAPISAŁ! To jacyś ghost writerzy! On im poddał parę pomysłów, podrzucił notatki, oni uklecili z tego powieść, a King na końcu tylko trochę popoprawiał i klepnął do druku. To była myśl podła. Bolesna. Myśl jak trucizna podchodząca jadem pod zakochane serce. On już nie pisze, tylko rzuca pomysły i koryguje. Bawi się pozycją króla horroru. W Później jak refren powtarza się: „uprzedzałem was, że ta powieść to horror”, co brzmi sarkastycznie wobec jego najlepszych horrorów, gdzie takich zapewnień powtarzać nie musiał. Kpi z nas. Podaje ogólnodreszczykową sałatkę, oszczędnie przyprawioną Kingiem, i z satysfakcją obserwuje, jak się nią zajadamy. Cokolwiek bym wam nie przyrządził, i tak wszamiecie. Byle było słowo „horror”.
Wyjaśnienie takie na chwilę mnie uspokoiło, więc ruszyłem dalej. Po przepedałowaniu paruset metrów znowu przystanąłem. Nie, to niemożliwe, pomyślałem. On taki nie jest. Tyle razy podziwiałem jego piekielną inteligencję i zręczność, nazywałem zwierzęciem narracyjnym, wielbiłem umiejętność zrobienia ze wszystkiego ciekawej historii. Coś w tym musi tkwić, tylko jeszcze na to nie wpadłem. Skup się, Zajas. Poszukaj wielkiej metafory.
Krzysztof Zajas
Ilekroć mówię o Kingu, zwracam uwagę na to, co Olga Tokarczuk nazywała Wielką Metaforą. Dobrą literaturę poznaje się po tym drugim, ukrytym poziomie kodowania, gdzie opowieść przestaje dotyczyć zmyślonych losów fikcyjnych postaci, a zaczyna dotyczyć ciebie. To punkt, w którym fikcja staje się innym, wyższym rodzajem prawdy. To również moment absolutnej intymności autora. Chce wypowiedzieć siebie, swój mrok, niepokój, czasem cierpienie.
Rzuciłem rower w trawę, usiadłem na skraju leśnej ścieżki i zacząłem myśleć. Stary pisarz, mistrz, który doświadczył już wszystkiego, osiągnął co chciał, i który rozwijał swoje opowieści z wszystkich możliwych perspektyw. Oprócz jednej: perspektywy śmierci. Kiedy odejdzie, zostanie po nim mnóstwo notatek, niezrealizowanych pomysłów, szkiców, a pogrążeni w żalu wydawcy i redaktorzy zaczną wtedy układać powieści i podpisywać jego nazwiskiem. Umarły, który mówi zza grobu, przez chwilę, nim jego głos nie osłabnie i nie rozwieje się w nic. I wtedy mnie olśniło. No jasne! W powieści Później metafora Kingowska kryje się nie w Jamiem Conklinie, chłopcu, który widzi zmarłych, tylko wśród samych zmarłych. Dopóki żyjemy – kłamiemy, zwodzimy, załatwiamy brudne interesy i udajemy, że wszystko jest w porządku. A po śmierci wszystko się odwraca i trzeba mówić prawdę. To jest dopiero prawdziwy horror! Nie to, że zmarły przychodzi i coś tam mamrocze pod nosem, ale że to jego mamrotanie jest prawdą. Taką prawdą, której on już nie napisze. Jednak napisze ją ten drugi, który zobaczy i usłyszy ducha.
Potarłem czoło, kopnąłem butem kamyk. Lęk przed śmiercią jest elementarny, trzeba go pokonać rytuałem Chüd. Albo jakimkolwiek innym prywatnym obrządkiem, byle się pozbyć strachu. Nieuchronnie odejdziesz i twoje marzenia umrą razem z tobą. Rzecz w tym, by nie stracić tej ostatniej nadziei, że choć jeden człowiek usłyszy po śmierci twój głos. Ten prawdziwy głos. Jeden człowiek, dziecko, które zostanie na tym padole zakłamania i obłudy z przekazem od ciebie w kwestii tego, jak wygląda prawda. Aha, no, to by mogło być. W ten sposób wyjaśniła mi się też funkcja wątku z wujkiem Harrym.
Później to powieść snuta zza grobu. Przekonuje mnie o tym jedno z pierwszych jej zdań: „Zawsze jest jakieś później, teraz to wiem. Przynajmniej do śmierci. Bo wtedy wszystko inne jest już wcześniej”. Jamie Conklin rozumie coraz więcej, ale później, ponieważ prawda nieubłaganie wiąże się z przesunięciem czasowym. Rzeczy układają się w porządek, odkrywają, ujawniają swoje znaczenie – ale później. Po ostatnim później, w chwili śmierci, odkryje się wszystko.
Wstałem, otrzepałem spodnie, siadłem na rower i pojechałem dalej. Ulżyło mi. Znalazłem Wielką Metaforę. King w tej powieści jest duchem i sprawdza, jak się mówi zza grobu. Dlatego powtarza, że to jest horror. A jak żywi sobie tę historię opowiedzą, jakich kłamstw, przemilczeń i wykrętów użyją, jakie swoje brudne interesy na niej będą załatwiać, to już ich sprawa. On mówi, jak jest. Mówi prawdę horroru, mówi horror prawdy.
Dalej już jechało mi się lekko i przyjemnie, śpiewały ptaki, słońce wyszło zza chmury. Miłość ocalona. Magia jeszcze raz zadziałała – tylko później.
Nawet w naszej rozmowie wszystko jest pomiędzy. Jesteśmy pomiędzy śniegiem i słońcem, wiatrem i deszczem, czyli idealnie wpasowaliśmy się w klimat książki, w której wszystko jest, tak, dobrze myślicie, wszystko jest pomiędzy. Zabrzmi to może dość groteskowo w kwietniu, ale to naprawdę może być najlepszy powieściowy debiut tego roku. Jeśli zaczytujecie się w Szostaku, Małeckim, Raku, Marquezie, to wsiąknięcie. Międzypokoleniowia powieść ludyczna z gadającym obrazem oraz niedźwiedziem ścinającym drzewa w tle. Niektórzy bohaterowie udają kogoś, kim naprawdę nie są, inni wstydzą się wstydzić, a jeszcze inni po prostu są. Oczywiście pomiędzy. Poznajcie Pawła Radziszewskiego, który napisał kapitalną książkę, z której wynotujecie sobie wiele myśli, a znaczna część z nich zostanie w Waszych głowach. Przed Wami „Pomiędzy”.
Kościół tchnie chłodem niczym zwłoki wystawione w kostnicy.
Zanim do niego wejdę i poczuję ten chłód na sobie, zanim wedrze się on pod ubrania i wprawi ciało w dygot, obserwuję złote liście porwane do tańca ze ścieżki. Wirują, unoszą się i opadają na tle czarnych szkieletów drzew i szarych chmur, szczelnie pokrywających niebo. Zapewne uśmiecham się na ten widok. Jestem przecież dziewczynką, wszyscy lubią, kiedy się uśmiecham.
Ojciec trzyma mnie za rękę. Twardym paznokciem kciuka bezwiednie pociera delikatną skórę mojej dłoni, gdy idziemy w stronę świątyni z czerwonej cegły.
Szarość wkrapla się przez strzeliste witraże, a boczne nawy toną w mroku. Głuche odgłosy kroków niosą się echem, stare ławki trzeszczą dłużej niż chwilę. Ktoś pochrząkuje, ktoś coś szepce. Wielkie drewniane wrota skrzypią przeraźliwie. Wyobrażam sobie, że to krzyk zbłąkanej duszy.
Płomienie świec tańczą na ołtarzu, a ja się nudzę. Szybko jednak znajduję sobie zabawę. Otwieram szeroko usta i wydycham powietrze, które zamienia się w jasnoszary obłok. Miękkie nitki unoszą się wolno i kłębią, przenikając się wzajemnie, a ja próbuję zmącić je ręką.
– Uspokój się! – syczy babka, matka mojego ojca, i chwyciwszy moją dłoń, ściąga ją gwałtownie w dół.
To boli, dlatego wykrzywiam usta w podkowę. Czasami boję się tej starej kobiety. Tata spogląda na mnie i wolno przymyka powieki. Nie jest zły, zresztą on tak szybko się nie złości. Po prostu daje mi znać, że wszystko będzie dobrze, żebym to wytrzymała. Mam nie więcej niż trzy, może cztery lata i niewiele wspomnień tamtej chwili. Siedzę na lodowatej ławce, wciśnięta między ojca a babkę, która strzepuje pyłki z gabardynowego płaszcza. Pomimo niedawnej reprymendy szybko wynajduję sobie nowe zajęcie. Bawię się dużą, zimną dłonią ojca, którą położył na moich kolanach. Palcem wgniatam grube szare żyły układające się w sieć. Biegną tuż pod skórą, łączą się ze sobą i znikają przy szorstkich kłykciach, za którymi są już długie i grube palce. Te żyły są takie miękkie, łatwo poddają się naporowi, ale tylko na moment, tylko na chwilę. W miejscu, w którym uciskam, powstają białe placki.
Znikają jednak szybko. Po jakimś czasie znowu unoszę głowę, by spojrzeć na ojca. Chciałabym dotknąć kłującego rudawego zarostu, ale tego nie robię, bo jego dolna warga drży. Nos ma czerwony, pewnie z zimna. Ociera go chusteczką. Szkliste oczy patrzą przed siebie. Podążam za tym wzrokiem do przodu, przed ołtarz. I już oboje patrzymy na połyskującą lakierem sosnową trumnę.
Kolejne wspomnienie przenosi mnie na cmentarz, na pogrzeb, a dokładnie do tej chwili, kiedy ubrani na czarno mężczyźni spuszczają trumnę na pasach wprost do grobu. Ojciec trzyma mnie w silnych ramionach. Szczękam zębami i mówię mu, że jest mi zimno. Chcę, żeby zabrał mnie do domu. Szepczę mu to, niemal dotykając wargami jego ucha. Ale on nawet nie drgnie. Zresztą nikt się nie rusza.
Przyszło niewiele osób, wszyscy zwieszają głowy. Próbuję dostrzec w ich twarzach coś więcej niż smutek wyrzeźbiony zimnym wiatrem.
Mój ojciec, zamiast mi odpowiedzieć, zamiast zabrać mnie do ciepłego mieszkania i bawić się ze mną, mocno zaciska powieki. Stawia mnie na ziemi, nie chce patrzeć mi w oczy, bo nie ma w sobie dość siły, żeby mi wyjaśnić, dlaczego nie możemy odejść. Opieram się o niego plecami i czuję, że cały się trzęsie.
Chwytam leżącą na moim ramieniu dłoń ojca i zginam jego grube palce. Niewykluczone, że coś do siebie mówię, może nawet podśpiewuję cicho: „Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi, to nas zje”.
Przecież mogę robić wszystko to, co robią dzieci, gdy skupiają się na jednej czynności.
Nieważne. I tyle właśnie z tego pogrzebu zapamiętałam. Wiem, że na wrażenia dziecka nakładają się doświadczenia dorosłej kobiety i być może obrazy ze wszystkich pogrzebów, których byłam świadkiem.
Jeśli mam być szczera, nie wiem już, co jest prawdą, a co tylko moim wyobrażeniem.
Mimo to pielęgnuję w sobie te wspomnienia.
A wśród nich to, w którym mój ojciec długo gładzi mnie po głowie i ani razu nie gani, nie ma żalu o to, że bawię się na pogrzebie. Bo jestem zbyt mała, żeby zrozumieć, co się stało.
Żeby godnie pożegnać matkę.
KAMA
Trzask w głośniku przerywa sen, w którym spadam z ogromnej wysokości. Każdy zna to uczucie: żołądek podchodzący do gardła, mrowienie rozpełzające się z trzewi.
Lecę długo i ze świadomością, że zaraz zginę. Jestem gotowa na śmierć. Tuż przed uderzeniem w pomarszczoną taflę rzeki biorę haust zimnego powietrza. Zamykam oczy, spinam mięśnie i nagle z głośnym pluskiem wpadam w lodowatą toń.
W tej samej chwili drgam nerwowo.
Wypełnia mnie dziwne poczucie strachu wymieszane z ulgą.
– Szanowni państwo, zbliżamy się do stacji Toruń Główny. Planowy przyjazd pociągu: godzina szesnasta dwadzieścia dwie. Podróżnych wysiadających prosimy o zabranie bagaży i rzeczy osobistych oraz o zachowanie ostrożności. Dziękujemy za skorzystanie z usług PKP Intercity i życzymy udanego pobytu lub dobrej dalszej podróży.
Jestem przekonana, że ta zmora kiedyś mnie wykończy. Śni mi się ciągle, uparcie powraca. Na szczęście rzadko uderzam z impetem o bruk. Częściej, podobnie jak przed chwilą, topię się, nie umiem wypłynąć na powierzchnię. Zalewa mnie woda, pochłania mnie ciemność.
Ale sen już odszedł. Zastępują go kołyszący stukot kół, lepki pot na karku i ból zdrętwiałej stopy. Ciepłe powietrze wypełnia mi płuca. Zatrzymuję je na dłużej, po czym wydycham ze świstem.
Pod łokciem wyczuwam torebkę. Jest na swoim miejscu, zamknięta, ale dla pewności pociągam za suwak. Zerkam na półkę nad głową. Walizka tkwi tam, gdzie ją położyłam.
Przez lekko uchylone okno do pustego przedziału wpada z szumem wiatr, tarmosi zaciągniętą zasłonę, przez którą prześwitują gorące promienie gasnącego czerwcowego słońca.
Ocieram pozbawioną makijażu twarz i wciąż zaspana poprawiam się na siedzeniu. Mija chwila, nim dochodzę do siebie, bo krótki sen wyczerpał mnie całkowicie.
Wstaję i odsuwam zasłonkę. Za oknem dobrze znany las ustępuje miejsca nowoczesnym halom produkcyjnym oraz skrytym w gąszczu drzew i krzewów altanom, rozsianym gęsto na działkach. Wojskowe koszary, samochody na ulicach, refleksy słońca na karoserii i szybach. I to wszystko ucieka, znika mi z oczu.
Wreszcie pociąg wyraźnie zwalnia bieg, a gdy się zatrzymuje, szarpie mną lekko.
Kolejka zmęczonych ludzi przepycha się do wyjścia. Robię krok nad szczeliną między pociągiem a peronem i już ciągnę walizkę po kamiennych płytach w stronę dworca z żółtej cegły, która w popołudniowym słońcu nabiera wyjątkowo intensywnego odcienia.
Zmierzam w kierunku frontu budynku, tam gdzie postój taksówek. Kilka wozów z kolorowymi naklejkami i gapami na dachach wyczekuje na kurs. Otwarte drzwi, opuszczone szyby. Zgarbiony kierowca ociera pot z czoła, zwiesza głowę, odjechałby stąd, poczuł wreszcie na skroniach pęd chłodnego wiatru. Zaraz przyniosę mu ulgę, bo moja przyjaciółka Aldona Terlecka wysłała mi wcześniej esemes, że nie da rady mnie odebrać. Może to i lepiej, nie jestem w nastroju do babskich pogaduch.
Obok, na parkingu, do ciemnego SUV-a wsiada kobieta z dziewczynką ubraną w zwiewną kwiecistą sukienkę. Mała ma wsuniętą we włosy opaskę opartą wysoko nad czołem i śnieżnobiały uśmiech szczęśliwego dziecka. W dłoni trzyma maskotkę misia.
Kiedy matka sadowi ją w foteliku, pluszak wypada i turla się pod koła. Dziewczynka płacze, ale kobieta, nieświadoma zguby, zatrzaskuje już drzwi. Siada za kierownicą, uruchamia wóz i odjeżdża.
Mały miś leży na plecach.
Proszę taksówkarza, aby schował mój bagaż, a sama podchodzę do zabawki. Schylam się po nią, wyciągam dłoń, a potem macham w kierunku samochodu, który zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów dalej po to, by skręcić w prawo pod kolejowy wiadukt.
Ale ona mnie nie widzi. Wóz włącza się do ruchu i znika z mojego życia.
Przypatruję się pluszowemu wyrzutkowi i myślę o tym, jak wiele nas łączy.
– Widziała pani jej samochód? Drogi jak cholera. Pani się nie martwi. Na pewno kupi nowego misia – krzyczy taksówkarz.
Odwracam się do niego. Kręci się nerwowo przy otwartych drzwiach od strony kierowcy.
Omiatam wzrokiem dworzec. Ludzi już mniej, pociąg odjechał. Z głośników dworcowych niesie się kolejny komunikat. Neon „Toruń Główny”, zawieszony na szczycie elewacji, rozświetla się na niebiesko.
– No to jak? Jedziemy? – rzuca ochoczo kierowca w moją stronę.
Kiwam głową. – Ale dokąd? – dopytuje mężczyzna. – Na Kościuszki, do Rio Bravo. Zbieram się w sobie i siadam na nagrzaną tylną kanapę. Kiedy opony terkoczą po bruku, smutny pluszak patrzy mi prosto w oczy. W połowie mostu, nad ciemną Wisłą, taksówkarz, obserwując mnie w lusterku wstecznym, ściąga mój wzrok.
– To z powodu tego misia? – pyta z uśmiechem na ustach. – No niechże pani nie żartuje. Przecież to śmieszne. Nie mogę wydusić z siebie słowa. Nie chodzi o przy- tulankę, nie dlatego mam łzy w oczach. Chodzi o mnie. O powrót do miasta, z którego uciekłam. O powrót do życia, którego nie chciałam. O to, że świat, który miałam na wyciągnięcie ręki, okazał się nie dla mnie. Że wracam z podkulonym ogonem, bo nie sprostałam wyzwaniom. Moje nazwisko skreślili przy pierwszej turze redakcyjnych czystek. – Nie bierz tego osobiście, Kama – powiedział wtedy mój naczelny, przesuwając palcem po grzbiecie nosa, żeby poprawić okulary. Dla lepszego efektu skrzywił się i podrapał po siwym zaroście.
– A jak mam to odebrać? Najlepszych przecież nie zwalniasz, prawda? – Ściskałam kurczowo wilgotne dłonie.
Szef w końcu na mnie spojrzał. Rozłożył ręce, jakby chciał coś wyjaśnić, ale prawdopodobnie nie znalazł odpowiednich słów, więc zrezygnował.
– Tak myślałam – stwierdziłam, odwracając się do drzwi.
– Znajdziesz coś sobie. Wystawimy ci dobre referencje. – W dupie mam twoje referencje – szepnęłam.
Ta scena tkwi we mnie jak zadra, ale szybko pozbywam się jej z głowy i wracam do rzeczywistości. Przykładam miękką zabawkę do nosa. Pachnie słodko, jak moje dzieciństwo. Zanim – z powodu pewnych zdarzeń – uleciało przedwcześnie.
Cisza jest drugim pasażerem. Nie przyglądam się miastu przez boczne szyby, bo obok na kanapie leży złożona na pół gazeta. Rozprostowuję „Echo Torunia”, bezpłatny tygodnik miejski prowadzony przez moją przyjaciółkę, i rozkładam go sobie na kolanach. Jak zahipnotyzowana wpatruję się w zdjęcie siedmioletniego rudego, pulchnego chłopca, którego doskonale pamiętam, i w znacznie mniejszy portret, a raczej grafikę przedstawiającą progresję wiekową, a więc prawdopodobny wygląd mężczyzny, którym Piotrek Janocha zapewne by się stał, gdyby nie zaginął w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku.
„Gdzie jesteś, Piotrze?” – grzmi tytuł wielką czcionką, a pod nim czytam: „Mijają trzydzieści trzy lata od tajemniczego zaginięcia w Lubiczu. Policja ponownie przygląda się tej zagadkowej sprawie i publikuje portret Piotr Janochy, który w tym roku skończyłby czterdzieści lat”.
Odwracam stronę i czytam artykuł Aldony Terleckiej, naczelnej „Echa”. Nie jestem zaskoczona, że nie pisze o nowych dowodach i śladach. Dziennikarka wspomina jedynie o powrocie policji do starego śledztwa. Ale to wystarczy, żebym zaczęła drżeć na myśl o latach mojego dzieciństwa. Bo być może w tym jednym zdaniu zawiera się znacznie więcej treści, niż można z niego wyczytać.
– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca, ale nie gasi silnika. – Osiemnaście pięćdziesiąt.
Płacę drobnymi.
Mężczyzna chowa bilon, po czym odpina pas i wysiada. Wciąż otumaniona robię to samo. Chłód klimatyzacji zastępują smagnięcia rozgrzanego wiatru.
Kierowca wyciąga walizkę z bagażnika i stawia ją przy mnie. Żegna się delikatnym ukłonem i życzy mi miłego dnia.
Odprowadzam go do wozu i czekam, aż odjedzie, ale samochód ani drgnie.
Maskotkę razem z tygodnikiem chowam do obszernej torebki i wracam do rzeczywistości.
Rozglądam się. Zmieniło się, od kiedy byłam tu ostatnio. Za sobą mam szeroki wiadukt nad torami, z którego zjeżdżają samochody. Obok biurowiec z kolorową szklaną elewacją. Po prawej, w wysuniętym najbliżej jezdni fragmencie starej budowli, Młynów Richtera, trwają prace rozbiórkowe. Patrzą na mnie puste czarne oczodoły okien. Przymykam powieki i robię kilka kroków do przodu w stronę mężczyzny, który wyszedł z restauracji i zatrzymuje się pod szklanym zadaszeniem. Moja walizka terkocze. Od łysej skóry głowy nieznajomego odbija się słońce. W lustrzankach na nosie zapewne widać moją postać, ale nie wiem tego na pewno, bo wciąż dzieli nas zbyt duża odległość.
Taksówkarz odjeżdża, odprowadzam wzrokiem jego samochód, ale trwa to chwilę. Ponownie odwracam się do mężczyzny. Wyraźnie i z zaciekawieniem spogląda w moją stronę, ale kiedy podchodzę bliżej, drzwi się rozsuwają i pojawia się w nich ubrana w granatowy kostium kobieta. Podchodzi do niego, on chwyta ją za rękę i oboje ruszają w moim kierunku. Przechodzą obok, rozmawiając cicho. Nie docierają do mnie żadne słowa, ale całkowicie zdezorientowana przystaję i oglądam się za nimi. Myślałam, że to właśnie z nim mam się spotkać.
Dystans między nami stale się zwiększa.
– Dzień dobry. – Za plecami słyszę niski głos. – Pani Kamila Kosowska?
Nie odpowiadam. – To pani, prawda? Mierzymy się wzrokiem, ale po chwili mężczyzna rozgląda się ostentacyjnie. – Przejdziemy się czy woli pani usiąść i wypić kawę?
Dodam tylko, że akurat w tej restauracji znakomicie ją zaparzają. – Łączy dłonie i bawi się obrączką na palcu.
Znowu wolę milczeć. – Nasz stolik czeka – zachęca i podnosi moją walizkę. Wpatruję się w jego szczupłą twarz. Ma niebieskie oczy i gładką linię brody, niemal pozbawioną zarostu. Może być młodszy ode mnie nawet o kilkanaście lat. A jednak budzi moje zaufanie, a może raczej ciekawość, i tylko dlatego kieruję się do drzwi. Poza tym w restauracji będę czuła się pewniej, przynajmniej tak mi się wydaje.
Siadamy w ciszy przy stoliku w pobliżu oszklonej witryny z widokiem na ruchliwą jezdnię. Sala wystrojem przypomina westernowy bar. Ciemne drewno od podłogi po sufit. W rogu figura Johna Wayne’a, który mierzy do mnie z rewolweru. Na ścianach fotosy z amerykańskich kanionów, przy barze zamiast hokerów prawdziwe skórzane siodła. A drzwi do toalet z zakratowanymi kwadratami wyglądają jak cele w siedzibie szeryfa.
Kelner w stroju kowboja przyjmuje zamówienie i bezszelestnie odchodzi.
– Pani Kamilo… – Wystarczy Kama, nie lubię pełnego imienia. – Kama. Ładnie – cieszy się. – Paweł Hałas, miło mi. Podajemy sobie dłonie nad stołem. – Jesteś dziennikarką, prawda? – Tak. – W zasadzie nie kłamię, wciąż jestem dziennikarką, tyle że bez etatu. I bez pieniędzy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy próbowałam znaleźć coś w Warszawie, ale bezskutecznie. Oszczędności stopniały, zapał też.
– Armin mówił, że pracujesz w „Newsweeku”.
Potwierdzam. Z oddali dochodzi grzechot mielonych ziaren, a następnie syk ekspresu do kawy.
Armin, kolega z liceum, nalegał na to, żebym spotkała się z Hałasem. Pewnie dowiedział się o moim powrocie do Torunia od Aldony, ale nie mam jej tego za złe. Traktuję to jako wyraz troski ze strony przyjaciółki. A może troski ich obojga?
– Podobno masz coś dla mnie, tak? – pytam, bo nie chcę tracić czasu, chociaż mam go aż nadto.
Paweł zakłada nogę na nogę i splata dłonie na kolanie. – Armin mówił ci, o co chodzi? – Nie – odpowiadam, bo rzeczywiście nic mi nie powiedział. Mój rozmówca wzdycha zawiedziony albo tylko udaje.
– Okej, w takim razie zaraz ci wszystko opowiem. – Podnosi wzrok na kelnera, który stawia na stole filiżanki. – Ale chciałbym jeszcze o coś zapytać. Ta robota zapewne zajmie ci sporo czasu, więc wolałbym mieć pewność, że jesteś osobą, która wypełnia swoje zobowiązania do końca. Mówiąc krótko, twój urlop szybko się skończy, a po nim rzucisz się w wir obowiązków zawodowych i…
– Armin na pewno wystawił mi dobrą opinię – przerywam jego wywód. – Inaczej w ogóle byśmy się nie spotkali – dodaję zaczepnie.
Śmieje się. Ale nie umiem ocenić, czy reakcja jest naturalna, czy sztuczna.
Zastanawiam się, po co mi to mówi. Gdyby rzeczywiście to uczynił, wiedziałby, że jestem bezrobotna.
– To płyńmy do brzegu – zachęcam. – Masz rację, szkoda czasu na podchody. Moje usta burzą idealną kawową piankę, a Paweł czeka. – Z tego, co wiem, zresztą głównie z mediów, byłaś jedną z ostatnich osób, które widziały Piotra Janochę, siedmiolatka, zaginionego w osiemdziesiątym szóstym. Zgadza się?
Zamieram i próbuję przełknąć ślinę. – Nie martw się, chodzi… – Dlaczego o to pytasz? – Zaraz wyjaśnię. Chodzi mi tylko o to, że na pewno, jako osoba, która przeżyła zaginięcie kolegi, i to w tak młodym wieku… Bo ile ty wtedy miałaś lat?
– Tyle samo co on.
– Tyle samo… – Kręci z niedowierzaniem głową. – Jasna cholera. To musiało być straszne. Wychowująca się bez matki dziewczynka, która przeżywa takie zdarzenie… Zauważam, że na szyi, pod rozpiętą koszulą, nosi rzemień ze srebrną błyskotką. Czasami go dotyka.
– W ogóle pamiętasz z tego coś jeszcze? Z tamtego dnia? – ekscytuje się, jego oczy błyszczą.
– Niespecjalnie – kłamię, choć pamiętam każdy szczegół. Unosi brwi. – To zupełnie niesamowite. Oczywiście wiesz, co mam na myśli. Nie wiem i w ogóle mnie to nie obchodzi. – Twój ojciec jest policjantem, prawda? – Był. Dawno temu. – Służył w milicji, a później przeszedł weryfikację i został policjantem, tak? Kiwam głową. Paweł Hałas omiata wzrokiem pustawą salę restauracyjną. Daleko za nami rozlega się kobiecy śmiech. – Pracował nad tą sprawą – dodaje mężczyzna. – No i? – Opowiadał ci o tym, jak wyglądało to śledztwo? – A dlaczego pytasz? Unosi ręce w obronnym geście i pochyla się w moją stronę. – Z czystej ciekawości. – Rozpromienia się jak na zawołanie i z powrotem odchyla się na oparcie krzesła. – Czy nie było tak, że w trakcie wywiadów, których swego czasu, jak pamiętam, sporo udzielałaś, dziennikarze chcieli wyciągnąć od ciebie informacje o szczegółach działań ówczesnej milicji, a później policji?
Wracam myślami do tamtych chwil. Rzeczywiście tuż przed ukończeniem drugiej klasy liceum spotykałam się z kilkoma reporterami. Ich teksty lub zapis rozmów ukazały się w dziesiątą rocznicę zaginięcia Piotrka, pierwszego dnia wakacji tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. A jednak nie myślałam wtedy o nim. Myślałam o sobie, o swojej szansie na zaistnienie, na zwrócenie na siebie uwagi koleżanek i kolegów. Ale nic to nie dało, bo rozpoczęły się wakacje i wszyscy się rozjechali. Tylko kilka sąsiadek mnie zaczepiło, gratulowały i uśmiechały się promiennie, pokazując lokalne gazety. A z klasy jedynie Armin pochwalił się wyrwaną z czasopisma kartką, na której znajdowało się moje zdjęcie na tle szarej szkoły z wielkimi oknami. Świat bez Facebooka wyglądał inaczej, bo w tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze telefonów komórkowych ani po kilka laptopów. Mam wrażenie, że tak naprawdę jedyną osobą, która zwróciła uwagę na te wywiady i fotografie, był mój ojciec. Do dziś pamiętam złość w jego oczach, drobinki śliny tryskające z ust, gdy krzyczał, że jestem głupia i nieodpowiedzialna.
W zasadzie wciąż nie rozumiem, co go tak zdenerwowało.
Tydzień później ojciec odebrał kilka głuchych telefonów. A kiedy któregoś dnia podniosłam słuchawkę, usłyszałam nerwową, przerywaną płaczem wypowiedź, kilka prostych słów, wygłoszonych prawdopodobnie przez nastolatka.
„To nie było tak”.
Po latach, kiedy pracowałam już jako dziennikarka, postanowiłam zestawić te wywiady z zeznaniami, które znalazły się w aktach sprawy. Nie odkryłam istotnych rozbieżności, więc nie wiem, co nieznajomy mógł mieć na myśli.
Powtarzam to Pawłowi.
– Myślisz, że to dzwonił któryś z braci? – pyta, sięgając po filiżankę.
– Brałam to pod uwagę. – Spotkali się z tobą? – Nie, raczej nie. – Kręcę głową. – Albo zwyczajnie nie pamiętam. – Śledzili cię? Zastanawiam się. – Nie wiem. Chyba nie. – A czy wtedy, w tych wywiadach, oskarżyłaś ich wprost o to, że mieli coś wspólnego z zaginięciem Piotrka? – Po prostu powiedziałam, że to dziwne, że nie chcą powiedzieć głośno o tym, co wówczas robili. Hałas upija łyk kawy. – A sprawdzałaś, jak przebiegało to śledztwo? – Swego czasu uzyskałam dostęp do akt. – No i? – No i co? – Tam nie ma wszystkiego. – Nie rozumiem. – Przekrzywiam głowę. Macha ręką. – Nieważne – mówi. – Po prostu od pewnego czasu interesuje mnie ta sprawa. – Z jakiegoś konkretnego powodu? Czubkiem języka dotyka górnych jedynek. – Zaginięcie dziecka wydaje się czymś zupełnie nienaturalnym. Nieprawdopodobnym. I po prostu… – Szuka odpowiedniego słowa, pomagając sobie pstrykaniem palcami. – Cholera, to jest zwyczajnie przerażające.
Staram się wyczytać z jego oczu jak najwięcej. Ale jest w nich coś, co sprawia, że przegrywam tę grę. Najpierw gapię się w obrus, a potem topię usta w kawie.
– Czego dotyczy twoja propozycja? – pytam, gdy cichną odgłosy wesołości z końca sali.
– Zaraz ci wyjaśnię. Jeszcze tylko jedno pytanie, jeśli pozwolisz.
– Słucham.
– Kiedy zostałaś dziennikarką, sporo uwagi poświęcałaś zaginięciom, prawda?
Chcę coś odpowiedzieć, Hałas unosi jednak dłoń.
– Ale tej sprawie, która pewnie boli cię najbardziej, sprawie zaginięcia Piotrka Janochy, nigdy nie poświęciłaś choćby słowa. Właściwie dlaczego? – dziwi się.
– Etyka zawodowa. Mówi ci to coś? – denerwuję się.
– Chodzi o zachowanie bezstronności? – dopytuje po- ważnie, a ja kiwam głową. – Okej. – Wyraźnie zakłopotany pociera wnętrze dłoni.
I nagle rozumiem, dlaczego mnie tu ściągnął.
– Chyba nie sądzisz, że zabiorę się do tej sprawy? – Niespodziewanie dla siebie samej staję się agresywna. Hałas się nie odzywa. Przynajmniej nie od razu.
– Czy nie jest tak – wygląda na zadowolonego z siebie – że współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.
Zaczynam się wiercić na krześle.
– Jesteś jakoś związany z jego rodziną? – pytam podejrzliwie.
– Ja? Ależ skąd!
– To w takim razie czemu tak bardzo interesuje cię ta sprawa?
Wystudiowanym gestem sięga do kieszeni marynarki, skąd wyjmuje skórzane etui na wizytówki. Wyciąga jedną i kładzie w pobliżu mojej filiżanki.
Paweł Hałas. Producent filmowy. W prawym górnym rogu kartonika znajduje się niewielkie logo, kilka kresek składających się na wizerunek kamery, z podpisem: Noise Production.
– Rozpoczynam przygotowania do realizacji serialu dokumentalnego Gone Forever dla Netflixa. – Opiera łokcie na stole. – Chodzi o rekonstrukcję zdarzeń poprzedzających tajemnicze zaginięcia. Każda sprawa zostanie przedstawiona przez znakomitych dziennikarzy. Idziemy na ostro, bo zamiast dotykać wyłącznie polskiego podwórka, chcemy sięgnąć do spraw z całej Europy. Pierwszy sezon, wstępnie osiem lub dziesięć odcinków, poświęcony będzie wyłącznie zaginięciom dzieci. Same hity. Na przykład szokująca sprawa czteroletniej Brytyjki Madeleine McCann i jej tajemnicze zniknięcie z pokoju hotelowego w Portugalii. Do dziś to zdarzenie wywołuje dreszcze. Ale jest też zaginięcie Andrew Gosdena, zdolnego nastolatka z angielskiego Doncaster, który bez uzgodnienia z rodziną wsiada do pociągu do Londynu i tam, na stacji King’s Cross, łapie go kamera monitoringu, po czym chłopak rozpływa się w metropolii jak we mgle. Zupełnie jakby był duchem. – Hałas zniża głos. – I do tych właśnie spraw dołączy jedno jedyne zaginięcie z Polski. – Celuje we mnie palcem wskazującym. – I będzie to zaginięcie Piotrka Janochy.
Dopijam kawę i uśmiecham się najbardziej promiennie, jak tylko potrafię.
– Pierwszy sezon trafi do kilkunastu krajów – dodaje mężczyzna. Uśmiecha się, przekonany, że zdobył to, co chciał.
– Nie jestem zainteresowana. – Wstaję.
Hałas nie wygląda jednak na zaskoczonego albo umiejętnie maskuje emocje.
Podaję mu rękę, a on podnosi się i ją ściska.
– Dziękuję za spotkanie. I za kawę. Naprawdę niezłą tu parzą. – Zabieram walizkę i odchodzę.
– Oprócz serialu, który zobaczy pół Europy – Hałas podnosi głos – każda sprawa zostanie wydana w formie książki, reportażu, mamy już wstępnie uzgodnione wejście na rynek brytyjski, niemiecki, francuski i rosyjski.
Zatrzymuję się i odwracam.
Młody blondyn wsuwa ręce w kieszenie i podchodzi do mnie.
– To zajęcie idealne dla ciebie. Zyskasz sławę i rozgłos nie tylko w Polsce – kusi. – Już nie będziesz musiała się starać o żadną robotę. Teraz to robota postara się o ciebie.
Stoimy naprzeciwko siebie.
– I tak, to jest ten moment, w którym śmiało możesz pytać o honorarium. – Rozpromienia się i zarzuca grzywką.
– Mogę, ale nie chcę.
– Bo? – Nie kryje zdziwienia. – Podobno potrzebujesz kasy.
A więc jednak wszystko o mnie wie. Czuję się jak zaszczuty pies. Dreszcz schodzi mi wzdłuż kręgosłupa.
– Po prostu nie pracuję z ludźmi, dla których pieniądze są ważniejsze niż zasady. – Mój głos jest twardy jak stal. Śmieje się, ale sztuczna wesołość szybko gaśnie.
– I tak właśnie było w Warszawie? Dlatego stamtąd wracasz?
Mierzymy się wzrokiem.
– Pytałaś, dlaczego zajmuję się tą sprawą, prawda? – Jego twarz nie wyraża żadnych emocji.
– O co ci chodzi? Wskazuje na stół. – Coś ci pokażę, tylko usiądźmy.
Waham się. Zainteresowanie bierze górę. Hałas czeka, aż siądę, a potem przysuwa się wraz z krzesłem do stołu. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciąga iPhone’a, szuka w nim czegoś, po czym odwraca ekranem w moją stronę. Na zdjęciu jest dom schowany w gęstwinie drzew. Rozpoznaję go od razu, a moje ciało reaguje natychmiast. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nerwoból w klatce piersiowej narasta z każdym uderzeniem serca. Moją twarz wykrzywia grymas. Widzę ten dom w wyblakłych wspomnieniach, które powoli nabierają barw. I naglę patrzę na zdjęcie, jakby dawno zasypana przeszłość wygrzebała się spod ziemi. Świeże, jasne drewno, nowy dach, otwarte okna i okiennice. Drzewka owocowe to ledwie cienkie witki z kilkoma gałązkami na krzyż. W tle majaczący jaz na Drwęcy.
Ale widzę coś jeszcze, coś, co podpowiada mi wyobraźnia. W drzwiach domu stoi pulchny rudzielec z nogami krzywymi jak iks. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie, ufnie. Tak jakby nie miało znaczenia to, że kilka razy go zawiodłam.
– W tym domu mieszkał kiedyś Piotrek, prawda? – odzywa się Hałas.
Nie wiem, czy jestem w stanie odpowiedzieć, ale kiwam głową.
– Podobno można go wynająć. To nie byłoby głupie… nakręcić tam kilka scen z tobą. Co sądzisz? – pyta młody blondyn.
I nagle staje się zupełnie niewyraźny i zamazany.
– To ja o tym zdecyduję. – Wstaję zbyt gwałtownie i potrącam stolik.
Filiżanka się przewraca, ale na szczęście jest pusta. Potrzebuję chwili samotności, dlatego dyszę w lustro w łazience i z trudem powstrzymuję emocje. Nie widziałam tego domu od ponad trzydziestu lat, a teraz każde związane z nim wspomnienie odżywa. Być może dlatego trzęsą mi się dłonie, kiedy obmywam twarz zimną wodą. Wracam do stolika i czuję na sobie wzrok Hałasa. – Alergia – mówię, wskazując na zaczerwienione oczy. – Wiem coś o tym, ale się odczulam. – Blondyn zerka na kartę menu. – Napijesz się jeszcze czegoś? A może coś zjemy?
– Nie jestem głodna – odpowiadam i między nami zapada cisza.
Mężczyzna przygryza wewnętrzną część policzka. Tak mi się przynajmniej wydaje.
– Jesteś mi potrzebna. – Próbuje nowej taktyki. – Po pierwsze, znasz się na tym, jesteś dziennikarką. Po drugie, to, co przeszłaś w dzieciństwie, to, że zawodowo zajmowałaś się zaginięciami, stawia cię na szczycie listy kandydatów do tej pracy. Po przeczytaniu twoich tekstów wiem, że masz w sobie niezbędne pokłady empatii, żeby wgryźć się w tę sprawę. Kiedy zapoznasz się z aktami, zrobisz naprawdę niezły materiał, kto wie, czy nie najlepszy. – Łączy dłonie w piramidkę. – Jeśli brakuje ci czasu, dam ci speca od dokumentacji. Odwali za ciebie brudną robotę i…
Hałas mówi dalej, ale wyłączam się, żeby przeanalizować tę rozmowę. Mam wrażenie, że wcale nie chodzi mu o mnie, że jestem tylko pretekstem. Myślę więc gorączkowo.
– …być może nawet kilka zdjęć nakręcimy w tym domu. – Młody mężczyzna się emocjonuje. – Na podstawie starych policyjnych fotografii odtworzymy też ogród. Wszystko będzie wyglądało jak kiedyś.
– Do czego ci potrzebny mój ojciec? – Nie zdaję sobie sprawy, że ogryzam skórkę przy paznokciu.
– Słucham? – Mężczyzna wydaje się zdezorientowany, ale trwa to tylko chwilę. – Nie potrzebujemy twojego ojca.
– Na pewno?
– Na pewno. Przecież gdyby nawet zechciał nam cokolwiek powiedzieć, nie moglibyśmy tego wykorzystać w programie. Policja od razu by się zorientowała, skąd mamy te informacje, i twój ojciec miałby kosmiczne kłopoty. Więc po cholerę to komu? – pyta Hałas. – Nie chcemy mu przysparzać nowych zmartwień, prawda?
Trzy elegancko ubrane starsze pary wchodzą do restauracji i pytają chudego kelnera o rezerwację. Zabiera ich na środek sali. Rejestruję to wszystko kątem oka.
– Nowych zmartwień? – Bezwiednie przekrzywiam głowę. – Co masz na myśli?
Hałas nabiera powietrza. – To ty nic nie wiesz? Nic ci nie powiedział? – Kto? – No, twój ojciec. – Ale o czym? – O tym, że podobno prokuratura węszy w tej sprawie.
Ich zdaniem w śledztwie dotyczącym Piotrka Janochy nie wszystko przeprowadzono tak, jak należy. Odwiedziłem twojego ojca na działce, sam mi o tym opowiedział. Sądziłem, że wiesz i że to jest prawdziwy powód, dla którego nie chcesz ruszyć tego tematu.
„Pierdol się”, myślę i zastygam z nerwów. – No to jak będzie? – pyta Hałas. – Działamy? – Nie – odpowiadam szybciej, niż pomyślę. – Nawet nie porozmawialiśmy o wynagrodzeniu. – Udaje zawiedzionego. – A moja oferta… – Nie mamy już o czym rozmawiać – dodaję, bo nie zamierzam przyłożyć ręki do pogrążenia mojego starego ojca. Odchrząkuje. Kładzie dłonie na podłokietnikach krzesła i unosi brwi.
– No cóż. Szkoda. Ale jeśli zmienisz zdanie, to zadzwoń. – Podnosi się. – Miło było cię poznać.
Wyciąga z kieszeni portfel i kładzie stuzłotowy banknot na śnieżnobiałym obrusie.
Nie odzywam się.
– To mogła być dla ciebie wielka szansa. Mogłabyś wrócić do zawodu po czerwonym dywanie – dodaje Hałas.
Zanim zdążę zareagować, odchodzi. Odprowadzam go wzrokiem do wyjścia. Obserwuję, jak wsiada do sportowego wozu i z głośnym buczeniem rur wydechowych opuszcza parking.
Na smartfonie wyszukuję numer do ojca. Dawno z nim nie rozmawiałam, ale teraz też mi się to nie uda. Automat informuje, że abonent jest poza zasięgiem.
Bez zastanowienia odszukuję w kontaktach Armina Miteckiego. Niestety, mężczyzna pierwsze połączenie odrzuca, drugie zresztą też. Chciałabym go zapytać o Hałasa, o to, co producent filmowy wie o mnie i moim ojcu, ale będę musiała z tym poczekać.
Aldona mówiła mi, że będzie zajęta, więc do niej nawet nie próbuję się dodzwonić. Zapewne sama się odezwie. Gdzieś pod sercem rodzi się we mnie lęk, jakby wszystko we mnie zamarzało. To reakcja na to, co się dzieje poza moją kontrolą. Ten lęk nie jest mi obcy, noszę go w sobie od kilku miesięcy, w trakcie których straciłam pracę i nie znalazłam dla siebie miejsca w innych stołecznych redakcjach. Ale jest to także lęk o to, co przyniesie przyszłość.
Bo jak długo można w kółko pożyczać pieniądze i ich nie oddawać? Na szczęście Aldonie aż tak na nich nie zależy. – Czy mogę wystawić rachunek? – Obok mnie wyrasta chudy kelner z wyuczonym uśmiechem na twarzy. Ale mnie nie jest do śmiechu. Podaję mu banknot. – Reszty nie trzeba – dodaję.
Mam ochotę stąd uciec.
Ciągnę walizkę. Kółka skaczą po nierównym bruku, nieznośnie terkocząc. Szarpię się z nią. Szarpię się sama ze sobą, od dawna szarpię się z życiem.
Słońce kładzie w mieście długie cienie, bruk brązowieje. Pełno tu ludzi, jest głośno, ale chcę się skryć w samotności. Zamiast głównego deptaka wybieram odludną bliskość miejskich murów, dających wytchnienie od upału.
Pod Krzywą Wieżą grupa zagranicznych turystów przekrzykuje się radośnie. Niemieccy emeryci w długich bawełnianych spodniach i w sandałach na starych, żylastych stopach. Swobodni, radośni, oderwani od trosk, z dala od domu, z dala od kłopotów, jeśli w ogóle je mają. Głos przewodnika skrzeczy po niemiecku z niewielkiego megafonu. Mężczyzna uśmiecha się, kiedy wskazuje na Krzywą Wieżę. Mam wrażenie, że przez chwilę uważnie mi się przygląda. Mijam ich ze spuszczoną głową.
Wychodzę wprost na odrestaurowany spichlerz, w którym na parterze kuszą wnętrza eleganckiej, nowoczesnej restauracji. A ja w oczach mam ruinę z dawnych lat. Czarne okna zasłonięte dechami, obkruszone cegły.
Idę dalej, wzdłuż murów, wciąż ciągnąc za sobą cholerny terkot walizki, jakbym chciała ogłosić mój powrót całemu miastu. A przecież pragnę pozostać niezauważona, przezroczysta jak wiatr, bo nie wracam tu z własnej woli.
Wracam, bo w Warszawie przegrałam wiele. Siedem miesięcy przesiedziałam na tapczanie w wynajmowanym pokoju. Siedem miesięcy czekania na cud. Chyba od początku wiedziałam, że on się nie zdarzy. Myślę o tym, o moim powrocie, o przyszłości bez celu, o planach, których nie mam. O kłopotach ojca, jakbym mało miała własnych, i zastanawiam się, dlaczego nic mi nie powiedział. Dlaczego od dawna tak rzadko ze sobą rozmawiamy. Biorę winę na siebie, to ja nie miałam dla niego czasu. Udawałam zapracowaną, wiecznie w biegu. Także w ciągu tych siedmiu miesięcy, podczas których wpatrywałam się w sufit.
We wnęce przy ścianie spichlerza, na starobruku, rozstawiono parasole i stoliki. Jakaś para pije wino. Kobieta w białej sukience w czerwone grochy, z okularami przeciwsłonecznymi, które zakrywają jej pół twarzy, odstawia kieliszek. Na lustrzane szkła spadają sprężynki brązowych loków. Czerwone usta uśmiechają się do mężczyzny, który siedzi do mnie tyłem.
Mijam ich, przejście robi się coraz węższe, ale mam już blisko do celu. Spoglądam na zegarek i wiem, że jestem spóźniona.
– Kama? – Słyszę swoje imię. – Kama, to ty?
Powinnam nie reagować, iść dalej przed siebie, ciągnąć walizkę, a jednak wbrew sobie przystaję i się odwracam. Marszczę czoło, mrużę oczy przed słońcem, które pada wprost na mnie, jak sceniczny reflektor. Delikatne, nieprzyjemne mrowienie wspina się po kręgosłupie. Widzę dwie czarne sylwetki. Kobieta wstaje od stolika i robi krok w moją stronę. W sandałach na wysokim korku chwieje się na kocich łbach. Mężczyzna wciąż siedzi, ale odstawia kieliszek i dopiero po chwili się podnosi, ocierając usta serwetką. Odkłada ją na bok.
– Jasna cholera – mówi kobieta i sądzę, że przygląda mi się badawczo, widzę to po ruchu jej głowy. – Kama, to naprawdę ty.
Nie dziwię się jej wątpliwościom. Zmieniłam się, przytyłam i nie jestem tą samą Kamą, którą znała przed laty. Minęła wieczność, od kiedy widziałyśmy się ostatnio, a ten czas odcisnął się nie tylko na mojej pospolitej twarzy, lecz także na pulchnym ciele i udach, znaczonych cellulitem, ukrytym przed światem w luźnych rybaczkach.
Odgarniam rzadkie ciemne włosy.
– Ale numer! Kama! – Uśmiecha się kobieta. – No chodź, usiądź z nami.
Próbuję się wykręcić, wskazując na swój bagaż.
– Przepraszam, ale dopiero co wysiadłam z pociągu. Jestem zmęczona. Boli mnie głowa.
Czterdziestolatka podchodzi bliżej i przytula mnie na powitanie, moje ręce jednak nie reagują. Wilgotna dłoń opiera się na uchwycie walizki, druga na torebce. Joanna Szewczyk trzyma mnie przez chwilę w uścisku, wciągam w nozdrza słodki zapach jej cytrusowych perfum.
– Ile to już lat minęło? – Koleżanka wypuszcza mnie z objęć i przesuwa okulary na czoło. Dopiero teraz, mimo wstydu, mogę spojrzeć w jej oczy. Twarz Aśki lśni, skóra jest jędrna, a pod pełnymi ustami ukrywają się równe, wybielone zęby. Droga robota, myślę. Armin Mitecki zbliża się do nas i wyciąga dłoń. Muskularna sylwetka znakomicie prezentuje się w jedwabnej koszuli i dżinsowych szortach. Na stopach mężczyzna ma zamszowe mokasyny. Pamiętam, jak rok przed maturą przetłuszczały mu się włosy. Nosił obszerne T-shirty, żeby ukryć nadwagę i wstyd, który wypełzał mu na twarz rumieńcem, gdy niosło się po korytarzu gromkie: „Tucznik, tucznik!”.
Pamiętam też coś jeszcze, ale nawet nie chcę o tym myśleć. Jego dłoń wisi chwilę w powietrzu. Niechętnie ją ściskam. Krótko, delikatnie. Przez ten moment świdrują mnie jego niebieskie oczy. Nie dostrzegam w nich niczego oprócz strachu. Milczy. Nie wspomina o moim telefonie do niego, nie mówi, że nagrał mi spotkanie z Hałasem, ani nie pyta, jak było. Skoro milczy, widocznie ma powód, więc nie zamierzam tego zepsuć.
– Na pewno nie usiądziesz? – Aśka robi smutną minę. Bez skrępowania obcina wzrokiem moją sylwetkę i mam wrażenie, że uśmiech, który wolno wykwita na jej twarzy, jest pełen satysfakcji.
Czuję się tak, jakbym stała przed nimi zupełnie naga, z prawą piersią mniejszą od lewej, płaskimi sutkami, lekko obwisłym brzuchem nad zarośniętym łonem.
– Muszę już iść. Jestem spóźniona. – Odwracam się i znowu ciągnę za sobą walizkę.
Tyle że gubię krok z powodu skurczu żołądka. Nie zdążę odejść, kiedy znów słyszę jego głos. – Wciąż mieszkasz na Bankowej? Znowu robię wbrew sobie. Zatrzymuję się i odwracam.
Tym razem muszę unieść dłoń do czoła, by uformować z niej daszek i ochronić oczy przed rażącymi promieniami zachodzącego słońca.
– Tak – odpowiadam zbyt szybko.
– To może do ciebie wpadniemy, co? – proponuje Aśka. – Jestem już spóźniona – powtarzam i chcę ruszyć dalej. – No przecież nie teraz. – Koleżanka się śmieje. – Za kilka dni. Robimy spęd klasowy. Na pewno dostałaś informację.
Nie dostałam. I ja, i ona wiemy to doskonale, wciąż jednak bawimy się kłamstwem, lepkim jak wata cukrowa. – Tak, tak. Pamiętam. Ale naprawdę muszę już iść. – Próbuję się niezdarnie uśmiechnąć, po czym obserwuję wyraz ulgi na twarzy Armina. Odwracam się, przyspieszam kroku i aż się boję o walizkę, o to, żeby się nie rozpadła. Zapewne Aśka patrzy na męża zdziwiona, zaskoczona moim zachowaniem, więc w jakimś sensie zostanę z nimi przez resztę wieczoru. Będę cierniem w ich myślach. Jako jedyna licealna para wytrwali ze sobą do ślubu. Chociaż nie bez życiowych zakrętów. Zostawiam ich, ale tajemnica, jak czerwony balon, wciąż wisi w powietrzu między mną a Arminem.
W potężnej gotyckiej Bramie Klasztornej dostrzegam właścicielkę biura turystycznego. Pali papierosa. Nawet nie prostuje dłoni. Zaciąga się, puszcza dym, znowu się zaciąga.
Martyna Rybska ukrywa się w cieniu po tej stronie murów, patrzy na plac przed bramą i dalej na rzekę, która płynąc dostojnie, niesie pomarańczowe refleksy słońca.
– Dzień dobry – rzucam i dopiero wtedy kobieta odwraca głowę.
Przygląda mi się przez chwilę, jakby mnie nie pamiętała, jakby chciała się upewnić, że to na pewno ja.
– No wreszcie. – Marszczy czoło, po czym wyrzuca peta pod nogi i przydeptuje go czerwoną szpilką. Granatowa spódnica sięga do kolan. – Chodźmy.
Zbliżamy się do pierwszego budynku, tuż przy średniowiecznym obronnym murze. Rybska, z powodu wysokich obcasów, musi iść na palcach. Widzę, jak się napinają mięśnie jej łydek.
Elewacja bloku na parterze wykonana jest z czerwonego klinkieru. Kobieta wchodzi na pierwszy stopień i wkłada klucz do zamka w drzwiach wejściowych. Wertykale są od- sunięte, co sprawia, że już teraz zauważam zupełnie puste wnętrze. Drewniana podłoga, zielone ściany wyznaczające niewielką przestrzeń. Jeszcze niedawno stały tu dwa biurka, kilka jasnych regałów i nowoczesne krzesła. Zniknął zawieszony na ścianie logotyp biura i roll-upy z wizerunkiem palm kokosowych i jasnobłękitnej wody omywającej złote piaski.
Zamek zgrzyta. Rybska popycha drzwi i stuka obcasami. Wypuszcza powietrze przez usta.
– Uff, ależ tu gorąco. – W jej głosie słychać zniecierpliwienie.
Wchodzę za nią.
– Kupiłam materiały, o które pani prosiła. – Wskazuje na podłogę obszernego przedsionka z półokrągłą ścianą. Rulon szarego papieru i taśma klejąca wraz z nożyczkami leżą na podłodze. Rybska wchodzi dalej, do głównego pomieszczenia. Staje pośrodku i opiera dłonie na biodrach. Rozgląda się, jakby wciąż widziała tu wyposażenie biura, po którym nie został już żaden ślad. – Wszystko się zgadza? – Patrzy w moją stronę. Kiwam głową. – Spisała pani liczniki? – Wskazuję na drzwi do toalety.
– Przecież wysłałam w mailu. Dziś rano. – Wyciąga granatową teczkę z obszernej torebki. – Wszystko mam gotowe, możemy podpisywać. – Pokazuje mi dokumenty w przezroczystej koszulce.
– Zaraz. – Kieruję się do drzwi z niewielkim przeszkleniem, za którymi znajduje się klaustrofobiczna łazienka. Włączam światło i zaglądam do wnętrza. Jest czyste i schludne. Żarówka odbija się w błyszczących białych kaflach. W rogu prysznic z brodzikiem noszącym ślady zacieków. Śmierdzi tu fekaliami, ale na starówce to normalne. Szczególnie przy takich upałach.
– Dobrze – mówię, wycofując się z pomieszczenia.
Rybska podsuwa kartki do podpisu, oddaje dwa komplety kluczy. Potem sięga po portmonetkę i wypłaca mi kilkaset złotych zaległości bez żadnego „przepraszam”. Nie sili się na uśmiech, nerwowo pakuje papiery do teczki i wychodzi, rzuciwszy krótkie „do widzenia”.
Jakbym to ja była winna temu, że biznes nie wypalił. Przecież też na tym tracę.
W mieszkaniu na piętrze, które należy do mnie, tak jak ten lokal, mieszka młody prawnik z żoną i rocznym dzieckiem. Wprowadzili się zimą zeszłego roku. Płacą regularnie, nikt się na nich nie skarży. Ich czynsz za wynajem to obecnie mój jedyny dochód.
Zostaję sama w dusznym pomieszczeniu. Mimo otwartych drzwi ciężko tu oddychać. Przenoszę zostawioną w przedsionku walizkę i wygrzebuję z niej pęk kluczy do mieszkania na piętrze. Interesuje mnie jednak tylko jeden, ten od pomieszczenia gospodarczego na strychu.
Zamykam lokal i kieruję się do wejścia od ulicy Ducha Świętego, tam gdzie znajdują się niewielki parking i klatki schodowe prowadzące do mieszkań. Nowoczesną windą wjeżdżam na samą górę. Zabieram materac z dawnego łóżka i niosę go pod pachą. W lokalu rzucam go pod ścianę.
Siadam na nim i patrzę przez okna na mur miejski. Trzy otwory strzelnicze, dwa na tym samym poziomie i jeden, ten po prawej, umieszczony niżej. Cegły, wszędzie cegły.
Znam i kocham ten widok, ale czas zabrać się do pracy. Jeśli mam tu mieszkać, nie chcę, by ktokolwiek zaglądał w okna i widział mnie leżącą na starym materacu, śpiącą, przebierającą się, jedzącą kanapki.
Wstaję i biorę z podłogi szary papier. Rozwijam rolkę z głośnym szelestem i przykładam do szyby. Wiem, gdzie uciąć, więc tnę, po czym zaklejam niewielką witrynę, wykorzystując szeroką taśmę klejącą. Gdy przyklejam ostatni pasek, w pomieszczeniu robi się ciemno.
Odcięłam się od świata.
I tak jest dobrze, ale nocą, z powodu duchoty, nie mogę spać.
Leżę naga, przykryta prześcieradłem i gapię się w sufit. Słyszę czyjeś kroki na górze, odgłos telewizora, śmiech dziecka. Życie codzienne, życie szczęśliwe. Jak daleko mi do takiego życia?
Myślę o tym długo i modlę się o sen. Wybudzam się często, brakuje mi tchu. Pot perli się na czole, prześcieradło jest wilgotne.
A sen, nawet jeśli układał obrazy pod powiekami, pozostał nieodgadniony.
Może to i lepiej. Mam dość tych wszystkich koszmarów.
Co mają wspólnego prokuratorskie zarzuty wobec Jakuba Żulczyka, prezydent Andrzej Duda, afery wokół Roberta Lewandowskiego, Olga Tokarczuk oraz czytelnicy? Więcej, niżbyśmy chcieli.
Żulczykowy „debil” wywołał niezłe zamieszanie w świecie informacji. Zaczęło się od rządowej tuby wpolityce.pl, do której wieść o akcie oskarżenia przeciwko pisarzowi dotarła szybciej niż do oskarżonego i jego prawnika. Potem były strony główne największych polskich portali i słodko-gorzkie żarty w mediach społecznościowych. Później sprawą zaciekawiły się BBC, „The Guardian”, „Daily Mail”, a nawet Al Jazeera. Wysypały się komentarze, analizy, mikrośledztwa dziennikarskie. Dyskusje nad marnością upolitycznionej prokuratury, prawem, etyką.
Koniec końców wyszła z tego największa w ostatnich miesiącach inba z udziałem polskiego autora. Większa niż zmasowana krytyka „Parafila”, którą zapoczątkowała publikacja Adama Szai. Większa niż śmichy-chichy z ekranizacji „365 dni” Blanki Lipińskiej, mającej szansę zostać najgorszym filmem minionego roku na świecie. Większa niż historyczne przepychanki po pańszczyźnianym felietonie Szczepana Twardocha dla „Gazety Wyborczej”. W zasadzie – nie mam na to twardych danych, ale wiele na to wskazuje – od czasu Nobla dla Olgi Tokarczuk żaden literacki lub okołoliteracki temat nie splądrował z taką mocą polskiego mainstreamu.
To dobrze i niedobrze jednocześnie.
Andrzej Duda, prezydent Polski, fot: smakksiazki.pl
Dobrze, ponieważ nieźle świadczy o naszych autorach, którzy wolą tworzyć – coraz częściej po kilka książek rocznie – niż skandalizować i robić wokół siebie pudelkowy szum. Zresztą Żulczyk też nie miał takiego zamiaru. Wpis, w którym nazwał prezydenta Dudę „debilem” i który dał początek całemu prawno-politycznemu zamieszaniu, tak jak wiele mu podobnych był autentycznym wyrazem głębokiego wkurwu autora na władzę. Doskonale go rozumiem.
Niedobrze, ponieważ o sile oddziaływania większości dziedzin i reprezentujących je osobistości świadczy ich medialna ekspozycja. Również niezamierzona. Weźmy Roberta Lewandowskiego. Facet wpadł na kilka dni do Polski i właściwie nie zrobił nic nadzwyczajnego: przyjął order od prezydenta, zagrał mecz, strzelił dwie bramki, złapał kontuzję. Proza piłkarskiego high life’u. A jednak w świecie informacji sprowokowała wybuch trzech bomb: orderowej (czy powinien przyjąć wyróżnienie od takiego prezydenta), zegarkowej (czy piłkarzowi przystoi nosić sikor za 400 tys. złotych), kontuzjowej (czy lider kadry powinien uczestniczyć w kopaninie z półamatorami z Andory).
Najmniej absurdalna była bomba zegarkowa, ponieważ rozwarstwienie stanowi realny i międzynarodowy problemem (choć akurat Lewandowski, najlepszy piłkarz świata, a zarazem dopiero dziewiąty najhojniej wynagradzany według „Forbesa”, jest fatalnym ambasadorem tego zjawiska). Rozwarstwienie dotyczy również mediów, które w pogoni za klikami windują newsy dotyczące najlepszych, najpopularniejszych, najbardziej kontrowersyjnych, a czasem – niestety – najgłupszych bohaterów naszej rzeczywistości, często kosztem tych najbardziej wartościowych. A i wśród najmocniej rozrywanych trafiają się rażące nierówności.
Tak się składa, że i w piłce, i w pisarstwie mamy dwie wielkie gwiazdy: Lewandowskiego i Olgę Tokarczuk. Dwoje mistrzów świata w dwóch globalnych dziedzinach, uprawianych i podziwianych praktycznie we wszystkich zakątkach świata: miliardy interesują się piłką, miliardy (a na pewno setki milionów) czytają książki. A mimo to w przeciwieństwie do mistrza Lewandowskiego mistrzyni Tokarczuk nie wyskakuje z każdego zakamarka internetu. Nie czyta się jej we wszystkich lub prawie wszystkich polskich domach. Nawet nie zgarnęła Bestsellera Empiku za ubiegły rok. Obawiam się – nie mam na to twardych danych, ale wiele na to wskazuje – że więcej Polaków wie, kim jest Marcin Najman niż Olga Tokarczuk…
Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl
Nie idzie rozstrzygnąć, w jakim stopniu media odpowiadają na potrzeby, a w jakim je kreują, ale pogoń za kilkami jest nierozerwalnie sprzęgnięta z preferencjami odbiorców. Portale samodzielnie nie zbudują mody na czytanie, ponieważ książki nie wyklikają się tak jak skandale, celebryci, głupota polityków czy spektakularne wyczyny atletów. I jest w tym sporo naszej – czytających – winy. My też nabijamy odsłony niewłaściwym newsom. A dodatkowo nachalnie przyklejamy czytaniu łatkę wyższości nad innymi rozrywkami, czym sprzyjamy jego premiumizacji, a nie popularyzacji.
Oczywiście też jestem temu winny. Bo i na Najmana się nabieram, i żulczykowym „debilem” żyłem bardziej niż chociażby żulczykową nową książką, którą zapowiedział chwilę po wybuchu prokuratorskiej afery. Wpis o konsekwencjach „debila” zgarnął 13 tysięcy lajków na profilu autora, a informacja o premierze – około 5,5 tys. Deklasacja. A mogłoby się wydawać, że w informacyjnym życiu pisarza nie może się trafić nic donioślejszego niż news o premierze. Może. Wystarczy mocno uderzyć w odpowiednie struny.
W najnowszej, jeszcze ciepłej powieści Vincenta V. Severskiego „Nabór”, dochodzi do wymiany oficera i agenta polskiego wywiadu na jednego z najważniejszych operatorów Sił Ghods, elitarnej jednostki dywersyjnej irańskich służb specjalnych. „Gdy generał Ahmad Harumi zobaczył nagranie wideo, na którym Arif wyjaśnia, w jakiej jest sytuacji i czego oczekują jego porywacze, wydał krótkie polecenie, by natychmiast odstawić obu więźniów do Kijowa. Arif Harumi wyleciał w drugą stronę tego samego dnia, w którym Wydział Q odebrał na lotnisku Igora i Wasię.”1
Wymiana, jak widać nie była zbyt skomplikowana. Oficerowie i agent zostali wymienieni na lotnisku w kraju trzecim. Od czasu spektakularnych spotkań na moście Glienicke w Berlinie, do tego rodzaju operacji wykorzystuje się porty lotnicze w państwach neutralnych (przynajmniej w relacjach ze stronami). No chyba, że skonfliktowane służby wywodzą się z krajów sąsiadujących. Jak Estonia i Rosja, które ostatnio wybierają most na rzece granicznej w Koidula.
Taka wymiana natychmiast przywołuje na myśl sprawę polskiego obywatela, Mariana Radzajewskiego, ofiarę prowokacji rosyjskiej FSB. Został on aresztowany w 2018 roku za rzekomą próbę zakupu tajnych części systemu obrony przeciwlotniczej S-300 (sprawa wydaje się absurdalna o tyle, że systemem S-300 dysponują przynajmniej trzy państwa NATO). Moskiewski sąd skazał go w 2019 roku na 14 lat kolonii karnej w obostrzonym rygorze. Pomimo wyraźnych sygnałów strony rosyjskiej, że chętnie by go wymieniła w pakiecie, za któregoś z zatrzymanych w ostatnich latach, agentów SWR, polska dyplomacja nie chce lub nie potrafi nic z tym zrobić.
www.unsplash.com/Jørgen Håland
Tyle tytułem wstępu, bo trzeba pamiętać, że wymiana oficerów lub agentów wywiadu, złapanych na gorącym uczynku to ostateczność. Robi się to głównie po to, żeby potencjalnych przyszłych agentów zapewniać, że służba zrobi wszystko, aby w przypadku dekonspiracji uratować ich przed więzieniem, czy jeszcze gorszym losem. Tyle, że wymiana – jeżeli w ogóle do niej dojdzie, bo przecież nigdy nie ma takiej pewności – jest rozwiązaniem z możliwych najgorszym. Nie tylko ze względu na los więzionego i często brutalnie przesłuchiwanego agenta, także ze względu na to, że każda wpadka oznacza konieczność, trudnego i oznaczającego obowiązek pracochłonnej weryfikacji informacji, rachunku strat. W tym analizy, które z informacji przekazanych wcześniej przez agenta mogły być podsuniętą przez przeciwnika dezinformacją.
Dlatego najlepszym wyjściem, w przypadku zagrożenia agenta lub oficera z linii „nielegalnych” (czyli poza statusem dyplomatycznym), jest eksfiltracja.
Eksfiltracja to wywiezienie podejrzanej o dekonspirację osoby z obszaru, na którym może być poszukiwana, w bezpieczne miejsce. Pod fałszywą tożsamością lub dobrze ukrytą w jakimś ładunku.
W literaturze szpiegowskiej można znaleźć wiele przykładów wywożenia agentów lub przykrywkowców. Tom Clancy wyjaśnia jednak, że pomimo iż sprawa dotyczy w pierwszej kolejności reputacji służby, to w przypadku niepowodzenia może spowodować poważne implikacje międzynarodowe. Dlatego, podobnie jak w przypadku ewentualnej wymiany, musi ją poprzedzać zgoda najwyższych władz państwowych.
„– Nie mogę wydać zgody na ewakuację bez akceptacji prezydenta. (…)
– No to ją załatw! Do diabła z polityką! Są też względy praktyczne, Arturze. Jeżeli pozwolimy pogrążyć takiego człowieka, jeżeli nie ruszymy palcem, żeby go ochronić, to sprawa się rozniesie… Rosjanie zrobią z tego miniserial! Na dłuższą metę będzie nas to kosztowało więcej niż chwilowe ustępstwo polityczne.”2
Kiedy już zapadnie decyzja polityczna, w pierwszej kolejności należy zagrożoną osobę ukryć w takim miejscu, w którym najtrudniej ją będzie odnaleźć obserwacji przeciwnika. Na przykład w szpitalu -chociaż, jak słusznie zauważa Alan Furst – nawet w takim miejscu trzeba być przygotowanym na najgorsze. „Musieli przyjąć, że szpital jest pod obserwacją, a zatem spędziwszy tam trzy dni, Uhl opuścił lecznicę na zakrytych prześcieradłem noszach, które wsunięto do karawanu. Potem, w domu pogrzebowym, wydostał się tylnymi drzwiami i udał się do wynajętego pokoju na przedmieściach.”3
Bywa, że już po wyciągnięciu cennego źródła z pola widzenia przeciwnika, dalej już wszystko idzie łatwo i prosto. „Przez dwie doby trwała wzmożona wymiana zaszyfrowanych depesz radiowych, po czym został wywieziony niepostrzeżenie z Moskwy w samochodzie ambasady jadącym do Finlandii. Podróżowało w nim pięciu mężczyzn, wszyscy mieli paszporty dyplomatyczne i mogli przekroczyć granicę bez kontroli.”4 Robert Littell w tym przypadku postanowił uniknąć niepotrzebnych komplikacji.
www.unsplash.com/ConvertKit
Zresztą w innych przypadkach podobnie: „Mój ojciec, moja siostra i ja pojechaliśmy na wakacje nad Morze Czarne do Bułgarii. Amerykańska CIA podesłała nam greckie paszporty i dołączyliśmy do wycieczki objazdowej wracającej przez Bosfor do Pireusu.”5
Tyle, że bardzo rzadko jest tak łatwo. Zdarza się, że agenta trzeba, w ryzykowny sposób, wykraść sprzed nosa obserwacji. Jak u Jacka Higginsa.
„– Jak pana pilnują pańscy stróże? – zapytał Dillon.
– Na zmianę. Jeden jest zawsze ze mną w salonie mojego apartamentu.
– Proszę położyć się do łóżka jak najszybciej, niezależnie od pory. Taki facet jak pan sobie poradzi z jednym strażnikiem w pokoju?
– A potem?
– Po schodach w dół, biegiem. Przed hotelem zawsze stoją taksówki. Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby jechał na dworzec kolejowy Gare du Nord. O północy odjeżdża nocny pociąg do Brestu. Będziemy czekać przy wejściu, z paszportem dla pana. Od teraz nazywa się pan Henry Duval.
– Dokąd pojedziemy?
– Do Bretanii, prywatny samolot zabierze nas stamtąd do Londynu.”6
Jak widać Higgins bardziej się koncentruje na tym jak urwać się obserwacji. Na wszelki wypadek przewiduje fałszywą tożsamość, ale samo przekroczenie granicy ma być już na kompletnym „nielegalu”, czyli na pokładzie samolotu, który po prostu ucieknie z obszaru kontrolowanego przez przeciwnika.
Wśród pisarzy, największym specjalistą od eksfiltracji jest Graham Greene (ten od szydzenia ze służb wywiadowczych w „Naszym człowieku w Hawanie”). W czasie II Wojny Światowej był brytyjskim szpiegiem, więc w większości powieści raczej poważnie traktuje kłopoty wywiadowców.
W intrydze, którą zaplanował dla bohatera „Czynnika ludzkiego” kluczową sprawą jest zmiana tożsamości.
„Koniecznej jest, by złapał pan następny autobus na lotnisko. – Mężczyzna zaczął wykładać zawartość swojej aktówki na stół: najpierw bilet lotniczy, potem paszport, butelkę wypełnioną czymś, co wyglądało na klej, wypchaną foliową torbę, szczotkę do włosów, grzebień i brzytwę.
– Wziąłem wszystko, czego potrzebuję – powiedział Castle rzeczowym tonem.
Mężczyzna zignorował go.
– Ma pan bilet jedynie do Paryża. Wyjaśnię to panu.
– Wszystkie samoloty są z pewnością obserwowane.
– Będą obserwować zwłaszcza samolot do Pragi, odlatujący w tym samym czasie co samolot do Moskwy, który jest opóźniony ze względu na problemy z silnikami. Niecodzienne zdarzenie. Może Aerofłot czeka na jakiegoś ważnego pasażera? Policja będzie bardzo uważać na odloty do Pragi i do Moskwy.
– Obserwatorzy zostaną rozmieszczeni już w punktach kontroli paszportowej. Nie będą czekać przy wyjściach.
– O to ktoś się zatroszczy. Musi pan stawić się do kontroli za… – zerknął na zegarek Castle’a – jakieś pięćdziesiąt minut. Autobus odjeżdża za trzydzieści minut. To pana paszport.
– Co mam robić w Paryżu, jeśli tam dotrę?
– Gdy opuści pan lotnisko, ktoś wręczy panu nowy bilet. Będzie pan miał tylko tyle czasu, by złapać następny samolot.
– Dokąd?
– Nie mam pojęcia. Dowie się pan wszystkiego w Paryżu.
– Do tego czasu Interpol zdąży zaalarmować tamtejszą policję.
– Nie zrobi tego. Interpol nie zajmuje się sprawami politycznymi. To wbrew przepisom.
Castle otworzył paszport.
– Partridge – odczytał. – Dobre nazwisko wybraliście. Sezon polowań jeszcze trwa. – Potem, zerknąwszy na fotografię, zaprotestował: – Ale to zdjęcie się nie nadaje. Zupełnie nie jestem podobny.
– To prawda. Ale zaraz pana upodobnimy.
Nieznajomy wziął swoje przybory do łazienki. Między kubkami do mysia zębów ustawił powiększoną fotografię z paszportu.
– Proszę usiąść na tym krześle – nakazał i zaczął przycinać brwi Castle’a, a potem zajął się jego włosami: mężczyzna z paszportu był ostrzyżony na jeża.
Castle obserwował poruszające się nożyce. Był zdumiony, jak uczesanie powiększyło czoło, zmieniło całą jego twarz, a nawet, jak mu się zdawało, wyraz oczu.
– Ujął mi pan dziesięć lat – odezwał się.
– Proszę siedzieć spokojnie.
Mężczyzna przylepił mu wąski wąsik; wąsik człowieka bojaźliwego, niepewnego siebie.
– Broda czy duże wąsy zawsze wyglądają podejrzanie – oznajmił. Z lustra patrzył na Castle’a obcy człowiek. – No, gotowe. Myślę, że wyszło dobrze. – Ze swojej aktówki nieznajomy wyjął składaną białą laskę. – Jest pan niewidomy – powiedział. – Wzbudza pan współczucie, panie Partridge. Hostessę Air France poproszono, by czekała na autobus z hotelu. Przeprowadzi pana przez kontrolę do samolotu. Z Roissy w Paryżu, gdzie pan wysiądzie, zostanie pan przewieziony na Orly. Czekający tam samolot również będzie miał problemy z silnikami. Być może nie będzie się pan już nazywał Partridge: inna charakteryzacja w samochodzie, inny paszport. Ludzka twarz jest wprost nieprawdopodobnie podatna na zmiany. (…)
Proszę już iść i pamiętać o lasce. Gdy ktoś się do pana odezwie, proszę nie poruszać oczami, ale całą głową, i starać się patrzeć obojętnie.”7
W przeciwieństwie do tego jak Robert Littell wywiózł swojego agenta w towarzystwie czterech dyplomatów, w większości opisywanych przypadków – podobnie jak u Grahama Greena – uciekający w zasadzie musi być zdany głównie na siebie.
Julian Siemionow, na przykład przewiduje tylko dowiezienie zbiega do granicy. „Stirlitz zaparkował swój samochód o sto metrów od placu przed dworcem kolejowym. Samochód ze strażnicy czekał już w umówionym miejscu. Kluczyk znajdował się w stacyjce. Okna były naumyślnie zachlapane błotem, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie osób jadących w samochodzie. W górach w ściśle oznaczonym punkcie były wetknięte w śnieg narty, a obok stały buty.”8 Rosyjski autor nie rozwinął wątku, czy ktokolwiek sprawdził, czy eksfiltrowany umie jeździć na nartach.
Dość zabawny, ale praktyczny pomysł podsuwa z kolei Umberto Eco. Proponuje on, żeby zagrożony tylko udawał, że uciekł. A gdyby ten kto go szuka był bardziej dociekliwy, to żeby dowiedział się, że poszukiwany zmarł. „Proszę rozgłosić przez zaufanych ludzi, że zmarł pan w drodze do Paryża. Niech pan nie wraca do Lyonu, znajdzie sobie schronienie tutaj, zgoli brodę i wąsy, stanie się kimś innym. (…) W końcu Guatia i jego towarzysze też uznają pana za zmarłego i przestaną pana dręczyć.”9 Taki pomysł nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. Ale daje sporo czasu na profesjonalne przygotowanie ewakuacji.
Żaden poważny autor nie dopuszcza jednak myśli, żeby przynajmniej nie próbować ratować agenta. Także piewca PRLowskiego wywiadu Henryk Bosak: „<Grafik> był tylko agentem! – powiedział pułkownik (…). Nie można wykluczyć, że DST go złamała i przyznał się do współpracy. Ale nawet wtedy nie możemy go zostawić samego.”10
Dlatego tak denerwuje bezczynność polskich władz wobec Mariana Radzajewskiego. Najprawdopodobniej nie był żadnym agentem. Ale to nie zmienia sytuacji, że jego los zaważy na reputacji polskich służb i na przekonaniu, że ktokolwiek kto zdecyduje się na współpracę z wywiadem RP, nie może liczyć na realną pomoc, kiedy znajdzie się w opałach. I nie trzeba do tego profesjonalnej wiedzy. Wystarczy przeczytać kilka książek.
Piotr Niemczyk
1 Nabór, str. 823;
2Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 213;
3Alan Furst; „Szpiedzy w Warszawie”; przekład Ewa Penksyk-Kluczkowska; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 112;
4Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 360;
5Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 159;
6 Jack Higgins; „Mroczne kryjówki”; przekład Jakub Kowalczyk; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 114;
7 Graham Greene; „Czynnik ludzki”; przekład Adam Pituła; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2015, str. 298;
8Julian Siemionow; „Siedemnaście mgnień wiosny”; przekład Zdzisław Romanowski; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1985, str. 176;
9 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 427;
10Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 194;
Do dziś nie wiadomo, kto potrącił parokilowy majzel do zbijania tynku, który zsunął się z półki rusztowania ustawionego pod sklepieniem i poleciał w dół. Mimo ciężaru wykonał w powietrzu obrót niczym akrobata w cyrku i trzasnął w kamienną posadzkę z takim łoskotem, że wszyscy zamarli.
Majster ekipy remontującej kościół w Kamieniu Odrzańskim już chciał spojrzeć w górę i krzyknąć coś, z czego musiałby się później spowiadać, ale jego uwagę przykuła podłoga przed ołtarzem. Wiekowa płyta z piaskowca wyszlifowanego podeszwami wiernych nagle ożyła. Majster usłyszał jęk kamienia, a potem z przerażeniem ujrzał, jak fragment posadzki, w który rąbnął metalowy łom, wyraźnie się rozstępuje. Głęboka rysa biegła przez całą długość płyty i w świetle wpadającym przez witraż wyglądała jak błyskawica w dłoni anioła zwiastującego gniew Boga.
Szef ekipy odłożył waserwagę na jedną z kościelnych ławek, podszedł do szczeliny i przyklęknął. Ostrożnie odsunął majzel, który dokonał dzieła zniszczenia, po czym troskliwie obmacał pęknięcie palcami, niczym chirurg plastyczny szukający odpowiedzi na pytanie, co da się zrobić, aby zamaskować defekt.
Sytuacja była beznadziejna.
Szczelina miała dobre pół centymetra szerokości i majster odniósł wrażenie, że nadal się powiększa, jakby kamienie rozsuwała niewidzialna siła. Wstał, przeszedł do bocznej nawy i wrócił z upaćkanym plastikowym wiadrem z resztką świeżej zaprawy na dnie. Nabrał jej na palec i próbował zaszpachlować dziurę, ale robiła się z tego paskudna blizna. Skaza kpiąca z ładu kościelnej posadzki. I to tuż przed samym Najświętszym Sakramentem. Przeżuł w ustach przekleństwo, po czym krzyknął do jednego z robotników, aby skoczył po kościelnego.
Starszy, kulejący mężczyzna o włosach białych jak śnieg przybył po dziesięciu minutach. Majster, wycierając dłonie o spodnie, zaczął przedstawiać mu plan awaryjny. Polegał na zamianie. Chłopaki wymontują płytę o takich samych rozmiarach spod chóru albo sprzed jednego z bocznych ołtarzy. Zamontują ją tu, w głównej nawie, a tam przeniosą pękniętą i przykryją dywanem. Sklejoną, ma się rozumieć. Żeby nie było aż tak widać.
Ale kościelny go nie słuchał. Przykucnął nad szczeliną i cicho poprosił, aby podważyć kawałek pękniętej posadzki. Majster uznał to za akceptację swego planu i natychmiast wydał rozkazy.
Dwóch robotników ostrożnie dźwignęło kamień, podłożyło pod niego długie drewniane stemple, a potem przesunęło go w bok. Pod spodem była czarna czeluść wydzielająca stęchłą woń piwnicy. Majster klęczący nad krawędzią bez słowa uniósł otwartą dłoń, a wtedy jeden z robotników, jak doświadczona instrumentariuszka na sali operacyjnej, podał mu latarkę.
Majster skierował snop światła do środka krypty.
Wewnątrz spoczywały trumny. Pokrywała je patyna starości, a jednak latarka łatwo wydobywała z półmroku złote ornamenty i symbole zaprzeczające powadze śmierci. Szef ekipy budowlanej często brał fuchy na cmentarzach, poprawiał nawet stuletnie grobowce, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Odwrócił się i spojrzał pytająco na kościelnego.
Ten wziął od niego latarkę, jednak zanim do końca obejrzał kolejną z trumien, przesunął przełącznik i światło zgasło.
Wyprostował się.
– Trauwitze – szepnął i oddał latarkę majstrowi. – Jednak tu są
– dodał i przeżegnał się bojaźliwie.
– Jacy Trauwitze? – zaniepokoił się budowlaniec.
– Tutejsi. Właściciele wsi. Dawno temu, za Niemców.
Majster skinął głową na znak, że rozumie, ale coś ciągle nie dawało mu spokoju.
– A czemu miałoby ich tu nie być? Skoro właściciele wsi, to chyba jasne, że pochowani w krypcie kościelnej…
– Ludzie mówili, że to byli wyznawcy Złego – przerwał mu kościelny i majster poczuł na plecach dreszcz. Wpatrywał się w milczeniu w zmienioną twarz starca okoloną białymi włosami. Milczał.
– Nie powinni byli spocząć w Domu Bożym. – Kościelny pokręcił głową. – Widział pan te trumny? Nawet po śmierci pokazali, że się Go nie boją. – Wycelował drżący palec w figurę Chrystusa na krzyżu. – I że jak będą chcieli… – zawahał się – …to też mogą zmartwychwstać.
Zastanawiam się ostatnio, jak będzie wyglądać literatura po pandemii. Niewątpliwie jest to bowiem doświadczenie, które przeorało naszą codzienność jak żadne inne w przeciągu ostatnich trzydziestu lat. Ale równocześnie jest ono bardzo nierównomiernie rozłożone. Także dlatego, że skutecznie je wypieramy.
W ostatnim „Drugim śniadaniu mistrzów” Justyna Sobolewska powiedziała, że czeka nas druga Lombardia. Ja dodałem, że nie czeka, ale ona już tu jest. Bo w najbliższych tygodniach czekają na nas już nie rekordy zakażeń, ale rekordy zgonów. Ale one de facto już się wydarzyły. W tym sensie, że mamy te ponad 30 tysięcy zakażeń dziennie i już wiemy, że z tych 30 tysięcy około 2,5 procent umrze (oczywiście, zdaję sobie sprawę z problemów z liczeniem śmiertelności COVID 19 i z góry przepraszam za ewentualną pomyłkę). Co oznacza 750 zgonów. Ci ludzie jeszcze żyją. Być może nawet dobrze się czują. Ale tak naprawdę już jest po wszystkim. Ich przyszłość jest rozstrzygnięta. W tej grupie być może jestem ja. Prawie na pewno jest w niej ktoś z czytających ten felieton.
koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC
Oczywiście, nie da się żyć ze świadomością, że być może jest już po wszystkim. Jeśli czegoś nas nauczył ostatni rok, to tego jak silny jest mechanizm wyparcia w każdym z nas i jak mocno udajemy, że pandemii nie ma. Żeby była jasność, nie mam tu na myśli tych, którzy powtarzają, że to wszystko spisek Billa Gatesa, krzyczą, żeby włączyć myślenie, a w najlepszym razie twierdzą, że COVID to taka zwykła grypa. Chodzi mi o ludzi takich, jak ja, którzy wiedzą, co się dzieje, noszą maseczki, uważają na siebie i śledzą statystyki. Ale równocześnie, kiedy tylko to możliwe, wypieram pandemię z mojej głowy. Staram się udawać przed samym sobą, że jest normalnie. Przestaję śledzić informacje o zapaści w służbie zdrowia, nie czytam już na facebooku opowieści wracających z dyżury lekarzy. Zmieniam kanał, kiedy na ekranie pojawia się covidowy reportaż. Wiem, że jest źle. Wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ale po roku jestem tym strasznie zmęczony. Potrzebuję poudawać przynajmniej, że nic złego się nie dzieje.
Wiele osób twierdzi, że po pandemii wszyscy lub prawie wszyscy będziemy musieli zmagać się z syndromem stresu pourazowego. A przecież pandemia doświadczyła nas w różnym stopniu. Sam uważam się za szczęściarza. Moi bliscy są bezpieczni. Nie musiałem zamykać firmy, nie straciłem dorobku życia ani nawet pracy. Jedyne, co mnie spotkało, to pewne drobne niedogodności. Jak mogę się więc równać z tymi, którzy przechorowali tę straszną chorobę? Lub musieli pożegnać swoich bliskich? Jak będę mógł po wszystkim rozmawiać z lekarkami, pielęgniarzami, ratownikami, wszystkimi pracownikami systemu opieki zdrowotnej, którzy przeżyli straszną jesień, a przeżywają jeszcze straszniejszą wiosnę? Nasze doświadczenia są przecież diametralnie inne. Czy będziemy w ogóle w stanie zgodzić się co do tego, co się właściwie wydarzyło? A to wyparcie, wyparcie, które teraz jest ratunkiem dla naszej psychiki, będzie to później jeszcze bardziej utrudniać. Co będę ja i inni szczęściarze (a przecież pomimo wszystko, trochę nas jest) wspominać za rok czy dwa? Będziemy opowiadać zabawne anegdotki o nielegalnych spacerach po lesie, podziemiu fryzjerskim i fitnesowym, zapominając o towarzyszącej nam teraz niepewności i strachu? Jak na nasze wybuchy śmiechu będą reagować ci, którzy czekali godzinami z umierającymi bliskimi na przyjazd karetki? A jak ci, którzy w tychże karetkach pędzili z chorym po kilkadziesiąt kilometrów, bo w odległym szpitalu było jedyne wolne miejsce? Przydałaby się nam wielka narodowa terapia. Ale ponieważ polska psychiatria wygląda, jak wygląda (nie ze względu na brak zaangażowania lekarzy, ale chroniczne niedoinwestowanie), raczej nie możemy na nią liczyć. Lubię myśleć, pewnie naiwnie i życzeniowo, że pomoże nam literatura.
www.unsplash.com/Ed Robertson
Bo trochę tym właśnie jest, prawda? Wielką rozmową o tym, co się wydarzyło i co nas czeka. Próbą podzielenia się różnymi doświadczeniami. Nauką empatii. Oczywiście, pełni też funkcję eskapistyczną. I szczerze mówiąc, to zalewu takich książek początkowo się spodziewam. Ba! Sam takie piszę! Ani w „Prostej sprawie”, ani w nadchodzącym „Wilkołaku” nikt nie nosi maseczek. Nie znają nawet tego słowa – koronawirus. Ale prędzej czy później będę musiał się z tematem COVIDu zmierzyć. Podobnie jak inni autorzy. Co nam z tego wyjdzie? Chyba nawet nie ośmielę się prognozować. Wiele zależy od tego, co nas jeszcze czeka. Mam jednak nadzieję, że my jako pisarze damy radę. I jak już będzie po wszystkim, trochę pomożemy w zrozumieniu tego, co się właśnie dzieje i jak to zmieni świat. To będzie nasza taka popandemiczna odpowiedzialność. Bo jeśli nie będziemy potrafić tego zrobić, to może literatura wcale nie jest taka ważna, jak mi się wydaje.
W kwietniu ukaże się tyle ciekawych książek, że nasz mózg nie będzie miał za dużo czasu na myślenie o pandemii. Będzie naprawdę dużo dobra, każda czytelnicza dusza znajdzie pewnie coś dla siebie. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie o danym tytule więcej. Życzę smacznego, dajcie znać co wybraliście, albo co dorzucacie do mojej listy kwietniowych smakowitości.
Wszystko kręci się wokół liter, bo rozmawiamy o pisaniu i uczeniu się tekstów, ale też o ich zapominaniu. Pojawia się Władysław Hańcza, Trevor Noah, alkomat przed koncertami i piłka nożna. Nie zabraknie Szczepana Twardocha, historii RPA oraz basisty, który pierwszy raz trzymał w rękach gitarę kilka minut przed wejściem na scenę. Czy Kazik ma na scenie ściągi? Ile koncertów zagrał za darmo? Czy wstydzi się pewnego koncertu w Katowicach? Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest książka „ Idę tam gdzie idę. Dalej. Kazik Staszewski. Autobiografia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Kosmos Kosmos. Możecie ją kupić tutaj.
Rozmowę nagraliśmy w Worku Kości, za co bardzo dziękuję. Ujęcia wykonał Remigiusz Setnik, a zmontował to wszystko Michał Proksa, za co kłaniam się nisko. Dziękuję przede wszystkim Wam, którzy to oglądacie, bo parafrazując Kazika – „bez Was, nie byłoby mnie”.
PS: Już po nagraniu rozmowy Kazik przypomniał sobie jeszcze jednego autora, którego poleca wszystkim, czyli Wojciecha Albińskiego.
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.