Kategoria: Aktualności

  • „Od trzech lat wiedziałem, jak się skończy ta trylogia”

    O tej książce powiedziano, a także napisano chyba już wszystko. Sam dorzuciłem cegiełkę pisząc, że „Sercem” Bartosz Szczygielski wszedł do ekstraklasy polskiego kryminału. Życzę mu, żeby nie był jak Zagłębie Sosnowiec, które weszło do piłkarskiej ekstraklasy z przytupem, ale wiele na to wskazuje, również z hukiem z niej spadnie. Do rzeczy – łapcie rozmowę z Bartkiem, którą nagrywaliśmy jakiś miesiąc temu w Pruszkowie. Autor mówi mądrze, zdradza trochę planów na przyszłość, zdarza mu się też użyć brzydkiego słowa, ale nic nie jest ocenzurowane. Obejrzyjcie rozmowę, biegnijcie po książkę, czytajcie. Z tego miejsca serdecznie dziękuję Górnośląskiemu Centrum Medycznemu w Katowicach – Ochojcu za udostępnienie zdjęć z sali operacyjnej.

     

  • K jak Karol Kot. Historia seryjnego mordercy z Krakowa

    Oglądaliście kiedyś taki program „Pogromcy mitów”? Chodzi w nim o to, że dwóch facetów rozprawia się z różnymi teoriami, które często są traktowane jako prawdziwe. Tym razem facet jest jeden – Przemysław Semczuk, a wziął na warsztat historię Karola Kota, seryjnego mordercy z Krakowa, wokół którego również nagromadziło się sporo mitów. W książce znajdziecie też wątek Wisławy Szymborskiej, księdza Adama Bonieckiego, galaretki i truskawek, a nawet pączków. Te ostatnie dziś smakują tak samo jak w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Gotowi na wyprawę do Krakowa śladami seryjnego mordercy? Zapinamy pasy i lecimy. Dziś premiera książki „M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa”.

  • Wpadnijcie w „Trans”, czyli podróż po kryminalnej Łodzi

    Jeśli macie ochotę poznać głównego bohatera, którym będziecie gardzić, a przy odrobinie dobrej woli go znienawidzicie, to „Trans” jest książką dla Was. Jeśli natomiast macie ochotę na książkę, którą momentami odłożycie na stolik, żeby się przespacerować i przemyśleć pewne sprawy, to „Trans” jest również książką dla Was. Gdybyście mieli ochotę potaplać się w kotle mediów, biznesu, wymiaru sprawiedliwości, a to wszystko podlać sosem korupcji, morderstw na zlecenie oraz patologii, to – zgadnijcie – „Trans” jest książką dla Was. Wszystko  w plenerach postindustrialnej Łodzi oraz jej najbliższych okolic. To co, gotowi na wkroczenie do świata Krzysztofa Domaradzkiego?

  • „Coś się kończy, coś zaczyna”, lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Walentynki tuż tuż, a to oznacza, że Instagram zaroi się od ckliwych cytatów, zdjęć z różami i pierścionkami zaręczynowymi. Nie bardzo rozumiem, co romantycznego jest w oświadczynach poczynionych tego dnia, ale widocznie jest w tym jakaś magia. Nie zapomnijmy o balonikach i czekoladzie. I wśród tego całego ckliwego gówna, przewija się gdzieś Szczygielski ze swoim Sercem.

    Jeszcze kilka lat temu byłem pogodzony ze swoim losem. Siedziałem w pracy na niewygodnym krześle i zastanawiałem się, jak zabić te ostatnie kilka godzin do magicznej szesnastej. I tak codziennie. Od poniedziałku do piątku. Od stycznia do grudnia. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie dlatego, że z pracy odszedłem i mam inną. Wygląda inaczej, bo jestem chodzącym dowodem na to, że książki zmieniają życie. Moje zmieniły i to jest krótka historia pewnego przypadku.

    Pisać zacząłem właśnie z przypadku. Z nudy i dlatego, że lubię darmowe żarcie. Zresztą, czy jest ktoś, kto go nie lubi? Dowiedziałem się, że w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu organizowane są warsztaty pisarskie. Warsztaty z noclegiem, wyżywieniem oraz lekcjami od samych mistrzów. Miałem już wtedy za sobą kilka całkiem udanych (jak na wtedy) opowiadań, więc spróbowałem. Napisałem tekst w dwa dni, wysłałem i tak się przyjemnie złożyło, że zostałem doceniony. Spędziłem więc tydzień we Wrocławiu w samym środku festiwalu i z ludźmi, którzy po prostu kochali pisanie.

    Moim pierwszym nauczycielem był Mariusz Czubaj. Ten sam, który kilka lat później powiedział mi po rozdaniu nagród Wielkiego Kalibru, że czuje się ojcem chrzestnym mojego sukcesu. Wróciłem z kolejnej edycji tego samego festiwalu z nagrodą specjalną i wiedziałem, że teraz dużo się zmieni. Nie w sensie finansowym czy mojej popularności, ale tego, co siedzi w mojej głowie. Bo to w mojej głowie tkwiła ta nuda, która sprawiła, że zacząłem pisać Aortę. Książkę, która zmieniła wszystko.

    Nie jestem przykładem pisarza, który zaraz po debiucie zdobywa wydawniczy świat i niczego nie musi już udowadniać, bo i tak wszyscy liżą mu rowa. Miałem i dalej mam dużo rzeczy do udowodnienia, ale głównie samemu sobie. Aorta sprawiła, że uwierzyłem w siebie. Trochę, bo nie powiem, żebym czuł się dobrze ze samym sobą. Nigdy się tak nie czułem, ale debiut na zapchanym rynku wydawniczym udowodnił mi, że jestem w czymś dobry. A przynajmniej, że nie jestem całkowicie do dupy.

    Pracę nad kolejną książką zacząłem już będąc zatrudnionym w innym miejscu. Tam nie zastanawiałem się, jak wytracić godziny do końca dnia pracy, ale jak je wydłużyć, bo z niczym się nie wyrabiałem. Krew pisałem nocami i w weekendy. Z nieustającą presją, że musi być lepsza. Mocniejsza, ciekawsza i bardziej wciągająca, niż Aorta. W końcu druga książka to sprawdzian dla debiutanta. Jak go obleje, to pozamiatane. W pewnym momencie zwyczajnie odpuściłem. Przestałem pisać, a za to zacząłem oglądać dużo kotów w Internetach. Stwierdziłem, że to i tak bez znaczenia, co napiszę, bo przy takim nagromadzeniu autorów, zapomni się o mnie w kilka dni po skończeniu lektury.

    Paradoksalnie, to mi właśnie pomogło, bo Krew praktycznie napisała się sama. Wtedy, kiedy zdecydowałem się odpuścić. Druga powieść pojawiła się na rynku i cholera, do tej pory nie rozumiem, czemu nie zgarnąłem za nią żadnej nominacji. Jest o klasę lepsza, niż Aorta. Pod względem konstrukcyjnym i językowym znacznie dojrzalsza. Stała się taka, bo ja się zmieniłem. Pisanie sprawiło, że zacząłem podchodzić dożycia odrobinę inaczej. Odrobinę, bo do wielkich zmian potrzebowałem jednak czasu.

    Serce, zamknięcie trylogii, wymęczyło mnie na każdym możliwym polu. Znów czułem presję i to znacznie większą, niż przy Krwi. Ściskało mnie od środka wiele rzeczy, a znajomi mówili, że wyglądam jakbym wiecznie był nieszczęśliwy. Tak, był moment,że pisanie mnie unieszczęśliwiało. Nie wiedziałem, czy będę sobie w stanie z tym poradzić. Wiedziałem, że muszę to skończyć, bo inaczej mnie to zabije i palnę sobie w łeb. Miałem w głowie wszystko poukładane, bo Aorta, Krew i Serce to jedna, długa opowieść. Opowieść, która musiała się skończyć, żebym ja mógł pójść dalej.

    Serce skończyłem dawno temu, a w świecie wydawniczym musiały minąć lata świetlne (tak, wiem, że to jednostka odległości, nie czepiajcie się), by pojawiła się na półce. Czy poszedłem dalej? Tak, bo pisanie sprawiło,że przejrzałem na oczy i odkryłem rzeczy, które wcześniej skrywały się pod mgłą. Tą, która spowijała mój mózg. Jestem kurewsko dumny z każdej mojej książki. Z każdej, ale z Serca w szczególności, bo to zamknięcie. Zamknięcie idealne i wyzwalające mnie z łańcuchów, które sam sobie założyłem przed laty.

    Zmiany są potrzebne, a każda z moich książek taką zmianą była. Życiową czy też psychiczną. Mogę śmiało powiedzieć, że coś się kończy, coś się zaczyna. I teraz, kiedy na Walentynki gdzieś na Instagramie zobaczycie moje Serce, pomyślcie przez chwilę o jednej rzeczy.

    Książki zmieniają życie.

    Bartosz Szczygielski

  • Druga część trylogii łódzkiej, czyli fragment „Transu” Krzysztofa Domaradzkiego

    Co dla pana? – Paliwo z czwórki. Oraz kawa. Duża. Czarna. Uśmiechnął się do sprzedawcy na stacji benzynowej. Niezbyt wylewnie. Tak jak uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą dokładać sobie problemów już o siódmej rano. Wyciągnął z portfela stuzłotowy banknot. Nigdy nie używał karty. I nie tankował do pełna. Płacenie gotówką za zakupy warte ponad dwieście złotych mogłoby zostać uznane za dziwne. A on nie chciał wyjść na dziwaka. Nie chciał, żeby ktokolwiek go zapamiętał. Pragnął być jak duch. Nawet jeśli przy jego gabarytach wydawało się to niemożliwe.

    I jeszcze to.

    Sięgnął po snickersa i położył go na ladzie. Coś zwyczajnego, pomyślał. Trywialnego. Ludzkiego. Bezużytecznego.

    Obserwował, jak sprzedawca skanuje baton, patrzy na kwotę, która wyświetliła się na monitorze, i flegmatycznie wydaje resztę. Zgarnął z lady snickersa oraz pieniądze, po czym podszedł do ekspresu. Wyciągnął plastikowy kubek i wybrał rodzaj kawy. Ziewnął, czekając, aż maszyna wypluje napój. Zastanawiał się, czy da się po nim poznać, że od kilkunastu godzin jest na nogach. Że kiedy inni spali albo bili się z myślami w łóżku, on ciężko pracował. Dopieszczał swoje dzieło. Prostował to, co słaby, podatny na demoralizujące wpływy umysł wykrzywił. Skrzętnie porządkował wynaturzoną rzeczywistość.

    Łódź, fot: smakksiazki.pl

    Wsłuchując się w terkot ekspresu, rozejrzał się na boki. Następnie wyciągnął zdjęcie. Było niewyraźne. Zrobione przy słabym świetle. Bez błysku. Naturalne. Przedstawiało półnagą kobietę. Nie wyglądała na niewiniątko. Raczej na owoc grze- chu. Niepohamowania. Skurwienia. Los kobiety ze zdjęcia był przykrą konsekwencją braku wiedzy, że każdy ma do odegrania odgórnie wyznaczoną rolę. A także przykładem tego, co się dzieje z człowiekiem, który przeciwstawia się woli Boga.

    Pańska kawa – powiedział mężczyzna, który nagle wyrósł obok, z brudnym palcem wycelowanym prosto w ekspres.

    Przepraszam. Zagapiłem się.

    Zabrał kubek z tacy, jednocześnie chowając fotografię do kieszeni.

    Ciężki poranek, co?

    Pokiwał głową. Facet, który go zaczepił, również. Miał na sobie poprzecierane dżinsy i nabitą ćwiekami ramoneskę. Proste siwe włosy wyszczuplały jego szczurzą twarz. Przypominał harleyowca albo podstarzałego członka punkrockowej kapeli. Nafaszerowanego jakimś pobudzającym ścierwem, które zmuszało go do nieustannego szczerzenia przeżartych próchnicą zębów.

    U mnie też – powiedział. – A to dopiero połowa tygodnia.

    Harleyowiec stał na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma splecionymi na klatce piersiowej. Gapił się to na niego, to na ekspres. Denerwował go. Wolałby, żeby na niego nie patrzył. Żeby skupił się na tej cholernej maszynie. Żeby nie próbował wciągnąć go w interakcję. Miał ochotę chlusnąć mu kawą w twarz. Rzucić się na niego. Usiąść na tej wątłej klacie i wbić jego pusty łeb w posadzkę. A potem okładać go tak długo, aż połamane kości twarzy zaczną chrzęścić pod palcami.

    Zamiast tego oszczędnie się uśmiechnął i wcisnął plastikową pokrywkę na kubek.

    Miłego dnia – powiedział, po czym ruszył do wyjścia.

    Stanął przed budynkiem. Poprawił szalik pod szyją i naciągnął czapkę. Rozejrzał się. Na stacji kręciło się kilka osób: tankujących samochody, szorujących szyby albo zatopionych w telefonach. Ich obecność nie robiła na nim większego wrażenia. Ale kiedyś było inaczej. Dawniej bywał oszalały z podniecenia. Nie potrafił zapanować nad dygotem ciała. Był zahukanym, przestraszonym, pełnym wątpliwości młodym człowiekiem, który jeszcze nie rozumiał swojej roli. Dopiero zaczynał się domyślać, że został stworzony do czegoś innego niż większość ludzi. Czegoś bardziej wymagającego od przeciętnego żywota. Wówczas jeszcze nie wiedział, że jest poplecznikiem Boga. Jego prawą ręką. Wyjątkowym ziemskim reprezentantem.

    Tym, który karze.

    Z czasem nauczył się ukrywać prawdę o sobie w zdawkowych uśmiechach, skinieniach, półsłówkach. Chować ją w tych wszystkich dialogach, w których korzył się przed ludźmi – także tymi, którzy nie zasługiwali na szacunek. Czasem żałował, że nie może się nikomu pochwalić swoją wyjątkową rolą. Że wolno mu tylko zostawiać małe ślady. Ledwo widoczne stemple, które traktował jak mikroświadectwa bożego namaszczenia.

    Popatrzył na samochody. Jego wzrok zatrzymał się na aucie stojącym obok jego ubłoconej landary. Czerwona alfa romeo spider. Sportowy kabriolet. Lanserska fura. Dla facetów lubiących się wywyższać. Zakochanych w sobie. Uwielbiających eksponować swoją wyimaginowaną wyjątkowość. I wyimaginowanego wielkiego fiuta. Samochód dla mężczyzn, których nienawidził. Takich jak ten pajac przy ekspresie.

    Zanurkował do kieszeni i wyciągnął zdjęcie. Westchnął. Nie chciał się z nim rozstawać. Ale byłoby mu żal, gdyby nie zostało zauważone. Wetknął je za wycieraczki alfy, a następnie wsiadł do swojego samochodu. Uruchomił silnik.

    Wiedział, co się za chwilę wydarzy. Widział oczami wyobraźni, jak właściciel lanserskiej fury sięga po zdjęcie, biorąc je za kolejną upierdliwą ulotkę reklamującą burdel albo panienkę na telefon. Jak z mieszanką podniecenia i wstydu przygląda się kobiecie z zamazaną twarzą, sfotografowanej na obrzydliwym różowym tle. Sądzi, że to kolejna bezwartościowa, strawiona, zużyta dziwka, która wybrała nietypowy i niezbyt udany sposób wdzięczenia się do obiektywu.

    Wiedział, że kierowca alfy ma prawo tak o niej myśleć. Chciał, żeby tak było. Właśnie dlatego umieścił na zdjęciu numer telefonu i fikcyjną nazwę agencji, w której kobieta mogłaby pracować.

    Gdyby tylko była dziwką. I gdyby tylko żyła.

    fot: smakksiazki.pl

     

  • „WyZysk, czyli historia pewnej korespondencji”, tekst Jakuba Ćwieka

    W pierwszej chwili większość z Was pomyśli pewnie: nic złego. Ot uczciwie postawiona propozycja, wszystko zaznaczone na początku rozmowy. Potem ta sama grupa przeczyta odpowiedź na zagajenie i powie: no ale po co ten sarkazm. Nie można było po prostu podziękować za współpracę? No i jeszcze ta literówka. To nie przystoi człowiekowi zajmującemu się książkami! I wtedy pojawia się trzeci mail, w którym te właśnie myśli znajdują ucieleśnienie. Padła propozycja, a jedna złośliwa odpowiedź pociągnęła kolejną i tak to niepotrzebnie eskaluje. A przecież można było pokojowo!

    Tyle, że nie, nie można było. I już tłumaczę dlaczego nie, a także dlaczego namówiłem Adama, by pozwolił mi o tej sprawie napisać, choć sam czuł się niezręcznie (proszę czytać od dołu). 

     

    Pamiętacie jeszcze mój felieton Blogobojni (klik)? Pisałem wtedy o potwornie niebezpiecznym trendzie w wydawniczym marketingu polegającym na tym, że wydawnictwa nobilitują wyrastające jak grzyby po deszczu maleńkie blogi czytelnicze, nadając im rangę nieomal krytyków literackich. Cytaty z blogów zostały wyciągnięte na okładki, u co przytomniejszych odbiorców wzbudzając ciekawość z rodzaju „kto tu komu pomaga”?

    I teraz wracamy do Adama. Z tego, co się orientuję, to nie jest tak, że duże Wydawnictwa pokroju Zysk i Spółka zainteresowały się nim od razu. Adam wkłada kawał pracy i pasji w to, żeby książki promować ciekawie. A to przejedzie pół Polski z autorem po to, by zrobić wywiad na tle ważnych dla książki wiatraków, a to zejdzie do kanałów, bo to dobre tło, by opowiedzieć o innej historii. Swoje materiały realizuje z reporterskim zacięciem, materiały cudze wykorzystywane w swoich produkcjach kupuje legalnie u źródła. Zaprasza do współpracy różnych zaprzyjaźnionych autorów i prosząc ich po przyjacielsku o teksty, zawsze za nie płaci po umówionych z autorem stawkach. Zresztą – przejrzyjcie sobie smakksiazki i zobaczcie jakie teksty możecie na nie znaleźć. Zobaczcie na zróżnicowanie prezentowanych tam materiałów! Już sama lista ludzi współpracujących z Adamem dłużej wiele mówi: Jest Wojtek Chmielarz, Bartek Szczygielski i ja. Co jakiś czas pojawia się Krzysztof Zajas, czy Marta Guzowska. A to tylko ci, którzy pisali więcej niż jeden felieton!

    Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Dziś wiem, że są duże wydawnictwa chwalące sobie stałą współpracę ze smakiem. I Adam też chwali sobie pracę z nimi, bo wie, że nawzajem traktują się poważnie. Nie będę wymieniał, przejrzyjcie sobie na blogu. Zobaczcie materiały tam prezentowane! Patrzcie na tytuły! Patrzcie na stale rosnący fanpage i zapytajcie sami siebie ile to kosztuje, bo przecież Facebook już od dawna nie da się wykpić zaangażowaniem, domagając się sporych kwot za regularną promocję.

    Obserwuję smakksiazki od samego początku tej witryny. Więcej, od pomysłu, który Adam obgadywał ze znajomymi. I pamiętam wszystkie te momenty, gdy dobijał się do jednego, drugiego, trzeciego wydawcy z ofertą promocji sieciowej innej niż dotychczasowe. Pomysłowej, zaangażowanej.

    Dziś udało się na tyle, że Zysk i Spółka, w osobie pana Konrada, dostrzegając potencjał w tej współpracy, proponuje… barter. To taki trochę biznesowy odpowiednik: dzień dobry, pani kurwo, z ogromną przyjemnością wyruchałbym panią pod tą latarnią, oferując wynagrodzenie w naklejkach na Świeżaki”.

    Odpowiedź Adama była rzecz jasna sarkastyczna, ale przyjmijmy na moment, że nie. Na ułamek sekundy potraktujmy ją dosłownie. Oto człowiek, który działając w marketingu, promujący książki i angażujący się w swoją pracę dowiaduje się nagle, że oto wydawnictwo Zysk i Spółka płaci za marketing w barterze. A skoro i pan Konrad pracuje w marketingu to jakby dodając dwa do dwóch… Ale to przecież nie do pomyślenia, nie? Bo pan Konrad, którego polot w obliczu sarkazmu sprowadził się do wyszydzenia zgubionej litery zasługuje na wypłatę w prawdziwych pieniądzach! Zaoszczędził je dla firmy wciskając ludziom wokół barter. To się nazywa marketing książkowy! Brawo!

    Jakub Ćwiek

  • „Nie rodzimy się seryjnymi zabójcami”, rozmowa z profilerem Bogdanem Lachem

    Pięćdziesiąt gwałtów i dziesięć sadystycznych morderstw w ciągu dekady. To przerażające statystyki Golden State Killera, jednego z najbardziej poszukiwanych seryjnych morderców w USA. Autorka książki „Obsesja zbrodni”, dziennikarka kryminalna ruszyła jego tropem. Przedzierała się przez akta, rozmawiała z rodzinami ofiar, a finalnie, swoją książką przyczyniła się do ujęcia mordercy. Smutne jest jednak to, że Michelle McNamara zmarła przed skończeniem „Obsesji zbrodni” – ostatni rozdział dopisał jej przyjaciel.

    Ta książka jest punktem wyjście do rozmowy z doktorem Bogdanem Lachem, jednym z kilku działających w Polsce profilerów. Stworzył ponad 400 profili psychologicznych i kryminalistycznych nieznanych sprawców różnych kategorii przestępstw. Rozmawiamy o kulisach jego pracy, wyścigu z mordercami, a także o rozwoju nauki. Chwilę poświęcimy też polskim twórcom kryminałów i ich wiedzy. Smacznego!

  • Na które książki warto czekać w lutym?

    Książkowa machina zaczyna się rozkręcać, więc w lutym szykuje się całkiem pokaźna liczba ciekawych premier. Proponuję Wam te, na które ja bym wydał pieniądze, więc możecie się do moich sugestii zastosować, ale możecie też mieć je głęboko w kieszeni. W każdym razie, jeśli szukacie czegoś dla siebie, albo na prezent, albo bez okazji, to polecam poniższe. 

  • „Excedrynowy ból głowy”, podróż śladami Stephena Kinga

    Zanim oddam głos profesorowi Krzysztofowi Zajasowi, to krótkie wprowadzenie. Siedzieliśmy przy kawce w Gliwicach, aż tu nagle wyżej wymieniony mówi: „wiesz, byłem tam i tam, mam też fajne zdjęcia”. Stwierdziłem, że to kapitalny temat dla fanów Kinga, że musi na ten temat powstać tekst. Obiecał, że napisze w wolnej chwili, napisał, czego efekty poniżej.

    Jako zdeklarowany wielbiciel Stephena Kinga jestem Wam winien pewną opowieść. We wrześniu ubiegłego roku, podczas kolejnej wyprawy do USA, miałem robić badania terenowe na Środkowym Zachodzie, między innymi w Kolorado. Stwierdziwszy, że będę niedaleko Estes Park, postanowiłem wracając nadłożyć nieco drogi i obejrzeć słynny Stanley Hotel, który zainspirował naszego Mistrza do napisania „Lśnienia”. Właśnie mija sto lat od otwarcia tej architektonicznej perełki, więc i okazja jakaś jest.

    Estes Park leży w środku Gór Skalistych i z którejkolwiek strony chcesz tam dojechać, musisz mozolnie piąć się krętymi drogami i przekraczać wysokie przełęcze, z których widok zapiera dech w piersiach. Ja wjeżdżałem od południa drogą 72 (wracałem z Leadville, najwyżej położonego miasteczka Stanów, ponad 3000 metrów n.p.m.) i po drodze mijałem między innymi mieścinę Ward, kolonię hippisów jeszcze z lat 60. Sądząc z wyglądu i wieku mieszkańców, mieszkają tam ciągle ci sami hippisi. Muszę powiedzieć, że sam przejazd przez Góry Skaliste był niezapomnianym przeżyciem. Jasne, wiedziałem, że są wspaniałe, setki książek i filmów mi o tym od dzieciństwa donosiły, a jednak. Widziałem już trochę różnych gór, ale te były najpiękniejsze. Pamiętacie, jak Wendy w drodze do hotelu Panorama podziwia z okna garbusa tamten krajobraz? „Były to góry piękne, ale i surowe. Sądziła, że takie góry wybaczają niewiele pomyłek”. Coś takiego jest w tych ciemnych, szarych skałach, które zwałami wznoszą się po obu stronach wąskiej szosy. Oglądałem je w południowym słońcu, a mimo to działały jakoś ponuro i depresyjnie. I miałem wrażenie, że mówią do mnie indiańskimi głosami.

    Droga do Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Sam hotel z zewnątrz robi nadal duże wrażenie. Wzniesiony w tak zwanym stylu neokolonialnym na początku XX wieku i otwarty w 1909 r., był wówczas jedynym w pełni zelektryfikowanym hotelem na wschód od Missisipi. Zbudował go Freelan Oscar Stanley, właściciel fabryki samochodów Stanley Motor Carriage Company, który w Estes Park leczył gruźlicę i z wdzięczności za wyzdrowienie postanowił utworzyć tu kurort leczniczy, którego centrum miało się znajdować właśnie w supernowocześnie wyposażonym hotelu. W celu zapewnienia elektryfikacji specjalnie zbudował na pobliskim wodospadzie elektrownię wodną. Hotel posiadał również osobną salę koncertową z oryginalnym fortepianem Steinwaya, kręgielnię, pralnię parową itp., obok postawiono także jego pomniejszoną kopię, tzw. The Lodge, z całorocznym ogrzewaniem. Krótko mówiąc, była to jedna z najambitniejszych i najryzykowniejszych inwestycji hotelowych w historii Stanów Zjednoczonych. I typowo amerykańska.

    Wszyscy pewnie znacie historię o tym, jak Stephen King z żoną Tabithą zatrzymali się w Stanley Hotel wieczorem 30 października 1974 roku, tuż przed jego zamknięciem na sezon zimowy, i podczas kolacji zorientowali się, że są jedynymi gośćmi, ponieważ krzesła przy pozostałych stolikach były położone na blatach nogami do góry. Nikt inny oprócz nich tu nie nocował. I jak Kingowi przyśniło się, że jego trzyletniego synka gonią upiory po pustym korytarzu hotelowym. Pisarz wspomina, że obudził się zlany potem, wyjął papierosa i spojrzał przez okno na Góry Skaliste, a kiedy go dopalał, miał w głowie gotową powieść. Jestem w stanie mu wierzyć, ponieważ sam nieraz wstaję w nocy, by zanotować sen. Nawet nie tyle samą treść, co jego aurę, niesamowitość, to kłębowisko niejasnych i silnych emocji. Uchwycenie ich jest bardzo trudne, zwykle rano te zapiski są beznadziejnie nieadekwatne, ale nastrój pozostaje. I kiełkuje. Jadąc krętą, wysokogórską drogą wśród tych szarych i ponurych skał z lekkim dreszczykiem w krzyżu wyobrażałem sobie, jak King jedzie tędy 44 lata wcześniej i dorabia fabułę do nocnego koszmaru ze Stanley Hotel.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas
    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Przy wjeździe na parking zapłaciłem 10 dolców i dostałem złotą monetę z napisem STANLEY HOTEL oraz podobizną fundatora. Wysiadając na placu pod głównym wejściem miałem za plecami kapitalny widok na otoczone górami miasteczko, a przed sobą imponującą bryłę budynku. Biel ścian ostro odcinała się na tle nieba i trawnika. Oczywiście, przyjrzałem się oknu na drugim piętrze po lewej, gdzie w południowo-zachodnim narożniku znajdował się pokój 217. Stamtąd King patrzył bezsenną nocą na Góry Skaliste i palił papierosa. Jak doskonale wiecie, w filmie Kubricka za bryłę Panoramy posłużył inny hotel, Timberline Lodge u podnóża Mt. Hood w Oregonie, więc byłem raczej w świecie powieści niż ekranizacji. Na tarasie kilkoro gości piło kawę, dwie Japonki spacerowały po labiryncie z żywopłotu, który tu dorobiono jakiś czas temu, paradoksalnie – na cześć filmu. W ogóle hotel próbował się promować na legendzie „Lśnienia”, organizowano tu nawet festiwal horrorów Stanley Film Festival, przewodnicy oferowali Ghost Tours po budynku i okolicy itp. Od dwóch lat zarząd odchodzi od tego tematu i wraca do pierwotnej idei wysokogórskiego kurortu, gdzie można leczyć cywilizacyjne choroby nabyte w wielkomiejskim życiu.

    Wszedłem. Parę osób w holu wyłożonym czerwonym dywanem z mocnym wzorem faktycznie wyglądało jak duchy. W każdym razie nieco nierealnie i paranormalnie, co, mam nadzieję, widać na jednym ze zdjęć. Po prawej stoi słynny Stanley Steamer, samochód parowy firmy należącej do właściciela hotelu. W 1912 r. fabryka wypuściła specjalną flotyllę parowych aut o nazwie Mountain Wagon, by dowozić gości do hotelu z najbliższej stacji kolejowej, która znajdowała się w odległym o 20 mil Lyons. Za panią w czarnym ubraniu widnieje wejście do sklepu z pamiątkami, gdzie zakupiłem obowiązkowy kubek z napisem REDRUM. Wiem, straszny kicz, ale nie mogłem się powstrzymać. Liczyłem, że miejsce naładuje przedmiot właściwym sensem.

    Stanley Hotel, fot: Krzysztof Zajas

    Pokręciłem się trochę po tym niby ważnym, ale jakoś i nieważnym holu, zaczepiłem obsługę (młodzi ludzie, którzy z miłym politowaniem przyjęli moje wyznanie, że przyjechałem tutaj do nich aż z Europy Środkowej), wszedłem na schody, obejrzałem korytarz zapełniony gdaczącymi emerytami, po czym zszedłem – i tyle tego sensu. Chciałem jeszcze coś wycisnąć z owianego legendą miejsca, jakoś je przeżyć, uwewnętrznić i odcisnąć jego stempel na duszy, ale satysfakcja nie przychodziła. Tylko ci gdaczący Amerykanie dokoła. Może zadziałało zmęczenie długą jazdą (byłem za kierownicą od kilku dni), może nadmiar oczekiwań, a może po prostu początek migreny. Wyprawa nieuchronnie dryfowała w kierunku: to już nie to.

    Usiadłem na ławce pod ścianą i z przymkniętymi oczyma usiłowałem sobie wyobrazić tamtą noc. Jest mroźna, jak to w wysokich górach, ale niebo ostre, gwiaździste. Następny wieczór to Halloween. On w oknie, z widokiem na wschodzącego właśnie Oriona, bo noc już głęboka, pas z trzech skośnych gwiazd wisi tuż nad szczytami. I może rozdygotanemu erudycie przychodzi do głowy fragment z wiersza Robinsona Jeffersa: „and Orion in December/ Evenings was strung in the throat of the valley like/ a lamp-lighted bridge” [i Orion w grudniu/ Zawieszony był w gardle doliny jak rzęsiście oświetlony most – tłum C. Miłosz]. Trochę nim telepie, bo są w podróży i nie pije. Ten nocny pot i nagłe przebudzenie to nie tylko strach. Pierwsze symptomy odstawienia. Myśli o demonach w sobie, o tym, że kiedy zaciąga się papierosem, jego rozjarzona twarz w ciemnym oknie musi z zewnątrz wyglądać jak jedna z halloweenowych masek. Spogląda w bok i widzi śpiącą żonę, zupełnie bezbronną i z mglistym tylko wyobrażeniem o mocach nim miotających. A gdyby wylazły na wierzch? Może już zaczęły wyłazić i stąd ten sen? Bo to on był potworem ścigającym synka po pustych korytarzach tego cholernego górskiego hotelu, z którego oprócz nich dwojga wszyscy już uciekli. A noc jak nóż. Wystarczy zacisnąć dłoń na rękojeści…

    Wendyyy, I’m comiiing…

    No, dobra. Lepsze to niż nic. Podniosłem się, rzuciłem okiem na narożne okno i wróciłem do samochodu. By jakoś zaklajstrować niepewne i niepełne doznania, postanowiłem porządnie napchać się amerykańskim fastfoodem, więc skręciłem do najbliższego sklepu, tuż pod hotelem. W supermarkecie wielkości dużej Biedry do części barowej szło się jakoś tak przez dział z kosmetykami i lekarstwami. Może i był w tym jakiś głębszy trawienny sens. W każdym razie przed półką z proszkami przeciwbólowymi stanąłem nagle jak wryty. Na poczesnym miejscu stała, a jakże, EXCEDRYNA! Tabletki, których nazwę znałem z chyba połowy powieści Kinga. Sam Jack Torrance uważał excedrynę za absolutnie jedyny dobry lek na kaca. „Przywykł nazywać dolegliwości nazajutrz po przepiciu excedrynowym bólem głowy…”

    Natychmiast zakupiłem słoiczek (patrz zdjęcie) i jeszcze na parkingu przed sklepem walnąłem jedną tabletkę w całości, a drugą włożyłem pod język i ssałem, jak to robił Jack. Migrena natychmiast zarządziła odwrót, wrześniowe słońce lśniło już trochę mniej dokuczliwe. Wciąż jednak było to lśnienie. W porządku, Stevie, niech będzie, że to magiczne miejsce. Po powrocie domu przy pisaniu sprawdzę, czy kubek na kawę naładował się odpowiednią energią.

    fot: Krzysztof Zajas

    Ściskając plastikową buteleczkę jak amulet wrzuciłem D i zadowolony ruszyłem w dalszą drogę, do rezerwatu Lakotów w Pine Ridge. Ale o tym już może kiedy indziej.

    Kawa spoko.

    Krzysztof A. Zajas