Kategoria: Aktualności

  • „Polski kryminał potrzebuje odświeżenia”, rozmowa z Marcinem Wrońskim

    No i stało się, Zyga Maciejewski odchodzi na zasłużoną emeryturę. Po dziesięciu latach ciężkiej pracy. Marcin Wroński postanowił rozstać się ze swoim głównym bohaterem. Czy definitywnie? Sądzę, że nie. Pewnie Zyga jeszcze powróci, gdzieś wypłynie. Kiedyś. Teraz autor z Lublina skupia się na nowej książce, czyli współczesnej powieści satyrycznej, która powinna się ukazać w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Natomiast w bliższej perspektywie, bo już jutro, będzie mogli kupić „Gliny z innej gliny”, czyli cykl opowiadań o Maciejewskim. Kto te opowiadania napisał? Czy można znudzić się bohaterem, którego się stworzyło? Obejrzyjcie naszą rozmowę. Jeszcze jedno: poniżej możecie przeczytać fragment jednego z opowiadań.

    Był w Grecji jeden cwaniak. Jak mu stało w metryce, nie wasza trefna broszka, dość że dla swojej ferajny ten urka prawilny był Tantal, takie miał pseudo oryginalnościowe. Zblatował się na lewo i prawo, pił jak równy z ważniakami i najlepsze kurwy były jego, forsą szastał i trząsł nie tylko swoją dzielnicą, ale całą Grecją, pod hajrem. Miał raz kosę na jednego frajera, to go zrobił na mokro i byłoby jak zwykle git, tyle że Tantal fest
    przecwaniaczył. Kazał gościa pokroić jak chabaninę i zrobić z niego zakąskę do gorzały, i podać jego koleżkom, którzy nie wiedzieli, co szamią. Jak się wydało, wiadomo, dintojra i nie było zmiłuj. Obuli Tantala w trepy z betonu i wsadzili do wody po szyję, i tak cwanie przywiązali do deski, że nie mógł się schylić i napić, chociaż go suszyło. Nad głową na sznurkach powiesili mu piwo i kiełbasę niziutko, że jakby stanął na palcach, toby sięgnął, tylko jak to zrobić w betonowych butach?

    Ten zgrywny bałach opowiedział pod celą jeden polityczny, którego zresztą zaraz przenieśli najpierw do drugiego skrzydła, potem chyba do Wronek, ale Staszek Sójka pseudo Chojrak zapamiętał każde słowo. Nic dziwnego, że w Grecji to mają dintojry, że strach; oni robili już niezłą grandę, kiedy czyło wyjrzeć bokiem między blindą a murem i już ponad dachami Podzamcza widziało się Bramę Grodzką, a przed nią róg knajpy Joszke Flaka, nawet kawałek szyldu, ten z wyrysowaną flszką. Gdyby Staszek jakimś cudem chociaż na godzinę wyrwał się z buchty, u Flaka w kwadrans dowiedziałby się, co na mieście, a co u Hanki, która od roku nie odezwała się słowem, przekazałby grypsy i proszę bardzo uprzejmie, dalej mógłby kiblować do krechy! Z lżejszym sercem. Tylko nie było jak; gady pilnowały bramy jak kundle furtki, a jeszcze jeden stał zawsze z karabinem na baszcie. Dwa strzały, pierwszy Sójce w plecy, drugi w powietrze, niby że ostrzegawczy. „Stój, bo strzelam”, wymamrocze pod nosem i koniec balu, panno Lalu!

    Dlatego Staszek odsiedział swoje co do dnia. Zdał majdan, pokwitował depozyt, z władzą był rozliczony. Napadł go jeszcze, bo jakże inaczej, gość z Patronatu Opieki, ale koleżka nasz wyjaśnił mu grzecznie, że jak ma nagraną robotę, to owszem, lecz w kwestii pracy za dwa złote dniówki to nie do Staśka z taką mową. Gdzie poszedł, ledwo zaciągnął się wolnością, jasne jak żarówka, chyba że kto frajer!

    Trupów hurtowo trzech

     

  • „Też miałem złamany nos i piłeczkę antystresową”.

    Jak zobaczycie w pierwszych sekundach, łatwo nie było. Dwa płoty do przeskoczenia, wyciąganie krzesła z piwnicy, ale to nie wszystko. Były też straty w sprzęcie, czyli tak rozdarte spodnie, że po nagraniu natychmiast wylądowały w śmietniku. Na szczęście, kamera tej sceny hańby nie uchwyciła. Z Jakubem Małeckim spotkaliśmy się w ruinach przy ul. Chmielnej 128 w Warszawie. Dlaczego tam? Dowiecie się z rozmowy, ale jest to związane z książką.

    Dżozef” wraca po siedmiu latach. Odświeżony, skrócony, podrasowany, odpicowany. Kuba mówi, że gdy spojrzał na pierwotną wersję tej książki po latach, to czuł się, jakby oglądał kasetę VHS ze swojej studniówki. Delikatnie rzecz ujmując, dumny nie był. Weźcie jednak pod uwagę, że autor jest człowiekiem skromnym, momentami aż za skromnym. Przeczytajcie sobie „Dżozefa”, bo to bardzo fajna opowieść nie tylko o łamaniu nosów i wrzucaniu dwuzłotówek to szpitalnego telewizora. To historia o szukaniu własnej tożsamości. Aha, uważajcie w szpiatalach na pacjentów czytających książki Josepha Conrada, mogą być niebezpieczni 😉

     

     

  • Dudek, Zus, a może… Hitler lub Stalin? Kto prezydentem Polski w 2020 roku?

    Nie, nie wylądowaliście przez przypadek na tvn24.pl, ani na innym portalu, który może się kojarzyć przede wszystkim z polityką. Dlaczego więc taki tytuł? Ano dlatego, że Jakub Kuza napisał książkę, która traktuje o roku 2020, a konkretnie o wyborach prezydenckich. Zapnijcie lepiej pasy, bo ta książka, mimo że w stu procentach fikcyjna, mówi więcej o wyborcach oraz wybieranych niż kilka pozycji politologicznych razem wziętych.

    W 2020 roku w wyborach prezydenckich startuje nijaki Donek Zus, Adrian Dudek, a także…Józef Stalin oraz Adolf Hitler. Kto ma największe szanse? Kto skutecznie uwiedzie wyborców obietnicami? Czy po zwycięstwie je spełni? Zobaczcie rozmowę z autorem, który opowie o kulisach powstania książki „2020. Bitwa o Polskę”. Czy Kuza poszedł po bandzie? A może jednak idealnie oddał nastroje społeczne i celnie opisał klasę polityczną? Przeczytajcie, a potem oceńcie sami – nie odwrotnie.

  • „Nakręcony”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od kiedy smakksiazki.pl poinformował, że sprzedaliśmy prawa do ekranizacji „Cieni” jestem nieustannie zasypywany pytaniami na ten temat. Kiedy odpowiadam, czytelnicy dziwią się, że wydaję się mało entuzjastycznie nastawiony do tego projektu

    No więc to nie jest do końca tak. Zdaję sobie sprawę, że ekranizacja „Cieni”, ekranizacja dowolnej mojej książki zresztą, to dla mnie gigantyczna szansa. Zyskać mogę właściwie na każdym polu. Wiadomo, że to po pierwsze prestiż, po drugie większa sprzedaż, po trzecie rozgłos, po czwarte pieniądze. Ale też to nie pierwsza rozmowa o przeniesieniu jakiejś mojej powieści na ekrany i nie pierwsze moje zetknięcie się ze światem filmu. I już trochę wiem, jak to działa. Dlatego, kiedy odebrałem pierwszy telefon w tej sprawie, zamiast skakać do góry z radości, tylko pokręciłem głową i westchnąłem ciężko. Na spotkanie poszedłem raczej z grzeczności, nie spodziewając się niczego dobrego.

    www.unsplash.com/Denise Jans

    W przeszłości najbliższa trafieniu do kin była „Farma Lalek”. Właściwie do dziś dnia zastanawiam się, co tam poszło nie tak. Był wybrany reżyser. Była obsada. Był bardzo dobry scenariusz (nie byłem jego współautorem, więc mogę chwalić bez poczucia obciachu). Wreszcie, i to jest chyba najdziwniejsze, była przyznana dotacja z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. I właśnie w tym momencie producent zdecydował, że nie skieruje projektu do realizacji. Ta sytuacja była dla mnie wielką nauczką. I teraz wiem, że z ekranizacji można się cieszyć dopiero, kiedy człowiek zasiądzie wygodnie w kinowym fotelu i czeka na rozpoczęcie seansu. A i wtedy należy zachować pewną ostrożność. Miałem też okazję pracować przy kilku scenariuszach seriali kryminalnych. Żaden z nich nie trafił do realizacji. O szczegółach niespecjalnie chcę i wypada opowiadać, ale po wycofaniu się z ostatniej takiej historii postanowiłem nigdy więcej w nic takiego się nie mieszać i skupić się na pisaniu kolejnych książek. Ale jak stare przysłowie mówi „nigdy nie mów nigdy”.

    Co się stało, że zmieniłem zdanie? Producent. Nie mogę jeszcze ujawniać, kto to będzie, ale trafiłem do człowieka, który naprawdę mocno wierzy w ten projekt. Który wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć. Przede wszystkim, jest strasznie konkretny. Zarysował przede mną jasny plan tego, co trzeba zrobić i kiedy. A potem zadał pytanie, czy chcę w tym uczestniczyć. A ja się zgodziłem. I tak po raz kolejny wszedłem do rzeki, do której obiecałem sobie się nie zbliżać.

    www.unsplash.com/Connor Limbocker

    Zdaję więc sobie sprawę, że jesteśmy zaledwie na początku bardzo długiej i krętej drogi. I będzie w jej trakcie milion momentów, kiedy istnieje ryzyko, że się spektakularnie wywrócimy. Stąd też takie moje, a nie inne zachowanie na spotkaniach autorskich. Opowiadanie teraz niestworzonych historii, zastanawianie się nad ewentualną obsadą aktorską, byłoby po prostu mało poważne. Ale jedno mogę Państwu powiedzieć: „Cienie” trafiły w naprawdę dobre ręce. Czeka nas mnóstwo pracy, rozbieranie tej książki na poszczególne elementy, a potem układanie jej na nowo, ale zajmą się tym ludzie, którzy naprawdę wierzą w tę historię. I w to, że może powstać z tego naprawdę fajne kino. Czego sobie i państwu życzę.

    Wojciech Chmielarz

  • Szokujące znalezisko w szufladzie Stiega Larssona!

     

    Kapitalna informacja dla fanów Stiega Larssona! Jeśli sądzicie, że po szwedzkim autorze nie zostało już nic, co nadaje się do opublikowania, to będziecie, delikatnie mówiąc, w szoku. Już jesienią, jednocześnie w kilkunastu krajach, ukaże się książka Jana Stocklassy „Z archiwum Stiega Larssona”, która w całości będzie oparta na materiałach znalezionych w biurku zmarłego pisarza.

    Są to materiały, które Larsson zbierał pracując jeszcze w magazynie „Expo”. Książka ma dotyczyć zagadkowej śmierci Olofa Palmego, ówczesnego premiera Szwecji. Przypomnę tylko, że Palme został dwukrotnie postrzelony z bliskiej odległości 28 lutego 1986 roku. Szybko został przewieziony do szpitala, jednak po kilkudziesięciu minutach zmarł. Okazuje się, że Stieg Larsson zebrał sporą ilość materiałów dotyczących tego zabójstwa. Stocklassa dociera do ludzi, którzy są wymienieni w notatkach, a także rozmawia z Evą Gabrielsson, życiową partnerką bestsellerowego autora. Premiera książki planowana jest na listopad.

    Jan Stocklassa jest byłym szwedzkim dyplomatą, obecnie zajmuje się dziennikarstwem. Jako reporter wpadł na trop kontrowersyjnej historii związanej ze sprzedażą przez Szwecję samolotów bojowych na Bliski Wschód.

    Zobaczcie też wideo, w którym Sonia Draga opowiada o książce.

  • „Zazdroszczę pewnemu pisarzowi…” Majowy felieton Jakuba Ćwieka

    Przy okazji mojego niedawnego listu otwartego opublikowanego na tych łamach, a skierowanego do Remigiusza Mroza i poniekąd jego wydawcy, kilkakrotnie padł w moją stronę zarzut, że to wszystko z zazdrości. Nie mogłem znieść sukcesu młodszego kolegi, jego niebywałych nakładów, tłumów czytelników i pojawiania się w głównych mediach, więc podjąłem próbę „na zawistnika” i opublikowałem list. A ponieważ opinia ta, choć nie tak znowu liczna, zyskała poklask także u niektórych dziennikarzy związanych z literaturą – nie piszę krytyków, bo sobie tego nie życzą – pozwolę sobie sprostować. To nie tak, że uczucie zawodowego „ech, cholera, też bym tak chciał” jest mi zupełnie obce. Co to, to nie! Ale jest w tym kraju tylko jeden pisarz, któremu szczerze i mocno zazdroszczę jego ciężko zapracowanego sukcesu. To Andrzej Sapkowski.

    Pamiętam, jak na konwencie miłośników fantastyki Polcon 2007 odbywającym się tamtego roku w Warszawie – Polcon to konwent wędrujący – rozmawiałem z moim przyjacielem, wybitnym tłumaczem Piotrem W. Cholewą na temat nominacji książki „Lux Perpetua” Sapkowskiego do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Przyznaję, nie jestem miłośnikiem tak zwanej trylogii husyckiej i dałem temu wyraz, a wtedy Piotr powiedział: Może i nie jest to najlepsza rzecz Andrzeja, fakt. Ale biorąc pod uwagę jego erudycję, warsztat, język, w swojej kategorii – w domyśle, gatunku – ściga się on w zasadzie tylko sam ze sobą.

    I trudno było nie przyznać wtedy Piotrowi racji. Od tamtej pory minęła przeszło dekada, zdarzyło nam się kilka dobrych czy nawet bardzo dobrych polskich powieści fantasy, ale AS to nadal As. I nawet wyjątkowo nieudana „Żmija” nie była w stanie strącić Sapkowskiego z piedestału. Co najwyżej fani zauważyli, że czasem trzeba czegoś więcej niż wspomnianych erudycji i warsztatu i nawet ten pisarz nie da sobie rady bez dobrej historii.

    To, czego Sapkowskiemu zazdroszczę najbardziej, to oczywiście stworzenia czegoś znacznie większego niż on sam. W jego przypadku jest to Wiedźmin, postać, która w tyle zostawia nazwisko autora, śmiało przekracza granice gatunków i mediów i prze tak długo, aż staje się ikoną. I owszem, ten czy ów, zachwycając się dziełem, wspomni twórcę tak, jak przy Bondzie wspomina się Iana Fleminga, przy Conanie Roberta Howarda a przy Batmanie – Boba Kane’a i ostatnio – oddając mu wreszcie sprawiedliwość – również Billa Fingera. Te wspomniane postaci jednak, niczym monstrum Frankensteina, żyją w naszej zbiorczej świadomości własnym życiem i dawno się uniezależniły. Teraz mogą już tylko rosnąć i się zmieniać, pozbawione wszelkich ludzkich ograniczeń.

    Zazdroszczę Sapkowskiemu zadowolenia z tego, co posiada. To bowiem, czego absolutnie nie zrozumieli sieciowi pyskacze, zarzucający autorowi sfrajerowanie się przy podpisaniu umowy na prawa autorskie, to to, że autor tych kokosów z medium innego niż książkowe specjalnie nie potrzebował, w swoim mniemaniu zarabiał i zarabia dość. Mógłby więcej, owszem, ale to wymagałoby od niego zmian w podejściu, w sposobie życia. Pożegnania się z wydawcą, z którym był od początku, zatrudnienia agentów, którzy wymagaliby pokazywania się częściej w kolorowej prasie i telewizji, zmian wizerunkowych czy porzucenia jednego czy drugiego sezonu wędkarskiego na rzecz ważnego wydarzenia kulturalnego. A dla Sapkowskiego ważne było to, że jego książki odniosły sukces na świecie i dostaje za nie godne wynagrodzenie. A pieniądze? Dużo większym problemem, czego wielu nie zrozumiało, było to, że tak a nie inaczej skonstruowany marketing gry sprawił, że książki, już w jakiś sposób obecne na rynku, z mniej znanych, ale pełnoprawnych pozycji, stały się popularniejszymi, ale tylko okołogrowymi gadżetami.

    Zresztą, wracając jeszcze do tego rzekomego sfrajerowania się, wystarczy spojrzeć szerzej, by spokojnie dostrzec, że Sapkowski finansowo wcale na tych swoich decyzjach licencyjnych źle nie wyszedł. Nie zaszkodził mu – a gdzieniegdzie wręcz pomógł, chociażby na rynkach azjatyckich – serial sygnowany nazwiskami Rywina, Brodzkiego i Szczerbica. Potem przyszedł czas na gry, akurat, gdy branża parła do przodu jak buldożer, a do kierowniczych stołków dotarli miłośnicy talentu Sapkowskiego. Zgrało się, twórcy podeszli do oryginału z szacunkiem i pomysłem i reszta jest historią. Dziś, podczas kolejnej wielkiej rewolucji serialowej, Wiedźmin wykluwa się spod skrzydeł jednego z największych i najważniejszych graczy. Trzeba było do tego wszystkiego czasu, ale Sapkowski czas miał i nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. I tego czasu też mu zazdroszczę.

    A, no i jeszcze czytelników, z tym, że tu muszę zaznaczyć, tylko niektórych. Zazdroszczę tych, którzy wychowani na Wiedźminie snują dalej opowieści czy to swoje własne – poszukajcie ilu twórców fantastyki i nie tylko przyznaje się do fascynacji twórczością Sapkowskiego – czy związane z uniwersum. Twórcy gier komputerowych, planszówek, karcianek, LARPów na wielką skalę jak chociażby „The Witcher School”, RPGów, filmików fanowskich, piosenek – posłuchajcie tych ludzi, jak mówią o swojej pracy, o Białym Wilku, o znakach, potworach. Zobaczcie jak przy tym wszystkim świecą im się oczy.

    Oczywiście, rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, nie da się zazdrościć tych bezmózgich oszołomów, którzy nie potrafią przeczytać książki ze zrozumieniem i potem atakują showrunnerkę nadchodzącego serialu za panujące w pokoju scenarzystów zróżnicowanie kulturowe i płciowe. To, że nad produkcją pracować będą ludzie związani z różnymi kulturami i środowiskami ma rzekomo, według nich, zabić kulturową, słowiańską jednolitość pierwowzoru, a także zrobić z niej kolejną opowieść o nietolerancji pełną odniesień do rasizmu, feminizmu i wszelkich innych izmów. Jakby ten cykl, pełnymi garściami czerpiący z większości europejskich mitologii, podań i baśni, kiedykolwiek był o czym innym!

    Nie, tych czytelników Andrzejowi Sapkowskiemu nie tylko nie zazdroszczę, a wręcz współczuję. I przyznaję, jestem ciekaw, jak dzisiejszy masowy czytelnik odbierze zapowiadanego, nowego „Wiedźmina”. Od premiery „Sezonu burz” pięć lat temu wiele się wszak na rynku zmieniło i dziś panuje przekonanie, że dziury logiczne w fabule nie mają znaczenia, byleby się łatwo i lekko czytało. A w tym względzie, mimo swoich pojedynczych wtop, Sapkowski jest jednak starą szkołą…

    I jeszcze jedno, nie wiem, czy moja zazdrość jest uczuciem dobrym czy złym, nie wiem, czy mi pomaga czy przeszkadza. Wiem natomiast, że w kontekście Sapkowskiego nieodmiennie motywuje mnie jedno. Miał trzydzieści osiem lat, gdy stworzył postać, która stała się ikoną. Ja i spore grono moich koleżanek i kolegów po piórze wciąż mamy czas…

  • Steve Berry wysyła swojego bohatera do Polski!

    Mówił o tym w trakcie zeszłorocznej wizyty w Polsce, a teraz słowo stało się ciałem. Steve Berry i jego główny bohater, czyli Cotton Malone, znów przyjadą nad Wisłę. Tym razem w najnowszej książce amerykańskiego pisarza.

    Co wiemy o najnowszej książce Berrego? Na razie informacje są dosyć skąpe, ale do rzeczy. Pewne jest, że będzie miała tytuł „Warsaw Protocol”, w Stanach Zjednoczonych ukaże się w czerwcu 2019 roku, natomiast polska premiera planowana jest na jesień tego samego roku. Akcja książki ma się toczyć w Warszawie, a także na południu kraju, w Krakowie i okolicach. Nie jest tajemnicą, że podczas ostatniej wizyty w Polsce Berry szukał już materiałów i odwiedził kilka interesujących go miejsc. Być może, podkreślam, być może, Steve Berry przyleci do Polski jesienią 2019 roku, w okolicach polskiej premiery „Warsaw Protocol”. Naszą rozmowę możecie zobaczyć tutaj.

    Tutaj łapcie fragment, w którym autor opowiada o swoich planach względem Polski. 

     

     

  • „Nie podoba się, nie czytaj”, majowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zastanawiam się czasem, czy aby na pewno osoby deklarujące swoją miłość do literatury, naprawdę czytają. I choć nie trzeba mianować się kinomanem, by oceniać filmy, to moim zdaniem w przypadku książek, wypadałoby mieć choć odrobinę… obeznania. Mogę nie wiedzieć, jak się robi kinowe produkcje, ale co trudnego jest w czytaniu? Witamy w świecie, gdzie za opinię uchodzi „nie podoba się, nie czytaj”.

    Zawsze kiedy natrafię gdzieś na interesującą dyskusję w komentarzach, nie jestem w stanie się od niej oderwać. To takie guilty pleasure, gdzie mam świadomość, że źle robię w ogóle to czytając, a z drugiej strony, zastanawiam się dlaczego nie mam ze sobą popcornu. I taka właśnie sytuacja miała miejsce, kiedy jakiś czas temu Jakub Ćwiek napisał list otwarty do Remigiusza Mroza (klik). Tylko czekałem wtedy na ten magiczny i jedyny w swoim rodzaju moment, kiedy pojawi się komentarz, który absolutnie nic nie znaczy. No i się doczekałem.

    Nie podoba się, nie czytaj.

    Mam wrażenie, że osoba używająca w komentarzach czy wpisach, tego typu sformułowania, nie ma zwyczajnie nic do powiedzenia. To taki akt rozpaczy, gdy zaczyna brakować argumentów w obronie swojego punktu widzenia. Zdanie występuje w różnych konfiguracjach i można je znaleźć pod recenzjami filmów czy muzyki, ale zawsze pozostawia ten sam niesmak.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wyobraźmy sobie, że wybieram się na film. Mam taki kaprys, nieważne czym się kieruje ruszając swoje cztery litery z domu i wydając na bilet oraz popcorn równowartość nerki. Mój wybór, moja chęć, moje pieniądze. Czy to sprawia, że w momencie, kiedy produkcja mi się jednak nie spodobała, mam milczeć? Jak mam wiedzieć, czy coś mi się spodoba, skoro tego nie widziałem?

    Po co się ograniczać tylko do tego jednego sformułowania. W komentarzach mamy całe spektrum tego typu zdań, które jasno dają do zrozumienia, że ktoś, kto czyta książki, wcale nie musi ich rozumieć. Słowo „zazdrość” pod wspomnianym listem także padło, bo to przecież oczywiste, że Kubą właśnie to uczucie kierowało. Ilekroć komuś się „coś” uda, to my chcemy to „coś” zniszczyć. Jesteśmy w końcu Polakami i wiadomo, że jeżeli sąsiad ma kurę znosząca złote jaja, my życzymy mu, żeby ta kura zdechła. W tym momencie zastanawiałem się, ile osób faktycznie przeczytało materiał, a ile wyłączyło myślenie widząc nazwisko Mróz.

    Na tym się oczywiście nie skończyło, bo wśród komentarzy znalazły się i takie, które upewniły mnie w tym, że zmieniamy się w społeczeństwo idiotów. Bo to przecież przezabawne, kiedy napiszemy „a kim jest ten Ćwiek?”. Obawiam się jednak, że nie były one spowodowane złośliwością, ale faktycznie ułomnością intelektualną.

    Żyjemy w świecie, gdzie wystarczy wcisnąć na klawiaturze Ctrl+T (uczcie się dzieci), żeby otworzyć nowe okno w przeglądarce. Jeżeli nie potrafimy zapamiętać imienia i nazwiska, tutaj kolejne dwa skróty Ctrl+C kopiujemy, a Ctrl+V wklejamy. A i najważniejsze, na koniec wciskamy Enter. Proste? Chyba jednak nie. Dla mnie to daje to jasny obraz, czego część z czytający oczekuje od książek. Absolutnej prostoty.

    Wszystko powinno być podane na tacy, a im coś jest łatwiej i przystępniej napisane, tym lepiej. Zbyt długie opisy, które w książkach zajmują stronę? Wyrzucić, a najlepiej zamienić na dialog, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą przekrzykując się wpisami z Wikipedii (wiecie, żeby było mądrzej). Nie zostawiać niedopowiedzeń, bo jeszcze trzeba będzie się samemu zastanowić, a tego nie lubimy. Bo jak inaczej rozumieć to, że pod prostym w swojej wymowie listem, pojawiają się takie puste komentarze, niż to, że nie dociera do nas, co czytamy. Wyłapujemy słowa kluczowe nie patrząc na całość. Same nagłówki. Do wyciągania wniosków przecież to wystarczy.

  • Grzech czwarty, tupolewizm

    Za kilka miesięcy przyjdzie czas na konstruowanie różnych rankingów, list topowych książek, zestawień tegorocznych zachwytów, itd. U mnie na pewno Piotr Stankiewicz wyląduje wysoko, a to za sprawą „21 polskich grzechów głównych”.

    Dlaczego Polska działa tupolewicznie? Dlaczego nie wierzymy, a co za tym idzie, nie przestrzegamy procedur rządzących państwem? Czy nadmiar wiary w czynnik ludzki może doprowadzić do tragedii, i dlaczego tak? Na czym polega optymizm magiczny, a na czym autorasizm? Czy mamy prawo się śmiać z klaszczących w samolocie, albo obstawiających się na plaży parawanami? Piotr Stankiewicz kapitalnie opowiada na naszych grzeszkach i grzechach, a ja staram mu się zbytnio nie przeszkadzać.