Krzysztof A. Zajas
Dziennik roku pandemii cd.
15 maja 2020 (18016 zarażonych, 907 zmarłych)
Trochę się miotam w tym dzienniku. Od początku zgłaszałem problem z formą („Halo, Houston! Mamy problem z formą!”), której wymaga dobra narracja o epidemii, a której rzeczywistość nie chce podsunąć. Globalny dramat pandemiczny, wymagałby jednak patosu tragedii, tymczasem sprawnie acz niepostrzeżenie zmienił się on w polityczne farsy, operetki i dramaty absurdu. Na przykład organizuje się wybory, których nie ma, albo wypuszcza skazańca z więzienia, ponieważ koronawirus mu tam grozi (w USA właśnie wypuszczono Paula Manaforta, byłego doradcę prezydenta). Ludzkie osobiste tragedie również krążą wokół absurdów. Właśnie przeczytałem list Ślązaka chorego na COVID-19, któremu skończyła się kwarantanna i sanepid jej nie przedłużył. Czyli może iść na miasto, zrobić sobie zakupy w sklepie, zarazić pół dzielnicy i wrócić spokojnie do domu, a następnego dnia iść do pracy. Tam zarazi kolegów, po czym wyląduje w szpitalu, a tu wybór od oddziału zakaźnego, przez pulmonologiczny i ogólny oraz korytarze i klatki schodowe, aż do kostnicy. Co ma te pozytywne strony, że przynajmniej będzie ujęty w statystykach, czyli poprawi się relacja pomiędzy rzeczywistością a informacją o niej. Jednakże znając upór i niezależność duchową Ślązaków (facet twierdzi, że dzwonił do sanepidu 1743 razy!!!) należy raczej zakładać, że umrze w domu, wypinając się na cały ten pandemiczny hasiok. To jest tragedia, ale nie ma dla niej wysokiej formy. Satyra, ironia, dydaktyczna nowela, poemat heroikomiczny w najlepszym razie. A człowiek umrze naprawdę.
U nas w zasadzie nie ma niczego innego poza polityczną jatką. Sam daję się w nią wciągnąć, gardłuję na to i tamto, trochę z obywatelskiego oburzenia, a trochę z bezradnej złości, ponieważ polityka niejako automatycznie przekierowuje mowę ku literackim gatunkom niższym. Śmieszność podszyta strasznością. Lub odwrotnie, co na jedno wychodzi, więc fraza godna uwagi. Płaskie, dlatego uciekam ku ptakom i psom, gwiazdom i wspomnieniom. Jednak i tu język niewiele głębszy, bo zmiękczony sentymentalizmem, osłabiony retoryką łatwej melancholii. Znowu utknąłem w kleszczach dychotomii: albo człowiek, czyli polityka – albo natura, czyli widoczki plus wspomnienia. Gdzie jest ten trzeci element? Gdzie synteza? Wejście w głąb?
Zamiast syntezy, nieustanne analizy szczegółów i komentarze do ludzkiego targowiska próżności. Przez uchylone okienko internetu wpadają próbki z całego świata, bez umiaru i bez przerwy, a ty siedź, analizuj, składaj i komentuj do upadłego. No właśnie, upadłego, bo jest w tym jakiś upadek, regres, droga powrotna ludzkiego geniuszu ku debilizmowi. W opowiadaniu Kinga Telefon pana Harrigana jest takie fajne porównanie sieci do „pękniętej rury wodociągowej”, z której informacje „chlustają jak nieczystości”. Leci wszystko jak leci, cała rzeczywistość wpada w informacyjny wir i wylatuje z drugiej strony w postaci… no, wiadomo czego. Jak prymitywny beztlenowiec siedzę u wylotu rury i łykam to wszystko, próbując przetrawić.
22 maja 2020 (20379 zarażonych, 973 zmarłych)
Chyba to zbyt mętne ( z rury lecą substancje zasadniczo mętne), więc spieszę z przykładem. Obiegła media wypowiedź piosenkarki i celebrytki Edyty Górniak, że dopóki żyje, nie pozwoli się zaszczepić, ponieważ szczepionki są niepewne i w ogóle be. Nie dodała logicznie, że jak już nie będzie żyła, to również się nie zaszczepi, bo nie będzie po co. Cała wypowiedź pełna była bezsensów, ale za to zbudowanych na realnym odczuciu strachu, niepewności i podejrzliwości, że ktoś całym tym pandemicznym biznesem zarządza dla własnej korzyści. Tu również należałoby dodać logicznie, że podejrzany interes teorii spiskowej zawsze przynosi korzyści komuś innemu, bo gdyby przynosił mnie, nie byłoby spisku i wszystko byłoby w porządku. Wielu innych gigantów interpretacji wypowiadało się w podobnym duchu, na czele z naszymi antyszczepionkowcami. Kiedyś tu pisałem, że nieco przycichli, ale teraz, gdy poczucie zagrożenia osłabło, znowu podnieśli głowy i gardłują. Z faktami konfrontować się nie chcą, ale gardłują. Z pękniętej rury znów wali na całego.

Różne wali z rury. Właśnie czytam o niejakim „Turku” z Zatoki Sztuki w Sopocie, którego nie można wsadzić do aresztu, choć jest hersztem bandy, ciężkim przestępcą i dowodów prokuratura ma aż nadto. Nic się nie da zrobić. Dla kontrastu burmistrz Szprotawy od siedmiu miesięcy siedzi w areszcie bez żadnych dowodów, w każdym razie nikt ich obronie ani sądowi nie przedstawił. Na jakiej podstawie sąd znowu przedłużył areszt o dwa miesiące – nie wiadomo. Ktoś kiedyś mnie pytał, dlaczego policja i sądy mają w moich powieściach takie ponure i nieprzyjemne oblicze. Właśnie dlatego. Andrzej Krzycki ma problem nie tylko ze sobą, ale i ze światem, i żadne tłumaczenia w rodzaju „chłopie, zawsze tak było” do niego nie przemawiają. Było i nie było. A nawet jeśli było, to nie powinno być. Możesz brać udział w zawodach nurkowania w szambie, ale możesz się odwrócić i odejść, wcześniej wziąwszy prysznic. Są ludzie, którym brud przeszkadza dosłownie, fizycznie, budzi najzwyczajniej wstręt. Krzycki do nich należy.
Można prościej. Wkurza go, że się używa policjantów do karania garstki protestujących, a na szczytach lecą przekręty na gigantyczną skalę. Że jeden minister wyciska z publicznych środków ciężkie miliony dla własnej rodziny, a drugi minister wysyła policję przeciwko obrońcom porządku prawnego w Polsce. Zresztą minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Obaj z dostojnymi minami i bez żenady plotą dęte komunały do mikrofonów, jakoby państwo, naród, obywatele, społeczeństwo… Szukam iskierek pogardy w ich oczach (jedne zimne, drugie przekrwione) i niestety znajduję. To już nie jest zwykły przekręt, to urąganie elementarnemu odczuciu przyzwoitości i człowieczeństwa. Obaj są zdeklarowanymi katolikami, jakby co.
Wiem, wiem, „chłopie, zawsze tak było”. Ale wkurza. I co mam zrobić? Wracam do szukania dystansu. Tropię myśl, której mógłbym zaufać. Znajomy przysłał mi filmik z fragmentem rozmowy z księdzem profesorem Józefem Tischnerem, bodajże w Telewizji Kraków. Początek lat dziewięćdziesiątych. Porażające trafnością słowa z ust jednego z nielicznych przedstawicieli polskiego Kościoła, do którego żywię wielki szacunek. Posłuchajcie:
Dzisiaj podnosi głowę, daje o sobie znać terroryzm prawicowy. I uważam, że to jest jakieś niebezpieczeństwo, bo ten prawicowy terroryzm ma bardzo często gębę pełną religii. On się legitymizuje szlachetnymi, pięknymi wartościami chrześcijańskimi. I kusi Kościół. To jest wielka pokusa pod adresem Kościoła. Ma bardzo piękne obietnice, a pech chce, że ja znam trochę historię, a szczególnie ten okres „romansu” Kościoła z hitleryzmem w Niemczech. I ostrzegam, ale nie po to, żeby obrazić, tylko po to, żeby przemyśleć.
Nie wygląda na to, żeby ktoś w polskim Kościele to przemyślał. Chyba tylko ci, którzy z niego odeszli. Natomiast mamy fenomenalną okazję obserwować, jak z mrocznej strefy wyłaniają się mechanizmy łączące prawicę, Kościół i przemoc. Ksiądz Tischner w zasadzie nie powiedział niczego odkrywczego; po prostu głośno nazwał to, co widział. A wgląd w sprawę miał od środka.
Chyba nie jestem prawdziwym ateistą. Gdybym był, sprawy Kościoła katolickiego w Polsce aż tak by mnie nie obchodziły. Jego brudne interesy wrzuciłbym w pojemny dyskurs polityki, władzy i żądzy posiadania, czym łatwiej uwolniłbym się od niego uciekając, dajmy na to, w dobrą literaturę. Niewierzącego nie denerwują przekręty kleru bardziej niż przekręty gangsterów, czy ministrów zdemoralizowanej władzy. Ale mnie obchodzą głębiej, do bólu, aż do rdzenia najprostszych odruchów moralnych, jak uczciwość, przyzwoitość, prawdomówność, szczerość. Tak jak to czuje człowiek oszukany przez przyjaciela, któremu zaufał. Chyba to boli najbardziej – że czuję się oszukany w całej tej pokrętnej gadce o Bogu i religii, która sprowadza się do gadki o pieniądzach i wpływach. Nie tak miało być. Kapłan to pośrednik w rytuale, przewodnik i pomocnik, a nie sprytny agent od nieruchomości. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której aby wytrzymać z polskim Kościołem, musisz pozbyć się pewnych odruchów moralnych, stępieć, znieczulić się na hipokryzję i cynizm specjalistów od wyłudzeń majątkowych, przebranych za kapłanów. Do tego dochodzi jeszcze głupota głoszonych poglądów i wtedy już jest całkiem rozpaczliwie. Boli mnie to okropnie, bo wychowałem się na polskiej wsi i niedzielna msza w kościele była dla mnie bardzo ważna.
No i proszę, przez Tischnera wylądowałem w środku Opowieści o Wielkim Inkwizytorze Iwana Karamazowa…


