Wyzwany do pojedynku przez Jakuba Ćwieka, by krzyżowo zaopiniować swoje książki bez słodzenia i głaskania się po główkach, ale i bez niepotrzebnych złośliwości, sięgnąłem po „Szwindel”, czyli pierwszą przygodę Jakuba z literaturą kryminalną.
Gdy czytam książki, skupiam się na dwóch głównych aspektach: warsztacie i historii. Ten pierwszy ma dla mnie większe znaczenie – jestem w stanie przełknąć naciąganą fabułę, niewielkie błędy logiczne czy pogubione wątki, pod warunkiem, że książka jest napisana dobrym językiem. Gdy natknę się na coś, co mi nie pasuje, robię krótką przerwę i wyobrażam sobie, jak inaczej można było pociągnąć dany wątek lub wytłumaczyć taką, a nie inną decyzję bohatera, po czym wracam do lektury. W drugą stronę niestety tak to nie działa, dlatego często zdarza mi się odłożyć książkę, nawet gdy ta ma niebanalny pomysł. Zwyczajnie nie potrafię przebić się przez kolejne rozdziały, choć interesuje mnie, jakie będzie rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że tym samym sporo tracę, ale nic już na to nie poradzę.
„Szwindlu” nie odłożyłbym na półkę, nawet gdybym czytał go bez dodatkowej motywacji w postaci wyzwania. Po Jakubie widać bowiem, że ma już na koncie wiele książek i krótko mówiąc: potrafi pisać. Ta powieść jest idealnym wyborem dla wszystkich uczestników wyzwań pokroju „Przeczytam 52 książki w roku”. „Szwindel” bowiem czyta się sam. Jako autor bardzo doceniam trud włożony w proces twórczy, by uzyskać taki efekt. Z doświadczenia wiem, że by ktoś mógł czytać łatwo, ktoś inny musi włożyć sporo wysiłku, by zdania miały odpowiednie długości, a tekst swoją melodię. Tu wychodzi doświadczenie Jakuba i dobra redakcja. Oczywiście nie należy stawiać znaku równości pomiędzy faktem, że książkę szybko się czyta i jest dobra, gdy jednak mówimy o literaturze, która przede wszystkim ma nam dostarczyć rozrywki, a za taką uważam „Szwindel”, to niewątpliwie jest to bardzo ważny aspekt. Żeby było zabawniej, przerwałem lekturę książki „Dunkel” imiennika Ćwieka, którą ten poleca z okładki, a którą to zdecydowanie nie czyta się szybko, ale to oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny.
Przechodząc do historii przedstawionej w „Szwindlu”, to niestety nie jest już tu tak kolorowo. Pierwsze strony połyka się jak ryba przedstawiona na okładce książki, potem jednak coś zaczyna zgrzytać, a w zasadzie to czegoś zaczyna brakować. Tym czymś jest napięcie. Zazwyczaj w kryminałach wywołuje je pytanie „kto zabił?”. Tu nie ma trupa, ale historia dawała możliwość budowania napięcia, podsycania ciekawości czytelnika, który zachodzi w głowę, o jaki „szwindel” chodzi? Jakub jednak nie skorzystał z tych możliwości.
W wywiadach często podkreślam, że podczas planowania fabuły na własne potrzeby rysuję krzywą napięcia, w przypadku „Szwindlu” musiałbym narysować poziomą linię, no może na samym początku coś tam by się zadziało, ale szybko linia by się wypłaszczyła. Tu tempo cały jest takie samo. Nie ma przyspieszeń, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma chwili na wytchnienie i przemyślenia. Porównując to do jazdy samochodem, ma się wrażenie, że jedzie się pustą autostradą z włączonym tempomatem. Niby fajnie, niby komfortowo, ale ile można?


