Tag: Akademia Szwedzka

  • To nie jest nowe „Millennium”, felieton Rafała Chojnackiego

    Ile to już razy zdarzyło się, że jakiś pisarz został okrzyknięty „nowym Stiegiem Larssonem” albo książka przez wydawcę promowana była jako „nowe Millennium”? Pewnie trudno by to było policzyć, zwłaszcza w czasie największej popularności oryginalnej trylogii Larssona, kiedy to powstawały głośne filmy Nielsa Andrena Opleva i Davida Finchera. Nic dziwnego, seria przedwcześnie zmarłego pisarza stała się największym bestsellerem rodzącego się wówczas nurtu nordic noir. Dziś jednak chciałbym opowiedzieć o książce, która naprawdę na tą etykietkę zasługuje. Niewiele brakowało, a ujrzała by światło dzienne jako siódmy tom Millennium. Przypomnijmy sobie jednak najpierw skąd wzięło się całe zamieszanie wokół serii Stiega Larssona.

    Dziennikarz, który został pisarzem

    Zanim Stieg Larsson napisał pierwsze trzy tomy Millennium (książki pisane były niejako do szuflady, ponieważ autor dość długo szukał dla nich wydawcy), znany był przede wszystkim jako dziennikarz zaangażowany w sprawy społeczne. Jego publikacje dotyczyły głównie monitorowania zachowań skrajnej prawicy w Szwecji. Był jednym ze współtwórców czasopisma „Expo”, które publikowało regularnie informacje o ekscesach z udziałem faszystów. W 2001 roku wydał nawet (wspólnie z Mikaelem Ekmanem) książkę Sverigedemokraterna – Den nationella rörelsen (Szwedzcy Demokraci – Ruch narodowy), poświęconą ciemnej stronie prawicowej partii Szwedzkich Demokratów. Drugi temat, który go interesował, to przemoc wobec kobiet. Zainteresowanie to zaczęło się od tematu „zabójstw honorowych”, dokonywanych przez muzułmanów, na młodych dziewczynach, które, ich zdaniem, nie prowadzą się wystarczająco dobrze.

    Wcześniejsze próby literackie Larssona nie należały do udanych, opublikował jednak kilka opowiadań w fanzinach poświęconych literaturze science-fiction. Jedno z nich polscy czytelnicy mogą przeczytać w interesującej, choć nieco niedocenionej antologii Ciemna strona, której redaktorem jest John-Henri Holmberg, jeden z największych specjalistów od szwedzkiej literatury popularnej. Opowiadanie „Supermózg” nie jest szczytem literackiego wyrafinowania, ale daje jakieś pojęcie o poziomie pisarskim młodego Larssona. Wielu krytyków, a nawet dawnych znajomych Stiega, po lekturze pierwszego tomu Millennium, uznało, że nie mógł on napisać takiej książki. Podobnego zdania byli dziennikarze, z którymi młody Larsson pracował w agencji prasowej TT (coś w stylu PAP).

    Jako że pisarz zmarł niespodziewanie na zawał serca w listopadzie 2004 roku przed ukazaniem się powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, sprzyjało to powstaniu rozmaitych teorii spiskowych. Niektórzy uważali, że porządna forma opasłych tomów Millennium to zasługa redaktorów wydawnictwa Norstedts, które podpisało wreszcie umowę na wydanie serii Larssona. Spora część pracy nad tekstem mogła się przecież odbyć już po śmierci autora. Inni z kolei uważali, że współautorką powieści była jego wieloletnia partnerka, Eva Gabrielsson. Znajomi pisarza zgodnie twierdzili, że para nie tylko dyskutowała ze sobą o pisanych przez nich tekstach, ale też często dodawali sobie wzajemnie całe akapity, pomysły, a nawet całe gotowe fragmenty tekstu. Tyle tylko, że dotyczyło to artykułów i opracowań, nie literatury. Nieco światła na tę współpracę rzuca autobiograficzna książka Evy, zatytułowana „Millennium, Stieg i ja”, dostępna również po polsku.

    Bestseller, który wywołał aferę

    Ogromny sukces pierwszego tomu Millennium, zatytułowanego „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” został powtórzony przez dwa kolejne, które Larsson zdążył napisać przed śmiercią. Z korespondencji, którą prowadził ze znajomymi wiemy, że planował 10 tomów serii. Szybko też okazało się, że pokazywał różnym ludziom fragmenty kolejnej książki, przy czym prawdopodobnie mogło chodzić o tom piąty, czwarty miał dopiero powstać. Zdania na temat objętości tekstu były podzielone. Jedni mówili o kilkunastu, drudzy o ponad 100 stronach maszynopisu. Logika wskazywała na to, że fragmenty te muszą być w komputerze (prawdopodobnie w laptopie) Larssona. Cóż jednak zrobić, skoro laptop ten rozpłynął się w powietrzu?

    Eva Gabrielsson, wieloletnia partnerka Larssona, nigdy nie miała z nim ślubu. Para nie miała też dzieci, dlatego cały spadek po Stiegu, a więc również pieniądze z honorariów za książki i prawa do ekranizacji, popłynęły szerokim strumieniem do ojca i brata pisarza. Czyli do osób, z którymi od lat, z różnych powodów, nie utrzymywał kontaktu. W sytuację zamieszali się prawnicy, jednak prawo jest w tej kwestii dość jednoznaczne, dlatego Gabrielsson została z niczym, musiała nawet opuścić zamieszkiwane ze Stiegiem mieszkanie. Nic dziwnego, że w tej sytuacji nie mogła sobie przypomnieć, gdzie mógłby się znajdować słynny laptop Larssona.

    Kolejny rozdział do afery został dopisany, kiedy w 2014 roku Norstedts zapowiedział, że kontynuację „Millennium” napisze David Lagercrantz. Autor ten już wcześniej dał się poznać jako specjalista od „wchodzenia w czyjeś buty”. Najbardziej jaskrawym przykładem nadal pozostaje „autobiografia” piłkarza Zlatana Ibrahimovica. Lagercrantz zbliżył się tam do języka swojego bohatera na tyle, że książka zyskała aprobatę młodych fanów piłkarza, z miejsca stając się bestsellerem. Trzy tomy „Millennium”, na które zakontraktowano tego autora, sprzedały się wprawdzie bardzo dobrze, ale pisarz był są nie krytykowany, i to z różnych stron.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Od samego początku niektórzy nazywali kontynuację „tańcem na grobie Larssona”, zwłaszcza w kontekście niedawnego sporu z Evą Gabrielsson. Nie wszystkim też podobało się, że Lagercrantz nieco inaczej widział początkowo bohaterów Larssona. Kiedy jednak już nieco okrzepł w tej roli i poczuł się pewniej, napisał tak komiksowe zakończenie trzeciej z pisanych przez siebie książek, że nawet osoby, które chwaliły sensacyjną stronę oryginalnego „Millennium”, dostrzegły w nowym pomyśle sporą przesadę. Z krytyką spotkał się również brak głębszego zaangażowania w tematy społeczne. Owszem, Lagercrantz poruszał ciekawe i ważne tematy, takie choćby jak sawantyzm, nie miał w sobie jednak tych doświadczeń społecznika, które sprawiały, że Larsson był wiarygodny w tym, co pisał. Trzeba jednak oddać Lagercrantzowi jedno: sama fabuła nie odbiega zbytnio jakością od tego, co napisał twórca Millennium.

    Pisarz, który nie napisał Millennium

    W połowie 2022 roku gruchnęła wieść, że powstaną kolejne trzy tomy, a ich autorką będzie Karin Smirnoff, kojarzona dotąd głównie z powieścią obyczajową i psychologiczną. W cieniu tej informacji pozostaje pytanie dotyczące jednak zupełnie innej książki. Można by się bowiem zastanawiać, dlaczego tyle czasu minęło od premiery powieści Lagercrantza „Ta, która musi umrzeć” (Hon som måste dö, 2019), do czasu ogłoszenia nowego nazwiska.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    Okazuje się, że Smirnoff nie była pierwszą osobą, która miała już w ręku podpisany gotowy kontrakt na nowe Millennium. W kolejce przed nią stał pisarz, nazywany „szwedzkim Stephenem Kingiem”.

    John Ajvide Lindqvist, o nim bowiem mowa, jest autorem najbardziej znanego horroru z kraju Trzech Koron, powieści „Wpuść mnie” (Låt den rätte komma in, 2004), która została dwukrotnie zekranizowana. Najpierw w 2008 roku podjął się tego Thomas Alfredson (ten sam, który reżyserował szwedzkie adaptacje drugiego i trzeciego tomu „Millennium”), następnie amerykańską wersję w roku 2010 nakręcił Matt Reeves.

    Lindqvist napisał scenariusz swojej nowej książki i najprawdopodobniej obszerne fragmenty gotowego tekstu, po czym wysłał je do wydawcy. I wtedy zaczął się proces, którego się nie spodziewał. Przepychanka między szwedzkim wydawcą, agentem i zagranicznymi wydawcami trwała pełne 18 miesięcy. Po tym czasie przyszła do niego informacja odmowna. W międzyczasie Lindqvist otrzymywał jedynie mgliste uwagi, z których wynikało, że powieść jest trochę za wesoła, a w ogóle to może lepiej gdyby miała inną fabułę.

    Autor uznał, że szkoda mu pracy włożonej w stworzenie nowej powieści, dodatkowo w gatunku, w którym wcześniej nie próbował swych sił. Dlatego też wykreował nowych bohaterów, przepisał powieść tak, by usunąć z niej niektóre wątki, wiążące je z „Millennium”. W ten sposób powstała całkiem nowa książka, choć jej fabuła w pełni opiera się na tym, co miało przydarzyć się Salander i Blomkvistowi. Jako że pomysł na kontynuację serii Larssona zakładał napisanie trzech kolejnych tomów, wiadomo już, że autor ma pomysły na co najmniej dwa kolejne.

    Powstająca w ten sposób nowa seria nosi tytuł „Blodstormen” (Krwawy sztorm), a pierwszy tom zatytułowany jest „Skriften i vattnet” (Pismo w wodzie). Bohaterami są autorka kryminałów Julia Malmros i informatyczny geniusz Kim Ribbing. Julia dostaje zlecenie – ma napisać… kolejny tom znanej na całym świecie serii kryminalnej. Wydawca jednak odrzuca jej projekt, a pisarka postanawia zaszyć się w domku na jednej z wysepek Archipelagu Sztokholmskiego, by ochłonąć. Wkrótce odnajduje ją tam Kim. W samą porę, oto bowiem w Midsommar na sąsiedniej wysepce należącej do przyjaciela Julii z dzieciństwa, zostaje popełniona okrutna zbrodnia, którą przeżywa jedynie 14-letnia dziewczynka.

    Lindqvist znany jest nie tylko z umiejętnie budowanego nastroju grozy, który sprawiał, że jego powieści były czymś więcej, niż tylko kolejnymi krwawymi horrorami. Jego specjalnością są też wnikliwie sportretowani bohaterowie których cechy charakteru nie pozostają bez wpływu na fabułę. Tak jest i tym razem. Nowym elementem są za to charakterystyczne dla kryminału fabularne twisty, które zmuszają szare komórki czytelnika do wytężonej pracy.

    Z małej wysepki na Bałtyku zostajemy rzuceni w wielki świat, oto bowiem dawny przyjaciel Julii stał się w międzyczasie bogaczem, a rozwiązanie zagadki jego śmierci może tkwić w którymś z nielegalnych interesów, które prowadził równolegle do jawnie działającej firmy.

    Krytycy nie szczędzą tej powieści pochwał, wskazując jako jeden z jej atutów charakterystyczny dla kryminału czarny humor. Znany choćby z powieści Larssona…

    W chwili gdy kończę piać ten tekst, na stronie agenta literackiego Johna Ajvide Lindqvista nie znajdziemy żadnej informacji na temat sprzedaży praw do tej powieści któremukolwiek z polskich wydawców.

    Rafał Chojnacki

  • Rozebrać Nobla – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nobla Miłoszowi załatwiła Zośka. Pracowała w Bibliotece Noblowskiej i załatwiła mu przez swoje kontakty. Temu szepnęła, tamtemu podsunęła wiersze, bez Zośki tego Nobla by nie było” – wyjawił mi polonijny bywalec sztokholmskich salonów, który uważał się za szarą eminencję szwedzkiego świata kultury. Wiedział w swoim mniemaniu wszystko, mógł tylko odrobinę mniej. Uznałam, że ma mnie za idiotkę, która uwierzy, że coś tak prestiżowego, międzynarodowego i niezależnego od koterii jak literacki Nobel można komuś załatwić. „Człowieku, puknij się, kto słucha twojej Zośki na Parnasie?” – pomyślałam i czmychnęłam pogadać z kimś innym.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Kto miał rację, ja czy polonus?

    Można na to spojrzeć z różnych perspektyw.

    W kwestii boskości to jeden z czołowych członków Akademii Szwedzkiej, jej wieloletni sekretarz generalny, Horace Engdahl niedawno bronił do upadłego oskarżonego i skazanego za molestowanie seksualne oraz gwałty francuskiego męża byłej już członkini Akademii, Katariny Frostenson. Było to żenujące. Ponadto w jego książce z aforyzmami o wdzięcznym tytule „Ostatnia świnia” pojawia się taka oto mądrość:

    Dopełniona penetracja seksualna to odwieczna przegrana dla kobiety i odwieczne zwycięstwo mężczyzny”. Tak, słowa te pochodzą prosto z głowy szwedzkiego intelektualisty, który ogłaszając Nobla dla Elfride Jelinek tak pięknie i feministycznie mówił, że jej powieści obnażają stereotypy. No cóż, ludzie są ludźmi, boskości w nich za grosz, a nagroda jest nagrodą.

    Nobel to szczyt literackich marzeń, dowód najwyższego uznania, widoczny i słyszalny w każdym zakątku świata, a do tego gigantyczny zastrzyk finansowy. W ogóle marka nagrody jest czymś unikalnym. Została przyznana nie tylko licznym wybitnym pisarzom, ale także równie wybitnym naukowcom, politykom i aktywistom (w sumie ponad 900 osobom), wśród których były takie postaci jak Maria Curie-Skłodowska , Albert Einstein i Nelson Mandela.

    Dziś każdy wie, czym jest Nobel. Ale jak do tego doszło?

    Czytelnicy mojego poprzedniego felietonu wiedzą już, że Szwedzi są mistrzami eksportu. Cechują ich iście wirtuozerskie zdolności sprzedawania szwedzkiej literatury, udało im się też wypromować mnóstwo marek od IKEI przez Volvo na Ericssonie skończywszy, a także nieco wyidealizowany obraz własnego kraju. Pomimo to nadal zastanawia fakt, dlaczego cały międzynarodowy świat kultury zamiera akurat wtedy, gdy 18 członków jakiejś tam Akademii w małym, prowincjonalnym kraju, na północy Europy wybiera swojego laureata nagrody literackiej? Żeby było to chociaż międzynarodowe grono, ale przecież nie jest! Wśród członków Akademii Szwedzkiej jest w dodatku sporo osób, które nawet w Szwecji nie są szczególnie znane: Jesper Svenbro – poeta i znawca antyku, Tomas Riad – lingwista. Przyznaję się bez bicia, że gdybym nie znalazła ich na liście członków Akademii, nie wiedziałabym o ich istnieniu. Dlaczego akurat ich gust literacki jest tak istotny, że wszyscy liczący się pisarze chcą dostać Nobla. W czym rzecz? Nie chodzi chyba tylko o wielkie pieniądze? Albo o uścisk dłoni szwedzkiego króla?

    Copyright © Nobel Media AB 2017. Photo: Alexander Mahmoud.

    Temat ten badało przez cztery lata dwóch profesorów ekonomii Stephen Greyser z Harvard Business School i Mats Urde ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund. Według nich prestiż nagrody wziął się bezpośrednio z głównego przesłania testamentu jej twórcy, Alfreda Nobla. Życzył sobie, by jego fortunę przeznaczono na nagrody w kilku różnych dziedzinach, ale zaznaczył, że mają one być dawane wybitnym osobom, które „przysłużyły się dla dobra ludzkości”. Nobel przyznawany jest od 1901 roku, a był to historycznie czas, w którym międzynarodowość tej nagrody i jej idealistyczne założenia stanowiły coś absolutnie wyjątkowego w pochłoniętej nacjonalizmami Europie. W pewnym sensie można powiedzieć, że kiedy świat szykował się już do dwóch straszliwych wojen (po których trochę trudno nadal wierzyć w ludzkość), wynalazca dynamitu stworzył nagrodę za DOBRO i dla DOBRA innych. Za działania naukowe lub literackie na rzecz drugiego człowieka. Bez względu na jego narodowość, czy rasę. Szok.

    Inna rzecz, że idealizmu Alfreda Nobla wcale nie podzielali wszyscy zaangażowani w tworzenie nagrody Szwedzi. Na przykład wspomniana już Akademia Szwedzka, która istnieje od roku 1786 i została powołana w celu stania na straży czystości języka szwedzkiego, z początku patrzyła na dodatkowe obowiązki bardzo krzywo. Jej członkowie mieli dosyć innej roboty, siedzieli nieustannie z nosami w słownikach. Dominowali wśród nich zresztą nudni urzędnicy i kulturowo nacjonalistyczni filolodzy, niespecjalnie ich interesował świat wielkiej literatury.

    Akurat to zmieniło się jednak bardzo szybko.

    Czy Literacka Nagroda Nobla jest zatem najbardziej obiektywną i prestiżową formą uznania dla osiągnięć w dziedzinie literatury? Otóż: i tak, i nie. Przesłanie Nobla zawarte w jego testamencie powoduje poszukiwanie nazwisk autorek i autorów nie tylko wybitnych, ale także takich, których twórczość ma w sobie elementy idealistyczne lub ważne dla ludzkości. Ewidentne jest też, że sama nagroda ma jakoś służyć nie tylko ludzkości ale i słusznej stronie historii. Nobel dla Miłosza był uznaniem jego dzieła, ale także (a może przede wszystkim?) symbolicznym wsparciem dla poety uchodźcy z dręczonej przez komunizm Europy Wschodniej. Nobel dla Abdulrazaka Gurnaha to próba zwrócenia uwagi międzynarodowej społeczności na literaturę postkolonialną i na temat uchodźców. Nobel dla Olgi Tokarczuk to uznanie jej książek, ale także wsparcie dla feministycznych i ekologicznych poglądów autorki oraz dla jej otwartego przeciwstawiania się niedemokratycznym tendencjom z wiadomej strony.

    Akademia Szwedzka żywi też historyczną awersję do nagradzania nazwisk zbyt oczywistych i znanych. Z tego powodu Nobla nie dostał Lew Tołstoj ani Philip Roth i z pewnością nigdy nie otrzyma go ani Margaret Atwood , ani Haruki Murakami. I oczywiście, że jest tak, iż na decyzję 18 członków Akademii usiłują wpływać różne koterie, grupy lobbingowe i znawcy literatury, a czasem ich własne rodziny. Na ile są to skuteczne próby, to z pewnością kwestia indywidualna, ale jest tajemnicą poliszynela, że Nobla dla Jelinek nie byłoby, gdyby nie była już żona Horaca Engdahla , feministyczna literaturoznawczyni Ebba Witt- Brattström.

    Margaret Atwood, fot: smakksiazki.pl

    Nie wiem, czy Miłoszowi pomogła Zośka, ale ktoś tam pomógł na pewno. Gombrowicz dobrze rozumiał, że bez koneksji nic się nie da zrobić i sam mocno lobbował na rzecz swojej kandydatury. Prawie mu się udało, bo naprawdę miał na Nobla duże szanse. Podobnie jak Kapuściński, o którego latami walczyło kilku wpływowych ludzi szwedzkiego świata kultury. Kto wie, co by się stało, gdyby dłużej żył?

    Z całą pewnością jest więc tak, że aby dostać literackiego Nobla, trzeba nie tylko dobrze pisać, ale mieć także wsparcie wpływowych ludzi oraz tak zwanego wiatru historii. Należy też rozumieć (choćby podświadomie) literaturę jako coś więcej niż tylko piękne władanie językiem. Mówiąc wprost: w przesłanie Nagrody Nobla wpisane jest przekonanie, że w literaturze ważny jest element utylitarny wzniesiony na poziom ambitnego idealizmu lub walki o słuszna sprawę. Domyślacie się kto dostanie w tym roku Nobla? Będę zdziwiona, jeśli nie będzie to pisarz ukraiński, a jeszcze lepiej ukraińska pisarka. Choć jednocześnie wcale się też nie zdziwię, jeśli tak się nie stanie, bo Akademii Szwedzkiej zdarzały się też historyczne tchórzostwa i próby zachowania neutralności. Na przykład wtedy, gdy nie zabrała oficjalnie głosu po stronie Salmana Rushdiego, kiedy została nań rzucona fatwa…

    Salman Rushdie, fot: smakksiazki.pl

    Na czym więc polega zawarta w tytule tego felietonu chęć ściągnięcia z Nobla pięknych szat? Na uświadomieniu, że nie ma czegoś takiego jak nagroda przyznawana za najwybitniejsze osiągnięcia literackie. Nobel literacki jest zawsze nagrodą z dodatkowym przesłaniem, trochę polityczną, trochę pozytywistyczną, trochę wyznaczającą nowe trendy. A jednocześnie: nieustannie najbardziej prestiżową i ważną. Jak już wspomniałam: Szwedzi są mistrzami promocji.

    Katarzyna Tubylewicz