Tag: dziennik pandemii

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii. Blok zapisków (21-25 dzień)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)

    Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.

    Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

    www.unsplash.com/Josh Calabrese

    Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.

    Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.

    5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)

    Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.

    6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)

    Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.

    Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

    www.unsplash.com/Suzy Brooks

    Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.

    7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)

    Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.

    www.unsplash.com/Aniket Bhattacharya

    Forma się nie chce wykształcić. Styl niezdecydowany. W powietrzu wciąż wisi napięte oczekiwanie na coś, co dopiero ma przyjść. Wielki Tydzień również jest oczekiwaniem na wielkie Powtórzenie, Umocnienie i Potwierdzenie, że to Prawda. Nałożony na wypatrywanie czoła fali pandemicznego tsunami, nabiera nowych znaczeń. Przeczuwam, że namysł nad Jego śmiercią w piątkowy wieczór będzie miał w tym roku bogatszy i w jakimś sensie konkretniejszy charakter. Sprawdzian naszej wiary przyjmie kształt całkiem prostego pytania: czy On ma coś wspólnego z koronawirusem, czy nie? Dawniej epidemie, jak wszystkie kataklizmy, potęgowały nastroje apokaliptyczne, czyli religijne, zwłaszcza w ich proroczym i wróżbiarskim wymiarze, więc i tym razem powinny się pojawić okrzyki w rodzaju: „To kara za wasze grzechy! Żyliście w rozpuście i niecnocie, i myśleliście, że wam ujdzie na sucho? Deszcze ognia i siarki na was! Pan idzie sądzić żywych i umarłych! Drżyjcie władcy bez sumienia i politycy bez odpowiedzialności! Nierządnice bez wstydu i piosenkarki bez gustu! Bankierzy bez litości i dziennikarze bez oparcia w faktach! Kapłani bez Boga w sercu i sędziowie bez konstytucji! Idzie pomór na nieprawość i zło! A którzyście czekali przyjścia Zbawiciela, co oddzieli światło od ciemności, zajrzyjcie pierwej w serca wasze, czy się tam człowieczeństwa ostało choćby na pół arszyna. Inaczej zmiecie was z powierzchni karzące ramię Tego Który Jest”…

    Nie, Zajas, w takiej formie też nie pogadasz z czytelnikami. Dzisiaj proroctwo może być tylko zaprzeczone, a przewodnik chóru wiernych jest showmanem, za pomocą imienia Boga namawiającym do wpłaty na prywatne konto. To nie to, stary. Zostaje satyra, płaski dowcip, dożarty żart. Konwulsyjne wyrzucanie słów, by zaraz potem zamilknąć ze wstydem.

    Gdzie jest to jedno mocne, prawdziwe zdanie?

    8 kwietnia 2020 (5205 zarażonych, 159 zmarłych)

    Wróciła antyrowerowa obsesja policji. Oni mają jakiś problem z tym zakazem pedałowania. Zamknęli ścieżki rowerowe, parki, skwery i bulwary, i wzięli się do rozdzielania mandatów na prawo i lewo jak cepem. Ciężkie te razy, 12 tysięcy za jazdę krakowskim bulwarem wiślanym boli. Kierowców pełno, jeżdżą we wszystkie strony, motocykliści szaleją (dwóch się ostatnio rozfragmentowało na alei Powstania Warszawskiego, w środku nocy) – a ci łapią rowerzystów i wrotkarzy. Któryś z czytelników pytał mnie kiedyś, dlaczego w moich kryminałach policjanci są tacy niesympatyczni. No to tutaj ma jedną z odpowiedzi.

    Z polityki: posłowie głosują, a system informatyczny liczy głosy jak chce. Posłanka protestuje, ponieważ była przeciw, a maszyna uznała, że pani nie brała udziału w głosowaniu. Teraz nie ma nawet specjalnie na kogo zwalić, bo jak – na komputer? Że jest prorządowy i gardzi opozycją oraz demokracją? Nie, zwykła omyłka, zaraz wszystko wróci do normy. Jeszcze parę takich parodii parlamentaryzmu, a potem cofka do dziurawych pańszczyźnianych gaci. Nie ma co się obrażać na demokrację? Nie obrażam się, tylko pytam, gdzie w tym wszystkim w ogóle jest jeszcze jakaś demokracja.

    Demokracja, tromtadracja… Po grecku demokracja oznaczała władzę ludu, więc lud rządzi. A ponieważ lud nie ma swojej woli i nie tyle rządzi, co raczej jest rządzony – wszystko pasuje. Władza ludu polega na oddaniu władzy komu innemu. Nie ma się co pieklić.

    Słońce zaszło nad krainą pozoru. Wieczorny wiatr poruszał suchymi źdźbłami traw, nisko w dolinie szumiał wodospad. Ziemia stygła. Drogą od pól szedł człowiek zgarbiony pod ciężarem myśli, których nie umiał z siebie zrzucić, a które bardzo mu ciążyły. Z trudem podnosił stopy i potykał się o kamienie, ale szedł dalej, zamyślony i smutny. „Wszystko umarło, wszystko umarło”, powtarzał półgłosem. Nie patrzył w rozgwieżdżone niebo ani na trakt kamienisty pod nogami, tylko wbił wzrok w ciemność i szedł, ciężki od braku nadziei i bardzo niepewny miejsca do odpoczynku…

    Nie wiem, może tak?

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dni 14-16)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    28 marca 2020 (1481 zarażonych, 17 zmarłych)

    Przycichły trochę inne spory. Prawa mniejszości, kobiet, zwierząt i planety w ogólności mniej się jakby teraz liczą. Wraca – obawiam się, tylko na chwilę – obrona sądownictwa w Polsce. A to za sprawą wyborów, ponieważ ostatniej nocy pisowski sejm przegłosował cały pakiet poprawek do specustawy na okoliczność koronawirusa, i przy okazji zmienił kodeks wyborczy, co jest niezgodne z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Nie tylko pisowski, opozycyjna KO również była za, bo nie miała innego wyjścia, jako że pakiet zawierał cały program pomocowy dla zagrożonego narodu. To trochę jak w grze w durnia: pod spód trzy dziewiątki, a na wierzch asa – i buda. Bo ta cała polityka dosyć dawno już przestała być polityką w sensie negocjowania wspólnego stanowiska dla dobra całej społeczności i przypomina zadymioną szulernię, gdzie podejrzane towarzystwo ciupie w karty wzajemnie się oszukując. Co jakiś czas któryś ląduje w więzieniu, ale to tylko podkręca atmosferę gry, stawka rośnie i podnieca. Słowo uczciwość służy u nich do tego samego, co pochowane po kieszeniach noże, to znaczy do szantażowania przeciwnika.

    www.unsplash.com/Jack Hamilton

    Jak dla mnie, mogliby przestać udawać, że zależy im jeszcze na jakichkolwiek mechanizmach demokratycznych i po prostu przegłosować jedno uniwersalne prawo: robimy, co chcemy, a wy cicho. A jak się nie podoba, to wynocha (K. Pawłowicz). W zasadzie już tak jest, przegłosowanie tylko uprawomocniłoby stan rzeczy, nieprawomocny z założenia. Kategoria prawomocności straciła pierwotne znaczenie i obróciła się w swoje przeciwieństwo – głosowanie legitymizuje nieprawomocność. Chyba tylko zagorzali tropiciele spośród profesjonalnych prawników są w stanie rozróżnić, co tu jeszcze jest legalne, a co już nie. Najlepsze kłamstwo to takie, które pomieszano z prawdą.

    Ale ja nie o tym. Kryzys w polityce jest tak naprawdę kryzysem polityki, która – powtarzam za mądrzejszymi ode mnie – jest sztuką negocjowania, a nie przepychania swojego na siłę i zgarniania co się da, bez względu na koszty społeczne. To drugie bardziej przypomina mafijną dyktaturę i nie mówię tu niczego nowego. Politycy i z prawa, i z lewa forsują swoje „nienaruszalne wartości” i zdają się nie rozumieć, że demokracja nie polega na zmuszaniu innych do własnego światopoglądu (co to właściwie jest?), tylko na akceptowaniu faktu, że inni mogą myśleć i czuć inaczej.

    Ale ja o tym też nie. Walka z epidemią przybiera obrót, którego się obawiałem po przeczytaniu paru tekstów o dawnych epidemiach. Tragedie ludzkie stają się pretekstem do wzmocnionego politykowania, czyli ci na górze dalej grzmocą w karty, tylko mają nowy dopływ atutów. Związki pracodawców zamiast apelować o spokój, solidarność i zapewniać o swojej dobrej woli, już się licytują na temat wysokości pomocy finansowej i czemu tak mało. W tak zwanej „tarczy antykryzysowej”, jak alarmuje Adrian Zandberg, chronione są głównie interesy banków. Faktycznie, zajrzałem, jest tam powołany Fundusz Gwarancji Płynnościowych w BGK, który ma zabezpieczać poręczenia dla kredytobiorców, czyli de facto gwarantować bankom, że przynajmniej 80 proc. niespłaconego kredytu do nich wróci. Jedyny, jaki utworzono w pakiecie. Banki dostają dziesięć razy więcej niż cała służba zdrowia. Większość zarządzeń dotyczy odraczania spłat, przesuwania terminów i płacenia składek ubezpieczeniowych. To ostatnie to po prostu przelewanie dodatkowych pieniędzy z budżetu do ZUS. Krótko mówiąc, najważniejsze, żeby banki i ZUS nie straciły wpływów, bo jak cała ta nasza piramida kredytowa runie, to… i tak dalej, i tak dalej. Będziemy nadal płacić, tylko po paru miesiącach przerwy. Ciekawe, z jakimi odsetkami. Pracodawcy dostaną najwyżej 50 proc. płacy minimalnej na pracownika pod warunkiem, że go nie zwolnią i że nie będą mieli zbyt wysokich dochodów. Żeby dostać wsparcie, trzeba najpierw zbiednieć.

    www.unsplash.com/Dmitry Demidko

    Nie, o tym też nie chciałem. Tak naprawdę, to chciałem od tego wszystkiego uciec. Pandemia przywróciła nam myślenie w kategoriach zbiorowych i to należy uznać za plus. Znowu padają hasła solidarności, wzajemnej pomocy i ratowania bliźniego w biedzie. Mobilizujemy się jako społeczeństwo. Dobrze. Jednak po trzech godzinach kompulsywnego wertowania internetu wyłączam komputer i zamykam oczy. Dosyć. Nie mam siły. Jak długo można popędzać skołatane nerwy do przejmowania się człowiekiem? Czy on i ja to na pewno to samo? Czy nie za łatwo utożsamiłem się z tym, którego częściej krytykuję niż podziwiam? Do czego mi ta więź teraz, w samotnym zamknięciu, gdzie za całą ludzkość wystarcza żona i dwie córki (plus Aksa), a reszta to piksele na ekranie? Nie jest to kwestia wyłącznie epidemiczna, wcześniej też pytałem. Bez odpowiedzi.

    W przymusowym domowaniu ludzie robią remanenty po szufladach i folderach, i wrzucają do sieci dawne zdjęcia. Ściślej rzecz biorąc, dawne zdjęcia samych siebie, portrety sprzed lat, bo teraz jestem stary, a kiedyś byłem młody i zobaczcie, dosyć szczupły i nawet przystojny. Miałam piękne pofalowane włosy i różową sukienkę z koronką. A tu jestem z moim ukochanym psem, z tyłu na ganku babcia, która się uśmiecha, ale już nie żyje. Siedzimy nad albumami, grubymi kopertami i pudłami po butach, przerzucając wyblakłe obrazki z przeszłości i konstatując z nowym wzruszeniem stary poczciwy upływ czasu. Temu i owej spadnie z powieki łza. Ziarnistość papieru fotograficznego ma coś z piasku, który przesypuje się między palcami. Czy to również funkcja pandemicznego niepokoju? Boimy się o siebie i robimy egzystencjalny rachunek sumienia? Wpadamy w zbiorową melancholię z nudów, czy ze strachu przed śmiercią? Melancholia jest niepraktyczna, ponieważ mówi, że twoje życie już było, a to w strachu przed śmiercią nie pomaga. Podkopuje nadzieję, odbiera siłę w zmaganiach, wyłącza instynkt przetrwania.

    29 marca 2020 (1862 zarażonych, 22 zmarłych)

    Podobno Duda stwierdził, że wybory jednak mogą nie odbyć się 10 maja. To wspaniała wiadomość, że prezydent nie wszystkich Polaków rozejrzał się wkoło i zaczął kojarzyć, co się dzieje. Alleluja! Oczywiście zakładam wariant optymistyczny. Pesymistyczny podpowiada, że prezydent doskonale wie, co się dzieje i brnie w zaparte, bo mu Prezes kazał. Jego sprawa. Pod presją opozycji, prawników, opinii publicznej, Brukseli i wszystkich innych czynników, które systematycznie (i podle) naciskają naszą biedną władzę, wybory zostaną pewnie przesunięte, ale wrzutka do kodeksu wyborczego zostanie. Wyborcy w wieku 60+ mogą głosować zdalnie, a to jest głównie elektorat PiS. Mogą również głosować przez pełnomocników, czyli wyśle się sto tysięcy księży i zakonnic, żeby nosili głosy z domów opieki i przytułków do komisji wyborczych. Co się tam po drodze będzie działo z demokracją parlamentarną, wolę nie myśleć, ale co kogo obchodzi moje myślenie. Parę punktów procentowych wpadnie, akurat tyle, ile potrzeba, żeby Duda wygrał w pierwszej turze. Taki jest cel tej operacji. Od początku do końca podstępny i niecny, bo takie są reguły gry w durnia pod powałą zadymionej szulerni. Na spód trzy dziewiątki, na wierzch asa – i buda.

    Nie oburzam się. Zgłaszam tylko, że widzę i próbuję myśleć nad tym, co widzę.

    Wycieczkowce krążą po oceanach jak kolonie trędowatych, nikt nie chce ich przyjąć do portu. Bogaci emeryci Zachodu płaczą i narzekają. Sami są sobie winni, bo nie słuchali ostrzeżeń i popłynęli na rejs, a teraz nie mogą wrócić. Biura turystyczne uspokajały, że na statku jest bezpieczniej, a w Ameryce Południowej, dokąd płyną, nie ma jeszcze koronawirusa. I że „koronawirus może przeżyć tylko w niskich temperaturach, więc Karaiby są fantastycznym wyborem na najbliższą podróż”. Cudne. Pamiętajcie, że w epidemiach moralność zarazem rośnie i upada. Bądźmy solidarni i dajcie nam więcej, bo weźmiemy siłą. A zysk i uczciwość to dwie nogi kapitalistycznego społeczeństwa, stojące na dwóch krach. Rozjeżdżają się, a ty toniesz.

    www.unsplash.com/Alonso Reyes

    30 marca 2020 (2055 zarażonych, 31 zmarłych)

    Stało się. Polityka wlazła w sam środek walki z koronawirusem, rozpycha się łokciami i twierdzi, że jest najważniejsza. Zmarłych nie liczymy, tylko ukrywamy, natomiast liczymy skrupulatnie żywych, i to wyłącznie z jednej perspektywy – głosowania w wyborach prezydenckich. Wybory to główny fetysz demokracji, a także dyktatury udającej demokrację. Muszę przyznać, że jednak podziwiam tę władzę. Trzeba mieć jaja, żeby tak otwarcie zagrać szatańską kartą. Pal licho wolność, demokrację, prawa obywatelskie, konstytucję i co tam jeszcze opozycja ma na sztandarach, ale oni pogrywają z życiem Polaków! Przecież jeśli naprawdę przeforsują te wybory, to już odwrotu nie będzie i Trybunał Stanu na bank! Swoją drogą, jak się ma narażanie narodu do patriotyzmu? Mamy umierać za urnę wyborczą? Za Dudę na tronie w błazeńskiej koronie? Mamy rzucić swój życia los na kart wyborczych stos?

    Zaraza niepowstrzymywana wszelkimi dostępnymi środkami raczej się rozwija niż ginie. Zaraza zwyrodniałej władzy również. Rozumiem, że jest prosty ludek, który potrzebuje władcy w postaci Prawa i Sprawiedliwości, a nie prawdziwego prawa i sprawiedliwości. Rozumiem, że słuszny gniew mas wykluczonych osadza na tronie swój fantazmat i następnie bije mu pokłony aż do upadłego – ale dlaczego, do stu tysięcy nieważnych głosów, ma to być wiążące dla wszystkich?! I jeszcze ta hipokryzja. Jedni się poświęcają, wypruwają flaki, żeby coś zrobić przeciw pandemii, a drudzy bezwstydnie dalej kręcą swoje lody i śmieją się w twarz. Choć w zasadzie nie powinienem się dziwić. Ten palec Lichockiej…

    Ech nerwy, moje nerwy, dajcież mi już spokój. Denerwowanie się na politykę to jak cyrkowa ekwilibrystyka. Nie dlatego że trudne, tylko że siedzisz na rachitycznym zydelku, a treser za pomocą pejcza i banana uczy cię, jak masz reagować. Raz wesoło, raz smutno, a to wolność, a to znowu solidarność, a to oburzenie, a to podziw… Kopnąć to krzesełko, pokazać treserowi palec Lichockiej i wyjść z cyrku na otwartą przestrzeń – jedyny ratunek.

    Wychodzę. Wącham wiatr. Jednak przyroda ma z nami kosę. Dzisiaj rano spadł śnieg i było pięć stopi mrozu, a na drzewach zaczyna się wiosenne kwitnienie, dosyć wczesne z powodu łagodnej zimy. Gapię się bezmyślnie na zachmurzone niebo i białą jak w styczniu okolicę, szukam jakichś innych, alternatywnych mądrości, ale słabo mi idzie. Przyroda nie jest po to, żeby Zajasowi podsuwać myśli, myślenie to jego przypadłość, nie jej. Zaglądam w obejścia sąsiadów, czy tam czego interesującego nie ma, ale tam podobny bezruch i cisza. Kwarantanna. Siedzenie i czekanie. Jedynie koty szwendają się swobodnie po okolicy, jak zwykle z tą swoją wyniosłą niezależnością. Wolnością mnie drażnią.

    Wracam, bo zimno, siadam na ławeczce do ćwiczeń, podnoszę parę razy ciężarki, rozciągam się – i odpadam. Nuda. Zamknięcie. Klaustrofobia. Wychodzę znowu na taras, i znowu wracam, bo chodzenie tam i z powrotem również zieje nudą, wzmocnioną dodatkowo irytacją, że chodzę i nic to nie daje. Postanawiam wrócić do komputera, ale nie czytać wiadomości, tylko napisać coś głębszego. O życiu, o sensie jednostkowego istnienia, jedynego, jakie mamy, które tak szybko i bezsensownie przemija, zwłaszcza kiedy się siedzi w domu i czeka nie wiadomo na co. Piszę jakieś dęte zdania, wymazuję i piszę inne, znowu wymazuję, i tak w kółko, aż do następnej irytacji, tym razem z powodu pustki i rozkojarzenia. Z irytacji coraz częściej składa się mój dzień świstaka. W końcu nie wytrzymuję i włażę na portale informacyjne, ale dla zachowania pozorów samokontroli postanawiam nie czytać najnowszych doniesień o przesuniętych i nieprzesuniętych wyborach, o protestach opozycji i co powiedział Szymon Hołownia, tylko wyszukiwać przypadki ciekawe. Indywidualne. Takie o jednostkowym istnieniu. Oto pewien Brytyjczyk pojechał z Covenrty do Salford po zakupione na eBayu okna (180 km w jedną stronę), a ponieważ w powrotnej drodze żona się nie zmieściła w kabinie, zamknął ją w bagażniku. Policja go skontrolowała i dostał parę mandatów: za nieuprawnione przemieszczanie się, za wożenie człowieka w przestrzeni bagażowej i za nieprawidłowy transport towaru. Okna nabył za 15 funtów i musiały być bardzo okazyjne (niestety, nie podano, ile ich było), skoro opłacało się taki kawał po nie jechać. Musiały również być wartościowe, w każdym razie znaczyły więcej niż żona, inaczej zamieniłby miejscami człowieka i rzecz. Mogły się nie mieścić w bagażniku, w przeciwieństwie do chudej (i zdominowanej, skoro dała się tam wepchnąć) małżonki, co mi się jednak wydaje dziwne, bo do kabiny jakoś weszły. Po przemyśleniu sprawy klepnąłem się w czoło uznając, że policja nie uwzględniła tutaj ważnego czynnika: kobieta chowała się przed koronawirusem. W kabinie człowieka przecież widać, wirus jak wiadomo atakuje tylko ludzi, więc zrobiła bardzo rozsądnie jadąc w bagażniku. (Na miejscu pasażera Dropsik natychmiast by ją wypatrzył!) Z pewnością siedzieliby w bagażniku oboje, gdyby nie przykra konieczność prowadzenia pojazdu. A okna z Salford niestety nie miały prawa jazdy. Policja nic nie zrozumiała.

    W Holandii ukradli van Gogha! W zamkniętym z powodu pandemii muzeum przechowywano wypożyczony z Groningen „Wiosenny ogród”, a włamywacze skorzystali z osłabionej ochrony i pustek na ulicach, i zrobili swoje. A nie mówiłem? Rozluźnia się, rozluźnia. Choć z drugiej strony można się pocieszać, że na razie kradną obrazy i do rabowania mąki z magazynów jeszcze daleko…

    O, mól! Sięgam po packę na muchy i pac! Już go nie ma. I to tyle w kwestii jednostkowego istnienia, które przemija. Panie molu.

  • Krzysztof A. Zajas – Dziennik czasu pandemii (dzień 10 oraz 11)

    Krzysztof A. Zajas

    Dziennik czasu pandemii cd.

    24 marca 2020 (884 zarażonych, 10 zmarłych)

    Mnożą się obrazy pustych miast. Spośród licznych skojarzeń na pierwszy plan wybija się u mnie „Bastion” Stephena Kinga. W jednej z początkowych scen Larry Underwood – osuszony alkoholik i przyziemiony ćpun – przebija się przez zatłoczony i zarazem pusty Nowy Jork. Zatłoczony, ponieważ wskutek paniki wywołanej śmiertelną epidemią, wszyscy mieszkańcy naraz rzucają się do ucieczki z miasta. Pusty, ponieważ nikomu nie udało się uciec – wszyscy umarli i zalegają w samochodach, wagonach pociągów, na chodnikach i na ławkach nowojorskich parków. On jeden idzie jak we śnie, nie rozumiejąc, dlaczego żyje, i dotkliwie odczuwa nie rozpacz, bo ta jest banalna, ale dziwność istnienia. Przekracza granicę między normalnością i katastrofą, między pełnią zwyczajnej rzeczywistości i postapokaliptyczną pustką, między prawdą i fikcją. W ścielącym mu się do stóp martwym mieście jest doskonale wolny, może robić co chce, a zarazem nie jest mu ta wolność już do niczego potrzebna. Trzeba uciec od zdechłego miasta, trzeba uciec od okrutnej wolności. Sklepy przed Larrym stoją otworem. W sportowym wkłada wypasione ciuchy i zabiera torbę tenisową, którą w sklepie z bronią i amunicją pakuje do pełna, a następnie bierze z salonu nowiutkiego harleya i rusza tunelem pod zatoką, by wydostać się na otwartą przestrzeń. Scena i zachwycająca, i przerażająca. Esencja syndromu ocalenia.

    www.unsplash.com/Rahbek Media

    Ocalałeś – i nie wiesz po co. Uciekasz i nie wiesz dokąd. Byle dalej, ale od czego i do czego? Jest jeszcze lepiej. Czy uciekniesz, czy zostaniesz – i tak będziesz sam. Zupełnie, całkowicie i absolutnie, ponieważ wszyscy inni już nie żyją. Kwarantanna totalna. Pojedyncza cela o rozmiarach ziemskiego globu. Wolność wielkości pętli na szyję, akurat żeby wepchnąć głowę. Idziesz pustą ulicą, o jakiej zawsze marzyłeś przepychając się w tłumie, a kiedy twoje marzenie się spełnia, pustka na ulicy staje się tobą, ty stajesz się pustą ulicą.

    Później akcja się rozwija, pojawiają się inni ocaleńcy i rusza odwieczna opowieść o walce dobra ze złem, ale mnie już do końca nie opuszcza ten urzekający swoim horrorem obraz całkowitej wolności, która jest pusta i duszna.

    Nic takiego na razie mi nie grozi, ani chyba nikomu innemu, granica między fikcją a stanem faktycznym jeszcze jakoś się trzyma, ale kto wie. Jako urodzony katastrofista rozpatruję i taki scenariusz. Tego drugiego wariantu – gdy jedynym ocaleńcem jest ktoś inny, a ja należę do miliona truposzy – nie rozpatruję, bo nie ma sensu. To już nie moja historia.

    Wracam do mediów. W systemach penitencjarnych rozkwita nowa inicjatywa. Skazańcy i aresztanci domagają się zwolnienia do domu z obawy przed zakażeniem. W USA zainicjował temat Harvey Weinstein, prześladowca, który znakomicie potrafi przed kamerami zagrać ofiarę. Za samo paralityczne zwisanie na balkoniku rehabilitacyjnym w drodze na rozprawę, z miną nic nierozumiejącego półgłówka, powinien dostać Oskara. Nie był gorszy od Dustina Hoffmana w Rain Manie. W Polsce przedwczoraj wypuszczono gangstera od nielegalnego transferu pieniędzy za granicę, wczoraj wypuszczono niejakiego „Hossa”, który w ramach współpracy polsko-niemieckiej wyłudzał euro metodą „na wnuczka”. Dzisiaj do programu wolnościowego dołączył były senator PiS Stanisław Kogut, który też „cierpi na wiele chorób” i domaga się zwolnienia. Pomysł znakomity, można go rozszerzyć o tak zwany wariant latynoski, to znaczy w ogóle otworzyć bramy wszystkich zakładów karnych, niech sobie każdy radzi z wirusem indywidualnie.

    I wtedy większość więźniów powinna… pozostać w celach, gdyż odosobnienie i izolacja od świata zewnętrznego są właśnie tym, do czego się nas przymusza w walce z pandemią. Widzę tu pewną nielogiczność. Przecież wszyscy obecnie siedzimy w aresztach domowych. Skoro senator Kogut „cierpi na wiele chorób” i znalazł się grupie podwyższonego ryzyka, to powinien wnioskować o coś dokładnie przeciwnego – zamknięcie w pojedynczej celi, najlepiej w karcerze pod ziemią, bez kontaktu z kimkolwiek, aż do wygaśnięcia epidemii. Wniosek adwokata o wypuszczenie więźnia na ten niebezpieczny, zarażony świat jest działaniem na szkodę klienta. Ja bym takiego obrońcę odprawił. Bez honorarium.

    Po drugiej stronie muru rozmaici faktycznie lub prognostycznie z więziennictwem związani obywatele również nie zasypiają gruszek w popiele. Tworzą się inicjatywy niejako odwrotne, to znaczy potencjalni skazańcy, którzy jeszcze są na wolności, żądają natychmiastowego osądzenia, a następnie osadzenia w celi, oczywiście jednoosobowej, ze względu na zagrożenie wirusem. Dobrze już, dobrze, jestem winien, tylko mnie wreszcie odizolujcie od reszty społeczeństwa, tak, od wszystkich bez wyjątku. Rodzina? Tak, zwłaszcza od rodziny.

    Ci, którzy nagrabili sobie wystarczająco dużo, by siedzieć do końca życia, i ziemia im się pali pod nogami, rozwijają z kolei wariant epidemiczny. Wiedząc, że karzący miecz sprawiedliwości zwisa im tuż nad głową, lgną do zarażonych, by złączyć się z nimi drogą kropelkową. Kiedy już nabiorą pewności, że mają w sobie wystarczającą liczbę niebieskich kuleczek z białymi i czerwonymi trąbkami, wracają do domu i siedzą sobie spokojnie, popijając pinacoladę przez rurkę z ekologicznego bambusa. Kiedy policjanci po nich wpadną, unoszą ręce i mówią: „Chwileczkę, mam koronawirusa! Jak nie wierzycie, to proszę bardzo, możecie mi zrobić test. Tu, o, żona może zaświadczyć”. No i jest prawie pewne, że im ujdzie na sucho. W najgorszym razie wylądują w odosobnionej celi, skąd ich zaraz wypuszczą ze względu na „wiele innych groźnych schorzeń”. Jak tego „Hossa” (co za kretyńska ksywka!).

    Z pozostałych wiadomości niewiele rozumiem. Wczoraj pisali, że w Krakowie nie wykonywano testów z powodu remontu budynku sanepidu i próbki jeździły do województwa świętokrzyskiego, a dzisiaj piszą, że w Świętokrzyskiem zrobiono dotychczas zaledwie 364 testy, bo nie ma laboratoriów. Do tego dochodzą nieustanne skargi zarażonych i podejrzewających zarażenie, że nie mogą się doprosić badania. To w końcu robimy co możemy, czy wymyślamy ściemy, żeby przesłonić prawdziwą ciemność? Marzy mi się to pierwsze, ale boję się, że chodzi o to drugie. Jesteśmy jakimiś mistrzami Europy w walce z koronawirusem, mało zakażonych, kilka zaledwie ofiar, a tymczasem jak się trochę podrąży temat, to wychodzi, że wszystko z powodu braku testów. Ten i owa przebąkują, że dane są mocno zaniżone, ale nie widzę, żeby ktoś na to stanowczo reagował. Szpital w Starachowicach zamieniono na zakaźny, inni chorzy precz. Czyżby przewidywano tam wybuch choroby? Bo na razie jest tam zaledwie garstka zakażonych. Tych, którym zrobiono testy.

    Z burzą tak jest. Długo nad horyzontem wisi ciemna chmura, w powietrzu cicho i duszno, a ona trwa niby w bezruchu. Zbliża się powolutku, niepostrzeżenie, centymetr po centymetrze. Ale to pozory. Wkrótce uderzy z całą mocą, nagle, ledwie zdążysz się schować przed nawałnicą. Albo nie zdążysz… Kurczę, jak chciałbym się mylić!

    Blog smakksiazki.pl opatruje mój dziennik fotografią błękitnej kuleczki z kolorowymi wypustkami. Czy one naprawdę są białe i czerwone? Czy to jakaś aluzja, przepraszam? Że niby co, że my stoimy za całym tym koronawirusem? To, że koronujemy i zawierzamy, nie oznacza przecież, że naszą koronę można włożyć na byle niebieski łebek i domalować mu białe i czerwone wąsy! Niebieski pochodzi od nieba, ale to nie upoważnia do takich nadużyć! To skandal jakiś! A może chodzi o szaliki? Że nasza kibicowska brać w tym maczała palce? Jagiellonia Białystok za tym stoi, albo Arka Gdynia? No wypraszam sobie. I żądam zmiany tych kolorów. Nie, nie wystarczy, że niebieski, biały i czerwony to inna flaga. Powinny być zupełnie inne, jak najdalsze od bieli i czerwieni.

    Dosyć, idę zabijać smoki.

    25 marca 2020 (1051 zarażonych, 14 zmarłych)

    Właśnie wyczytałem, że wysłani po zwolnionego przedwczoraj z aresztu „Hossa” nie zastali go w domu i… wrócili do sądu z informacją, że trzeba wysłać list gończy. Najpierw go puścili, potem zmienili zdanie i postanowili go jednak z powrotem zamknąć, ale dla przyzwoitości odczekali dobę, żeby nie było, że tak od razu. Teraz rozkładają ręce i zamiast go po prostu łapać, jeżdżą tam i z powrotem z papierkiem sądowym, bo takie są procedury. Reforma sądownictwa w imię naprawiania świata trwa. Miał rację Michel Foucault – procedury służą dyskursowi władzy i pożądania, a właściwie władzy pożądania. Z prawdą i sprawiedliwością nie ma to nic wspólnego.

    Powinienem następny akapit zacząć od stwierdzenia: „Ponieważ prawda i sprawiedliwość również nie istnieją, a jeśli, to tylko jako fantomy”. Ale nie napiszę, bo nie o tym jest ten dziennik (a właściwie dlaczego nie?). Miałem w nim na gorąco zapisywać siebie i świat, który do mnie dociera. Szybko wzrosła liczba zakażonych, są kolejne ofiary śmiertelne. Minister zdrowia, którego bez względu na wszystko podziwiam za siłę i ofiarność osobistą, zaapelował o poważne potraktowanie najbliższych trzech tygodni. Zrobił to na antenie Radia Maryja, czyli mówił do tych, którzy jeszcze kilka dni temu odprawiali normalne msze i udawali, że nic się nie dzieje. Odważny minister. Chyba stawiał na to, że wśród słuchaczy i słuchaczek dominują ludzie starsi – najbardziej narażeni i zarazem nie najlepiej zorientowani.

    Dzisiaj miałem pierwsze zajęcia zdalne ze studentami. Było fajnie, podłączyła się piętnastka, czyli prawie cała grupa. Pogadaliśmy o lekturach, powymienialiśmy opinie, ale wszyscy byliśmy trochę spięci. Trudno się skupić, myśl ucieka. Każdy siedzi u siebie w domu, więc jakby luz i bezpieczeństwo, ale tylko pozornie. Nie tragedia, ani katastrofa, ale niepokój. Tak, to wbrew pozorom całkiem mocne słowo: NIEPOKÓJ. Zalega pod skórą, nie eksploduje, nie wywraca wszystkiego do góry nogami, ale przeszkadza. Uwiera. Niepokoi. Zostaliśmy przy opowiadaniu, jak komu idzie odosobnienie i jakie środki wyrazu przychodzą mu do głowy na oddanie aktualnego stanu ducha. Nieokreśloność, niepewność, niepokój, z dnia na dzień coraz silniejsze – to dobry początek horroru. A zajęcia są z narracji w kryminale i horrorze. Pasuje. Myślę, że mimo utrudnień to będzie bardzo udany semestr. Jeśli dotrwamy do końca.

    www.unsplash.com/Ali Yahya

    Ten niepokój zalega i we mnie. Wczoraj wieczorem byliśmy na zakupach w makro, godzinę zbieraliśmy pełny kosz i ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami był jeden wózek, drugi przy kasie. Kasjerka obsługiwała go przez kwadrans, a kiedy przyszła nasza kolej na wykładanie towaru, postawiła nam przed nosem tabliczkę „Ostatni klient”. To był początek przerwy nocnej. W pierwszym zdaniu poprosiłem o obsłużenie, w drugim rzeczowo wyłożyłem, że czekamy i powinniśmy być obsłużeni, a trzecie zdanie było już niepotrzebne, bo niemiłe. Napięcie rosło parę minut, łącznie z wezwaniem głównej kasjerki. Wszystko skończyło się dobrze, ja grzecznie przeprosiłem, a pani nas obsłużyła w drodze wyjątku, niemniej całą drogę powrotną byliśmy skwaszeni i spięci. Myślałem o moich nerwach. Niby spokój, opanowanie, radzimy sobie i wszystko jest pod kontrolą, ale wystarczy drobiazg, błahostka, która nawet nie jest zagrożeniem, tylko mglistą ewentualnością zagrożenia dla twoich (faktycznych czy rzekomych) praw i od razu wpadasz w drżenie. W nerwy. Niepokój, przyczajony pod powierzchnią, natychmiast uruchamia mechanizmy agresji. Bo agresja jest reakcją na lęk. Nie powinieneś, ale zanim rozum zdąży zareagować, już rusza irracjonalna machina emocji.

    A to dopiero początek.

    Wprowadzono kolejne obostrzenia co do wychodzenia z domu. O zmierzchu pojechałem na łąki z Aksą. Agresją agresją, ale spacerować trzeba. Pusto, nikogo. Lubię zmierzch od zawsze, jest moim pejzażem katastroficznym, w którym – paradoksalnie – najlepiej się odprężam i uspokajam. Aksa lata beztrosko, ją pandemia nie rusza, z siedzenia w domu całej rodzinki ma tylko zyski, a koronawirus jej nie zabije. Ktoś dowcipkował w internecie, żeby się nie martwić, bo ten wirus zabija wyłącznie ludzi i to jest dobra wiadomość. Też katastrofizm, tylko jakby nieco bardziej radykalny. Aksa musiała usłyszeć i tym bardziej się wyluzowała. Pusto, nikogo. Niebo czyste, bez jednej samolotowej smugi, których skrzyżowane mleczne miecze dosyć nawet lubię. Stoję na środku wielkiej łąki, gaśnie światło. Zupełnie sam, jak Larry Underwood, mógłbym po prostu ruszyć przed siebie i iść, donikąd i po nic. Zbędna wolność. Życie jako totalna kwarantanna.

    Chodź, Aksa, wracamy.