Krzysztof A. Zajas
Dziennik czasu pandemii cd.
4 kwietnia 2020 (3627 zarażonych, 79 zmarłych)
Gry w durnia ciąg dalszy. Wicepremier postawił się i zagroził wyjściem z koalicji, jeśli PiS uprze się przy wyborach 10 maja, a Prezes na to zarządził głosowanie korespondencyjne i zmienił szefa Poczty Polskiej na jeszcze bardziej służalczego. Gowin na to stwierdził, że w takim razie popiera wybory na poczcie i pozostaje w koalicji. Inaczej mówiąc, wstał z progu, otrzepał spodnie i zapiął koszulę na piersi. Dosyć tego rejtanowania. Zresztą i tak niewielu się dało nabrać. Będziemy nadal grać w karty, tylko te do głosowania i z listonoszem z MON jako rozdającym.
Gdyby komuś nie odpowiadała metafora gry karcianej, niech sobie wyobrazi grę w szachy, w której figury przestawia się kopniakami w zadek. Granic chamstwa i szulerstwa nie ma, a naród odwraca z zażenowaniem głowę i jednoczy się w walce z epidemią. Ten ich wielki Naród, który podobno tak ukochali i dla którego z takim poświęceniem przejęli w Polsce władzę. Żeby było lepiej. Okej. Niby rozumiem mechanizmy walki politycznej, niby wiem, że część ludzi woli taką władzę, która bierze za pysk, bo można na nią scedować trudne życiowe decyzje – ale jakoś przykro. Patrzę z bezradną złością i myślę, że wolałbym być ślepym głupcem, który nie widzi i nie rozumie, którego w ogóle nie ma. Podobno da się zrobić, tylko trzeba parę lat słuchać Radia Maryja. Chyba nie podołam.

Wyłączam i myślę o czym innym. Tak, myślę o śmierci. Widzę siebie na łóżku, z dłońmi splecionymi na brzuchu i wyciągniętymi nogami, z oczami w słup, ale już bez widoku na sufit. I zastanawiam się, czy zrobiłem to, co do mnie należało. „Do czego zostałem powołany”, jak lubił mówić Miłosz. Cofam się i myślę, skąd miałbym wiedzieć, kto i do czego mnie powołał. Gdzie jest ten zapis? Ten warunek dołączony do mojego aktu urodzenia, paragraf w umowie na życie? Dłuższy czas żyłem w przekonaniu, że tym zapisem jest mój uczuciowy elektrokardiogram; drgnienia duszy, od których serce szybciej bije i po krzyżu biegają dreszcze uniesienia. Że to są te szczególne momenty, ważne doznania, z którymi coś powinienem zrobić. I jeszcze pamięć – ciągłe oglądanie się za siebie, próba powrotu do czegoś, czego już nie ma i płacz, że to niesprawiedliwe. W tym widziałem istotne znaki mojego życia i kombinowałem, jak zmienić je w coś wartościowego. Jak stratę obrócić w zysk, minus zmienić na plus.
Teraz już nie jestem pewien. To ślęczenie przed ekranem laptopa i pukanie palcami po klawiszach w poszukiwaniu właściwego słowa, godzinami, dniami, tygodniami, latami… czy na pewno o to chodziło? Nie miałem przypadkiem robić czegoś zupełnie innego, czego teraz brakło światu i dlatego upada? Bo że upada, raczej nie mam wątpliwości. Gdybym tak, nie wiem, został sekretarzem generalnym lub naczelnym dowódcą – może wtedy wszystko poszłoby lepiej i nie byłoby całej tej dzisiejszej katastrofy? Czyli to ja zawaliłem. No dobrze, ale jeśli tak, dlaczego nikt mi nie podpowiedział właściwego rozwiązania, tego mojego zaprogramowanego losu, od którego zależała nasza cywilizacja? Grecy mieli łatwiej: z ciemności wynurza się Fatum i po sprawie. Wszystko wiadomo. A nami rządzi przypadek, zbieg okoliczności i dojmująca niekonieczność istnienia. Jesteś i zaraz cię nie ma. Pstryk i świeci – pstryk i gaśnie.
5 kwietnia 2020 (4102 zarażonych, 94 zmarłych)
Niedziela Palmowa. Księża jeżdżą do wiernych samochodami, traktorami, furmankami, latają samolotami i pływają łódkami, żeby nieść swoją posługę. Z tyłu kościelny z tacą. Na Wielkanoc poluzowano obostrzenia antywirusowe i zezwolono na msze w głębokim przekonaniu, że wiernemu ludowi pod opieką Matki Boskiej Królowej Polski nic nie grozi. Zejdą się tłumy choćby z tego powodu, że ludzie wynudzili się w domach i potrzebują się przespacerować. Na ile znam elementarne mechanizmy rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, wirus nie przestraszy się tyrad z ambony i zaatakuje w dogodnym momencie, czego wierni nawet nie zauważą. Wśród statystyk i analiz powtarzano, że słabo zaludniona polska wieś w strefie B ma znacznie niższy procent zakażeń. Po Wielkanocy to się może zmienić.
6 kwietnia 2020 (4413 zarażonych, 107 zmarłych)
Mój minister od szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin, podał się do dymisji. W komentarzach powtarza się opinia, że został ograny przez własne stronnictwo, które za jego plecami dogadało się z partią rządzącą. Żeby przepchnąć swoją absurdalną ustawę o głosowaniu korespondencyjnym w czasie zarazy, PiS zarządził drugie głosowanie, bo pierwsze przegrał. Pod błyskawicznie przeformułowanym wnioskiem podpisali się również posłowie, których nie było w Warszawie. Na takim poziomie moralności i odpowiedzialności to się rozgrywa. Odrapany sufit, przyćmione światło, kłęby dymu i oklejone brudem karty z dziurami po nożu. Kto wygra, łupi państwo, przegrani na śmietnik. Tymczasem liczba zarażonych i zmarłych mocno rośnie, nie przejmując się etycznymi niuansami walki politycznej.
Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson wylądował ze swoim osobistym koronawirusem w szpitalu. Ten sam człowiek w pierwszej fazie epidemii lekceważył doniesienia i drwił z zagrożeń proponując Brytyjczykom powszechne zarażenie, które według jego prognoz szybko miało przejść w powszechną odporność. No to właśnie przechodzi. Po trupach.

Zoom w mapie google to jest fajna rzecz. Najeżdżasz na swój dom, sprawdzasz, czy rozkład roślin w ogródku i kształt podjazdu na zdjęciu odpowiadają tym prawdziwym (tak, tak, rzeczywistość potrzebuje oparcia w powtórzeniu), a potem leciutko paluszkiem cyk! – i odjeżdżasz w górę. Widać już cały Kraków i węzły komunikacyjne na obwodnicy, pasy lotniska w Balicach i dziwne podłużne baraki na miejscu dawnego kombinatu w Nowej Hucie, trochę jak teren dawnego obozu koncentracyjnego. Znowu cyk dwa razy paluszkiem i pojawia się pół Polski. Płasko w Łódzkiem i na Mazowszu, plama lasu między Starachowicami a Opocznem, wyrobisko w Kleszczowie większe od aglomeracji Częstochowy, zamglone zagłębie owocowe wokół Grójca. Warszawę tylko omiatam wzrokiem i dalej – cyk! – już Bory Tucholskie, moje ulubione Pomorze i Bałtyk. Jeszcze dwa razy i widzę całą Ziemię, z przewagą wody nad lądami, błękitną kulę rzuconą w puste czarne przestrzenie, które od wieków zapełniamy naszymi fanatazmatami, a od pół wieku również blaszanymi garnkami do przesyłania wiadomości. Sieć sygnałów, kokon upleciony z informacyjnych bitów; buczy toto i szumi, brzęczy, skrzeczy i mamrocze o miliardach spraw mających podobno dla nas jakieś znaczenie, a co poniektórzy twierdzą nawet, że zasadnicze. Patrzę na umęczoną ludzkim bzyczeniem planetę i myślę, czy to się da wyłączyć. Ostatnio jestem pod wrażeniem wizji zagłady z Bastionu, i wpadam w myślenie–niemyślenie, refleksję–nierefleksję, niekonstatującą konstatację, wniosek, który sam się siebie wstydzi – że może już dość tego człowieka.
7 kwietnia 2020 (4848 zarażonych, 129 zmarłych)
Wiosna się dzieje! Słońce daje na całego, niebo czyste i pastelowo błękitne jak maseczka antywirusowa, zero smutku i bólu! Wszystko stworzenie wyłazi z zimowych kryjówek, by zainicjować nowy rok według kalendarza natury. Tylko człowiek siedzi zamknięty w domu, z osobnym ludzkim kalendarzem, według którego za parę dni będzie świętował swoją ludzką śmierć. Ograniczony własnymi ograniczeniami, obostrzony własnymi obostrzeniami, spętany autozakazem, przestraszony uruchomionych przez siebie strachów i bojący się własnych lęków. Odizolowany. Ratujący się przed biologią opowieścią o Zmartwychwstaniu i jakby nie całkiem świadom, że w tej opowieści został również zdefiniowany jego koniec. A ściślej rzecz biorąc, faktyczny koniec i iluzoryczne życie wieczne. Fakt i urojenie. Bezlitosna śmierć i terapeutyczna wiara w działanie magicznych gestów. Pandemia i maseczka. Człowiek i Bóg.







