Tag: felieton Bartosza Szczygielskiego

  • „Debil” bawi, uczy i trwoży. Kwietniowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Co mają wspólnego prokuratorskie zarzuty wobec Jakuba Żulczyka, prezydent Andrzej Duda, afery wokół Roberta Lewandowskiego, Olga Tokarczuk oraz czytelnicy? Więcej, niżbyśmy chcieli.

    Żulczykowy „debil” wywołał niezłe zamieszanie w świecie informacji. Zaczęło się od rządowej tuby wpolityce.pl, do której wieść o akcie oskarżenia przeciwko pisarzowi dotarła szybciej niż do oskarżonego i jego prawnika. Potem były strony główne największych polskich portali i słodko-gorzkie żarty w mediach społecznościowych. Później sprawą zaciekawiły się BBC, „The Guardian”, „Daily Mail”, a nawet Al Jazeera. Wysypały się komentarze, analizy, mikrośledztwa dziennikarskie. Dyskusje nad marnością upolitycznionej prokuratury, prawem, etyką.

    Koniec końców wyszła z tego największa w ostatnich miesiącach inba z udziałem polskiego autora. Większa niż zmasowana krytyka „Parafila”, którą zapoczątkowała publikacja Adama Szai. Większa niż śmichy-chichy z ekranizacji „365 dni” Blanki Lipińskiej, mającej szansę zostać najgorszym filmem minionego roku na świecie. Większa niż historyczne przepychanki po pańszczyźnianym felietonie Szczepana Twardocha dla „Gazety Wyborczej”. W zasadzie – nie mam na to twardych danych, ale wiele na to wskazuje – od czasu Nobla dla Olgi Tokarczuk żaden literacki lub okołoliteracki temat nie splądrował z taką mocą polskiego mainstreamu.

    To dobrze i niedobrze jednocześnie.

    Andrzej Duda, prezydent Polski, fot: smakksiazki.pl

    Dobrze, ponieważ nieźle świadczy o naszych autorach, którzy wolą tworzyć – coraz częściej po kilka książek rocznie – niż skandalizować i robić wokół siebie pudelkowy szum. Zresztą Żulczyk też nie miał takiego zamiaru. Wpis, w którym nazwał prezydenta Dudę „debilem” i który dał początek całemu prawno-politycznemu zamieszaniu, tak jak wiele mu podobnych był autentycznym wyrazem głębokiego wkurwu autora na władzę. Doskonale go rozumiem.

    Niedobrze, ponieważ o sile oddziaływania większości dziedzin i reprezentujących je osobistości świadczy ich medialna ekspozycja. Również niezamierzona. Weźmy Roberta Lewandowskiego. Facet wpadł na kilka dni do Polski i właściwie nie zrobił nic nadzwyczajnego: przyjął order od prezydenta, zagrał mecz, strzelił dwie bramki, złapał kontuzję. Proza piłkarskiego high life’u. A jednak w świecie informacji sprowokowała wybuch trzech bomb: orderowej (czy powinien przyjąć wyróżnienie od takiego prezydenta), zegarkowej (czy piłkarzowi przystoi nosić sikor za 400 tys. złotych), kontuzjowej (czy lider kadry powinien uczestniczyć w kopaninie z półamatorami z Andory).

    Najmniej absurdalna była bomba zegarkowa, ponieważ rozwarstwienie stanowi realny i międzynarodowy problemem (choć akurat Lewandowski, najlepszy piłkarz świata, a zarazem dopiero dziewiąty najhojniej wynagradzany według „Forbesa”, jest fatalnym ambasadorem tego zjawiska). Rozwarstwienie dotyczy również mediów, które w pogoni za klikami windują newsy dotyczące najlepszych, najpopularniejszych, najbardziej kontrowersyjnych, a czasem – niestety – najgłupszych bohaterów naszej rzeczywistości, często kosztem tych najbardziej wartościowych. A i wśród najmocniej rozrywanych trafiają się rażące nierówności.

    Tak się składa, że i w piłce, i w pisarstwie mamy dwie wielkie gwiazdy: Lewandowskiego i Olgę Tokarczuk. Dwoje mistrzów świata w dwóch globalnych dziedzinach, uprawianych i podziwianych praktycznie we wszystkich zakątkach świata: miliardy interesują się piłką, miliardy (a na pewno setki milionów) czytają książki. A mimo to w przeciwieństwie do mistrza Lewandowskiego mistrzyni Tokarczuk nie wyskakuje z każdego zakamarka internetu. Nie czyta się jej we wszystkich lub prawie wszystkich polskich domach. Nawet nie zgarnęła Bestsellera Empiku za ubiegły rok. Obawiam się – nie mam na to twardych danych, ale wiele na to wskazuje – że więcej Polaków wie, kim jest Marcin Najman niż Olga Tokarczuk…

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Nie idzie rozstrzygnąć, w jakim stopniu media odpowiadają na potrzeby, a w jakim je kreują, ale pogoń za kilkami jest nierozerwalnie sprzęgnięta z preferencjami odbiorców. Portale samodzielnie nie zbudują mody na czytanie, ponieważ książki nie wyklikają się tak jak skandale, celebryci, głupota polityków czy spektakularne wyczyny atletów. I jest w tym sporo naszej – czytających – winy. My też nabijamy odsłony niewłaściwym newsom. A dodatkowo nachalnie przyklejamy czytaniu łatkę wyższości nad innymi rozrywkami, czym sprzyjamy jego premiumizacji, a nie popularyzacji.

    Oczywiście też jestem temu winny. Bo i na Najmana się nabieram, i żulczykowym „debilem” żyłem bardziej niż chociażby żulczykową nową książką, którą zapowiedział chwilę po wybuchu prokuratorskiej afery. Wpis o konsekwencjach „debila” zgarnął 13 tysięcy lajków na profilu autora, a informacja o premierze – około 5,5 tys. Deklasacja. A mogłoby się wydawać, że w informacyjnym życiu pisarza nie może się trafić nic donioślejszego niż news o premierze. Może. Wystarczy mocno uderzyć w odpowiednie struny.

    Krzysztof Domaradzki

     

  • „Czytelnik wie lepiej, czyli o gustach się dyskutuje”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Tak się jakoś przyjęło, że autor nie powinien wypowiadać się na temat opinii o jego książkach. Trzeba ładnie podziękować i iść dalej. I choć częściowo się z tym zgadzam, nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził trochę na ten temat. Tak się przyjemnie złożyło, że ostatnie miesiące to aż dwie premiery moich książek, więc trochę tych recenzji się naczytałem. Jednak dziś nie o mnie, a o was. Was, drodzy czytelnicy, którzy wiecie lepiej.

    Klient ma zawsze rację.” Zdanie znienawidzone przez każdego, kto pracował w handlu lub generalnie miał styczność z ludźmi. To hasło to relikt przeszłości, który nijak ma się do obecnie panujących standardów. Powoli się to zmienia i ludzie na szczęście dostrzegają, że nie są władcami i w momencie, kiedy coś kupują, nie stają się właścicielem osoby, która to coś im sprzedaje. Oczywiście nie wszyscy, ale jak chcemy porozmawiać z burakami, to idziemy na pole, więc tę grupę osobników sobie daruję.

    Rzeczone zdanie odnosi się także do czytelników. Kiedy książka trafia w ich ręce, to pisarz nie ma już żadnego wpływu na odbiór swojego dzieła. Może się tłumaczyć, że chciał przekazać to lub tamto, ale finalnie czytelnik i tak wie lepiej. I czasem może mieć rację, bo to, że chciało się coś osiągnąć, wcale nie musi oznaczać, że udało się to zrobić. Czasem nie trafia się do grupy docelowej, ktoś oczekiwał czegoś innego i tak dalej i tak dalej. Co jednak ma zrobić autor w sytuacji, kiedy czytelnik mówi mu, że według niego brakowało czegoś w książce? On najchętniej widziałby tam wątek romantyczny, więcej akcji lub zielonego ludka, który ssie krowie wymię.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Z tym ostatnim mogłem trochę przesadzić, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Czytelnik wie po prostu lepiej od autora, czego w książce zabrakło. Widziałem w sieci wiele recenzji różnych książek, gdzie pojawiały się tego typu stwierdzenia. I w takich momentach warto przypomnieć sobie słowa Neila Gaimana, który stworzył swojego czasu osiem zasad odnośnie pisania. Numer pięć pozwolę sobie przetłumaczyć po swojemu. Brzmi on mniej więcej tak:

    Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest źle lub coś im nie pasuje w twojej książce, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą.”

    Powyższą radę moim zdaniem każdy pisarz powinien mieć wydrukowaną, oprawioną i powieszoną w widocznym miejscu. Pozwala poczuć to, co w chwili pisania się traci. Nie wiem jak inni twórcy, ale ja pisząc przestaję być czytelnikiem. Nie widzę wszystkiego, a na wiele rzeczy patrzę zupełnie inaczej. Późniejsze starcia z redaktorami pozwalają mi trochę wrócić do rzeczywistości. Odrobinę, bo przecież nigdy nie stanę się czytelnikiem własnej powieści. Patrzę na nią inaczej nie tylko dlatego, że ją stworzyłem, ale dlatego też, że jestem inny, niż… wszyscy.

    Każdy z nas jest.

    Dlatego, kiedy w recenzjach czy komentarzach widzę klasyczne: „o gustach się nie dyskutuje”, trochę ciężko traktować mi je poważnie. Każdy z nas ciągle dyskutuje o swoich gustach, a każde wyrażenie opinii jest dokładnie czymś takim. Zupełnie inaczej odbieram dziś „Muminki”, niż wtedy, kiedy byłem dzieckiem. Nie dlatego, że dorosłem (częściowo), ale dlatego, że moje postrzeganie świata zostało zmienione przez doświadczenia. To one wpływają na to, jak odbieram kulturę i jak odbieram wszystko wokół.

    Mówienie więc o książkach, że czegoś im brakuje, że coś jest z nimi nie tak, bo JA uważam, że powinno być inaczej, jest nieakceptowalne. Czytelnik nie zawsze ma rację. Autor też nie zawsze ma racje. Czytanie powinno poszerzać horyzonty, a nie sprawiać, że zamykamy się na rzeczy, które nam nie pasują. Warto spojrzeć więc na powieści trochę innym okiem. Nie naszym, a bohatera.

    W końcu to jego świat, do którego nas na chwilę wpuszcza.

    Dajmy mu się wypowiedzieć.

    Bartosz Szczygielski

  • „Kto pyta, nie czyta”, styczniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Czytanie ze zrozumieniem to, jeżeli się nie mylę, jedno z kryteriów na maturze. Przynajmniej kiedyś nauczyciele bardzo zwracali na to uwagę. Dokładnie pamiętam, jak na lekcjach języka polskiego kazano mi przeczytać jakiś tekst i później odpowiedzieć na kilka pytań. Dziś wydaje się to zadaniem banalnym, a i w podstawówce nie sprawiało zbyt dużo kłopotów. Odnoszę jednak wrażenie, że niestety umiejętność czytania ze zrozumieniem powoli odchodzi do lamusa. To chyba jednak nie jest najgorsze.

    Spotkałem się ze stwierdzeniem, że „nieważne co, ważne, że czytają”. Częściowo się z tym zgadzam, bo owszem czytanie rozwija wyobraźnię, słownictwo i tak dalej, i tak dalej. Tylko że tak działa czytanie świadome, czyli w moim odczuciu coś, co niestety powoli zanika. Może wytłumaczę, co mam na myśli, bo samo stwierdzenie „czytanie świadome”, można interpretować różnie, a nie lubimy przecież, jak ktoś coś nadinterpretuje lub co gorsza nie zrozumie i wyciąga wnioski, które uważa za słuszne.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Dla mnie czytanie świadome to coś, co pozwala mi patrzeć na tekst szerzej. Czytając zdanie: „Siedział na krześle i patrzył w ścianę” przed oczami wyobraźni nie będę miał faceta, który po prostu patrzy, jak łuszczy się farba. Ja będę widział zamyślonego, może zmartwionego mężczyznę z problemami. Wszystko zależy oczywiście od kontekstu, ale mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi. Wiem, że niektórym może się to kojarzyć z interpretacją wierszy w szkole, gdzie przez 45 minut zastanawiano się, czy niebieskie zasłony to metafora śmierci, a może nieba. Czasem zasłony są po prostu niebieskie, bo autorowi brakowało przymiotnika.

    To jednak rzadkość, a przynajmniej ja chcę w to wierzyć. Chcę wierzyć w to, że słowo pisane dalej ma większe znacznie, niż tylko prosty i klarowny przekaz informacji. Ja przynajmniej staram się pisać tak, żeby czytelnik sam musiał dojść do pewnych wniosków. Jednak teraz się złamałem. Napisałem kilka zdań w mojej nowej książce („Krok trzeci” – premiera 29 stycznia – autopromocja), które jasno tłumaczą, co i jak. Podczas ostatniej już redakcji, dostałem jednak uwagę do nich, która brzmiała mniej więcej tak: „To już bardzo łopatologicznie, czytelnik powinien do tego momentu sam wszystko rozgryźć”. Mogłem ten akapit wyrzucić, ale tego nie zrobiłem.

    Pisząc poprzednie książki rozrzucałem w nich okruszki. Małe, bardzo małe. Czasem jednowyrazowe. Czym to się dla mnie skończyło? Tym, że część czytelników nie wyłapała rzeczy bardzo ważnej w „Krwi”. Bez tego był to po prostu kolejny kryminał i tyle, a ja chciałem, żeby to było coś więcej. Czy to oznacza, że przy „Kroku trzecim” przestałem się starać? Pisać wszystko tak, żeby nawet idiota zrozumiał? Nie. I obawiam się, że po raz kolejny mi się za to dostanie. Skąd takie obawy?

    Nie jeden już raz natknąłem się w sieci na posty w stylu:

    – Od której części zacząć czytać (wstaw nazwę dowolnej serii książkowej)?

    – Ej, podoba wam się ta książka? Właśnie ją kupiłem/kupiłam i nie wiem czy czytać?

    – Przeczytałem/przeczytałam 100 stron książki i mnie nudzi, czytać dalej? Co sądzicie?

    Przykłady można mnożyć i mnożyć. Na pierwsze pytanie odpowiada wujek Google. Wystarczy jedna fraza i gotowe. Kolejne pokazują już niestety coś, co mnie martwi. Część czytelników swoją własną opinię opiera na cudzym zdaniu. Coś, co podoba się większości, musi być przecież dobre, prawda? Owszem może, ale do takich wniosków warto dochodzić samodzielnie. I tu właśnie odnoszę wrażenie, że z tym jest coraz gorzej.

    Czytając książkę, która wychwalana jest na każdym rogu, mimowolnie sami szukamy w niej czegoś innego, czegoś więcej, niż w chwili, kiedy czytalibyśmy ją „na czysto”. Przecież te zachwyty muszą skądś się brać. Sam łapię się na tym, że daje ponieść się tłumowi, choć częściej w kwestiach filmowo/serialowych, niż tych literackich. Książki lubię chłonąć zdanie po zdaniu. To zupełnie inne medium, które wymaga większego skupienia. I czasem odnoszę wrażenie, że jestem już w mniejszości.

    Wiem jednak, że są czytelnicy, którzy wyłapują szczegóły, którzy patrzą dalej i którzy czytają świadomie, a nie na rekord. Trudno mi uwierzyć w to, że da się delektować, przeżywać lekturę w momencie, kiedy w roku przeczytało się ich 200 lub 300. To tylko mój punkt widzenia, ale jeżeli ja bym tak robił, nie pamiętałbym większości z nich. I mam cholerną nadzieję, że się mylę i te 300 książek w roku przeczytano dokładnie.

    Świadomie.

    Zadając właściwe pytania.

    Ponieważ zasłony nie zawsze są po prostu niebieskie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Prezent dla książkoholika to koszmar”, grudniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Święta to najlepszy okres dla wszystkich, którzy kochają książki. Wiedzą o tym małe księgarenki, wielkie sieci sprzedażowe i wszyscy biedacy, którzy będą szlajać się po galeriach handlowych w nadziei na to, że w Wigilię Bożego Narodzenia znajdą jeszcze jakikolwiek prezent, który nie będzie wyglądał jak „kupiony w ostatniej chwili”. Nie ma lepszego prezentu, niż książka pod choinką. No, chyba że ktoś dostanie nowego Forda Mustanga.

    Czujecie już w powietrzu zapach Świąt Bożego Narodzenia? Choinki, pierników, barszczu, taśmy klejącej i papieru w renifery? Ja czuję. Przynajmniej częściowo, bo podczas ostatniej wizyty w centrum handlowym zostałem zaatakowany choinkami, bombkami, misiami i kolorem czerwonym. Człowiek się przyzwyczaja, że od końca listopada zaczyna się marketingowe szaleństwo związane z prezentami. Za kilka lat pewnie będzie zaczynało się tuż po pierwszym listopada, bo po co tracić czas?

    To też okres, kiedy odbieram wzmożoną liczbę telefonów. Zazwyczaj mało kto do mnie dzwoni, a przynajmniej nie z taką intensywnością, jak w grudniu. To jedyny miesiąc w roku, kiedy banki przypominają sobie o moim istnieniu i próbują wcisnąć mi jakiś mały kredyt. Taki do 10 lub 20 tysięcy, żebym mógł kupić trochę prezentów na święta, bo przecież to jest najważniejsze. Jasne, prezenty dobra rzecz, ale jeszcze nie zwariowałem, żeby brać na nie kredyt, a patrząc na stan mojego konta, to już w ogóle musiałbym się zamienić głowami z sami wiecie czym, żeby się na coś takiego zgodzić.

    www.unsplash.com/Mel Poole

    Nie mogę jednak nie zauważyć tego, że z każdym rokiem szał zakupowy staje się coraz bardziej… przerażający. Dopiero co skończyły się Czarne Piątki i Cyber Tygodnie, gdzie ludzie kupowali rzeczy po cenach, które w każdym innym miesiącu są dokładnie takie same. I już zaczęło się to samo w centrach handlowych, bo święta to okres, kiedy nie zważamy na to, ile coś kosztuje. Ma się świecić. I niestety, ale książki się nie świecą. Co nie zmienia tego, że są najbezpieczniejszym z możliwych prezentów na świecie. Znacie dom, gdzie nie ma ani jednej książki? Mam nadzieję, że nie.

    Grudzień to idealny czas na to, by „wyrwać” coś ciekawego na prezent. Jeżeli chcecie kupić komuś książkę, to teraz nawet nie musicie się zastanawiać. BUM, Tokarczuk i gotowe. Nieważne jaka to pozycja, ważne, że „na czasie”. Problem z głowy, wystarczy zapakować i przejść do kolejnego prezentu. Tak, to też może być książka noblistki, bo kto wam zabroni? W końcu jest teraz wystawiona wszędzie i to w miejscach wyjątkowo widocznych. Do tego dochodzą jeszcze poradniki – jak schudnąć, jak zarabiać na YouTube, jak wyszczotkować kota i jak zrobić pierogi z jarmużem. Wchodzimy do Empiku, bierzemy pierwszą lepszą pozycję z TOP/Polecane i lecimy dalej.

    Jednak co zrobić, kiedy macie kupić prezent książkoholikowi? Człowiekowi, który ma w domu setki pozycji? Wybranych przez siebie i ułożonych pod kolor w biblioteczce. Tutaj można zrobić dwie rzeczy – popłakać się lub zaryzykować. Ja osobiście obstawiałbym wersję numer dwa, ale głównie dlatego, że jak wylewam łzy, to wyglądam, jak po spotkaniu z gazem pieprzowym. Nic przyjemnego. Książkoholik to zupełnie inny gatunek człowieka. Trzeba podchodzić do niego z wielkim wyczuciem i nigdy, ale to NIGDY, nie pytać się go: Po co ci ta książka? Masz ją już chyba w innym wydaniu?

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Gwarantuję wam, że takie pytania nie skończą się dobrze. Podobnie, jak kupowanie czegokolwiek z listy TOP czy tych najpopularniejszych pozycji. Jasne, zdarzają się wyjątki, gdzie obdarowywany będzie zadowolony z efektu kupionego „na szybko” prezentu, ale proponuję włożyć w to odrobinę więcej finezji. Dać mu to, czego naprawdę będzie pożądał. Mówię tu o pierwszym wydaniu ulubionej książki. Przeszukajcie antykwariaty, aukcje i piwnice. Zróbcie wszystko, żeby dorwać to jedno, wyjątkowe wydanie. Inną możliwością nich będzie wyjątkowe wydanie książki. Wiecie: twarda, skórzana oprawa. Wyjątkowy font, a może i uda wam się znaleźć pozycję z autografem autora. Jeżeli książkoholik jest dla was kimś bliskim, to będziecie wiedzieć, który autor jest dla niego najważniejszy i co chciałby, żeby znalazło się w jego biblioteczce.

    Święta to doskonały czas do tego, by pójść na łatwiznę. Złapać coś na szybko, zapłacić i jeszcze najlepiej, jakby zostało to zapakowane na miejscu, żeby nie tracić czasu na zbędne rzeczy. Tylko że dla mnie ten okres to coś zupełnie innego. Czas, kiedy mam możliwość pokazania najbliższym, że wiem o nich coś więcej. Co ich interesuje i czego pragną. To nie muszą być drogie prezenty, a już na pewno nie takie, które wymagają zaciągania kredytów. Niech to będzie coś, co sprawi radość obradującemu i obdarowywanemu.

    Nie idźmy na łatwiznę. Nie sięgajmy po pierwsze z brzegu powieści, bo na rynku jest tyle dobrego, że warto poświęcić na poszukiwania więcej, niż tylko pięć minut. Życzę wam ciekawych książek i tego, żebyście nie znaleźli pod choinką książki Olgi Tokarczuk. No, chyba że jej sobie życzyliście.

    Bartosz Szczygielski

  • „Piknik pod kijkiem do selfie, czyli jak wyglądają targi książki”. Listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Przeżyłem Targi Książki w Krakowie. Kto na nich był, zamiast cieszyć się ostatnim ciepłym weekendem października, ten wie, co się tam działo. Tłumy, tłumy, tłumy i kilku autorów wciśniętych w boksy wielkości budki z piwem w wersji deluxe. Standard. Przeciskając się pomiędzy stoiskami, zauważyłem jednak coś, co zaczęło mnie odrobinę martwić. Targi książki, a przynajmniej w części Internetu, wyglądają jak targowisko próżności i nie mam tutaj na myśli pisarzy.

    Tym razem moja wizyta na Targach Książki w Krakowie była wizytą towarzyską. Parę umówionych spotkań z ludźmi, których na co dzień nie widuję i parę spotkań, które wynikły gdzieś po drodze. Doskonale więc rozumiem tych, którzy przyjeżdżają na takie wydarzenia, by przy ich okazji spotkać się z kimś, kto mieszka na drugim końcu Polski. Rozumiem, bo sam tak zrobiłem. Nie rozumiem tylko, po co chwalić się czymś takim przy okazji targów?

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Przeglądając to, co pojawiało się na Instagramie w czasie trwania targów i zaraz po, odniosłem wrażenie, że spora część blogerów książkowych pojechała na nie właśnie w celu spotkania się z innymi „tworzącymi kontent”. Nie dla autorów i nie dla książek, bo te zawsze mogą znaleźć w innym miejscu. Nie zliczę, ile zdjęć grupowych blogerów widziałem w feedzie lub na stories. Jasne, wśród nich przewijały się także i te z autorami, ale każdy, kto na targach był choć raz, wie, jak to wygląda. Autograf, pół minuty rozmowy, zdjęcie, następny. Byle więcej i byle szybciej – tak, jakby zbierało się Pokemony, a za największą liczbę selfie z autorem otrzymywało się odznakę honorowego czytelnika. No, chyba, że właśnie stało się w kolejce po autograf od Olgi Tokarczuk albo Remigiusza Mroza, to wtedy można było zapomnieć o tym, by zdążyć odwiedzić kogokolwiek innego.

    Jasne, to część pisarskiej roboty. Siedzisz w kojcu i czekasz. Ktoś podejdzie albo i nie. I choć brzmi to strasznie, to świetna sprawa. Przynajmniej częściowo, bo takie same tłumy chciałoby się, żeby przybywały na każde spotkanie autorskie, a dobrze chyba wszyscy wiemy, że w Polsce te wyglądają w większości dość biednie. Stąd też moje zdziwienie, że takie wydarzenia książkowe, jak targi, zmieniają się do tego stopnia, że spotkania z autorami schodzą na dalszy plan. Pisarza w większości można „zaczepić” na Facebooku czy Instagramie, potem tylko cyknąć fotkę na targach i więcej do szczęścia nie potrzeba.

    Stojąc w kolejce do wejścia przysłuchałem się rozmowie dwóch nastolatek, które oczywiście miały plakietki z napisem „Bloger” i dla nich najważniejszą rzeczą do zrobienia podczas targów, było selfie. Nie z ulubionym pisarzem, ale na tle plakatu z Tokarczuk. Można to tłumaczyć wiekiem, ale nie one jedyne tak robiły. Duża część fotografii z okresów targowych to właśnie selfie. Czasem z pisarzem, czasem z plakatem, a czasem po prostu na tle książek, bo dobrze pokazać, że wspiera się czytelnictwo.

    www.unsplash.com/Steve Gale

    Targi stały się trochę imprezą, gdzie dobrze się pokazać, bo wypada, choć niewiele osób to jeszcze bawi. Można spotkać się z przyjaciółmi, zrobić sobie pamiątkową fotę i umieścić się w jej środku tak, by wszyscy, którzy nie dotarli na miejsce, mieli nam czego zazdrościć. Czytając relację z targów najmniej dowiedziałem się z nich o samych książkach, premierach czy wydarzeniach towarzyszących. Było za to dużo stwierdzeń, że cudownie było się spotkać ze znajomymi, którzy tak samo kochają książki.

    Szkoda tylko, że te książki są coraz mniej eksponowane przy okazji targów, a Internet zamienia się wtedy w rodzinny album ze zdjęciami, w którego centrum znajduje się najważniejsza dla nas rzecz.

    My sami.

    Bartosz Szczygielski 

  • „Selfie z Tokarczuk”, październikowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Kiedy piszę ten tekst, „Bieguni” Olgi Tokarczuk uplasowały się na 14 pozycji wśród najczęściej kupowanych książek na stronie Empiku. Jest czwartek wieczór, czyli kilka godzin po tym, jak ogłoszono, że Nagroda Nobla powędruje w ręce polskiej pisarki. Rano tę pozycję zajmowała któraś z pozycji Remigiusza Mroza, a jestem przekonany, że kiedy będziecie czytali ten tekst, „Bieguni” będą już znacznie wyżej. No, chyba, że przegonią ich „Księgi Jakubowe”.

    Nobel dla Olgi Tokarczuk to ogromne wydarzenie i chyba nie ma nikogo, kto by się z tego nie cieszył. Spuszczę zasłonę milczenia na tych, którzy twierdzą, że to „niepolskie” lub nie mieli w sobie tyle samozaparcia, by dokończyć lekturę którejkolwiek z jej książek. Dziś będę pisał o tym, jaki wpływ wywarł na „Internety” sam fakt, że nagrodzono pisarkę. To w ogóle był bardzo ciężki tydzień dla bookstagramerów, bo najpierw Mariusz Szczygieł dostał podwójną Nike za „Nie ma”, a później spadła bomba, czyli Nobel dla Olgi Tokarczuk.

    Nie pamiętam tego, jak Wisława Szymborska dostała Nagrodę Nobla. Coś mi świta, że chyba mówili o tym w Wiadomościach. Wiem za to, że potem często dostawało się tomiki jej wierszy przy różnych świętach. Jestem przekonany, że tak samo będzie z powieściami Olgi Tokarczuk, które już zaczęto masowo kupować na Allegro, bo przecież taniej, niż w Empiku. Tak samo stało się z „Nie ma”, które zajmuje dziś pierwszą pozycję na liście sprzedażowej giganta, choć wysyłka odbędzie się dopiero po 18 października, gdyż zwyczajnie skończyły się egzemplarze.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Pisałem kiedyś tekst o tym, że sława może przyjść do pisarza na jeden z trzech sposobów i niestety, ale musze podtrzymać swoje zdanie na ten temat. Oto powody:

    – pisarz umiera i dostaje czarnobiałe zdjęcie na Onecie;

    – książka pisarza zostaje zekranizowana i dostaje on kolorowe zdjęcie na Onecie;

    – pisarz dostaje nagrodę literacką, kolorowe zdjęcie oraz „jedynkę” na Onecie.

    Olga Tokarczuk może odhaczyć z tej listy już dwie pozycje i mam nadzieję, że na tym poprzestanie, bo sławę już zdobyła, a na chciwą mi nie wygląda. Mariusz Szczygieł jest w sytuacji gorszej, bo zdobył tylko nagrodę, ale przynajmniej okupuje topkę Empiku, co pewnie niedługo się zmieni. Miał po prostu pecha, że to Polka dostała Nobla kilka dni po tym, jak dostał Nike.

    Kiedy Nobla dostała Szymborska, najwięcej zamieszania robiły księgarnie, które szybko musiały zmieniać swoje wystawki. Zapomniane przez los tomiki poezji trzeba było przenieść gdzieś w bardziej widoczne miejsce, bo nie mogły leżeć dłużej w piwnicy. Teraz sprawa jest znacznie prostsza. Księgarnie przeniosły się do sieci, więc po dwudziestu minutach masz gotowy baner i promocję.

    Jeszcze lepiej, kiedy prowadzisz bookstagrama. Masz konto na Instagramie to wrzucasz zdjęcie z książką Tokarczuk i gotowe. Serduszka sypią się lawinowo, o ile było się w pierwszym tysiącu osób, które zrobiły to samo. Teraz możesz po raz kolejny odstawić książkę na półkę i wmawiać sobie, że „teraz to na pewno ją przeczytam”. Gorzej, kiedy książki Tokarczuk w domu nie masz.

    Wtedy widzę dwie drogi: wrzucasz zdjęcie portretowe pisarki lub takie, które zrobiłeś kiedyś na targach książki / spotkaniu autorskim / przystanku tramwajowym i dopisujesz, że czytałeś Tokarczuk, zanim to było modne. Fejm robi się sam, obywatelski obowiązek spełniony. Nawet Lidl zrobił reklamę związaną z Noblem, choć akurat odnosiło się to do marki koszul, którą mieli w swojej ofercie, ale wiecie, ril tajm marketing.

    Bardzo cieszą mnie wszelkie nagrody, które otrzymują pisarze. Niezależnie od tego, czy te są przyznawane na naszym podwórku czy gdzieś za granicą. Docenianie zawsze cieszy, ale dlaczego czytelnicy robią to dopiero po czasie? Czemu z księgarskich półek książki nie znikają w takim samym tempie, jak w momencie, kiedy dochodzą do nas takie wiadomości, jak ta odnośnie Nobla? Wydaje mi się, że czytelnik potrzebuje konkretnego potwierdzenia, że wydaje swoje pieniądze na coś, co w jakimś stopniu mu się zwróci. Nawet jeżeli tej książki nie przeczyta, to przynajmniej będzie miał na półce coś, co warto na tej półce mieć, a nie kolejną „zwykłą” powieść.

    Zawsze będzie się czym pochwalić przed szwagrem na imieninach.

    P.S. Zrobiłem w międzyczasie przerwę na papierosa i herbatę, a „Bieguni” przeskoczyli z miejsca 14 na 3.

    P.S.2 Już miejsce pierwsze.

  • „Jak obrazić blogera – poradnik praktyczny”. Felieton Bartosza Szczygielskiego

    Dziś będzie nietypowo, bo kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu, czy jakoś tak. Jeżeli spodziewacie się przykładów z życia wziętych, to będziecie zawiedzeni. Nie wywlekam brudów na światło dzienne w felietonach, a robię to jak każdy dorosły człowiek, czyli na stories na Instagramie. Jeżeli jeszcze nie wiecie, to Instagram jest najlepszym miejscem do tego, by poznać człowieka, a blogera tym bardziej. I to z najgorszej możliwej strony.

    Jak przystało na każdą dobrą opowieść, zacznę od żartu. Wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniem, że bloger to zawód, a już największy dla jego rodziców (badum tsss, śmiech z taśmy). I choć może wam się wydawać, że zaserwowany przeze mnie suchar z odmętów Internetu jest wielce nieprawdziwy, to niestety, ale im dłużej obserwuję społeczność Instagrama, tym mocniej przekonuję się o tym, że jest w nim sporo prawdy.

    Jeżeli dotrwaliście do tego momentu w tekście, a nie tylko przeczytaliście tytuł i dowcip, to zaznaczam, że uwielbiam niektórych blogerów i szanuję to, co robią. Dlaczego napisałem powyższe zdanie? Bo wiem, że nadinterpretacja to cudowna broń, a ja nie chceę się później w komentarzach powtarzać, żeby przeczytać tekst „ze zrozumieniem”. Dobra, to mamy już za sobą, więc przechodzimy do konkretów, czyli jak obrazić blogera. Dla ułatwienia, będę zajmował się blogerami książkowymi, bo wiadomo.

    Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem, jest nie robienie niczego. Najlepiej, jakby twój wydawca też nic nie robił. Zero serduszek pod zdjęciami z twoją książką, zero udostępnień na swoim profilu. Nic. Null. Nada. Zero głaskania po główce oznacza, że bloger robi coś źle. Skoro nie został pochwalony, a on książkę pochwalił, to kolejnej już brać nie będzie albo weźmie i po złości nic z nią nie zrobi. Egzemplarz będzie walał się gdzieś po domu, by później wylądować na Skup Szopie, Allegro czy w składzie makulatury. To nieważne, ważne jest to, że bloger pokazał wydawcy, że z nim zadzierać nie wolno.

    www.unsplash.com/Dan Counsell

    Skoro jesteśmy już przy chłodnym traktowaniu wydawcy, najlepiej tak samo potraktować autora. Skoro ten wymienia z nami wiadomości, komentarze i w ogóle zdaje się nas lubić, spróbujmy wywrzeć na nim presję. „Hej, czemu nie mam patronatu nad twoją nową powieścią?” Wiesz, wydawca ma swoje plany i staram się w nie nie ingerować. „Jasne, rozumiem.” Mijają trzy minuty i już autor nie jest obserwowany na Instagramie, a jego kolejna powieść nigdy nie zostanie przeczytana, choć wcześniejsze były wyczekiwane (to akurat autentyk).

    Nic jednak nie działa na blogera książkowego tak mocno, jak książka z… pieczątką. Wiecie, finalny egzemplarz wyczekiwanej powieści i JEB, pieczątka z informacją, że nie powinno się go odsprzedawać. Takiej obrazy majestatu nie da się wybaczyć. Książka ląduje w koszu (bo nie ma jak jej sprzedać), recenzji i zdjęcia nie będzie, ale za to pojawią się stories, gdzie trochę się ponarzeka, jakie to życie jest niesprawiedliwe i nikt cię nie szanuje.

    Nie szkodzi, że na książkę czekałeś tygodniami. Taka z pieczątką się nie liczy – no chyba że dostaniesz jeszcze jeden egzemplarz, ale już bez niej. To wtedy może, ale tylko może, rozważysz czy zająć się jej przeczytaniem. Jest tyle innych, mądrzejszych wydawców, którzy traktują blogerów lepiej, że nie musisz się tym przejmować. A autor? Niech się wali, nie dał mi ostatnio serduszka. Zresztą kto ma czas na czytanie, kiedy w tygodniu odbiera się osiemnaście przesyłek z książkami. Całe szczęście są stories. BUM okładeczka. BUM tyłóweczka. BUM następna.

    Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że przesadzam i generalizuję. Doskonale wiem, ile pracy kosztuje prowadzenie sensownego i rzetelnego konta na Instagramie, a do tego bloga. Znam takie osoby i są cudowne. Tak, uważam, że blogowanie to praca i powinno się za nią dostawać pieniądze. O ile traktuje się strony współpracujące z szacunkiem, a nie z poziomu „wszystko mi wolno, moje stories widziało tysiąc osób” (z czego 4/5 przed upływem sekundy kliknęło „dalej”, a reszta zdążyła zapomnieć, co właśnie widziała). Chcesz zarabiać na Instagramie? Rób to, ale zachowuj się profesjonalnie. Tak, barter to też współpraca i tak, powinna być na niego zawarta umowa.

    Chcesz pieniędzy za wpis, przygotuj umowę i mów o tym otwarcie. Mów o tym na swoim koncie, a nie piszesz o wszystkich przeczytanych książkach tak, jakby to była najlepsza rzecz, jaką trzymałeś w swoich rękach. Chcesz się z tego utrzymywać drogi blogerze? Przestań więc kłamać, że robisz to wszystko z pasji i liczy się tylko i wyłącznie czytanie.

    Odnoszę wrażenie, że świat bookstagrama, który tak zawzięcie broni książek przed tym, że robi się z nich produkt, jak każdy inny, sam przyczynia się do powolnego upadku czytelnictwa. A przynajmniej czytelnictwa świadomego, bo wybiera to, co najłatwiejsze.

    Szybkie współprace, jeszcze szybsze relacje.

    Zero wiarygodności.

    Bartosz Szczygielski

  • „Millennium – książki, które nie pasują”, sierpniowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Pamiętam, jak wiele lat temu, kiedy jechałem pociągiem do pracy, prawie każdy w wagonie miał w ręku książkę. Nie byle jaką, bo był to pierwszy tom sagi Millennium Stiega Larssona. Wielkie, opasłe tomiszcze leżało na kolanach starszych państwa, zwisało nieporadnie z dłoni młodej dziewczyny i było wciskane do aktówki jakiegoś faceta w garniturze. Książka ponad podziałami, pomyślałem.

    Minęło trochę czasu od momentu, kiedy skończyłem czytać trylogię Larssona i jeżeli mam być zupełnie szczery, nie pamiętam z niej już za wiele. Nie ma w tym chyba nic nadzwyczajnego, bo jestem tylko człowiekiem, a ludzie mają to do siebie, że zapominają. Sam tytuł do mnie jednak powracał, bo często spotykałem się z tym, że wykreowana przeze mnie postać porównywana była do Lisbeth Salander. Dlaczego? Nie wiem, nie mnie to chyba oceniać, ale ja podobieństw nie widzę żadnych – oprócz tego, że obie są kobietami.

    Zacząłem się jednak ostatnio zastanawiać nad jedną rzeczą, która nie daje mi spokoju. Co stałoby się z książkami Larssona, gdyby pojawiły się na rynku dzisiaj? Co więcej: co by się stało, jakby wyszły tylko w Polsce? Jak możecie się domyślać, odpowiedź na te pytania będzie w moim stylu, czyli pełna marudzenia na to, jak wszystko jest do dupy.

    Zamieńmy się miejscami. Ty, drogi czytelniku, jesteś pisarzem i chcesz wydać dzieło swojego życia. Wylałeś nad nim hektolitry potu, wypaliłeś milion papierosów, a drugie tyle litrów kawy krążyło po twoim organizmie. Udało się. Masz to! Setki stron maszynopisu, z którego jesteś dumny. Idziesz z tym do współczesnego wydawcy i… twój tekst jest kastrowany.

    Gdzie trup?

    Pierwsze pytanie, które słyszysz w momencie, kiedy w końcu, po trzech latach czekania, któryś z redaktorów odsyła ci twój tekst. Głowisz się więc, jak sensownie odpowiedzieć na pytanie, bo przecież trup jest. Wprawdzie nie pojawia się na pierwszych stronach, ale zostawiłeś haczyk na początku, więc gdzie leży problem? Czytelnik się nudzi, dostajesz w odpowiedzi. Czytelnik nie może się nudzić, ma być zaintrygowany. Ma ze zniecierpliwieniem przewracać kolejne strony twojej książki, a nie czytać o ekonomicznych przekrętach, których nie rozumie i o politycznych odniesieniach, które nic go nie obchodzą.

    Więcej trupów! Szybciej!

    Myślisz i nie wiesz, co z tym zrobić, bo trupów nie chcesz. Masz ich wystarczającą ilość i chcesz dać czytelnikowi czas na to, by twoja ekspozycja dobrze wybrzmiała. By poczuł klimat i dał się w niego wciągnąć bez reszty. Wiesz o tym ty, ale wydawca nie. Wydawca chce, żeby twoja książka była taka, jak inne, które mu się sprzedają.

    Za długa!

    Książka nie zmieści się do torebki i będzie dużo ważyła. To kolejne, co słyszysz, bo przecież opasłe tomy może wydawać w Polsce tylko Katarzyna Bonda, a ludzie i tak na Lubimy Czytać marudzą, że za długie i oni skróciliby to o połowę. Na ciebie też będą marudzić, bo akcja wolno się rozkręca i – patrz punkt wyżej: masz za mało trupów, by nazywać to kryminałem. Nie upierasz się przy kategoryzowaniu, ale przecież twoja książka musi wpasować się w jakąś szufladkę, więc niechętnie zgadzasz się na kryminał. Masz w końcu śledztwo dziennikarskie.

    Daj pan im jakieś hobby!

    Dziennikarz nie pije na umór, słyszysz. Dopijasz łyk zimnej kawy i zostawiasz to bez komentarza, bo i co masz powiedzieć?Twój bohater ma pracę, która go pochłania, nie potrzebujesz, by zalewał robaka, ale wydawca potrzebuje wyróżnika. Czegoś, co pozwoli mu wypozycjonować twojego protagonistę na jedynego w swoim rodzaju. Mówisz więc, że Lisbeth jest jedyna w swoim rodzaju. Tak, to mu się podoba, ale brakuje mu romantyzmu w relacji z dziennikarzem. Więcej uczucia, mówi. To się sprzedaje, mówi. Ma być szczęśliwe zakończenie, mówi.

    Wtedy się poddajesz.

    Wydajesz książkę sam, bo możesz. Bierzesz wszystkie oszczędności, dostajesz wymarzony numer ISBN, a razem z nim trzysta egzemplarzy, które trzymasz w piwnicy, bo Empik weźmie je wtedy, kiedy ty oddasz nerkę, żeby mieć na to pieniądze. Piszesz kolejną książkę z nadzieją, że coś się w końcu zmieni. Przecież jest dziś miejsce na książki, których nie da się łatwo zaszufladkować i ludzie będą chcieli je czytać.

    Będą?

    Bartosz Szczygielski

  • „Cenne oceny, czyli jak stworzyć arcydzieło w 10 minut”. Lipcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zastanawialiście się kiedyś, ile prawdy jest w teoriach spiskowych? Nie mówię tutaj o twierdzeniach, że na Księżycu nikt nie wylądował, szczepionki powodują autyzm, a Ziemia jest płaska, jak deska do krojenia. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że większość takich teorii jest zwyczajnie wyssana z palca. Ale co z teorią, że da się stworzyć arcydzieło, niezależnie od tego, jaką jakość prezentuje?

    Mam w sobie coś z masochisty, bo zamiast siedzieć wygodnie na kanapie i oglądać kolejny sezon ulubionego serialu, siedzę przy biurku i klikam w profile na portalu Lubimy Czytać. Portalu, który zapewne każdy szanujący się książkoholik doskonale zna, choć nie musi z niego nawet korzystać. Ja korzystam (rzadko, ale jednak), a kiedyś nawet pisałem tam oficjalne recenzje, ale o kulisach tego mówić nie będę, gdyż dałem słowo, a nie lubię go łamać. „Serce”, czyli moja ostatnia powieść miała także patronat Lubimy Czytać, co sobie chwalę, bo być może trafiłem do kilku nowych czytelników.

    I tak właśnie przeglądając portal przypomniałem sobie rozmowę z przyjacielem, który kilka lat temu zaproponował mi pracę. Nie zgodziłem się, bo pracę i kręgosłup moralny miałem i nadal mam, ale sam temat gdzieś tam do mnie powracał. Chodziło o to, żeby pisać „recenzje” oraz oceniać książki na różnych portalach. Oczywiście jednym z nich było Lubimy Czytać, ale w grę wchodziły także strony Empiku, Merlina i wielu innych internetowych księgarni. Jak taka praca miałaby wyglądać? Zakłada się kilkanaście różnych kont, podpina je pod kilkanaście różnych adresów mailowych i trzaska się „dziesiątkami”. Do tego dobrze dorzucić kilka sloganów: świetnie się czyta, wciąga jak diabli, najlepsza książka w moim życiu. Wiecie o co chodzi.

    Napisałem, że temat do mnie powracał, bo dostałem kiedyś taką propozycję, ale będąc już autorem, czyli: „hej, daj piątaka, a skoczy ci ocena tu i tam”. Oczywiście wiadomość nie brzmiała dokładnie tak, ale jej sens starałem się zachować. Wiem też, że tego typu maile trafiają do wydawców. Za relatywnie niewielką kwotę ludzie są w stanie zrobić z każdej książki, nawet mocno przeciętnej, arcydzieło. Przynajmniej w Internecie. Wydawać by się mogło, że teraz takie rzeczy powinny być niemożliwe, prawda? Jakaś weryfikacja po numerach IP? Cokolwiek, co ograniczałoby tworzenie kilkunastu fikcyjnych kont. No dobra, ale czy to dalej jest możliwe?

    www.unsplash.com/Tianyi Ma

    W dwie minuty założyłem nowe konto i dałem pewnej książce ocenę. Wybrałem pozycję na tyle popularną, że ani jej nie zaszkodziłem, ani nie zrobiłem dobrze. Z czystym sumieniem – 7/10. Ocenę usunę, bo nie chciałbym wpływać na całokształt. Zależało mi tylko na tym, by sprawdzić, czy mechanizm dalej działa i jak się okazuje działa, bo zrobiłem też… kolejne konto. I dałem kolejną ocenę. I kolejną. I kolejną z kolejnego konta. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że można w jednym domu korzystać z kilku kont, ale jednak sam proces weryfikacji powinien być solidnie przemyślany. Obawiam się, że teraz nie ma go w ogóle. Bo i po co, skoro interes się kręci, a wszyscy są zadowoleni?

    No dobra, wiemy już, że da się zawyżać oceny i nie spotka nas za to kara. Tylko czy ktoś tak robi? Dowodów nie mam, ale przejrzałem kilka ostatnich „hitów”, czyli książek, o których jest wszędzie diabelnie cicho, a na portalu mają wysoką ocenę z setkami głosów. Natrafiłem tam na sporo kont, gdzie nie jestem w stanie zobaczyć informacji o tym, co dany użytkownik jeszcze oceniał. Odbijałem się od pola z napisem „brak uprawnień”. W przypadku jednej książki natrafiłem na kilkanaście takich kont i każde z nich dało ocenę 9/10 lub 10/10. Do tego krótkie uzasadnienie i gotowe: mamy arcydzieło. Ciekawe jest to, że oceny w tym konkretnym przypadku nie przełożyły się na inne platformy, bo na Empik straszy okrągłe 0 recenzji i ocen, a na Legimi raptem kilkanaście.

    Sytuacja może działać też w drugą stronę, bo przecież bardzo łatwo obniżyć ocenę książki, bombardując ją ocenami 1/10. Wiem, że w takim przypadku można się zgłosić do LC i oni zareagują, ale tylko idiota odzywałby się w sytuacji, kiedy ma same 9 i 10, prawda?

    Po co w ogóle robić coś takiego? Odpowiedź jest prosta: dla czytelników nieświadomych. Takich, którzy jak ja, kiedyś wierzyli w to, że oceny faktycznie mają odzwierciedlać treść. Zachęceni wysoką oceną i dalej wierzący w jej prawdziwość, kupią książkę. Marketing, bejbe!

    Ja wiem, że takie rzeczy się robi i to przy każdym produkcie, bo książka przecież również takowym właśnie jest. Promocja ma też swoje ciemne strony, a zawyżanie ocen to tylko jedna z możliwości.

    Przeglądając oceny na portalach można dojść do wniosku, że co druga książka jest arcydziełem. Wiecie, tytułem, który ludzie będą pamiętali przez całe swoje życie i najchętniej do grobu zabiorą ze sobą tylko te najlepsze powieści. Patrząc na to, jak łatwo przyznawane są „dziesiątki”… to będzie bardzo duża trumna.

    Bartosz Szczygielski