Tag: felieton Jakuba Ćwieka

  • W cieniu zakazanego Kinga, czyli rzecz o HB1069. Felieton Jakuba Ćwieka

    No to poszła w świat wiadomość z Florydy — książki Stephena Kinga zostają zakazane! I nie jest to żadna plotka, bo napisał o tym — wyrażając przy tym spore zaskoczenie owym faktem — sam król horroru. Jego tweet na ten temat, z ostatniego dnia sierpnia, ma na ten moment prawie dziewiętnaście milionów wyświetleń i blisko sto pięćdziesiąt tysięcy polubień. No bo jakże to tak? Gdzie my żyjemy, że książek zakazują?!

    Sytuację podkręca oczywiście fakt, że Floryda, gdzie King obecnie mieszka, jest stanem rządzonym przez Republikanów, z którymi pisarz się, delikatnie mówiąc, nie lubi. Zwłaszcza jego wpisy szydzące z Trumpa, albo wręcz otwarcie go wyzywające niosą się po świecie raz za razem, ku wściekłości zwolenników żółtowłosego zbawcy Qanonu.

    Może się więc wydawać, że to zemsta za te wpisy, prawda? W rzeczywistości jednak w ogóle nie chodzi o Kinga.

    Zacznijmy od tego, że sprawa nie jest nowa.

    Jej pierwszym etapem, było podpisanie w maju ubiegłego roku , przez republikańskiego gubernatora Florydy, Rona DeSantisa tak zwanego HB 1069 czyli ustawy stanowej regulującej szereg kwestii związanych z procesem edukacji. Dokument ten powstał rzekomo w odpowiedzi na szerokie zapotrzebowanie społeczne, a w rzeczywistości odnosił się do skarg szurniętych konserwatystek z organizacji zwanej „Mamuśki wolności” (Moms of Liberty).

    Tak się składa, że DeSantis, sam z mielonką zamiast mózgu, z Mamuśkami się zgadza, więc zlecił sporządzenie odpowiedniej ustawy. A ta zawiera między innymi punkt odnoszący się do kontroli społecznej (nie tylko rodzicielskiej) nad materiałami edukacyjnymi w szkołach.

    Stephen King, fot: Shane Leonard

    Znaczy to mniej więcej tyle, że każdy obywatel może zgłosić zastrzeżenia do książek lub materiałów w bibliotece szkolnej, jeśli uzna, że przedstawiają one tematy związane z rasizmem, przemocą, tożsamością LGBTQ+, tematami zdrowia psychicznego, a także treści o charakterze seksualnym, nawet jeśli nie są pornograficzne. Takie materiały mogą zostać zdjęte ze szkoły już prewencyjnie, po samym zgłoszeniu, aż do czasu ich weryfikacji.

    Ustawa nie precyzuje żadnego z pojęć klasyfikujących do zakazu, pozostawiając ogromne pola do nadużyć (na przykład książka piętnująca rasizm też się do niego odnosi).

    Nie mówi jak długo taka weryfikacja miałaby trwać. W praktyce więc książka zdjęta z półki nawet bez sensownego powodu, może już na tę półkę nie wrócić

    Dokument podpisany, jak już wspomniałem, w maju, wszedł w życie w lipcu 2023. I to właśnie on spowodował, że z bibliotek szkolnych na Florydzie usunięto dziesiątki, jeśli nie setki książek, w tym między innymi dwadzieścia trzy tytuły autorstwa króla grozy. Są to między innymi „Carrie”, „To” czy „Wielki marsz”, w których faktycznie, nie da się temu zaprzeczyć, znajdują się treści związane z zachowaniami seksualnymi.

    Nie popieram zakazu, ale mówiąc szczerze o samego Kinga w tym przypadku gardłować mi się zwyczajnie nie chce. Jemu ta ustawa nie zaszkodzi, bo i tak jest przecież wszędzie. Kto będzie chciał, na pewno do niego dotrze bez większego trudu.

    Warto jednak wiedzieć, że głównym celem tego zapisu są przede wszystkim książki traktujące o seksualnej orientacji czy tożsamości płciowej ( takie jak chociażby „Gender Queer” autorstwa Maii Kobabe, opisująca tożsamość płciową i seksualność, czy „All Boys Aren’t Blue” George’a M. Johnsona, poruszająca kwestie rasizmu i tożsamości LGBTQ+).

    Skąd to przekonanie? Cóż, świadczą o tym inne punkty HB 1069.

    www.unsplash.com/Gene Gallin

    Mam na myśli między innymi kwestię całkowitego zakazu używania zaimków niezgodnych z płcią biologiczną: Nauczyciele i uczniowie nie mogą używać zaimków, które nie odpowiadają ich płci określonej przy urodzeniu. Szkoły nie mogą pytać uczniów o preferowane zaimki ani ich stosować, jeśli nie są zgodne z płcią biologiczną.

    Ważne dla ustawodawcy jest też ograniczenie nauczania o tożsamości płciowej i orientacji seksualnej: Zakaz dotyczy nauczania na ten temat w klasach od przedszkola do ósmej klasy. Jest to rozszerzenie wcześniejszej ustawy, nazywanej potocznie „Don’t Say Gay”.

    To, że z półek znikają książki Kinga, Huxleya czy Vonneguta to efekt tego, że może je zgłosić każdy. I ludzie, zwłaszcza konserwatyści, zgłaszają, przez co w samym tylko ubiegłym roku zablokowano blisko czterysta tytułów, a DeSantis chwali się, że inicjatywa oddolna spotyka się z takim zaangażowaniem.

    Ale pod płaszczykiem tej rzekomej oddolności, kryje się skoordynowane działanie republikanów mające na celu zablokowanie młodym ludziom dostępu do wiedzy, która pozwoliłaby im lepiej zrozumieć siebie i otoczenie.

    Dlatego jak tak teraz myślę, to chyba nawet mam w tej sprawie trochę do Kinga żal. Bo jeszcze raz, DeSantis i inni florydzcy konserwatyści są pieprznięci i chorzy z nienawiści i to jest jasne. Zakazywanie książek w taki sposób głupie. Ale King zamiast wykorzystać fakt znalezienia się w tej przykrej sprawie tak, by sprawnie przekierować spojrzenia mediów na prawdziwy problem, on — pisarz przecież spełniony — ściąga uwagę na siebie i tworzy temat zastępczy, skupiając na tym, że jakiś dzieciak nie będzie miał opcji wypożyczenia książki „To” w szkolnej bibliotece.

    Mimo wszystko szkoda.

    Jakub Ćwiek

  • Czy seryjny morderca jest lepszy od konsoli? Tekst Jakuba Ćwieka

    Nie tak dawno miałem okazję trafić na filmowy zapis rozmowy Tomasza Raczka z Katarzyną Bondą. Tematem głównym była szeroko rozumiana twórczość oraz pasje autorki, ale rozmowa, jak to zwykle bywa w przypadku tych, przy których nie trzeba się spieszyć, raz po raz dryfowała na boki. I jednym z takich dryfów była rozmowa na temat spraw formacyjnych wśród młodych ludzi.

    W pewnym momencie autorka wspomina o tym, jak była na spotkaniu autorskim w szkole swojej nastoletniej córki i gdy rozmawiała z jej rówieśnikami, wyszło, że większość słucha pasjami podcastów na temat seryjnych morderców.

    Swoje stanowisko wobec takiego stanu rzeczy autorka wyjaśnia klarownie, więc i ja je klarownie przytoczę, posługując się cytatem:

    „Myślę, że to jest ten wiek. I bardzo dobrze, jestem za tym ponieważ uważam, że należy pokazywać młodym ludziom, że wilk jest w lesie”.

     

    Gdy natomiast Tomasz Raczek pyta, czy pisarka nie ma obawy, że to (w domyśle podcasty true crime’owe) może trafić do wyobraźni młodych ludzi i „będą chcieli spróbować jak to jest”, Bonda odpowiada:

    „Daj Boże, żeby trafiło to do ich wyobraźni, żeby wiedzieli, że istnieje zło i dobro. A to czy oni będą sprawdzać czy ten nóż jest ostry, to moim zdaniem zależy od czegoś zupełnie innego. Chodzi o taki fundament społeczno-rodzinny i elementy psychologiczne, które sprawiają, że młody człowiek wkracza na tę ścieżkę i to wynika z lęku (…) natomiast moim zdaniem to nie dzieje się tak, że my po lekturze kryminału czy obejrzeniu jakiegoś serialu kryminalnego najbardziej krwawego, czy horroru od razu pójdziemy i zostaniemy urodzonymi mordercami”

     

    I tu się na chwilę zatrzymajmy.

    Generalnie, nie wchodząc w jakieś drobne niuanse, ani moje prywatne zdanie na wyrażony tu pogląd, słychać, że Bonda zna temat i wyraża zwartą, konkretną opinię. Nie pierwszy raz zresztą. Nietrudno sprawdzić, że pytano ją o to setki razy, a i sama, jako autorka kryminałów, a wcześniej dziennikarka zajmująca się tematem, przewałkowała to sobie w każdą możliwą stronę do tego stopnia, że może jak z rękawa sypać przykładami, statystykami i konkretnymi twardymi wynikami badań na potwierdzenie swojej tezy. A ta teza, nieco upraszczając, brzmi następująco: to nie tak, że kryminały czy podcasty true crime’owe są szkodliwe same w sobie, bo jak każde ziarno, zależy na jaki trafią grunt. Ale co do zasady to nawet dobrze jeśli nastolatki będą słuchać pasjami o seryjnych mordercach, bo dzięki temu nauczą się że istnieje zło.

    Tomasz Raczek i Katarzyna Bonda, fot: Kanał YT – Onet Styl Życia

    Mija jednak niedługa chwila i narracja Bondy nagle się zmienia. Nagle znajduje się medium, które jednak nie łapie się na kategorię ziarna zależnego od gleby. I są to, uwaga, gry.

    Oddajmy raz jeszcze głos autorce:

    „Natomiast moim zdaniem to jest absolutnie sytuacja, w której rodzice i ludzie którzy są w środowisku widzą różne rzeczy niepokojące. Nie wiem, na pewno jest bardzo wielki problem z grami, z uzależnieniem od gier, które też jakby stępiają pewien rodzaj wrażliwości i mogą nie tyle zachęcać, co zdejmować poczucie odpowiedzialności u młodego człowieka.”

    I na tym etapie przyznam, że trochę zdurniałem. Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do wypowiedzi numer jeden tu autorka nie wypowiada się już tak konkretnie. Podnosi na przykład zarzuty stosowane wobec gier po prostu (że oswajanie i bagatelizowanie przemocy) i miesza je z uzależnieniem od gier, co jest dość drastycznym myleniem pojęć. Każde uzależnienie jest bowiem poważnym problemem, w pewien sposób szczególnie u młodego człowieka. I nieważne czy mówimy o cukrze, social mediach, grach sieciowych, mecie czy seksie.

    Skupmy się jednak na tym fragmencie o stępianiu wrażliwości i zachęcaniu do zdejmowania poczucia odpowiedzialności. A dokładniej na tej dziwnej rozbieżności z jaką Katarzyna Bonda traktuje poszczególne media.

    Dlaczego brutalne książki czy seriale nie mają tych strasznych skutków ubocznych, które rzekomo mają gry? Czy w ogóle możemy przyjąć takie odgórne założenie?

    Wszystko, jak zawsze, sprowadza się do wyboru przykładów.

    Generalnie nie słucham podcastów true crime’owych i ciężko mi oceniać ich wartość, ale jestem gotowy przyjąć założenie – podparte jakimś tam wąskim doświadczeniem jako odbiorca – że istnieją wśród nich programy wartościowe, nie tylko opisujące detalicznie daną zbrodnię, ale i przedstawiające sytuację społeczną, los ofiar, jakąś próbę zanalizowania problemu, który doprowadził do tego, że jakiś potwór w ludzkiej skórze zaczął dokonywać straszliwych zbrodni.

    Ale są też, i tu chyba zgodzimy się wszyscy, podcasty pisane na kolanie, stanowiące rynsztokowo-brukowy zapis zbrodni i będący po prostu tanią pożywką dla miłośników mocnych wrażeń. Których jest więcej? Pozostawiam to Waszej ocenie, sam, jak napisałem, nie czuję się ekspertem.

    www.unsplash.com/Igor Karimov

    Podobnie rzecz ma się z kryminałami, zarówno książkowymi jak i serialowymi. Tu znam się trochę lepiej, więc mógłbym bez trudu wskazać rzeczy ciekawe, mądre, niosące za sobą jakąś wartość. Przewagę jednak, w myśl zasady o pieniądzu lepszym i gorszym, stanowią nieudolnie sklecone bzdety oparte na tanim szoku. Tak jest w każdym medium i nie ma co się dziwić, ani specjalnie na to utyskiwać. Rzecz, żeby umiejętnie w tym przebierać.

    I teraz, wracając do meritum: czy potrafiłbym wskazać gry komputerowe, w które nie powinny grać młodzi ludzie? Tak, nawet po samych pudełkach. Wchodzę do sklepu, patrzę gdzie jest znaczek z osiemnastką i już wiem, że to są gry niedozwolone dla młodych ludzi. I rzecz jasna to nie jest doskonały system, wiele tu przecieka przez palce. Ale mimo wszystko jest tu jakiś model oznaczania niewłaściwych treści, prawda? Coś, czego raczej nie ma na książkach kryminalnych. Ba, często treści skrajnie przemocowe pojawiają się w książkach, które wcale tego nie sugerują, jak na przykład recenzowane kiedyś przeze mnie „Osiedle RZNiW”.

    Zatem zapytam inaczej – czy potrafiłbym wskazać gry, które są świetnymi przykładami wyśmienitej interaktywnej narracji? Niosące za sobą jakiś przekaz i dające do myślenia? Ależ proszę, od ręki: Red Dead Redemption 2, Wiedźmin 3, Detroit: Become Human, nowy God of war, The Last of Us (1 i 2), Plague Tale, Hellblade: Senua’s Sacrifice. I celowo wymieniam tutaj te gry, w których dzieje się przemoc, odpuszczając te niemal zupełnie przemocy pozbawione (na przykład wyśmienite „It takes two” czy kolorowe opowieści o „Ratchetcie i Clanku”.

    Do czego zmierzam? W zasadzie do tego, co na samym początku powiedziała Katarzyna Bonda, zanim zdryfowała na nieznane jej morza tematów growych: To, co będzie rozwijać albo spaczać następne pokolenie to nie tyle same media, co fundament, jaki im zapewnimy, ucząc ich odpowiednich wyborów.

    Bo Bonda – o Raczku nie wspomnę, bo na temat jego podejścia do mediów których nie rozumie, jak komiksy czy gry, mam zdanie jak najgorsze – zapomina najwyraźniej o jednym. Że jej spokój związany z pasją córki i jej koleżanek bierze się z tego, że ją (tę pasję) rozumie.

    Gdy wiesz cokolwiek o grach, możesz sugerować właściwe wybory. Tak samo jak wtedy, gdy wiesz coś o książkach, o filmach, o czymkolwiek. Możesz dzielić tę pasję, możesz doradzać, odradzać i twoje jako rodzica zdanie coś znaczy.

    Gdy nie znasz, ale potępiasz w czambuł, mieszając dodatkowo pojęcia, to można chyba powiedzieć, że nie w grach jest problem. Ani nie w dziecku.

    Jakub Ćwiek

  • „Time to say goodbye”, listopadowy (ostatni) felieton Jakuba Ćwieka

    Nadszedł czas. To mój ostatni cykliczny felieton dla smakksiazki.pl. Zawsze w takich momentach mówi się, że to nie była łatwa decyzja, że będzie mi brakowało, że może kiedyś wrócę. „To nie żegnaj, a do widzenia” zwykło się w takich sytuacjach mówić czy pisać. Pierdolenie. Pisząc pierwsze zdanie tego tekstu poczułem ulgę. Z dwóch powodów, z których pierwszy jest prozaiczny i towarzyski.

    Wreszcie przestanę psuć sobie opóźnieniami tych felietonów relację z dbającym tu o Was Adamem! Ileż to bowiem razy było tak, że gdzieś w trasie dostawałem nagle wiadomości „ej, pamiętasz o mnie?” co skutkowało głośną ją macią i zjechaniem na pobocze czy MOP, by wyjąć komputer i napisać tych kilka dawno przemyślanych, ale nie zliterowanych jeszcze słów. Ale to, jak mówię, powód mniejszy, prozaiczny, towarzyski. Drugi jest ważniejszy: nie ma już w zasadzie nikogo, kto mógłby się na mnie za te teksty bez sensu obrazić! Jeśli jesteście tu ze mną dłuższą chwilę to wiecie, że było tego trochę. Po tym jak napisałem tekst o tym, że dziś funkcję literackich krytyków coraz częściej przejmują nieprzygotowani do tej roli blogerzy i spada na nich przez to za duża odpowiedzialność, jedna trzecia środowiska uznała, że odbieram im prawo bytu.

    Gdy w innym tekście napisałem o dość toksycznej relacji między tymi blogerami a wydawcami wymuszającymi pozytywne recenzje grożąc zerwaniem współpracy, podpadłem sporej części tych, co zostali. A potem to już sami pewnie pamiętacie: pytania o sens akcji promujących czytelnictwo bez jednoczesnego dbania o jakość opowieści, zwracanie uwagi na nieuczciwe praktyki marketingowe, niebezpieczeństwa przeludnionych Targów i tego w jaki potem sposób próbowano to „zbombardować PRowo”, głos w sprawie tego jak i dlaczego dzielimy literaturę i wreszcie mój otwarty list do Remigiusza Mroza, który odbił się szerokim echem, choć mało kto go przeczytał. A przynajmniej przeczytał z uwagą. Ci bowiem czytelnicy, którzy się z tekstem zapoznali wiedzą, że nie samo tempo pisania Mroza było moim zarzutem, a idący za nim brak rzetelności. Co zwłaszcza w kontekście spraw ważnych społecznie jest co najmniej nieodpowiedzialne. Ale przecież łatwiej było krytykom i propagatorom zarzucić mi zawodową zazdrość niż zauważyć, że swym przyklaskiem bądź milczeniem stają się owej szkodzie współwinni.

    www.unsplash.com/Bernard Hermant

    Kończę pisać te felietony nade wszystko dlatego, że… nie mają sensu. Nie dlatego tylko, że rynek książkowy w Polsce pełen jest problemów czy wręcz patologii. Choć jest i to z każdej strony patrząc. Kończę je pisać, bo przestałem wierzyć, że kogokolwiek skłoniłem za ich pomocą do choćby przemyślenia tematu. Do zastanowienia się, do sformułowania kontrargumentu. Pisałem do przekonanych, a nieprzekonani się obrażali. W sformułowanych myślach jedni i drudzy wyławiali tylko pasujące im słowa klucze. Kontekst, związek przyczynowo skutkowy, argumentacja i spójność wywodu… cóż, tego już nikt nie szuka. Tego już nikt nie chce wskazywać. Wszyscy piszą do przekonanych, do swoich wąskich grupek. Czekają na zdania „nic dodać, nic ująć” „w punkt” i całą resztę. A mnie to już zwyczajnie niepotrzebne. Nie zależy mi na tym, by być werbalizatorem, trybunem ludzi podobnie myślących. Chciałem tu pogadać o literaturze i o tym co zrobić, by znowu miała wartość inną niż okładkowa. Na obecną chwilę jednak mój plan jest taki, by wciąż starać się uczyć od najlepszych i pisać coraz lepiej. Nie być żadnym głosem wołającym na puszczy czy innej pustyni. Zamiast tego być coraz lepszym pisarzem gatunkowym. Bo są przykłady, że wciąż się da. Mimo wszystko. Dziękuję, Adamie za tę kolumnę, Wam za czytanie. Do zobaczenia na Drodze.

    Jakub Ćwiek

     

     

  • „Treści w krainie podcastów”, październikowy felieton Jakuba Ćwieka

    Lubię podcasty tematyczne. Oczywiście nie wszystkie, wiele zależy od tematu, ale oprócz konkretnych tytułów, które nie czas i miejsce wymieniać, podoba mi się sama idea. To trochę podobnie jak z blogami tematycznymi. Lubię jak ktoś czasem skondensuje dla mnie wiedzę, przedstawi ją fajnie i zwięźle, pomoże mi być na bieżąco w kwestiach, które interesują mnie nie dość, by się wgłębiać na poważnie, ale mimo wszystko troszkę.

    Lubię, gdy ludzie w podcastach rozmawiają. I nie mam tu na myśli wywiadów, ale faktyczną rozmowę na jakiś temat, gdzie oprócz przekazywanej wiedzy pojawia się jakiś do tej wiedzy komentarz, czasem żart, czasem jakaś osobista anegdota.

    Lubię, gdy we wpisach blogowych widać styl blogera, jego faktyczne zainteresowanie tematem, wnioski.

    Słowem, niezależnie od medium, lubię, to, co w przekazywaniu opowieści podobało mi się zawsze – wykorzystanie konkretnej platformy, by jak najlepiej oddać daną historię. Bo tak, blog czy podcast mogą być nośnikiem opowieści równie dobrym, co powieść, komiks, stand up, teatr, piosenka czy film. I też ma swoją specyfikę.

    To, czego natomiast nie lubię…

    Po pierwsze nie znoszę żerowania na czyjejś pracy. Niedawno głośna była u nas sprawa blogera, który przywłaszczał sobie cudze tematy i cudze prace i publikował je w sieci jako swoje materiały. Mniejsza o personalia i dane, ale zaskakujące wydaje się zjawisko. W dzisiejszych czasach programów antyplagiatowych, w czasach ogromnych baz tekstowych, cyfrowych bibliotek etc. proces uchodził typkowi bardzo długo, popularność rosła, a nowe teksty pojawiały się jeden po drugim i budowały renomę i prestiż. Bo tak, tematy były bardzo różne, zadania domowe w tekstach odrobione na tip top, moc opowieści godna profesjonalnego reportażysty. Bo i rzeczywiście były to opowieści tworzone przez reportażystów, a przez typka jedynie zaadaptowane na bloga bez podania źródeł. Za to za darmo, bądź za dobrowolne składki patronów.

    Jak to się mogło stać? Dość prosto! Ludziom wiedza uzyskana z przeczytania notki blogowej w całości wystarczała, więc nie zgłębiali tematu, bo nie czytają książek. Skoro nie zgłębiali tematu, nie mogli wiedzieć, że wpisy to teksty kradzione i przemalowane na nowy kolor dla niepoznaki.

    To oczywiście dość skrajny przypadek, ale można podać szereg mniejszych, nie tak oczywistych prawnie, a mimo to nie dających mi spokoju. Oto bowiem niezwykle często trafiam na podcasty i blogi, które, jeśli nie są lifestylem, a rzeczywiście programem tematycznym, rżną streszczenia pojedynczych książek. Nie dokonują kompilacji, porównania materiałów. Nie, są brykami jednej, konkretnej pozycji, konkretnego autora. Opowiedziane swoimi słowami, więc bez jakiegokolwiek odniesienia do źródeł. Inaczej więc mówiąc, ktoś odwalił pracę reasercherską do książki, a ktoś inny ograniczył się do zrobienia notatek z gotowej książki i przeczytania tychże, bądź powiedzenia ich własnymi słowami w ramach nagrania. No trudno się dziwić, że nowe formy wypierają stare. To trochę tak, jakby dzieci podkradały rodzicom pieniądze i obnosiły się dumą, że są bogatsze od swoich starych!

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że uważam, że forma jaką jest podcast czy blog tematyczny musi być wtórna wobec książek reporterskich. Znam szereg świetnych podcastów, gdzie ludzie robią naprawdę dobrą robotę od początku do końca i zdobywają markę tak, jak należy. Ale ogrom tego na co trafiam idzie na łatwiznę. I zalewa nas kradzionymi treściami, tłumacząc się bełkotliwie i zwykle bezzasadnie prawem cytatu.

    Po drugie nie podoba mi się niezwykle częsty brak przykładania się do formy. I znowu, znam szereg wyjątków, ale ogrom tego, co czytam i słucham to streszczenia bez krztyny finezji, albo z formą niedopasowaną kompletnie do przekazywanych treści. To ostatnie zresztą niezwykle często towarzyszy twórcom z drugiej ręki. Dla nich to tylko temat przeczytany i streszczony, nie przeżywany na etapie zbierania materiałów, porządkowania ich, dobierania i spisywania. W tym znaczeniu blogerzy i twórcy podcastów są jedynie nieudolnymi odtwórcami i trudno ich za to szanować.

    Zmierzam do tego, że patrzę na rozwój rynku podcastowego w Polsce (bo ten jest, zwłaszcza u nas, wciąż dość świeży, choć już nie nowy) z pewnym niepokojem i z pewną nadzieją. Nadzieją, bo to forma z ogromnym potencjałem, co czasem tu i tam widać. Miksy wywiadów, felietonów, opowieści ogniskowych, dyskusji i szeregu innych form dają możliwości o których wielu się nie śniło, a dodatkowo Internet daje potencjalne zasięgi.

    Niepokojem, bo to, co widzę to bardzo szybkie pójście w tempo kosztem jakości dostarczanego materiału *. Internet to medium szybkie, w natłoku rzeczy rozbłyskają i gasną, ale to nie powinno usprawiedliwiać twórców. Nie można mówić, że taka czy inna forma wygrywa z książką, gdy wszystko co czasochłonne owa nowa forma z tej książki czerpie, a resztę kastruje jako niepotrzebną.

    Dlatego apeluję. Jeśli traficie na fajny podcast czy blog, a w nim interesujące treści, zgłębcie temat. A jeśli, czego nie życzę, okaże się, że owa fajność wpisu czy nagrania jest tak naprawdę zasługą kogoś innego, czyjejś ciężkiej, ukradzionej pracy, tępcie, nagłaśniajcie, zgłaszajcie **. Posprzątajmy blogosferę i strefy podcastowe. Niech twórcy dają nam nową jakość, a nie nowe szaty Cesarza.

    * I tak, u pisarzy też to się zdarza, podkreślałem to po wielokroć, więc może już wystarczy, by nikogo nie piekły uszy.

    ** To samo tyczy się plagiatów książkowych, jak choćby ostatni, całkiem głośny, podróżniczy, ale felieton jakby nie o tym.

    Jakub Ćwiek

  • „Krótka rozprawa o dmuchaniu…”, czyli wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od wyliczanki: „Myszy i ludzie” Steinbecka, „Wielki Gatsby” Fitzgeralda, „Miedziaki” Whiteheada, „Wielki marsz” Kinga, „Wysokie okno” Chandlera, „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Upiór rodu Canterville’ów” Wilde’a.

    Co łączy wszystkie te historie? Po pierwsze wszystkie są bardzo dobre i warte przeczytania. Większość to klasyki, a te dwie pozycje, które nimi, być może jeszcze, nie są, to również dzieła znanych i docenianych twórców. To jednak na co chcę zwrócić Waszą uwagę to fakt, że wszystkie książeczki są króciutkie, treściowo skondensowane. Czy też, by wyrazić się dosadniej, pozbawione zbędnego pieprzenia.

    Widać to szczególnie w oryginalnych wydaniach. Język angielski pełen jest bowiem słów krótkich, jedno, dwusylabowych, które łatwiej zmieścić na jednej stronie. A skoro można je tak zmieścić, to czy naprawdę jest sens pompować tych stron więcej i więcej? Nasze wydania są grubsze, obszerniejsze z automatu – tekst przetłumaczony na polski zyskuje na objętości, bo nasze słowa są często dłuższe, a do tego dochodzą często bardziej rozbudowane idiomy etc.

    Ale mimo tego, że każda u nas wydana książka i tak, automatycznie, zyskuje tak z pięćdziesiąt procent objętości, to i tak zdaje się nie wystarczać. Bo nasze książki muszą być grube.

    www.unsplash.com/Ehimetalor Unuabona

    Dlaczego? Bo tego chce czytelnik. Tego się domaga! Tego oczekuje jego wewnętrzny księgowy, który widząc książkę mającą dwieście pięćdziesiąt stron nie wyda na nią trzydziestu pięciu złotych, bo mu się nie opłaca. Bo przecież wchłonie to raz dwa, w jeden wieczór, a czterdzieści złotych za rozrywkę na jeden wieczór to przecież szastanie pieniędzmi!

    Staliśmy się więc niewolnikami słowotoku. Popularna książka nie może schodzić poniżej pewnej liczby stron, bo ją zwyczajnie na półkach ominiemy. Drobnica nas nie interesuje. Mamy poczucie, że w krótszej historii nie zdążymy się zżyć z bohaterami, że nie ma szans, by na takiej liczbie stron znalazła się wystarczająco dobra historia. Co więc musi zrobić autor mający dobry pomysł, ale jednocześnie świadomy potrzeb rynku? Musi swoją opowieść rozwodnić.

    Jeszcze więcej pojawia się pisarzy, już w tym trendzie „zrodzonych”, którzy są kompletnie nieświadomi, że można krótko i to żaden wstyd czy ujma. Ci pompują w swoje książki tony syfu według porad z podręczników: „jak napisać bestseller”. Czyli milion zwrotów akcji, milion zagadek pobocznych, a w tym wszystkim rozmywający się główny wątek.

    Słowotok to pisarska choroba. I rzeczony słowotok rozumiem tu w znaczeniu nie „pisanie długich powieści”, bo czasem objętość jest zasadna, a w nadprodukcji słów i motywów zbędnych dla historii. Nie podejmujemy wysiłku, by ująć coś sugestywnie w jednej scenie, bo jesteśmy tego oduczani. Nie ma co się oszczędzać, bo więcej znaczy lepiej. W ogromie znanych mi przypadków, długość opisów wynika, paradoksalnie, z niedostatków warsztatu, a nie z jego właściwego opanowania. Lub z leniwego trzymania się utartych niegdyś szlaków.

    Patrząc na to w tym świetle, sztuczki wydawców mam za mniejsze zło. Za dostosowanie się do zasad rynku. Bo czy na przykład chciałbym, żeby Wydawnictwo Albatros czekało z „Miedziakami” na kolejną książkę Whiteheada, by wydać je zbiorczo, czy wolę, żeby to, czego nie zrobiło samo tłumaczenie, dopompowano rozłożystym fontem i szerokimi marginesami, tak by pasowało miłośnikom grubych grzbietów? Oczywiście, że stawiam na opcję drugą, bo to najwygodniejszy kompromis.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Nadal jednak widzę niebezpieczeństwo samego zjawiska. Więcej, pulchniej, rozłożyściej. Zupełnie bez potrzeby.

    Ktoś powie: ale ja lubię kiedy powieść jest obszerna, kiedy można się w nią wgryźć. I ja to rozumiem. Co więcej, sam tak mam. Lubię. Ale musi to wynikać z wymogów historii, która sama w sobie jest obszerna wymagająca poświęcenia jej dłuższej uwagi. Nie chciałbym, żeby ktoś skracał mi „Ojca chrzestnego”, bo pomimo kilkukrotnej lektury nie widzę tam specjalnie zbędnych scen czy zbędnego gadania. Podobnie rzecz się ma z, dajmy na to, „Gronami gniewu„. Ale gdybyśmy tylko spojrzeli na literaturę krytyczniej, zauważylibyśmy, że takich tytułów, zwłaszcza współcześnie, nie jest tak wiele. Dziś wielu z nas po prostu marnuje słowa.

    Jak temu zaradzić? Przede wszystkim, uważam, doceniając opowiadania. Za każdym razem, gdy czytam gdzieś, że ktoś nie lubi opowiadań, że nie odpowiada mu ta forma, jest mi zwyczajnie przykro. Bo opowiadania są solą pisarstwa, są lekcją warsztatu, lekcją pokory. Pokazaniem nam, pisarzom, że liczy się historia, nie rynek, nie nasze ego. To opowiadania tworzą dobrych pisarzy, więc chcąc dbać o rozwój literatury, powinniśmy rzeczonych opowiadań przyswajać jak najwięcej i zachęcać pisarzy do ich pisania i publikowania. To najlepsza wizytówka, najlepszy przykład na to, czy umie zapanować nad warsztatem i historią i opanować słowotok.

    A jeśli już trafi się współczesny autor, który odważy się napisać książkę krótką, ale treściwą, wyważoną i bez zbędnego gadania, dajmy mu szansę, a nie przeliczajmy stron na złotówki.

    I skoro już przy tym jesteśmy, to oprócz wyliczanki z początku, polecam „Około północy” Mariusza Czubaja. Nie równam tej książki z tamtymi, ale jeśli lubicie jazz, zabawę z kryminalną konwencją i zwarte, solidne historie, to mam dla Was pomysł na wieczór. Tak, jeden wieczór. Ale jaki!

    Jakub Ćwiek

  • „Zawodowiec? Nie polecam”. Sierpniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Ostatnio w ramach festiwalu Confiction – nowego popkulturowego wydarzenia na polskiej mapie – odbył się panel na temat tego czy pisanie to dobry pomysł na karierę i czy warto przejść w nim na zawodowstwo.

    I cóż, spokojnie mógłbym uczynić z tego tekstu najkrótszy felieton jaki kiedykolwiek napisałem. Wystarczyłoby, żebym napisał „raczej nie polecam” i byłoby po wszystkim. Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że to teza dość śmiała, nieco kontrowersyjna i zaskakująca u, było nie było, zawodowego pisarza, pozwolę sobie tę myśl rozwinąć.

    Zacznijmy od korzyści bycia pisarzem zawodowym. Tu niewątpliwie na pierwszą linię wysuwa się możliwość zarabiania na opowiadaniu historii. Wszyscy chyba znamy powiedzenie „rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. To zdanie jest głupie i skrajnie nieprawdziwe, ale w jakiś sposób działa na naszą wyobraźnię. Spisywać opowieści, które siedzą nam w głowie i jeszcze dostawać za to pieniądze? No bajka. Dar od losu.

    W drugiej kolejności dołożyłbym tu możliwość spotykania się z czytelnikami. To nie tylko fajna okazja do poznania nowych ludzi – wielu moich dziś już przyjaciół poznałem właśnie tą drogą – nie tylko fajna opcja na podbudowanie poczucia własnej wartości, ale także niejednokrotnie źródło dodatkowego zarobku z bibliotecznych czy księgarnianych honorariów.

    Jest też punkt trzeci, nieco życzeniowy. Zawsze jest szansa, że twoją opowieścią zainteresuje się świat filmu czy ostatnio gier, wcześniej może trafi ci się ktoś, kto zabierze twoje książki w zagraniczną podróż tłumaczeniową. Słowem, jeśli masz szczęście, to na tym samym będziesz zarabiać długo i w zróżnicowany sposób. A może jeszcze hollywoodzki aktor czy aktorka podziękują ci potem na jakiejś gali?

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Tak, to wszystko są plusy i nie będę kłamał, twierdząc, że nie mogą być one wystarczające. Kierowały mną one gdy piętnaście lat temu słałem swoją pierwszą książkę do wydawcy i w zamian dostałem do podpisania umowę. W jakimś stopniu, bo zweryfikowane, kierują również dzisiaj, bo dwa na trzy to wciąż całkiem nieźle, prawda?

    A mimo to z jakiegoś powodu niespecjalnie polecam pisanie jako zawód. Dlaczego?

    Paradoksalnie za sprawą sprofesjonalizowania się polskiego rynku wydawniczego. To, że dziś wydawcy mogą sobie pozwolić na zatrudnianie prawdziwych specjalistów od marketingu – i niektóre rzeczywiście to robią – że stać ich na reklamę outdoorową, że podejmują crossowe działania z filmowcami, że profesjonalizują się festiwale i udaje się docierać do masowego odbiorcy jest jednocześnie szansą dla niektórych, nielicznych autorów i zabójstwem dla całej reszty.

    Oto bowiem, jak na wszystkich innych polach gdy pojawia się moda, korzysta na niej kilka podmiotów, a reszta skazana będzie wymogami rynku nade wszystko na trzaskanie nieoryginalnych, gotowych formatów dopasowanych pod oczekiwania. To troszkę jak z polskimi kabaretami. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie, że – nieważne co sądzicie o nich dziś – że zanim na dobre zaczął się kabaretowy boom, cotygodniowe programy w telewizji, dziesiątki imprez na setki jeśli nie tysiące ludzi etc. mieliśmy szereg odważnych, pomysłowych grup tworzących masę autentycznie śmiesznych i niegłupich skeczy. Dziś tempo i jednocześnie konieczność dotarcia jak najszerzej wypala tę gałąź rozrywki i choć jej nie wykończy ekonomicznie, odbierze resztki artyzmu nawet tym ostatnim nielicznym wizjonerom.

    Z pisaniem jest podobnie. W dzisiejszych tytułach oryginalności wystarczy ledwie szczypta, bądź nawet pozór, reszta musi być formatem, bo format jest nam potrzebny. I żeby nie było wątpliwości, ja lubię formaty, ale nie każdy jest Lee Childem, by jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzymać latami ten sam schemat, a jednocześnie utrzymywać świeżość.

    Reszta autorów albo ma tyle talentu i odwagi co Zygmunt Miłoszewski, który będąc u szczytu kryminalnej sławy, przerzucił się z ostatnią powieścią na, było nie było, fantastykę, albo szarpie się jak Mariusz Czubaj, u którego z podejściem do wspomnianych formatów bywało ostatnio różnie, ale szczęśliwie wygrała liryczna strona autora, która zaowocowała świetnym „Około północy”.

    Wreszcie są tacy, którzy będą się szarpać, a wreszcie się pogodzą, dadzą sformatować i zrobią co się im każe, wciąż mówiąc sobie, że to nadal lepsze niż biuro i robota od ósmej do szesnastej.

    Ostatnia grupa to ci, którzy już na starcie przyjdą sformatowani, skupieni na ekonomicznym sukcesie i w korporacyjnym trybie zadaniowym. Dla nich pisanie gotowymi schematami będzie przyjemnością, bo przesadna kreatywność to nieproduktywne zużywanie czasu.

    Tyle, że tu pojawia się pułapka. Jeżeli człowiek chce już zaprząc korpomyślenie do zarabiania pieniędzy, to jest dużo dziedzin, w których tych pieniędzy jest dużo więcej. W których pomysły można kapitalizować szybciej i może niekoniecznie prościej, ale dawkując zaangażowanie względem tego ile przyniesie.

    W kwestii czasu spędzanego przy pracy, też nie jest tak kolorowo. Bo co prawda nikt przy pisaniu nie wymaga odbicia karty, ale też każdy pisarz to powie, książka nie opuszcza autora tak długo jak powstaje. Każda zagwozdka nie zawiesza się na kołku o szesnastej i nie odwiesza następnego dnia rano. Problemu fabularnego nie da się odłożyć, paniki związanej z sypiącym się wątkiem nie przetłumaczę sobie na „jakoś to będzie”. Bo może wcale nie być. Może po prostu to nie jest dobra, spójna opowieść, tylko nie zauważyłem tego na starcie i teraz brnę w błoto.

    Ostatnia rzecz to owo pracowanie i kochanie, do którego nawiązałem na początku. Z tym jest trochę jak z parami pracującymi razem. Jasne, niektórym się udaje. Nader często jednak dzieje się tak, że zacierają się granice, co jest pracą, co jest domem, które problemy są z której szufladki. W pewnym momencie może cię zwyczajnie obrzydzać nie tylko pisanie, ale samo obcowanie z pisanym słowem. Za dużo miłości, może cię zabić, jak śpiewał Freddy Mercury. W tym przypadku to działa.

    Ktoś może w tym momencie wreszcie zwrócić mi uwagę: hej, stary, ale jak to jest, że Ty piszesz tu, że nie polecasz, a sam jednak z pisania i opowiadania historii żyjesz? Wbrew pozorom nie ma tu ani hipokryzji, ani podstępu. Nie polecam, bo wszystko co powyżej. A sam piszę bo:

    Po pierwsze, jestem minimalistą i generalnie nie potrzebuję do życia za wiele. Po drugie, zainwestowałem w to wszystkie punkty umiejętności, więc zwyczajnie to nie umiem wiele więcej. Wreszcie po trzecie, ja tak naprawdę nigdy nie postanowiłem, że zostanę zawodowym pisarzem. Po prostu opowiadałem historie z czystej pasji tak długo, aż okazało się, że mogę całkiem nieźle radzić sobie z tantiem.

    I tę ścieżkę, mimo licznych tarć po drodze mógłbym nawet polecić. Tyle, że wymaga ona wielkiego życiowego nieogarnięcia przez półtorej najważniejszej dekady życia. Ktoś reflektuje?

    Jakub Ćwiek

  • „Rewolucja błaznów”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznę filmowo.

    Z zaciekawieniem obserwuję zamieszanie jakie towarzyszy, od pierwszego w zasadzie wywiadu, nowemu dziełu Patryka Vegi. Mowa tu o filmie „Polityka”, który, wedle zapowiedzi, ma mówić o tym jak deprawuje władza. I to tak ogólnie, uniwersalnie, jak i konkretnie, z odniesieniami do konkretnych osób z naszej aktualnej sceny politycznej. Kilka dni i głos na temat tego, nieistniejącego przecież jeszcze filmu, zabrał czołowy polityk kraju, mówiąc o tym, że to precyzyjnie wymierzony polityczny atak.

    I mniejsza nawet czy tak jest w istocie. Chodzi raczej o to, że można by odnieść wrażenie, iż artysta (pokuśmy się w tym miejscu, na potrzeby tekstu, o bardzo szeroką definicję tego terminu, nie sięgającą do oceny jakości dzieła) ma moc sprawczą. Ma siłę wpływania na społeczeństwo przez ukierunkowanie bądź porządkowanie faktów w spójny, jednolity strumień wniosków.

    W końcu, jak powiedzą niektórzy, film „Kler” rozpoczął rewolucję, film „Tylko nie mów nikomu” pociągnął ją dalej. Teraz to się zadzieje!

    Tyle, że to nieprawda. Bo, obawiam się, zatraciliśmy zupełnie, na własne życzenie zresztą, chęć odbierania popkultury – w tym literatury – jako komentarza bądź instrukcji rzeczywistości. Inaczej i prościej mówiąc, to co w książce czy filmie, nie ma realnego przełożenia na to, co w życiu.

    A przecież mogło być tak pięknie. Kiedy na bestsellerowy piedestał wstąpił Larsson ze swoją bardzo mocno zaangażowaną społecznie trylogią, nagle dotarło do nas, że wzbogacenie klasycznej powieści gatunkowej prawdziwym życiem, prawdziwymi problemami to jest to, czego czytelnik od nas, pisarzy, oczekuje. Że jest miejsce na wprowadzenie w tło kwestii nurtujących nas na co dzień, pokazanie problemów przeciętnego Szweda, Czecha, Polaka czy obywatela Wysp Owczych. Jest miejsce na rozmowę o polityce, o obyczaju, o równouprawnieniu, ochronie środowiska i religii. Jest miejsce na to cholerne zwierciadło przechadzające się gościńcem.

    www.unsplash.com/Levi Saunders

    Tyle, że to zmyłka, przekręt, szwindel. Fototapeta z palmami na tle której robimy sobie zdjęcia, by udawać, że jesteśmy w tropikach. Bo ogrom czytelników nie chce, by pisarze wypowiadali się o polityce czy kwestiach społecznych. Nie od tego są!

    Ileż to razy, zabierając głos w ważnej społecznie sprawie słyszałem: „Ty już lepiej pisz te swoje książki”, albo „lubię Pana książki, ale po co się Pan tak miesza do tej polityki”, czy też „skąd pomysł, że napisanie książki daje Panu prawo do wypowiedzi na ten temat?”. I nie ma znaczenia, że zabieram głos w tej ważnej sprawie, bo właśnie długo pracowałem nad reaserchem, rozmawiałem ze specjalistami i wyrobiłem sobie wreszcie pogląd podparty czymś więcej niż mitycznym „zdrowym, chłopskim rozumem”.

    Bo pisarz nie od tego jest! Nie od tego są też te wątki w książce! One mają robić tło, mają się kojarzyć odbiorcy z rzeczywistością jak nutki w „Jaka to melodia”. Na wątki społeczne reagujemy trochę jak na scenę w filmie, w której pojawia się w jakimś ujęciu znane nam miejsce. „E, patrz, to dom Kowalskich” – mówimy. I cieszymy się, bo teraz to takie nam bliższe, takie nasze.

    Wątki społeczne, zaangażowany w ten czy inny sposób głos autora gatunkowego nie ma dla nas znaczenia, bo nie po to go czytamy, by się czegoś uczyć. Nie po to jest nam kryminał, fantastyka czy powieść obyczajowa, byśmy się mieli czegoś o życiu dowiadywać. Od tego mamy reportaże. Powieść gatunkowa ma nas zabawiać, przerażać, wzruszać. Nie angażować społecznie ani tym bardziej skłaniać do jakiś działań.

    Są autorzy, także na naszym rodzimym rynku, którzy dokładnie, od początku, zrozumieli o co w tym tak naprawdę chodzi. Że tak naprawdę bestsellerowa powieść to kolorowanka ze znanymi, mocno sformatowanymi motywami, gdzie tło społeczne to pola do kolorowania. Autor rzuca tylko szkic, a każdy pokoloruje je sobie jak chce i wtedy oceni całość obrazka.

    Wystarczy, że jednym bohaterem w tle będzie ksiądz podejrzany o molestowanie, jedna bohaterka dzwoni na niebieską linię, jeden z bohaterów odwiedzi hipsterski bar, a przejście z lokacji a do lokacji b będzie wymagało towarzyszenie przez stronę paradzie równości czy marszowi niepodległości i już mamy powieść zaangażowaną społecznie. Ktoś pochwali w recenzji, ktoś inny zgani, ale to tyle. Przełożenia na rzeczywistość nie będzie żadnego.

    Bo pisarz czy filmowiec jest jak błazen. Może mówić prawdę, bo nikt nie traktuje go poważnie. Ma zabawić. Błazen rzadko kiedy rozpoczyna prawdziwą rewolucję, za błaznem nikt nie pójdzie na barykady.

    A szkoda, bo być może błazen, poważnie traktujący swoją pracę, to jedyna naprawdę zorientowana osoba na dworze. I jeden z niewielu, który nie ma żywotnego interesu we wprowadzaniu nas w błąd.

    Jakub Ćwiek

  • „Pisarze to kłamcy”, kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Pisarze to kłamcy – powiedział kiedyś jeden z bohaterów noweli graficznej „Sandman” Neila Gaimana. Myślę, że wyraził się nieprecyzyjnie. Pisarze bowiem to coś więcej niż kłamcy. Kłamcą jest w zasadzie każdy z nas, a przynajmniej każdy, komu zdarza się kłamać. Pisarze natomiast, ci co sprawniejsi to oszuści. Artyści przekrętu.

    Ci spośród czytelników, którzy znają mnie z pisania czegoś innego niż te felietony, wiedzą, że do tej pory zajmowałem się przede wszystkim fantastyką. To bardzo szerokie pojęcie gatunkowe, zawiera w sobie bardzo wiele podgatunków, których nie będę teraz przybliżał, bo szkoda tu miejsca na wyliczanki. Jedyne co warto wiedzieć w tym momencie, to, że główna linia podziału fantastyki to science-fiction, gdzie zwykle podstawą jest taki czy inny wsparty naukowo twór czy konstrukt oraz fantasy, gdzie ważną rolę odgrywa magia i/lub elementy nadnaturalne. To bardzo, bardzo uproszczone definicje, ale na potrzeby tego felietonu tyle wystarczy.

    Pisarze fantastyki, jak wszyscy inni pisarze oszukują czytelnika. Robią to za pomocą fabularnych wolt, zmyłek, wypuszczania fałszywych tropów, ale jednocześnie umieszczają to w fantastycznej otoczce, która nieustannie przypomina czytelnikowi. To się nie dzieje. To nie mogłoby się zdarzyć, bo przecież nie ma magii, a my nie odkryliśmy teleportacji. I nawet jeśli problemy przedstawione w fantastycznej fabule są życiowe, uniwersalne i same w sobie bardzo realne, umysł czytelnika, zmuszony do nieustannego zawieszania niewiary na fantastycznym kołku, wie, że ma do czynienia li tylko z opowieścią. To trochę jak uczestniczenie w przedstawieniu iluzjonisty – by się dobrze bawić, zakładamy, że wierzymy, że to magia, ale przecież wszyscy wiemy, że nie. Twórców fantastyki, tak samo jak iluzjonistów, trudno potraktować do końca poważnie. A jeśli dodatkowo jest się krytykiem aspirującym do rangi autorytetu, bezpieczną drogą wydaje się nie traktować w ogóle. Nie widzieć.

    Rzecz w tym, że o ile pisarz fantasta od samego początku rysuje bardzo wyraźną granicę umowności, o tyle inni pisarze popularnych gatunków, choć stosują w większości te same sztuczki, już tego nie robią. To nie są iluzjoniści we frakach i cylindrach. To oszuści rodem z oscarowego „Żądła”.

    Piszę o tym wszystkim teraz, bo to są właśnie myśli towarzyszące mi przy okazji publikacji mojej pierwszej powieści niefantastycznej „Szwindel”. Książka ta bierze na cel właśnie oszustów, ludzi, którzy żerując na naszych marzeniach, na słabościach i lękach, a także na schematycznym myśleniu, sprawnie i gładko robią nas w konia. Myśląc o niej teraz, zastanawiam się, jak bardzo, mówiąc o tej pozycji tu i tam, wciskam potencjalnym czytelnikom kit.

    No bo zacznijmy od samego napisu na okładce. Widnieje tam słowo KRYMINAŁ, którego długo nie byłem pewien. Sam, przedstawiając ten tytuł czy to wydawcy czy znajomym, określałem go mianem caper story lub heist story, co oznacza ten rodzaj opowieści, w której przestępstwo, zwykle związane z kradzieżą lub oszustwem właśnie przygotowywane jest na oczach odbiorcy. Dobrym przykładem byłby tu mój ukochany „Vabank”, „Vinci”, ale też „Żądło”, „Ocean’s Eleven” ,czy trochę bardziej fantastycznie „Incepcja”. I tak, caper story to podgatunek crime story, więc z punktu widzenia definicji, słowo na okładce pasuje tam jak ulał. Ale…

    Co nam przychodzi do głowy, gdy słyszymy słowo kryminał? Czy opowieść o konstruowaniu dajmy na to napadu będzie naszym pierwszym skojarzeniem? Nie jest tak, że oczekujemy raczej trupa lub najmniej zaginięcia i żmudnego śledztwa prowadzącego nas do rozwiązania takiej czy innej zagadki? Czy to nie właśnie ta zabawa w, niejednokrotnie, makabryczne puzzle najbardziej ujmuje czytelników gatunku?

    A skoro jestem świadom tego, że przeciętny odbiorca tak sobie kryminał definiuje, czy sprzedając swoją powieść tym słowem oszukuję, bazując na utartym schemacie i modzie czy nie?

    Kwestia numer dwa. „Opowieść oparta na faktach” czy też „inspirowana prawdziwymi wydarzeniami”. Teoretycznie moja powieść spełnia ten wymóg. Obejrzałem kiedyś film, w którym był przedstawiony pewien numer, zainteresowałem się, poszukałem inspiracji i znalazłem prawdziwą historię, z której wziąłem kilka głównych założeń. Zmieniłem realia, zlokalizowałem, a następnie zbudowałem sobie bohaterów i relację między nimi i umieściłem to wszystko na tym fundamencie z elementami prawdziwej historii. Potem ubrałem to wszystko w inne prawdziwe opowieści, które, choć miały miejsce rzeczywiście, z tą pierwotną nie miały nic wspólnego.

    I teraz, gdybym miał podać tu proporcje prawdy do fikcji, wyszłoby pewnie pół na pół. Czy to uprawnia mnie do mówienia, że „Szwindel” jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami? Bo tak się składa, że to kolejne określenie, które dziś sprzedaje książki.

    Tyle, że czytelnik myśląc „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” zwykle myśli, że oto czyta zbeletryzowaną prawdziwą historię. Owszem, może tu i tam podkręconą dla efektu, gdzieniegdzie uzupełnioną domysłami, ale generalnie to prawdziwa opowieść. Czy wolno mi zagrać na tym myśleniu i wykorzystać je do swoich celów.

    Podobnych kwestii kłębi się w mej głowie mrowie. Do tej pory, jako fantasta nie miałem większości tych dylematów. Mogłem co najwyżej powoływać się na innych gatunkowych autorów, przylegać do nich i cieszyć się lub przeklinać fakt, że nazywają mnie polskim Gaimanem, Kingiem czy kim tam jeszcze się zdarzało. Ludzie, którzy przychodzili na moje show iluzjonisty, wiedzieli, że mogą się spodziewać, że pokażę im parę sztuczek i tylko od mojej sprawności i bezczelności zależy czy się połapią czy nie. Teraz ja, iluzjonista, wchodząc w nowy zupełnie obszar, już na wejściu dostaję arsenał nowych trików i informacje: nie ma wyjściowych granic. Kogo zrobisz, ten twój!

    Cóż, nie mogę się oprzeć tej pokusie. Obiecuję jednak – o ile obietnica oszusta warta jest cokolwiek – nie kroić nikogo za mocno i pilnować, by były to przekręty na najwyższym możliwym dla mnie poziomie.

    Jakub Ćwiek

  • Dlaczego warto…czytać mniej? Marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od ciekawostki: wiecie czym jest przeciążenie informacyjne? W dużym skrócie i uproszczeniu jest to sytuacja, w której otrzymujemy tak wiele różnych informacji, że nasz umysł nie wytrzymuje i przestaje je rejestrować. To znaczy nadal przepływają one przez naszą głowę, ale przestajemy mieć wpływ na to, co w niej zostaje, nie analizujemy też, czy dana wiadomość to szum czy informacja w jakiś sposób dla nas istotna. Oczywiście w zaistniałych okolicznościach nie jesteśmy też w stanie zweryfikować samego komunikatu. Najczęściej polegamy więc na tym, co się nam powie.

    Kilka lat temu znany brytyjski mentalista Derren Brown eksperymentował z przeciążeniem informacyjnym próbując płacić sprzedawcom w sklepach czystymi kartkami papieru zamiast pieniędzmi. Zanim jednak sięgał po portfel, wciągał ich w konwersacje w których zasypywał ich tyloma różnymi komunikatami – jednocześnie wymagając tak wielu różnych odpowiedzi – że jego rozmówca zwyczajnie się gubił. Czy naprawdę do tego stopnia, by jego umysł nie rozróżniał białych kartek od pieniędzy? Tak twierdzi Brown i jego ukryta kamera.

    Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście tak było w tamtym przypadku czy nie, przeciążenie informacyjne nie tylko istnieje, ale doświadczamy go na co dzień. Czym innym bowiem wytłumaczyć, że nie reagujemy na jawne próby zrobienia nas w durnia?

    Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Hasła reklamowe na książkach. Niby drobiazg, bo któżby się nimi kierował, ale z drugiej strony są ważne, bo to często te zdania, które zapadają w pamięć. Zawarty w jednym, dwóch zdaniach komunikat, który niczym haczyk ma się wbić w nasze mózgi i tam zostać aż świadomie zainteresujemy się tytułem. Nie musi być prawdziwy. Ba, czasem jest paskudną, kłamliwą bzdurą, którą ktoś tworzy z pełną premedytacją, wiedząc, że w zalewie informacji, nikt nie będzie hasła analizował, zastanawiał się nad nim. Po prostu przyjmie i już.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    By nie być gołosłownym. Niedawno znalazłem w księgarni piąty tom książki Michaela Dobbsa „House of cards” wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Literanova. A na nim, nad nazwiskiem autora hasło:

    „Książka na podstawie której powstał najpopularniejszy serial XXI wieku”.

    Brzmi mocno, prawda? Dumnie dla wydawcy, że dorwał taki tytuł i zachęcająco dla czytelnika, bo przecież najlepszy serial wieku to nie w kij dmuchał. Nawet jeśli ten wiek trwa dopiero niecałe dwadzieścia lat. Tyle, że to całkowita nieprawda!

    Gwoli przypomnienia lub uświadomienia na spokojnie: chodzi o ten sam wiek, w którym HBO zaprezentowała między innymi: „Kompanię braci”, „Rodzinę Soprano” czy, uwaga, uwaga, „Grę o tron”!

    To to samo stulecie w którym pojawiły się mało u nas popularne, ale uwielbiane i chętnie oglądane w Stanach seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Supernatural”. To stulecie doktora House’a, którego oglądaliśmy przecież tak chętnie. Że już nie wspomnę nawet o wszelkich CSI, NCIS, które rosną w sezony i pączkują spin-offami albo o sitcomach jak chociażby te od Chucka Lorre’a: „The Big Bang Theory” i jeszcze popularniejsze „Two and half man” ze średnią oglądalnością powyżej piętnastu milionów widzów!

    W całym tym serialowym zamieszaniu serialowy „House of Cards” to ledwie średniak, w dodatku z oglądalnością spadającą sukcesywnie aż do dramatycznych jak na tak kosztowną produkcję wyników oglądalności szóstego sezonu.

    Czyli uraczono nas ordynarnym kłamstwem. Ofiarowano brownowskie białe kartki papieru, a my się nie zorientowaliśmy, po prostu przyjmując informację świadomie, albo podświadomie. A często, co jeszcze gorsze, puszczamy później taki bzdurny slogan w świat zwiększając szum czyli tym samym generując idealną sytuację dla coraz większych przeciążeń.

    Inny przypadek to głośna ostatnio sprawa wydawnictwa Agora, które jednego dnia chwali się tym, że wykupiło erotyczny magazyn „Twój weekend” aby go zamknąć i w ten oto sposób symbolicznie domknąć też erę seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. To samo wydawnictwo chwali się, że podpisało kontrakt z Blanką Lipińską i wyda trzeci tom jej pornograficznej serii, w której kobiety traktowane są jako seksualne zabawki. Dwa newsy podane nam w przeciągu miesiąca. Gdyby nie przeciążenie informacyjne, pewnie zarejestrowalibyśmy, że ktoś tutaj robi z nas kretynki i kretynów, ale w sytuacji, w której się znaleźliśmy nikt nie ma na to wolnych zasobów. Rejestrujemy więc te dwa wydarzenia jako zupełnie ze sobą niepowiązane.

    Jak to działa w praktyce? W poradniku „Pisanie na chłodno” najpopularniejszy polski pisarz Remigiusz Mróz mówi o tym jak powstają jego książki. Mówi między innymi o pisaniu około dwudziestu stron dziennie, dzień w dzień przez cały rok. Powinno dać nam do myślenia, bo przecież taka liczba stron każdego dnia to proszenie się o przeciążenie umysłu w tydzień, dwa. A co dopiero w skali roku, czy – jak w przypadku Remigiusza – kilku lat? Nie da się analizować tylu informacji w takim tempie i Remigiusz nie jest od tej reguły wyjątkiem, a właśnie idealnym przykładem. W jego prozie łatwo zauważyć iż nie analizuje on przyswojonych informacji, a po prostu je wprowadza. Nie zauważa też, że stoją one w sprzeczności z tymi już wprowadzonymi wcześniej. I nic dziwnego, bo zwyczajnie nie ma na to czasu.

    Jednocześnie, co bardzo ironiczne, nikt tego przykładu nie widzi. Bo fakt, że w zasadzie większość książek Remigiusza nie spina się fabularnie, jest kompletnie nielogiczna, a rozwiązania nieprzemyślane i pretekstowe nie ma znaczenia, gdy my sami, przeciążeni, nie analizujemy dostarczanych nam informacji. Przeciążenie informacyjne autora, skutkujące taką a nie inną książką, zderza się z przeciążeniem informacyjnym odbiorcy, którego szum tak już zobojętnił i wyjałowił, że ten nie poddaje czytanych treści pod wątpliwość.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do Derrena Browna. Mentalista próbował sztuczki w kilku miejscach – w sklepie rybnym, u jubilera – i udawało się wszędzie, tylko nie… u ulicznego sprzedawcy hot-dogów. Dlaczego? Bo tego człowieka ulica nauczyła odpowiednich reakcji. Kilka razy się pewnie sparzył, wiedział, że wielu będzie go chciało oszukać i już na dzień dobry poddawał pod wątpliwość intencje klientów. I patrzył im na ręce.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Ktoś zapyta: czy tego właśnie chcesz? Żeby czytelnicy patrzyli pisarzom i wydawcom na ręce, zakładając, że ci mogą ich oszukać? I odpowiadam: TAK! Dokładnie tego chcę!

    Chcę, żebyśmy zrozumieli wreszcie, że należy pieprzyć wszystkie blogowe wyzwania czytelnicze, czy systemowe zachęty do czytania większej liczby książek! Nie powinniśmy się wstydzić tego, że jako Polacy czytamy mało, tylko tego, że czytamy nieudolnie, że nie umiemy czytać! Że idąc na ilość wzmagamy szum informacyjny i wspomniane wyżej przeciążenie, a bzdurnym gadaniem, że o gustach się nie dyskutuje zamykamy usta wszystkim, którzy mogliby nas przed czymkolwiek przestrzec. Oczywiście, że dyskutuje się o gustach! Nie dyskutujemy w zasadzie o niczym innym!

    Wyśmienity amerykański komik George Carlin powiedział kiedyś, że ważne jest nie tyle uczenie ludzi czytania, ale uczenie ich wątpienia w to co czytają, kwestionowanie tego. Tylko wtedy to ma sens. I nieważne czy bierzemy do ręki kryminał czy zbiór reportaży. Szczerze mówiąc wolałbym, żeby przeciętny czytelnik, podejmujący wyzwanie pięćdziesięciu dwóch książek rocznie przeczytał zamiast tego sześć, po jednej na dwa miesiące. Ale przeczytał naprawdę, zastanawiając się nad motywacjami bohaterów, zastanawiając czy podane przez autora rozwiązanie ma sens czy nie. Bo często nie ma!

    Chciałbym, by wybierał lektury uważnie. By, wchodząc do księgarni, wziął do ręki książkę, przeczytał hasło na okładce i zapytał: naprawdę? Najpopularniejszy serial ostatnich dwudziestu lat? Sprawdźmy, mam przecież telefon z Internetem. A! Mam Was, kłamliwe gnojki! Ten serial nie jest nawet w pierwszej dwudziestce! To pieprzę Waszą książkę, oszuści!

    Bo przy obecnym szumie informacyjnym i sposobie dobierania lektur, przy obecnym naszym podejściu do procesu czytania, przeciążeniu, możemy właściwie wchodzić do księgarni i brać książki na chybił trafił. I tak nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.

    Jakub Ćwiek