W mediach spędził 25 lat, więc więc, co pisze. W „Grze w oczko” odsłania kulisy telewizji i jej pracowników. Do tego piłka nożna, agencje modelek, lewe interesy, gangsterzy oraz policjanci. W książce znajdziecie gwiazdy z pierwszych stron gazet, wystarczy tylko pogłówkować, piłkarzy, ale też ustawione mecze. Dajcie się porwać Grzegorzowi Kalinowskiemu w podróż, po której inaczej spojrzycie na to wszystko to, co widzicie na ekranie. Premiera „Gry w oczko” już 30 stycznia. Smakksiazki.pl jest jednym z jej patronów medialnych. Zanim jednak rozmowa z autorem, łapcie fragment.
Policja poinformowana, teraz firma. Joanna wybrała numer wydawcy newsów w jej stacji.
– Tu Aśka, przyślijcie kogoś, ale nie jakiegoś rysia, tylko samodzielnego reportera, mój sąsiad został zamordowany, to ten piłkarz Dawid Błochowiak.
Było jeszcze gorzej niż pod alarmowym i na policji.
– Joanna! Fajnie, że dzwonisz! Takie gwiazdy rzadko zaszczycają nas telefonami. To miłe, że nie robi tego twój wydawca albo asystentka, tylko ty osobiście – ucieszył się wydawca Robert Gołębiewski. Znali się od dawna, pracowali kiedyś w radiu. – Co słychać?
– Gołąb… – podniosła głos. – Dawid Błochowiak leży w kałuży krwi, w głowie ma dziurę po kuli!
– Dzwoni Aśka Becker i mówi, że ma temat dla sportu!
Błochowiak nie tylko nie ma już lewej nogi, ale i głowy! – Usłyszała, jak Gołąb drze się do załogi newsroomu.
W tle nastąpił wybuch śmiechu.
– Kurwa mać, Robert, ja nie żartuję! Kurwa, do kogo mam zadzwonić? – krzyczała tak, jakby wszystkie stoły telewizyjnego świata pokrywała warstwa centymetrowego brudu. – Kurwa! Gołąb! Dotarło to do ciebie, czy mam dzwonić do Bożka?
To, że wyszła z siebie i dodatkowo zagroziła telefonem do programowego sieci Waldemara Jaszczołta, którego nazywano Bożkiem Telewizji, natychmiast przyśpieszyło procedury. W dwie minuty później zdziwiony poseł Alfred Burczyk dowiedział się, że reporter nie przeprowadzi z nim umówionego wywiadu. Polityk nie mógł uwierzyć, że ekipa tak po prostu zawinęła się w okamgnieniu i wybiegła z sejmu. Po prostu ten reporter i ta kamera byli najbliżej domu Aśki Becker, ale Alfred Burczyk lider nowego, trzyosobowego koła poselskiego Rodło nie mógł tego wiedzieć.
Reporter i operator z kamerą to za mało, żeby przykryć wszystkich. Efekt pełnej dominacji może dać tylko lajf, dlatego wóz satelitarny porzucił rysia i kamerę w sali konferencyjnej Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu na Bagateli. Organizatorzy konferencji, której tematem miała być sprzedaż do Afryki stu dwudziestu polskich kombajnów, byli niepocieszeni, przecież obiecano im lajfa! Starannie dobrali termin, a ich grupa kapitałowa, do której należeli, wykupiła reklamy przy magazynach biznesowych – to nie tak miało być! Rzecznik prasowy zbierał właśnie zjebkę od swoich szefów. Odwrotu nie było, ważni ludzie w telewizji, ci, z którymi się umawiali, powiedzieli twardo, że teraz na antenę wejdzie coś bardzo ważnego.

Wóz z czaszą satelitarną grzał na Powiśle, a ryś, czyli młody reporter będący asystentem redaktora, oraz operator mieli grać materiał „do puszki”. Poseł Burczyk, sprzedawcy rolniczych cudów, ekspert z zakresu drogownictwa, oraz medycyny, prawa i bankowości, który miał w studiu mówić o opóźnieniach w budowie autostrad, a i tak skończyć na programie swojej nacjonalistycznej partyjki, stadko polityków, które miało się rytualnie poobrzucać błotem – wszyscy oni spadli z anteny.
Będą spadać też kolejni goście oraz programy i transmisje, było już jasne, że na jakiś czas przestanie obowiązywać ramówka programu. Liczono się nie tylko z łączeniami spod budynku, w którym doszło do zbrodni, ale także z konferencjami PZPN i policji.
W telewizyjnej armii nastąpiła pełna mobilizacja i przegrupowanie wojsk. Główne siły koncentrowano teraz na temacie śmierci Dawida Błochowiaka, z telewizyjnego parkingu wyruszały dwie dodatkowe ekipy, a w newsroomie pisano wiadomość na czerwony pasek i szykowano się do wydania specjalnego. Grafik szukał zdjęcia Błochowiaka w koszulce z numerem 21, a sam szef wszystkich szefów Valdi Jaszczołt wymyślił tytuł do czołówki: ZAMORDOWANA NADZIEJA, bo przecież nestor polskich trenerów mówił o Oczku nie inaczej, jak tylko „nadzieja polskiej piłki”.
Waldemar Jaszczołt był programowym całego holdingu, który w swoim kosmicznym, niedostępnym dla telewizyjnej gawiedzi gabinecie, przyjmował wielkich tego świata, czyli całą plejadę twarzy z okładek kolorowych czasopism. Serialowe aktorki, strongmanów, amantów prowadzących telewizyjne konkursy, wokalistki znane z jednego przeboju, a także tych, którzy byli znani z tego, że byli znani, chociaż nikt za cholerę nie mógł sobie przypomnieć z czego. Ze zwykłym personelem spotykał się w telewizyjnym barze, co miało podkreślać, że pępowina łączącą go z dziennikarskim dziedzictwem nie została jeszcze przecięta. W newsy angażował się na żywo tylko przy okazji zamachów i wojen, wielkich katastrof, konklawe oraz wyborów, czyli średnio raz na rok. Dzisiaj był właśnie ten dzień! Młodsi, którzy nie widzieli go w akcji, zrozumieli, dlaczego mówiono o nim „Bożek Telewizji”. Jaszczołt panował nad wszystkim jak dyrygent nad orkiestrą albo pilot wielkiego pasażerskiego samolotu nad pełną instrumentów pokładowych tablicą rozdzielczą. Był w swoim żywiole, wydawał rozkazy.
Oczywiście już zadzwoniono do słynnego szkoleniowca, wybierano także numery innych ważnych ludzi futbolu oraz do znanych kibiców, aktorów, muzyków, literatów i – ma się rozumieć – polityków. Najpierw się ich nagra przez telefon, a później wymagluje w studiu. Jeden komunikat i nastąpiło przebudzenie mocy, zupełnie jak pod numerem 112, gdzie ruszył łańcuch: patrol policji, zgłoszenie na pogotowie, kryminalni…
Machiny policji i telewizji pędziły jak TGV i wiadomo było, że wkrótce wejdą na kurs kolizyjny. Funkcjonariusze zaraz będą w mieszkaniu Joanny, to były ostatnie chwile, żeby sfilmować miejsce zbrodni. Nawet gdyby o tym zapomniała, to i tak przypomniał jej o tym wydawca.



