Tag: Halo Ziemia

  • „Idealnego ojca nie znalazłem. Wystarczająco dobrych – kilku”.

    Historia matki, która popełniła samobójstwo, opowieść o niepełnosprawnym ojcu, reportaż o chłopcu z Zespołem Aspergera. Poruszamy tematy trudne, bo najnowsza książka Konrada Kruczkowskiego do łatwych nie należy. Różne historie, jeden wspólny mianownik: bycie ojcem. Zapraszam do lektury.

    Udało Ci się znaleźć ojca idealnego?

    Nie ma ojców idealnych, a jeśli już, to są najgorszymi ojcami z możliwych. Radny Rafał Piasecki z Bydgoszczy, ten, który bił żonę, twierdził, że jest ojcem idealnym, takim od linijki. Jak się to skończyło, wiemy. Generalnie, nie wierzę w idealnych ojców i dlatego od początku chciałem napisać reportaże, a nie poradnik. Pomijam nawet fakt, że do takiego poradnika czy felietonów na ten temat, nie mam wystarczającego dużo własnych doświadczeń. Jeśli bardzo bym chciał, a nie chciałem szukać na siłę, to w każdym z moich bohaterów znalazłbym taki odcinek życia, z którego on sam nie jest dumny. Skoro już wiemy, że nie ma idealnych, to czy są chociaż dobrzy? Myślę, że tak. Znakiem jakości były dla rozmowy z ich partnerkami, bo wiadomo, że dziecko zawsze powie: „mój tata jest OK”. Jeśli w domu źle się dzieje, to dziecko wchodzi w rolę obrońcy. Partnerka też, ale łatwiej u kobiety wyłapać mikrosygnał: westchnięcie, albo pół sekundy ciszy przed odpowiedzią. Reasumując: idealnego ojca nie znalazłem, wystarczająco dobrych – kilku.

    Zadam teraz pytanie, na które obiektywnie nie możesz odpowiedzieć, bo z każdym z bohaterów jesteś mniej lub bardziej związany. Ciekawi mnie jednak, która z historii najbardziej Cię poruszyła?

    Pytanie jest niezręczne, bo musiałbym recenzować swoich bohaterów. Każdy z nich jest ważny, każdy pokazuje nie tylko swój sposób bycia ojcem, ale też, a może przede wszystkim, jakieś zjawisko społeczne. Zależało mi na tym, bo ile można mówić o ojcostwie? Z tej perspektywy jestem przywiązanych do dwóch reportaży. Pierwszy otwiera tę książkę, mimo że powstał jako ostatni. Świat z szóstego piętra przy Rondzie ONZ w Warszawie, albo świat widziany ze startup’owego zagłębia w Krakowie, wygląda zupełnie inaczej niż ten sam świat oglądany z drewnianego domu w podkarpackiej wsi. Wyprawa 20 km od Rzeszowa jest wyprawa do źródeł Amazonki. Musiałem się skonfrontować z ludźmi, żeby zobaczyć jak reagują na historię kobiety, która popełniła samobójstwo, a była matką trójki dzieci. Drugi tekst to reportaż „Przed szkołą poradzimy sobie z autyzmem”. Z jednej strony, jest to tekst o ojcostwie, a z drugiej, Zespole Aspergera. Jednak tak naprawdę, jest to reportaż o tym, jak można wyrzec się przemocy w relacjach z innymi ludźmi, na każdym poziomie, tak jak zrobił to Sebastian, główny bohater.

    Nie tylko w relacjach z ludźmi, ze zwierzętami też.

    Też, to wyrzeczenie się przemocy było dla niego najważniejsze. To było dla mnie bardzo ciekawe, bo lekarze i terapeuci mówili, że jeśli dziecko ma dobrze funkcjonować, to musi być narażone, może nie na sytuacje przemocowe, ale takie z pogranicza przemoc. Sebastian usłyszał, że osoby z autyzmem, to najbardziej zestresowani ludzie na świecie. Powiedział sobie wtedy, że tak nie chce i kierował się swoim głosem rozsądku, a tak naprawdę miłości. Tam nie było magii, po prostu wyrzekł się przemocy i to był główny powód, dla którego chciałem z nim porozmawiać. Odpowiadając na Twoje pytanie, mam wrażenie, że właśnie te dwa reportaże są najdojrzalsze. Ten o autyźmie jest najlepiej napisany, a za tym z podkarpackiej wioski stoi najdłuższa dokumentacja.

    Konrad Kruczkowski, fot: Agnieszka Wanat

     

    Zostańmy jeszcze przy reportażu o autyźmie. Po jego przeczytaniu utwierdziłem się w przekonaniu, że nie ma jednej recepty na szczęście. Ktoś może być szczęśliwy mając milion dolarów na koncie, a ktoś czerpie szczęście z tego, że przechodzi przez życie z chorym dzieckiem i każdy dzień jest ważny.

    W przypadkach, gdy rodzic dowiaduje się, że będzie miał niepełnosprawne dziecko, przeżywa żałobę. To jest dokładnie taki sam mechanizm, gdyby dowiedział się, że dziecko umarło. Oczywiście, różna jest skala tej żałoby, bo śmierć jest nieodwracalna, a w przypadku niepełnosprawności zawsze jest nadzieja. Nawet wtedy, kiedy wszyscy lekarze świata mówią, że tej nadziei nie powinno być. Rodzice starają się to wyprzeć. Sebastian, bohater reportażu, gdy dowiedział się o niepełnosprawności dziecka i skonfrontował wiedzę z książek ze swoim stanem emocjonalnym, potrafił powiedzieć, że przeżywa żałobę, ale nie chce tracić na nią czasu. Być może właśnie dlatego osiągnęli sukces terapeutyczny. Jeśli spotkałbym dziś Jurka w tramwaju nie wiedząc, że ma Zespół Aspergera, pomyślałbym, że to zdrowy chłopak. Żeby była jasność, ja nie wierzę w publicystyczną rolę reportażu, że reportaż zmieni świat. Czasem może wpłynąć na wyrok sądu, na to, że sprawa w ogóle jest – to udaje się Justynie Kopińskiej. Bardziej niż na zmianie świata, zależało mi na tym, żeby narodziła się w nas refleksja, żebyśmy sami siebie zapytali, czy z naszymi rodzicami wszystko było w porządku? Chcę zostawić czytelników z niewygodnymi pytaniami, które doprowadzą wewnętrznej zmiany. W pojedynczym człowieku, nie w masach.

    W książce jest też reportaż o niepełnosprawnym ojcu. W Polsce taka rola jest trudniejsza niż gdzie indziej?

    Jest trudna, ale na szczęście, staje się coraz łatwiejsza. Z jednej strony, po przeczytaniu tego tekstu, odezwał się do mnie dyrektor jednej z warszawskich szkół. Stolica państwa środku Europy i mogłoby się wydawać, że najbardziej świadome potrzeb niepełnosprawnych miasto w Polsce. I on opowiada, że nigdy nie myślał nad dostosowaniem drzwi, toalet, progów dla niepełnosprawnych, bo nigdy nie mieli takiego ucznia, a co dopiero rodzica, który przecież też musi przyjść do szkoły, chociażby na wywiadówkę. Taki ojciec się przecież o to nie upomni, bo niepełnosprawność wciąż stygmatyzuje. W reportażu jest taki delikatny epizod, gdy dzieci w szkole śmieją się z chłopca, że ma niepełnosprawnego tatę. Zarówno Dominik jak i jego partnerka, mieli do tego bardzo zdroworozsądkowe podejście. Mówili, że jeśli ktoś jest za tę sytuację odpowiedzialny, to na pewno nie dzieci, tylko ich rodzice. Oni stawiali znak równości między wózkiem inwalidzkim, a nieoryginalnymi butami. Wszystko może być pretekstem do wyśmiewania. Czasem jest też tak, że chcemy pomóc, a zaszkodzimy. Pamiętam taką scenę z dokumentacji, gdy Dominik miał problem, żeby się wydostać z autobusu i poprosił o pomoc. Ktoś, kto chciał pomóc, nie słuchał wskazówek Dominika i chwycił wózek w nieodpowiedni sposób. Finał: wyrzucił go z autobusu, dosłownie wysadził z wózka na asfalt. Nie specjalnie, po prostu był przekonany, że wie lepiej jak to zrobić. To pokazuje, że tych ludzi trzeba słuchać – oni najlepiej wiedzą jak im pomóc.

    Miałeś problemy, żeby przekonać swoich bohaterów do otwarcia się przed Tobą?

    Wszyscy wiedzieli z jakimi intencjami przychodzę i jaką książkę chcę napisać. Już sam fakt zaproszenia kogoś do książki o dobrych ojcach jest nobilitujący. Chociaż z jednego bohatera musiałem zrezygnować, bo okazało się, że jest bardzo dużo znaków zapytania przy tej jego dobroci, chodziło o potencjalną przemoc wobec dzieci. Pytałem swoich bohaterów o ich ojców i wtedy zaczynały się schody, bo to było bardzo osobiste. Oczywiście odpowiadali, że relacje były dobre, poprawne. Mamy straszny problem, żeby mówić o tym, że nasi ojcowie nie byli wystarczająco dobrzy. Czytam teraz książkę Tomasza Jastruna „Kolonia karna”. Jest tam opis kłótni w małżeństwie i zawsze w takiej sytuacji pada w obie strony argument: „jesteś jak twoja matka”. Prawie nigdy nie mówimy, że „jesteś jak twój ojciec”. Jak się przyjrzysz temu głębiej, to męska rozmowa o ojcostwie jest bardzo krępująca. Nie potrafimy o tym mówić, bo to łączy się z innymi emocjami, a my się tych emocji często boimy. Takie rozmowy były bardzo trudne. Ja natomiast z każdym reportażem umiałem więcej, robiłem się coraz bardziej bezczelny, było mi więc z czasem coraz łatwiej.

    Chciałbym, żeby rodzice po przeczytaniu tej książki powiedzieli swoim dzieciom, że nie można naśmiewać się z kogoś, kto ma niepełnosprawnego ojca, albo z kogoś, kogo matka się powiesiła. Chciałbym, żeby te reportaże miały też walor edukacyjny.

    Niestety, jestem o wiele mniej optymistycznie nastawiony od Ciebie. Jacek Santorski, z którym jest wywiad w tej książce, mówi, że mieliśmy tyle lat humanizmu, a okazuje się, że większość i tak jest bardzo zamknięta. Kilkanaście dni temu zmarł Wiktor Osiatyński, a ONR przemaszerował przez stolicę z krzyżem w pierwszym szeregu. Te dwa wydarzenia symbolicznie się ze sobą zbiegły, więc ja też jestem lekkim pesymistą, jeśli chodzi o zmiany na lepsze w naszym społeczeństwie. Nie zmienia to faktu, że warto bić się nawet o przegrane sprawy. Ten dyrektor szkoły, o którym już rozmawialiśmy, postanowił dostosować szkołę do potrzeb niepełnosprawnych. NA spotkaniach autorskich też będzie wolontariusz, który pomoże pokonać ewentualne przeszkody architektoniczne. Co jest dla mnie bardzo ważne, spotkania będą tłumaczone na język migowy. Po napisaniu reportażu „Jesteśmy głusi”, nastąpiła we mnie zmiana i teraz gdy jestem zapraszany na konferencje, to warunkim zaporowym jest obecność tłumacza migowego, albo żeby w prezentowanych filmach pojawiały się napisy.

    Będzie książka „Halo mamo”?

    Zaczęła o tym mówić moja znajoma, która jest blogerką i dziennikarką. Zawiesiłem więc ten pomysł, żeby nie zabierać jej przestrzeni. Musimy pielęgnować solidarność i życzliwość w tej pracy, a Ania zrealizuje taki cykl doskonale. Teraz pracuję nad projektem, którego tematem jest pieniądz. Właściwie nie tematem, tylko pretekstem do pokazania różnych zjawisk. Wybrałem taki temat nie dla tego, że mecenasem mojego bloga jest bank, ale dlatego, że o pieniądzach w ogóle się nie rozmawia. Poza tym, stosunek do pieniądza bardzo dużo mówi o człowieku. Przecież gdy zapytamy, czy ktoś daje pieniądze bezdomnemu, to odpowiedź na to pytanie może być rozdziałem do książki.

    Na sam koniec chciałbym Cię zapytać po co Ci latarnia morska z dostępem do Internetu? Napisałeś o tym na Facebooku.

    Dwie rzeczy tu się zbiegły. Właśnie to, że dzień wcześniej zmarł profesor Osiatyński i odezwała się do mnie Kasia Sroczyńska, z którą współpracowałem w „Coachingu”. Spotkaliśmy się dwa albo trzy miesiące temu i Kasia mówiła, że słyszała Osiatyńskiego w radiu – mówił o odchodzeniu. Chciała zamówić u niego tekst albo porozmawiać. Nie zdążyła. Napisała: „I już nikt nie zapyta” i to było przejmująco dotkliwe. Dotarło do mnie, że na tym jakby polega ta praca – mądrym ludziom trzeba zapewnić trwałość, dać im głos.. I trzeba zdążyć. A zaraz potem pojawił się ten nieszczęsny ONR. Naprawdę to było przygnębiające. Więc latarnia morska, dostęp do Internetu żebym mógł pisać i co jakiś czas publikować, ale znikam. To też jest ciekawe, bo ja opublikowałem to zdanie ze smutku, a zostało potraktowane jako żart. I wszystkie reakcje pod tym i krótkie wpisy na facebooku są bardzo entuzjastyczne.