Co pizza hawajska ma wspólnego z Hawajami, dlaczego cytrusy kojarzą się ze świętami, czy guanabana może pomóc w walce z rakiem, który z owoców jest najbardziej śmierdzący, jak smakują „skundlone” marakuje? Pytań jest o wiele więcej, a Jarosław Molenda w rozmowie z Wojciechem Żegolewskim stara się odpowiedzieć na większość z nich.
Pisząc dobrze się Pan bawił?
Oj tak! Przy tego rodzaju rzeczach bawię się świetnie, bo dla mnie jest to i nauka i zabawa. To jest kapitalne pójść sobie na targowisko i zacząć próbować takie owoce, które czasem nawet nie wiadomo z której strony ugryźć. Człowiek się zastanawia – czy to obierać, czy to kroić, czy to połykać w całości… Człowiek się przekonuje, że owoce mają swoją własną historię, swoje tajemnice, zagadki. Tak pospolity owoc jak ananas, jest w supermarketach, ale co my o nim wiemy? Jakby zapytać przeciętnego człowieka czy wie, skąd pochodzi ananas, to pewnie powie, że Hawaje bo skojarzy z pizzą hawajską.
Albo z symbolem przełomu lat 80′ i 90′, czyli kotletem schabowym z obowiązkowym plastrem ananasa pod żółtym serem
O! Ja nawet grzanki takie robiłem z serem i ananasem 😉 Tylko, że my nie wiemy w większości, skąd ten ananas pochodzi. A nie pochodzi wcale z Hawajów, chociaż tam akurat znalazł idealne warunki i sporo teraz dobrych ananasów stamtąd do nas trafia. Ale przypuszcza się, że jego ojczyzną jest pogranicze Brazylii i Argentyny. Natomiast z ananasem wiąże się pewna tajemnica. Istnieje mozaika sprzed ponad 2 000 lat, odkryta w Pompejach. Na niej jest półmisek, a w prawym górnym rogu owoc, żywo przypominający ananasa. Tylko skąd tam wziął się ananas, skoro Amerykę odkryto dopiero ponad 500 lat temu? Zawsze pytam o to na spotkaniach autorskich – skąd na rzymskiej mozaice ananas, uwieczniony na 1500 lat przed wyprawą Kolumba.
To nie pierwsza Pana książka o owocach, więc nie wszystko musiał Pan odkrywać na nowo, ale niektóre trzeba było pewnie zobaczyć, dotknąć, zdobyć i posmakować pierwszy raz w życiu, przy okazji sporo podróżując
Tak. Wyzwaniem były szczególnie te owoce mniej trwałe, których nie sposób transportować na duże odległości. Jest np. palma chontaduro, rośnie gdzieś mniej więcej od Wenezueli po Meksyk i to jest owoc niecodzienny, bo jego się gotuje. Pewnie u nas by się nie przyjęło, bo to dość nietypowe podejście do owocu, ale są egzotyczne owoce, które mają się u nas bardzo dobrze. Ja na przykład zakochałem się w owocach kaki. Co ciekawe, jak 20 lat temu próbowałem ich w Chinach, jakoś w nich nie zasmakowałem, natomiast teraz jak przychodzi jesień, to już czekam na ich wysyp. I obserwuję ludzi – niektórzy zasmakowali i siatkami to do domu targają, a inni znowu podchodzą jak pies do jeża. Niektórzy patrzą na to jak na coś co przypomina pomidora – bo w sumie jest podobne, a dla mnie to taka budyniowa pychota.

Czy nam już w takim razie egzotyka spowszedniała? Gdyby był 1978 i krzyknęlibyśmy teraz „ananasy rzucili!” – to zapewne w kawiarni zostalibyśmy sami, o ile wcześniej by nas nie zadeptano. A teraz persymona nas nie rusza?
Ha! Teraz w sklepie to jest awantura, jak bananów czy arbuzów nie ma. Ja jestem z pokolenia, któremu zapach cytrusów na myśl przywodzi święta. Na Boże Narodzenie rzucali pomarańcze czy mandarynki. Teraz mieszkam w Świnoujściu, tam się zresztą też wychowałem, to jest miasto portowe, dużo ludzi pływało – więc u nas było dużo tych owoców, zawsze ktoś coś przywiózł. Mimo to, cytrusy zazwyczaj były od święta. Teraz ta egzotyczna oferta spowszedniała, ale Polacy to też konserwatywny naród i wydaje mi się, że do niektórych rzeczy przekonuje się nieco dłużej niż inni.
To już się nie dziwię, dlaczego opisuje Pan owoce, o których istnieniu 99,9% naszego społeczeństwa nie ma pojęcia. O smaku nie mówiąc.
Tak, ale o niektórych owocach ja też się dowiaduję dopiero na miejscu. Taka sytuacja: gdzieś w Środkowej Ameryce na targu widzę owoc, podobny do zapote. Pytam czy to zapote: -tak, to czarne zapote. Przyjeżdżam do domu, studiuję literaturę i co się okazuje? Miejscowi indianie nazywają to czarnym zapote, a w istocie pochodzi z zupełnie innego gatunku i rodziny. Trzeba uważać z nazewnictwem, a niestety nie ma wielkiej pomocy w literaturze, akademicka wiedza i opracowania niewiele mi dają. Ja w swoich książkach staram się dawać konkretną wiedzę na ten temat, dodawać kontekst kulturowy i historyczny. Plus jakieś anegdoty bo i tych nie brakuje jak się poszuka. Zresztą Internet także bardzo pomaga. I zapewnia masę różnej wagi newsów. Np. taki owoc guanabana, ze Środkowej Ameryki, ponoć bardzo pomocny w zwalczaniu raka. Nauka tego jeszcze w jednoznaczny sposób nie zbadała i nie potwierdziła, ale w sieci owoc leczy. Z tym, że trzeba brać poprawkę, bo to lecznice działanie może polegać nie na tym, że owoc zabija w jakiś sposób raka, ale zawarte w nim związki uodparniają w pewien sposób organizm przeciwko komórkom rakowym. Tak samo jak cudowne rzekomo działanie pnącza vilcacora czy zielonej herbaty. Ale wszystko z umiarem i rozumem. Chińczycy taką herbatę piją od tysięcy lat, nam 3 szklanki w tygodniu mogą niewiele pomóc 😉
W sprytny sposóbłączy Pan w książce historię i coś tak zdawałoby się trywialnego jak owoce. Ale połączenie wyszło chyba naturalnie, bo na koncie ma też Pan osiągnięcia historyczne a nawet archeologiczne.
Rzeczywiście zaczynałem od historii i moje pierwsze prace mocno z nią były związane, może to nie książki akademickie, ale na pewno poważne. Ale nie bardzo to się „sprzedawało” bo brak mi było jako wolnemu strzelcowi poparcia ze strony uczelni i naukowego środowiska. A dla przeciętnego zjadacza chleba te książki gatunkowo były już za poważne. Trzeba więc było szukać swojego miejsca i niszy na rynku. Pisywałem artykuły do pisma „Żyj długo”. Nazbierało się tego tyle, a pisałem ciekawostkowo, szukając np. najdłuższego szpitala na świecie, który namierzyłem na Malcie, że padła propozycja by powstało z artykułów coś więcej. Takim impulsem był artykuł „Czarne i białe strony kawy”. Z tego powstał cały cykl o roślinach, które zmieniły świat, a z cyklu – książka „Rośliny, które zmieniły świat”. Tak się zaczęło, a teraz z tego zrobił się całkiem spory kawałek tego literackiego tortu. Wzorując się trochę na Sławku Koprze celuję w taką – jak sam to nazywam – pop-historię, a te moje owocki to taki fajny przerywnik między kolejnymi pozycjami nieco bardziej poważnymi.


