Tag: jak sprzedać książkę

  • Status bestsellera nie jest argumentem dla zagranicznego wydawcy. Rozmowa z Ewą Bolińską-Gostkowską

    Jak sprzedać prawa do książki za granicę i jakie elementy są w tej transakcji decydujące? Czy ze słabej lektury można zrobić dobry serial? Które rynki najchętniej kupują polską literaturę, a także czy polski rynek książki wykorzystał czas po Noblu dla Olgi Tokarczuk? To tylko niektóre tematy, o których rozmawiam z Ewą Bolińską-Gostkowską z Wydawnictwa Znak.

    Adam Szaja: Chciałbym przybliżyć czytelniczkom i czytelnikom Twoją rolę w wydawnictwie. Trywializując – handlujesz książkami, a właściwie prawami do książek. Niektórzy znają cię jako Energy makera. Wytłumaczysz nam to?

    Ewa Bolińska-Gostkowska: Na całym świecie moje stanowisko nazywa się tak samo, co bardzo ułatwia życie w naszej branży. To „Foreign Rights Manager” albo „Foreign Rights Director” — w zależności od struktury firmy. W moim przypadku ta rola jest podwójna. Z jednej strony jestem redaktorką nabywającą w wydawnictwie Znak Literanova — od 20 lat wydaję książki, pracuję z polskimi i zagranicznymi autorami, jeżdżę na targi i kupuję tytuły do polskich wydań. Z polskimi autorami pracuję od pierwszego pomysłu aż po realizację.

    Z drugiej strony, od 10 już lat prowadzę dział sprzedaży praw zagranicznych w Znaku — odpowiadam za sublicencje, czyli wszelkie prawa idące za książką. Mówiąc żartobliwie: moim celem jest, by książka „wyskakiwała z lodówki” — jeśli nie znajdziesz jej na półce w księgarni, nie usłyszysz w radiu czy nie przeczytasz recenzji, to może zobaczysz ją na scenie w teatrze albo w innej adaptacji. Zatem rola Energy makera jest jak najbardziej na miejscu. O książkach ma się mówić. To moja misja: promować polską literaturę w Polsce i na świecie. I to się dzieje — nasze książki są wydawane wszędzie. To ogromna duma — wchodzić do księgarni daleko od Polski i widzieć znajome tytuły, niezależnie od tego, czy są to publikacje Znaku, czy innych polskich wydawców

    Zacznijmy od tego, jak bardzo działa na wyobraźnię polskich autorek i autorów, jeśli mówisz im: „Będzie pani zadowolona/będzie pan zadowolony. Sprzedam prawa do pani/pana książek za granicę.” To czasami może przeważyć szalę, że przyjdą do Znaku, nie gdzieś indziej?

    Dla pisarzy kluczowe jest to, by zostać wydanym — i to w dobrym wydawnictwie. A miarą tego, czy wydawnictwo jest dobre, jest także to, co dzieje się z książką dalej. Ważne, by została dobrze opracowana, odpowiednio wypromowana i żeby się sprzedała — bo funkcjonujemy w modelu biznesowym. Ale co dalej? Lubię myśleć o książce długofalowo i dawać jej możliwie długie życie. Jednym z elementów, które je wydłużają, są adaptacje i tłumaczenia. Nic tak nie działa na wyobraźnię, jak moment, kiedy książkę można usłyszeć w radio, zobaczyć na scenie czy — przy odrobinie szczęścia i dużej dozie cierpliwości — obejrzeć jako ekranizację lub znaleźć ją w zagranicznej księgarni.

    I tak, to potrafi przeważyć szalę w rozmowach i zdecydować o wyborze wydawnictwa. Problem polega na tym, że nie można tego obiecać. Bo nie można obiecać, że uda się mieć tłumaczenie, czy film. I nigdy tego nie robię, bo to bardzo złożony proces, który wymaga czasu, pracy – od wszystkich, również autora czy autorki, i — niestety — nie daje żadnych gwarancji. Ale staramy się i mamy na tym polu swoje sukcesy. Z tłumaczeniami również nie jest łatwo. Weźmy jako przykład rynek anglojęzyczny — najbardziej pożądany przez autorów i wydawców: Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. W Wielkiej Brytanii literatura tłumaczona to około 5% rynku. Ten procent się zmienia, ale jak widać, nieznacznie.

    Awansowała z 3%.

    Tak, awansowała. W Stanach Zjednoczonych to jest 3%. I ani drgnie.

    A mówimy o rynku literatury tłumaczonej z całego świata. My — z naszą polską książką — musimy się zmieścić gdzieś w tych procentach. Wydawcy zagraniczni dzielą się na tych, którzy publikują przekłady, i tych, którzy tego nie robią. Niektórzy mają określony fokus językowy, inni są otwarci — ale zwykle oznacza to, że wydadzą jeden tytuł z danego kraju, a potem szukają czegoś nowego. Mówię głownie o powieściach, bo to te cieszą się największym powodzeniem. Chociaż oczywiście nie tylko.

    Są też wydawcy, którzy świadomie budują listę z naszego regionu — oni faktycznie śledzą rynek, czytają i wybierają. Ale o ich uwagę zabiega mnóstwo ludzi: inni Foreign Rights Managerowie, redaktorzy, tłumacze, autorzy. Przebić się jest bardzo trudno. I to nie dlatego, że nasze książki są słabe — przeciwnie, polska literatura stoi na światowym poziomie. Problemem jest ograniczona liczba miejsc na tej półce.

    Dlatego nigdy nie obiecuję sukcesu zagranicznego. Ale bardzo się o niego staram.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Widujemy się między innymi na targach książki we Frankfurcie. Jak przekonujesz świat – przede wszystkim anglojęzyczny, że powinni zainteresować się taką, a nie inną książką, kiedy przychodzi do nich kilkunastu – kilkudziesięciu ludzi z taką funkcją jak Twoja i mówią im dokładnie to samo? Dlaczego świat powinien czytać polską literaturę?

    Zacznijmy od tego, że wcale nie skupiamy się na rynku anglojęzycznym, a wręcz przeciwnie, bo jeżeli to jest najtrudniejszy rynek, to dlaczego całą energię mamy wkładać w jego podbijanie? Może warto się skupić na tych rynkach, które chcą nas wydawać i promować w pierwszej kolejności?

    Francja, Niemcy.

    Niemcy są teraz chyba trudniejsze nawet niż Wielka Brytania, bo w swoim czasie wielu polskich wspaniałych autorów tam wydano i teraz uwaga wydawców skupia się na innych regionach świata. Natomiast oczywiście książki z Polski dalej się tam ukazują. Bo polska literatura jest czytana na całym świecie. Zaś tym, co przekona wydawcę, to może być autor, temat książki, aktualne zapotrzebowanie wśród czytelników, osobiste preferencje wydawcy, profil wydawnictwa, etc. Tu nie ma mowy o spontaniczności. To jest cały proces.

    Po pierwsze: jeździmy na targi książki — i nie chodzi tylko o Frankfurt, ale też o Londyn i Bolonię. To trzy najważniejsze imprezy, na których jesteśmy obecni zawsze. Byłam w tym roku na targach książki w Wilnie, gdzie z okazji 25-lecia targów zorganizowano pierwszą edycję programu fellowship. To inicjatywa, w ramach której organizatorzy zapraszają wydawców z całego świata, by przez dwa lub trzy dni (w zależności od programu) zapoznać ich z lokalnym rynkiem książki — poprzez spotkania z autorami, tłumaczami i wydawcami. Taki fellowship dla zagranicznych wydawców organizuje w Polsce Instytut Książki, który w ten sposób doskonale dociera z nowościami z polskiego rynku, będzie również program podczas Targów Książki w Warszawie.

    Taki program działa w dwie strony — wydawcy opowiadają nam o swoim rynku, a my im o naszym. Uczestnicy są starannie wyselekcjonowani: to wydawcy, tłumacze i autorzy zainteresowani literaturą tłumaczoną. I to jest kluczowe: najpierw trzeba znaleźć kogoś, kto rzeczywiście interesuje się literaturą tłumaczoną — czy to beletrystyką, czy książkami dla dzieci. Podczas takich spotkań mamy znacznie więcej czasu niż na klasycznych targach (tam rozmowy trwają zaledwie 30 minut) — tu mamy na nie aż trzy pełne dni.

    Uważam, że o skuteczności decydują trzy rzeczy. Po pierwsze: reprezentuję jednego z największych polskich wydawców, z katalogiem uznanych autorów i realnymi sukcesami na arenie międzynarodowej. To istotnie ułatwia rozmowę, bo istniejemy od dawna, mamy dobrą listę oraz książki wydawane już na świecie.

    Po drugie: jestem również redaktorką nabywającą, więc wiem, jak myśli osoba po drugiej stronie stołu. Wiem, że jego czy jej priorytetem jest nie tracić czasu. Dlatego nie przychodzę z katalogiem i pytaniem „co ci się podoba?”. Przychodzę z konkretną propozycją: „to jest książka, która może ci się spodobać”. Dlaczego? Bo staram się wiedzieć, jakie książki wydaje mój wydawca. Zaś jeśli się nie znamy dobrze a katalog go zainspiruje — staram się znaleźć coś właśnie dla niego.

    Na spotkania z wydawcami przygotowuję się bardzo dokładnie. Spędzam dużo czasu na badaniu lokalnego rynku, poznawaniu preferencji danego wydawcy, jego strategii, potrzeb, poszukiwanych tematów. To naprawdę wymaga dużego researchu.

    Po trzecie: absolutnie nie pracuję w próżni. Współpracuję z wybitnymi tłumaczami literatury polskiej na inne języki, jestem w stałym kontakcie z Instytutem Książki i innymi instytucjami kultury. Moim zadaniem jest być na bieżąco – wiedzieć, co się dzieje na świecie, jakie są trendy, poszukiwane tematy, potrzeby poszczególnych rynków, jakie książki są wydawane, co z Polski możemy zaproponować, jak wyglądają programy wspierające wydania i tłumaczenia. Ciągle się uczę.

    Bo podpisanie umowy to ostatni etap. Cała praca, która go poprzedza, to tak naprawdę 80% całego procesu.

    Olga Tokarczuk, fot: smakksiazki.pl

    Czy Nobel dla Olgi Tokarczuk sprawił, że nastąpiło większe zainteresowanie polską literaturą na świecie? Czy nastąpiło większe zainteresowanie Olgą Tokarczuk?

    Myślę, że ty znasz odpowiedź na to pytanie. Jako filozofka mogę powiedzieć tak: jest — i nie jest. Jest, bo przez pewien czas Polska rzeczywiście była na ustach całego literackiego świata. Tylko że dla wydawców literatury tłumaczonej Olga Tokarczuk nie była postacią nieznaną. Oni już wcześniej ją wydawali, znali jej twórczość. Bo kiedy pytali: „Kogo warto teraz czytać w Polsce?” odpowiedź niemal zawsze brzmiała: Olgę Tokarczuk.

    Natomiast to nie jest tak, że sprzedają się jedynie książki bardzo literackie. Sprzedaje się bardzo różna literatura, bo ludzie lubią czytać bardzo różne rzeczy. Powieści obyczajowe, kryminały, literatura faktu, książki kucharskie. Ale myślę, że efekt Olgi Tokarczuk polegał na czymś innym — dzięki niej znaleźliśmy się na rynkach, do których, bez Nobla dla autorki, a wcześniej dla Wisławy Szymborskiej czy Czesława Miłosza, być może nigdy byśmy nie dotarli.

    Trzeba pamiętać, że to jest jednak biznes. Wydawca zada sobie pytanie: „Dobrze, ale jak mam przedstawić autorkę czy autora z Polski naszym czytelnikom?”. I właśnie na tym polega moja praca — by uprzedzić to pytanie. By odpowiedzieć, zanim ono padnie. Powiedzieć: jak można ją przedstawić, do czego nawiązać, do jakiej książki z własnej oferty ją porównać, z czym ją skojarzyć na danym rynku. Czy to ktoś, kogo można zaprosić na festiwal, czy jego książka może stać się punktem wyjścia do dyskusji? Efekt Olgi Tokarczuk istniał — i nadal działa, jak kręgi na wodzie. Rozszedł się daleko i wciąż pracuje. Natomiast w świecie wydawnictw skupionych na tłumaczeniach Olga Tokarczuk była znana już wcześniej. Bo po prostu jest wybitną autorką z bardzo dobrymi książkami.

    Teraz konkretny przykład. Idziesz do wydawcy lub kolegi po fachu i mówisz: Słuchaj, mam tutaj książkę napisaną przez dwóch autorów. Jeden to Jacek Dehnel, znany w Polsce pisarz, drugi to Piotr Tarczyński, tłumacz, amerykanista. Napisali cykl fajnych kryminałów, może byście to wydali? I oni wtedy otwierają buzię i mówią: Kryminałów mamy u siebie mnóstwo. Albo mówią: O, to ciekawe. Czy ty sprawiasz, żeby oni powiedzieli, że to ciekawe?

    Super, że wybrałeś ten przykład, bo to naprawdę ważna kwestia. Nie ma jednej metody działania. Najgorsze, co można by zrobić, to założyć, że istnieje jakiś uniwersalny schemat — nie istnieje. Każdemu wydawcy opowiadam o tej samej książce w nieco inny sposób, inaczej rozkładam akcenty. I to jest kluczowe, bo to nie jest jakaś formułka do wydukania. Nigdy nie można kłamać. Po pierwsze, takie rzeczy bardzo łatwo sprawdzić. Po drugie — to mały świat, wszystko opiera się na zaufaniu. Masz tylko jedną szansę, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie.

    W przypadku Maryli Szymiczkowej, czyli Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego, mamy do czynienia ze wspaniałą sytuacją. Po pierwsze, to uznani autorzy. Po drugie, Jacek Dehnel jest pisarzem tłumaczonym na wiele języków — to znaczy, że ma już tłumaczy, którzy znają jego styl, poziom pisania i wiedzą, jak wysokiej jakości jest jego proza. Nie mamy więc do czynienia z debiutem, lecz z autorami, którzy przychodzą z nowym projektem — to pierwsze ułatwienie.

    Drugie to sam gatunek — kryminał. I choć mogłoby się wydawać, że to atut, w rzeczywistości wejście na rynki zagraniczne z kryminałem bywa bardzo trudne. W każdym kraju są już lokalne gwiazdy literatury gatunkowej: kryminałów, powieści obyczajowych, romansów czy literatury młodzieżowej. Konkurencja jest ogromna, a próg wejścia — naprawdę wysoki.

    Jacek Dehnel, fot: smakksiazki.pl

    To pokazuje chociażby przykład Zygmunta Miłoszewskiego czy Wojtka Chmielarza, którzy tutaj są gwiazdami, a na świecie…

    Tak, tak. Zostawiłabym to raczej jako osobne pytanie, bo tu mamy do czynienia z podstawowym błędem — założeniem, że status bestsellera w Polsce jest jakimkolwiek argumentem dla zagranicznego wydawcy. Otóż nie jest. W najlepszym wypadku to dziesiąty czynnik na liście, a najczęściej — żaden. Oczywiście mogę od razu podać kontrprzykład, i to tylko pokazuje, jak bardzo trzeba się dostosowywać do zmieniających się warunków.

    Wracając do Jacka i Piotrka — mamy tu bardzo dobrych, uznanych autorów, którzy wrócili z nową, świetną serią. I trafili idealnie w moment, kiedy rynek zaczął się odwracać od brytyjskiego, rozbudowanego psychologicznego kryminału. Po skandynawskim thrillerze, po domestic noir, przyszła pandemia, a z nią zmiana nastrojów — ludzie zaczęli unikać trudniejszych, lękowych tematów. Na tym tle pojawił się powrót do cosy crime.

    Okazało się, że w Polsce nie mamy wielu autorów tego gatunku. Maryla Szymiczkowa właściwie nie ma konkurencji. Fakt, że akcja rozgrywa się na przełomie wieków, w Krakowie, że to powieść historyczna z wyrazistą kobiecą bohaterką i szczypta humoru — to wszystko zadziałało. Wiemy przecież, że to jest opowieść z przymrużeniem oka, taka nasza pani Dulska, tylko z Tarnowa. I rzeczywiście — ten klimat bardzo dobrze trafił do odbiorców, którzy pokochali np. Enolę Holmes. W recenzjach pojawiło się określenie, że to książki, w których Wes Anderson spotyka Agathę Christie. Bardzo mi się to spodobało.

    Szczęście również ma znaczenie, jak zawsze. Sukces tej serii na skalę międzynarodową nie byłby możliwy, gdyby nie zachwyt Antonii Lloyd-Jones. Przygotowaliśmy świetne materiały — właśnie dzięki jej zaangażowaniu. To Antonia, wybitna tłumaczka i ambasadorka polskiej literatury w Wielkiej Brytanii, sprawiła, że pierwsze wydanie książki ukazało się po angielsku. A to jest święty Graal. Jeśli masz całą książkę przetłumaczoną na angielski — w dodatku przez świetnego tłumacza i wydaną w dużym, uznanym wydawnictwie — to połowa pracy za tobą. We Włoszech serię wydaje Rizzoli, we Francji Agullo — i to już czwarty tom. Wydawca amerykański kupił książkę po sukcesie brytyjskiego wydania. Za moment ukaże się wydanie ukraińskie. Jeśli uda się doprowadzić do anglojęzycznego wydania w prestiżowym wydawnictwie i ze znakomitym tłumaczeniem — to naprawdę otwiera drzwi. Ale trzeba podkreślić: to wciąż bardzo rzadki przypadek.

    Był taki moment po Henningu Mankellu i Stiegu Larssonie, gdy miało się na końcu nazwiska –son, to już było ssanie.

    Potwierdzam. Pamiętam, że kiedyś pojechałam na targi i spotkałam się tam z moimi kolegami agentami z krajów skandynawskich. Ja nie kupowałam kryminału, więc moje życie było trochę łatwiejsze, ale wtedy nawet bym nie miała co kupić, bo wszystko było wyprzedane zanim oni przyjechali na targi. To szło jak ciepłe bułeczki – na całym świecie.

    Jeden z polskich autorów wydał pod pseudonimem pisarza z Wysp Owczych. Jak się rodzi moda na dany kraj, że wszyscy czytamy szwedzkie kryminały, i czyta je cały świat? Możemy zbudować modę na polski kryminał. I dlaczego jest tak, że właśnie Wojtek czy Zygmunt, którzy sprzedają u nas bardzo duże liczby książek, we Francji są wydawani, ale w małych wydawnictwach?

    Gdybym znała odpowiedź na to pytanie, to myślę, że wszyscy bylibyśmy bardzo zamożni. Nie wiem. Trendy i mody to coś, co jest jednocześnie przewidywalne i zupełnie nieprzewidywalne. Można próbować je inicjować, ale to, co naprawdę „załapie” w danym momencie, zależy już wyłącznie od odbiorców.

    Zastanawia mnie choćby to, że pół świata — a może i cały — czytało o tym, co dzieje się w małej wiosce Ystad na południu Szwecji. Jak to się stało, że akurat to ludzi zainteresowało? Myślę, że odpowiedź brzmi: bo to było inne. Wcześniej czytelnicy mieli Londyn, Edynburg, Nowy Jork — a tu nagle pojawiła się szwedzka prowincja, inny klimat, inny bohater. A jednocześnie to wciąż działało w ramach dobrze znanego schematu.

    Kryminał jest dobrym, ale też trochę podchwytliwym przykładem. Zawsze się śmieję, że kiedy przychodzi do mnie autor i mówi, że chce napisać kryminał, to odpowiadam: „Broń Boże!”. Bo to jeden z najtrudniejszych gatunków. To jak gotowanie według przepisu: znasz składniki, ale musisz ugotować danie, które będzie inne niż wszystkie znane, a jednocześnie znajome. To naprawdę duża sztuka.

    W przypadku Skandynawii trzeba też podkreślić ogromną rolę instytucjonalnego wsparcia. W Norwegii działa NORLA — organizacja, która bardzo skutecznie wspiera wydania norweskich książek za granicą. Robią to szybko, efektywnie, i choć kwoty nie są ogromne, to dają realny impuls. To nie są granty pokrywające całość kosztów, ale częściowe wsparcie, które może przechylić szalę decyzji. Żeby wykreować modę na dany rynek, język, trzeba mieć coś, co otworzy drzwi. W przypadku literatury polskiej to była literatura wysoka i poezja, wspomniane Noble. W przypadku skandynawskiej — kryminał, za którym poszła literatura faktu, literatura piękna, a potem też poradniki, książki YA i klasyka. Najpierw wszyscy czytali kryminały, a potem pomyśleli: „Sprawdźmy, co jeszcze mają ciekawego”.

    Ogromną zmianę przyniosła pandemia. Zamknięte kina, brak możliwości podróżowania — wielu ludzi zwróciło się w stronę streamingu i książek. Przez moment to był jedyny emocjonalny wentyl. I właśnie z takich momentów biorą się trendy. Teraz mamy okres zainteresowania literaturą z Korei, Japonii, Chin — to jest na topie. Ale myślę, że za rok, dwa stanie się to już standardem i rynek poszuka czegoś świeżego. I to jest naturalne.

    Pamiętam pewne Targi Książki w Londynie, gdzie jedynym trendem były… kolorowanki. I to naprawdę dobrze pokazuje, że czasem nie da się niczego przewidzieć.

    Zostając przy Korei. Byłem kilka miesięcy temu na wywiadzie w Seulu i tam ludzie mówili jasno, że to jest też bardzo duża praca rządu koreańskiego, który inwestował w kulturę. Był Oskar, potem K-pop, teraz mamy literaturę, Nobla dla Koreanki.

    Tak. I książki kulinarne.

    Może więc to powinna być inicjatywa rządu danych krajów, żeby finansowo poprzeć modę.

    Tak jest, kiedy się stawia na kulturę. Wydaje mi się, że w większości krajów wszystkie te instytucje działają, i u nas też działają. Na pewno jest przestrzeń, żeby robić więcej, ale myślę, że my naprawdę robimy bardzo dużo. Książki polskie za granicą są dofinansowywane z przeróżnych programów, przez Instytut Książki i Instytuty Polskie. Wspierane są wizyty polskich autorów za granicą, wspierani są tłumacze, mamy nagrodę Transatlantyk, mamy Kongres Tłumaczy. Nasza literatura polska podróżuje i mamy niebywałe osiągnięcia, tylko to już nie są lata dziewięćdziesiąte i Polska nie jest żadną nowością – jesteśmy zwyczajnym krajem Unii Europejskiej. U nas już wszystko wiadomo, co się wydarzyło: Holocaust, historia, wschodnie mity i wybitna poezja. Upraszczam, ale tak jesteśmy widziani.

    Czy wykorzystaliśmy ten czas trzydzieści lat temu?

    Mieliśmy kilka lat, żeby się nauczyć go wykorzystywać, i to było bardzo mało czasu, bo to jednak była rewolucja. Wzrok świata padł na nas, to były lata dziewięćdziesiąte, historia dopiero się zmieniła i znaleźliśmy się w innym miejscu. Ale zwróć uwagę, że ci autorzy, którzy wtedy zaczęli być wydawani, dalej dobrze sobie radzą.

    Gdybyś miała wskazać dwie osoby, które zrobią w ciągu przyszłych kilkunastu lat karierę w świecie literackim, albo znajdą się w zasięgu Nobla?

    Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo mam świadomość, że Nagroda Nobla nie jest wyłącznie nagrodą literacką. Przepraszam, jakkolwiek to zabrzmi, ale Nobel z literatury nie jest tylko nagrodą za literaturę. To raczej papierek lakmusowy globalnej sytuacji — odbicie tego, co dzieje się w świecie.

    Żeby ktoś otrzymał Nobla w danym momencie, musi trafić w zeitgeist — duch czasu, dominujący klimat epoki. I on objawia się w tym, co jest obecne w kulturze: w muzyce, której słuchamy, w filmach, które zdobywają nagrody, w tym, kto otrzymuje najważniejsze wyróżnienia, jak również w literaturze, która trafia do czytelników.

    Osobiście bardzo bym chciała, żeby Nobla otrzymał Wiesław Myśliwski. Uważam, że zdecydowanie na to zasługuje. Jego powieści są niezmiennie wydawane na całym świecie — zarówno przez dawnych, jak i nowych wydawców. Jest wydawany, recenzowany, nagradzany. To literatura uniwersalna, głęboka i niezwykle wartościowa.

    W kontekście literackiego Nobla: częściej nawet niż o walorze literackim dyskutujemy o tym, co się dzieje. Jeśli jest zamach na Salmana Rushdiego, to być może powinien go dostać.

    Oczywiście.

    Gdy Rosja najeżdża Ukrainę od razu pojawiają się nazwiska: Zabużko, Żadan.

    W idealnym świecie chcielibyśmy, aby miarą wartości literatury była wyłącznie jej jakość. Ale wtedy pojawia się kolejne pytanie: co tak naprawdę sprawia, że mamy do czynienia z dobrą literaturą? Wiem, że na to pytanie próbujemy stale odpowiadać na różne sposoby. Ja mogę powiedzieć, że kiedy widzę, to wiem; kiedy czytam, to wiem. Ale dlaczego akurat w danym momencie ta książka się podoba, a nie inna, równie dobra? Cóż, po prostu taki jest czas. Mam też świadomość, że wielu dobrych autorów — nie tylko polskich — nie znajdzie swoich odbiorców, bo w danym momencie ludzie będą chcieli sięgać po coś innego.

    Wracając do koncepcji nagrody: może tak właśnie powinno być. Literatura może pełnić rolę narzędzia, które nagłaśnia problemy współczesnego świata — wskazywać problemy, emocje, w których dany moment historyczny nas postawił. To jedno z niewielu miejsc, gdzie ktoś może głośno o tym powiedzieć.

    Czy ze słabej książki da się zrobić dobry film albo serial?

    Oczywiście, tak samo jak z bardzo dobrej książki można zrobić bardzo zły film i serial. To bardzo proste, bo zależy to od tego, kto się tym zajmuje. Z natury jestem optymistką, ale kiedy sprzedajemy prawa filmowe, pierwsza rzecz, którą mówię do autora, to: „Proszę, zapomnij o swojej książce. Odłącz się od niej, ponieważ inny twórca, inny artysta spojrzy na nią w swój sposób, i to on musi ją przedstawić po swojemu, bo inaczej się to nie uda”. To zupełnie inny utwór, inna kreatywność, inna interpretacja. Są liczne przykłady, gdzie z dobrej książki powstał zły film, a ze złej książki — bardzo dobry. Ale to złożony bardzo proces.

    Gdy czytasz na profilach w social mediach autorek i autorów, że sprzedali opcje filmowe, to na Twojej twarzy pojawia się uśmiech: to w sumie nic nie znaczy?

    To dużo znaczy, i wiem ile to jest pracy.

    Ale często jest tak, że opcje są sprzedane, i nic się nie dzieje.

    To nie jest tak, że nic się nie dzieje, tylko po prostu o tym nie słyszymy. I nie dlatego, że coś nie dochodzi do skutku, ale dlatego, że przejście od książki do adaptacji i odbiorcy to złożony proces. Składa się z wielu etapów i każdy z nich może być ostatnim. Zasadniczo opcje są krótkoterminowe: roczne lub dwuletnie. Jeśli w ciągu tego czasu nic się nie wydarzy, proces często się kończy. Natomiast kiedy coś się dzieje, producenci są naprawdę zaangażowani, udaje im się pozyskać dofinansowanie do dalszych prac, przychylność nadawcy, to daje nadzieję. Należy też wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia z kryzysem: kina już nie cieszą się tak dużą popularnością. Niestety, mówię to jako kinomanka. To platformy streamingowe, które oferują ogromny wybór filmów i seriali, decydują teraz głównie, co i kiedy będziemy oglądać. Taki jest rynek. Nadawcy mogą wybierać spośród oryginalnych scenariuszy, adaptacji lub materiałów z innych regionów, więc konkurencja jest ogromna, a nakłady finansowe – spore.

    Zawsze cieszę się, gdy pojawia się informacja o opcji filmowej na książkę. Są producenci filmowi, scenarzyści, reżyserzy, którzy dużo czytają, interesują się książkami i chętnie je kupują. Bardzo często się spotykamy i naprawdę godziny spędzamy na rozmowach o książkach. Natomiast sam proces jest już czasochłonny, złożony i trzeba podchodzić do niego bardzo na spokojnie, pomimo wielkich emocji, jakie wzbudza wizja zobaczenia swojej książki na ekranie.

    www.unsplash.com/Jakob Owens

    To od razu wytłumaczmy, czym się różni kupno opcji od praw?

    Opcja to w jakimś sensie rezerwacja. To jest zdjęcie książki z rynku, które daje producentowi gwarancję, że kiedy przygotuje materiały, poszuka nadawcy, zastanowi się, jak domknie budżet, to nikt mu tego projektu nie zabierze po tym, jak znajdzie twórców, nadawcę i pieniądze. Kiedy w ciągu roku lub dwóch lat przejdzie wszystkie te kroki i zobaczy, że ma zainteresowanych inwestorów, może to realizować, ma scenarzystę, reżysera, wtedy rzeczywiście kupowane są prawa, a realizacja dochodzi do skutku. Wtedy mamy większą szansę, że projekt będzie zrealizowany i go zobaczymy. Ale znowu wiele rzeczy może się zdarzyć: może wybuchnąć wojna, może pojawić się pandemia, rynek może się przetasować z dnia na dzień. Na to trzeba być niestety również przygotowanym.

    To, na co ja staram się zwrócić uwagę, to aby opcje nie były gromadzone jak koraliki do naszyjnika. Ważne jest, by pracować z ludźmi, którzy są naszymi partnerami, którzy są zaangażowani i widać, że mają emocje związane z projektem. Musi być chemia – mówiąc inaczej. Głęboko wierzę, że kiedy ludzie mają dobrą relację, łatwiej im przechodzić przez trudne momenty, a w przypadku produkcji filmowych tych trudnych momentów jest naprawdę wiele.

    Czyli wychodzi na to, że dwa Święte Graale: zagraniczne tłumaczenie oraz ekranizacja, to jest coś, co sprawia, że autorki, autorzy są najszczęśliwsi? Czy jeszcze coś trzeba dorzucić do tej dwójki?

    Myślę, że jest wiele rzeczy, które można i trzeba zrobić, żeby autorzy byli szczęśliwi. Przede wszystkim autor w Polsce jest szczęśliwy wtedy, kiedy jest szanowany. Myślę, że ktokolwiek, kto pracuje w tej branży, czy pracuje w wydawnictwie, zdaje sobie sprawę z tego, jak dużo pracy, emocji, zaangażowania wymaga stworzenie historii, książki w dowolnym gatunku. I nikt tego sobie nie lekceważy. Natomiast otoczenie biznesowe mamy jakie mamy i nie zawsze jest tak, że najpopularniejsze książki to najlepsze książki. I trochę na to nie ma wpływu, bo właśnie – co kieruje wyborami? To nie jest tylko tak, że nie dotrze do nich informacja, bo dociera.

    Moim zdaniem najważniejsze jest to, żebyśmy chcieli czytać. Jeśli możemy dodać do wydanej w Polsce książce informację o wydaniu zagranicznym, adaptacji filmowej czy teatralnej — to świetnie. Działa to na wyobraźnię polskich czytelników. Ale też realnie przedłuża życie książki, daje pretekst, żeby przypomnieć o książkach z tak zwanej backlisty, czyli takich, które zostały wydane dwa, trzy, a nawet dziesięć lat temu. Bo to nie jest tak, że jeśli książka została wydana wcześniej, to przestaje istnieć. Oczywiście, że nie! Często mówię producentom: nie szukajcie książek do adaptacji jedynie wśród bestsellerów. Istnieje jeszcze backlista. Zapytajcie wydawnictw. Oni będą wiedzieli, co wam polecić, mają z czego wybrać. Więc każdy pretekst, żeby przypomnieć o książce jest dobry.

    I już zupełnie na koniec – gdy czytałaś raport Polskiej Sieci Ekonomii o stanie naszego rodzimego rynku książki, to zgadzasz się, że jest rzeczywiście tak źle?

    To nie jest jedyny raport, który czytam, bo zapoznaję się z raportami z różnych rynków na całym świecie. Staram się być dobrze poinformowana o tym, co dzieje się u naszych sąsiadów, i nie znam rynku, na którym nie byłoby problemu. Uważam, że wszyscy mamy jeden podstawowy problem: musimy walczyć o uwagę naszego odbiorcy, by chciał czytać książki. Jeśli nie zadbamy o to, te wszystkie problemy staną się drugorzędne, bo po prostu przestaną mieć znaczenie – nie będziemy mieli książek. Jeśli nie będziemy czytać, to nie będzie miało znaczenia, czy znajdziemy książki w bibliotece, czy w księgarni, bo nikt nie sięgnie po nie.

    Ten raport jest bardzo ciekawy pod wieloma względami, ale trzeba go uzupełnić o inne raporty i spostrzeżenia. Gdybyśmy uszczegółowili go o wypowiedzi i refleksje autorów, wydawców, dystrybutorów, księgarzy i bibliotekarzy, każdy miałby swoją wizję. Wróciłam z targów książki w Wilnie i na przykład zauważyłam, że w Polsce wcale nie mamy drogich książek. Rozumiem, że książki mogą wydawać się drogie, ponieważ kultura w ogóle jest raczej na ostatnim miejscu w hierarchii wydatków. Ale czy książka jest droga? Ale w porównaniu do czego? Do biletu do kina? Do wykupienia abonamentu na streaming? Do wykupienia subskrypcji na audiobook? To kwestia wyboru, na co chcę wydać swoje pieniądze. Naprawdę, książka kosztuje tyle, co trzy, dwie kawy. Czy to naprawdę jest tak dużo? Nie, w Polsce mamy jedne z tańszych książek w Europie, biorąc pod uwagę ceny książek. Tylko nie rozumiem, dlaczego porównujemy to do innych rzeczy, skoro za produkty, które są dla nas wartościowe i na których nam zależy, jesteśmy gotowi zapłacić dużo więcej.

    Dziękuję za rozmowę.