Oj zabolało. I wcale mnie to nie dziwi, bo prawda w oczy kole. Zawrzało od komentarzy. Sporo było za. Czytelnicy pisali, że teraz spojrzeli na sprawę zgoła inaczej. Jednak sporo osób obruszyło się na żale jakiegoś pisarza. Z tym się liczyłem. Po latach wiem, że nasz odbiorca wcale nie musi rozumieć kulis tego co robimy. I nie rozumie, co mnie nie dziwi. W końcu oglądając filmy nie musi wiedzieć, jak się je robi. Słuchając muzyki, nie musi znać się na kompozycji. Po prostu coś mu się podoba i wcale go nie obchodzi, czy król disco polo Sławomir Świerzyński, lider zespołu Bayer Full, przywłaszczył sobie piosenkę harcerską Mariusza Gabrychy. Zresztą nie tę jedną. To o co tu właściwie chodzi? Poza pieniędzmi, które tak poruszyły królową polskiego podcastu true crime. Tak, zdradzę z imienia i nazwiska o kogo chodzi, ale najpierw odpowiem pewną historię.
Przed laty, zanim zająłem się pisaniem, pracowałem w …. a niech tam, w końcu to nie wstyd, że byłem przedstawicielem handlowym w szczecińskim browarze, który jako pierwszy zakpił z prawa reklamując smaczne i zdrowe piwo bezalkoholowe. Pamiętacie pewnie powódź z 1997 roku. Gdy wody zeszły wpadliśmy na pomysł, by zorganizować koncert połączony ze zbiórką pieniędzy na powodzian. Duża impreza, scena, stadion, kilka kapel, a do tego piwo, rzecz jasna bezalkoholowe 😉 Nie wszyscy zapalili się do pomysłu. Wystarczy powiedzieć, że zamiast pomóc, sypali piach w tryby. Mimo to się udało. Na kilka godzin przed koncertem, gdy ja zajmowałem się rozstawianiem ławek, na stadionie pojawił się nasz dyrektor ze Szczecina. Kolega który nie był zajęty pracą, chętnie chwycił go pod ramię i oprowadził pokazując jak „zorganizowaliśmy” tę piękną imprezę. Na koniec przyjął gratulacje od zadowolonego szefa. Jak łatwo się domyślić, nie woda, a krew mnie zalała. Nie dość, że nic nie zrobił, do tego przeszkadzał, to podpisał się pod cudzą pracą. Idę o zakład, że każdy z Was spotkał się w pracy z podobną sytuacją. Będziemy do tej metafory wracać, choć idę o zakład, że rozumiecie.
Dla jasności powtórzę raz jeszcze. Ja ryję w archiwach jak dzik w żołędziach, a ktoś przychodzi na gotowe i streszcza moją pracę. Czy aby mam rację? Otóż okazuje się, że nie. I łatwo się domyślić, kto jest innego zdania. Królowa podcastu true crime (jeszcze wytrzymajcie) wystąpiła w podcaście komentując to, co napisałem w „Kradnę więc jestem – smutna prawda o polskich podcastach true crime” – klik.
– […] jeden z autorów bardzo popularnych książek, takich true crimowych w Polsce, nazwał wszystkich podsasterów, praktycznie wszystkich podcasterów true crimowych złodziejami.
– Znowu ktoś tak…
– Tamten wcześniej umarł więc…
– Tak, wiem, wiem, wiem.
[…]
– Już wiem, on miał żal, że on siedzi w tych archiwach i czyta to wszystko, a wy przychodzicie na gotowe…
– On otwarcie powiedział, że chodzi o pieniądze, że jemu to zajmuje pół roku, albo dwa lata, powoływał się na przykład, że aby dotrzeć do jakiegoś świadka w jakiejś sprawie, to potrzebował dwóch lat, a podcaster sobie siada otwiera jego książkę i leci z jego książki.
– No a zobacz. Taki śledczy siedzi nad taką sprawą, przesłuchuje ludzi, słucha strasznych historii albo strasznych głupot i tak dalej, spisuje to, a taki przychodzi do archiwum spisuje to i ma książkę. Czy to jest sprawiedliwe? Albo jakiś seryjny morderca, tyle się narobi, pomorduje, a ten se przychodzi i pisze książkę.
– No teraz jesteś cyniczny, sarkastyczny.
(Śmiech)
– A nie jest tak, że miałaś współpracę promującą książkę tego autora?
– Tak, to prawda miałam. Co mnie bawi w tej sytuacji, do mnie się nie przyczepił, ale oberwało się innej bardzo popularnej podcasterce.
– Może przed tym tekstem sprawdził wyniki sprzedaży po twoim odcinku.
Ok, wystarczy. Pani Justyna Mazur mówi dalej, że bardzo by chciała zobaczyć badania, które potwierdzą, jak podcasty generują sprzedaż książek. Ja też bym chciał zobaczyć. To nie jest trudne, jest pewne ale – o tym zaraz. Na początek Pani Justyno, proszę powiedzieć, którą moją książkę Pani polecała. Bo niestety nic mi nie wiadomo o jakiejkolwiek współpracy pomiędzy moim wydawcą a Panią. Gorzej, ja do niedawna nie wiedziałem o Pani istnieniu. Dlatego nie sprawdziłem przed publikacją tekstu ileż to sprzedano dzięki Pani moich książek. Przyznam się też ze wstydem, że do dzisiaj nie słuchałem ani jednego Pani podcastu. Przepraszam. Ale jeśli poda Pani tytuł książki, którą Pani poleciła i datę publikacji podcastu, to wydawca jest w stanie sprawdzić sprzedaż w poszczególnych dniach. Ale…

Premiera książki to czas, gdy pełno mnie wszędzie. W radiu, w gazetach, internecie. Nie wiemy skąd przychodzi do nas czytelnik. Czy czytał wywiad w Newsweeku (ponad 200 tys odsłon), tekst w gazeta.pl (190 tys odsłon), oglądał wywiad w „NaTemat” (140 tys odsłon) czy słuchał mnie w Zetce (trudno powiedzieć ilu słuchaczy). Zatem trudno będzie ustalić ilu Pani odbiorców pokusiło się by kupić książkę. Odpowiem bez badań. Moim zdaniem żaden. Znam tylko jeden przypadek, gdy w ramach współpracy podcaster opowiedział historię, którą opisałem. Po tym odcinku nie odnotowano żadnego zauważalnego wzrostu sprzedaży. Dlaczego? To proste. Po pierwsze odbiorca poznał całą historię i z książki nie mógł dowiedzieć się już niczego nowego. Ok, mógł, ale po co ma poznawać szczegóły, skoro już wie, kto, co, jak i dlaczego? A poza tym, opowiedziano mu tę historię za darmo i nie ma potrzeby wydawać 30 zł, a do tego męczyć się przez kilka(naście) godzin czytając.
Temat „polecajek’ w podcastach jest od dawna dyskutowany przez wielu wydawców. Większość jest przekonana (bez badań), że słuchacze nie kupią książki, nawet jeśli zostanie polecona w podcaście. Owszem wydawcy płacą za takie polecenie, bo szukają nowych sposobów promocji i sprawdzają czy to coś da. Ups, zdradziłem, że podcasterzy biorą za to pieniądze. Biorą bo mają zasięgi. Tak jak aktorzy i celebryci. I to nie małe pieniądze, ostatnio jeden z czołowych podcasterów zarządał osiem tysięcy złotych! W tym kontekście Oburzenie Justyny Mazur, bo śmię mówić o pieniądzach, to czysta obłuda. Jednak Pani twierdzi, że była współpraca, a zatem pewnie znajdę gdzieś fakturę. Chyba że Pani Justyno, Pani nie bierze za to pieniędzy. To pełen szacun.
Oczywiście zaraz ktoś się odezwie – ja kupiłam książkę po wysłuchaniu podcastu! Z pewnością są takie osoby. Spójrzmy jednak na statystykę. Podcastu wysłuchało powiedzmy sto tysięcy osób. Przypomnę wymienione powyżej media. Gdyby dziesięć procent z nich kupiło, to wydawca by sprzedał 10 000 egzemplarzy. A ile sprzedał? Nie wiem czy mogę zdradzać wyniki sprzedaży, ale w przypadku literatury faktu takie nakłady się nie zdarzają. To nie są powieści Mroza. Remigiusz przepraszam, że znowu podaję Ciebie jako przykład, ale wiesz dobrze, że to nie jest złośliwość, piwo w przyszłym tygodniu aktualne 🙂 Wiem za to, że po rozmowie w Dzień Dobry TVN sprzedaż skoczyła o kilkaset procent. I znowu Justyna Mazur powie – chodzi o pieniądze. Owszem tak, bo ja nie siedzę w archiwum charytatywnie. To moja praca. Tak samo jak Pani, prowadząc podcastową fabryczkę na każdy temat po prostu na tym zarabia. Ale jest jeszcze ten nieszczęsny koncert. I tu zacytuję komentarze pod podcastem, w którym słowem nie wspomniano o tym, że jakiś Semczuk coś napisał.
„Bardzo skrupulatnie prowadzone śledztwo. Dziekuje bardzo🌹”
„O ja cieszę się, ze trafiłam na ten kanał! Dobrze się Ciebie słucha, dużo informacji.
Trzymam kciuki za rozwój kanału. Daje suba :)”
Zastanawia mnie jednak coś innego. W rozmowie Justyny Mazur z… na początku nie wiedziałem, kim jest ten pan. Teraz już wiem. To bardzo bliska osoba Justyny, który żartuje sobie z tego, że ja przepisuję akta a milicjanci i mordercy się napracowali. Tak na marginesie, zabójcy Panie Krzysztofie, ale nie dziwi mnie, że nie wie Pan co to za różnica. Drogi Panie Krzysztofie. Sporo książek w tle, jak mniemam sporo Pan czyta. Nie wiem tylko czy ze zrozumieniem, skoro używa Pan takiego porównania. Tyle sarkazmu z mojej strony 😉 A serio, jeśli moja książka to tylko bezmyślne przepisywanie z akt, to cała literatura faktu opierająca się na analizie źródeł, biografie i książki historyczne, to po prostu zrzynanie od innych. Ciekawe, bo historycy jednak prowadzą badania archiwalne i oni również są ofiarami plagiatów. To jednak zdaje się wykraczać poza wyobraźnię Pana Krzysztofa, dla którego napracował się seryjny zabójca.
Dlaczego w rozmowie Justyny i Krzysztofa nie pada nazwisko autora, który tak bezczelnie mówi o pieniądzach i pozwolił sobie nazwać podcasterów złodziejami? Mało tego nie pada nazwa bloga, na którym to opublikowano? Pada, że to śmieszne. Serio? Ja to wyjaśnię. Istniało ryzyko, że Wasi odbiorcy zajrzą do tego bloga, przeczytają i nie dość, że nabiją klikbajty, to gotowi powiedzieć – kurcze on ma trochę racji. Więc lepiej drwić, że jeden już miał pretensje, ale umarł. Ten żyje, chyba szkoda. Słabe to.
– A co pana zdaniem powinna zrobić? – zapytała mnie kilka dni temu reporterka Onetu, która pisze tekst na ten temat. W pierwszej chwili nie wiedziałem co odpowiedzieć. Teraz już wiem. Pani Justyna obruszyła się, że czerpanie z efektów cudzej pracy nazwałem kradzieżą. Czy można inaczej? Można. Tak jak Newsweek, NaTemat, gazeta.pl nie streszczają książki. Rozmawiają z autorem. O ile ciekawszy by był podcast gdyby zamiast streszczenia podcasterka rozmawiała z pisarzem. Jest wiele ciekawych spraw, których w książce nie ma. Są kulisy docierania do materiałów, ich porównywania – Panie Krzysztofie, ja nie przepisuję akt, ja je interpretuję, na przykład wyciągam wnioski z dat powstania dokumentów, a nawet godzin i tego co w tym czasie działo się w innych miejscach. Moja książka nie jest streszczeniem dokumentów z jednego źródła. Jeśli nie dostrzega Pan różnicy, to Olga Tokarczuk coś o tym wspomniała niedawno. Wracając do podcastu. Po co się wysilać i robić to tak jak dziennikarze? Skoro i tak słuchają. I tak się klika. A co najważniejsze, odbiorca uważa, że to samodzielne dzieło autora podcastu.


