Ludzie dzielą się na koty i psy. Ci pierwsi chodzą własnymi ścieżkami i lubią zwinąć się w kłębek, kiedy przyjdzie im ochota. Drudzy gonią swój ogon i cieszą się, kiedy widzą drugą istotę. Chciałabym być kotem, ale mam uczulenie na ich sierść. Poza tym, nie oszukujmy się, lubię pieski optymizm a większość moich znajomych zachowuje się jak szczeniaki, które lecą przed siebie i cieszą się z tego, że słońce świeci. Jestem więc psiarą. Gadam do spotykanych psów, całuję (tak, wiem, nie wolno, ble ble) i przytulam. Moi studenci odpracowują nieobecności na zajęciach w schroniskach a przyjaciele adoptują non stop nowe futrzaki, chociaż nie mieszkają w pałacach. Mam wrażenie, że mnie zrozumiecie – w końcu czytacie ten felieton w necie, a tu rządzą filmiki z kociakami, foczkami i innymi przyjaciółmi. Poza tym ludzie żyjący bez zwierząt są podejrzani.
Pisarze i pisarki również dzielą się według ras. Ale niezależnie od tego, jakie zwierzę zechciało się nimi zająć (literaci to straszne gamonie, muszą mieć kogoś do opieki) to zwykle jego ślad można znaleźć w twórczości. Psy- chologia ma wielki wpływ na wyobraźnię.
Tak było choćby z jednym z najbardziej znanych psów polskiej literatury dla dzieci, czyli Ferdynandem Wspaniałym opisanym przez Ludwika Jerzego Kerna. Leniwy doberman, który głównie drzemał na szezlongu pewnego dnia postanowił wyruszyć w miasto. Zamienił więc miękkie obicie na garnitur i zaczął mieć fascynują ce przygody. Pomysł na Ferdynanda przyszedł Kernowi, kiedy siedział przy biurku i kończył tekst. Obok niego drzemała bokserka Farsa, której ewidentnie coś się śniło. Popiskiwała, ruszała nogami. Pisarz zaczął zastanawiać się, co też może śnić się psu. Postanowił więc to opisać. Nie chcę tu spoilerować, ale przygody Ferdynanda były tylko imaginacją (chociaż ja nadal wierzę, że winda potrafi wyfrunąć do nieba, kiedy naciśnie się guzik ostatniego piętra, więc lepiej uważajcie).
Pisarze czerpali inspiracje obserwując zwierzęta antropomorfizując je lub próbując uchwycić specyfikę ich zwyczajów. Wystarczy wspomnieć Zofię Nałkowską i jej opowiadania „Między zwierzętami” lub autorów dla dzieci: Ewę Chotomską czy Agnieszkę Frączek.
Mark Twain miał ulubionego czarnego kota Bambino, Gustave Falubert papugę, a Karol Dickens…kruka Gripa (który trafił do annałów poezji dzięki sportretowaniu go przez Edgara Allana Poe). W Polsce psiarzami byli między innymi Stanisław Lem (jamniczek Proton), Kazimierz Brandys (bokser), Witold Gombrowicz (z wdzięcznym kompanem Psiną), Maria Dąbrowska (Dyl), Jarosław Iwaszkiewicz (Tropek) czy Janusz Meissner (wyżeł Start). Mogłabym tak wymieniać bez końca, bo przecież Dżońcio Tuwima, Puzon Jerzego Waldorffa czy obecne Stasiukowe psy oraz owce, niekończące się stado Katarzyny Grocholi. Czasami psy wykorzystywane były przeciwko pisarzom. Tak było podobno w redakcji „Wiadomości literackich”, gdzie Mieczysław Grydzewski opędzał się przed namolnymi twórcami z pomocą swoich sznaucerów Fugą i Fusem.
Patrząc na współczesnych literatów i literatki (nie myślę o szklance, no bardzo śmieszne) widać wyraźnie, że cenią sobie towarzystwo czworonogów. Zapytałam, dlaczego.

Karolina Korwin-Piotrowska (autorka między innymi: „Bomba”, „#sława”)
Najstarsza jest Cudna. Ma 6 lat, dostałam ja od przyjaciółl w najgorszym dniu, w którym spaliło mi się mieszkanie a w nim moje dwa psy. Obie byłyśmy wtedy bezdomne i same, idealnie się dobrałyśmy. Pomogła mi wrócić do żywych. Jest najlepszym psem, jakiego miałam. Najmądrzejszym , ale też najbardziej charakternym. Przez ponad rok nie rozstawałyśmy się. Bałam się o nią, bałam się ja gdziekolwiek zostawiać. Druga jest Buźka – efekt wielu przemyśleń, czy dam radę na układ, który został gwałtownie przerwany przez wypadek. Zobaczyłam ją na zdjęciu, kiedy miała dobę. Biała kluska z ciemnymi uszami. Od razu powiedziałam sobie, że jest moja, choć jeszcze nie było wiadomo, jakiej jest płci. To chodząca dobroć, radość, wielkie serduszko ukryte w drobniutkim ciele. Jest waleczna, myśli, że jest dużym psem. Chce być kopią Cudnej, bo ta ją świetnie wychowała. Niemal nic nie musiałam robić. Są ze sobą niewiarygodnie związane. Z tego wziął się pomysł na psa numer trzy. Moja przyjaciółka, hodowca psów, od której mam moje dwie suki, napisała mi w styczniu, że jest piesek, który jest jak Jonasz, mimo młodego wieku przeszedł wiele, bo strasznie się struł, kiedy był malutki. Imię ma po psie Adama Wajraka – Lolo – czyli ładny chłopiec. Na pierwszym zdjęciu, jakie dostałam, był zaiste bardzo drobny, jakby kruchy, lekko przerażony, ale w oczach miał Alaina Delona. Tak jest do dzisiaj. Jest obłędny, mega przystojny, ma powodzenie u wszystkich. I wcale nie jest taki mały, bo Warszawa ( on jest z Gdańska) dobrze mu robi na rozwój – jest powoli zgrabnym monsterem. Robi się z niego duży, silny pies, z mocną klatką piersiową i ciężkimi, mocnymi łapami, już widzę te rozkopane ogródki…Lolek to król na dzielni, wszyscy go lubią, choć to mały gryzoń. Babski król, ale mocno trzymany przez dziewczyny. One go wychowują. Ja tylko obserwuję. To jest fajny gang.
Rafał Kosik (autor fantasy i literatury młodzieżowej)
Wychowywałem się z psami przez większą część życia. Okresy bezpsowe to był efekt czynników obiektywnych lub żałoby, jak ostatnio po Cabanie. Pierwszym psem był Mikuś, podróba wilczura. Miałem wtedy jakieś pięć lat i jedyne, co pamiętam, to że Mikuś miał wieczne problemy żołądkowe. Mieszkaliśmy w bloku, więc sytuacja była mocno niekomfortowa. Potem była Aza, foxterrierka o rozmiarach zdecydowanie mniejszych niż standard rasy. Nadrabiała to odwagą i wytrzymałością. Nigdy nie zauważyłem, by się czegokolwiek bała. Kiedyś przydybała na podwórku jeża – pół godziny wyciągaliśmy jej igły z pyska. Raz na kilka miesięcy wyruszała na gigant po osiedlu. W jednej chwili szła przy nodze, a za moment bez wyraźnego powodu pędziła gdzieś przed siebie, nie reagując na nic. To były czasy, kiedy psów raczej nie prowadziło się na smyczy, a samochodów było dziesięć razy mniej niż teraz. Wsiadałem na rower i jechałem jej szukać. Gdy ją znajdowałem po kilku godzinach, posłusznie wracała do domu. Lubiła jeździć rowerem. Oczywiście w koszyku na bagażniku. Sama wskakiwała i wyskakiwała, zawsze od strony pobocza. Gdy poważnie zachorowała, za wszelką cenę próbowaliśmy ją ratować. Kroplówki, odżywki, zastrzyki.
Potem była Vera, wilczyca bardziej rasowa niż Mikuś. Jak się potem okazało, z owczarka niemieckiego miała tylko wygląd. Moja znajoma wmusiła ją we mnie szantażem emocjonalnym. To był najbardziej szalony pies, jakiego miałem. Jak tylko na chwilę zostawała w domu sama, niszczyła, co jej podeszło. Otwierała drzwi, nawet takie z okrągłymi klamkami, wyciągała mrożonki z lodówki, przesuwała meble, zjadała krem Nivea. Nic nie pomagało. To był czas, kiedy przeprowadziłem się do Kasi. Vera przemieszkiwała trochę u nas, trochę u moich rodziców. Więcej u nich, bo my pracowaliśmy wtedy w agencji reklamowej, siedzieliśmy czasem w pracy po osiemnaście godzin, niemożliwe mieć psa w takiej sytuacji. Rodzice zdecydowali się oddać ją znajomym z ogródkiem.
U Kasi (żony) w domu też zawsze były psy, więc kiedy Jasiek skończył trzy latka, uznaliśmy, że dziecko powinno się wychowywać w domu z psem, a Jaś jest już wystarczająco duży, żeby nie męczył zwierzęcia. I tak pojawił się w domu nasz pierwszy wspólny pies, Caban, czarny terrier rosyjski. Caban był mądrym, cierpliwym psem, który wspaniale dostosował się do naszego trybu życia. Gdy jechał z nami w góry, potrafił godzinę siedzieć nieruchomo na tarasie i patrzeć na szczyty albo na owce pasące się pół kilometra od domu, albo na krowę sąsiada. Śmieliśmy się, że ta krowa i owce to był jego telewizor. Był towarzyski i niemal pozbawiony agresji. Chodził po Tatrach (wtedy nie było jeszcze zakazu wprowadzania psów do parku narodowego) i odwiedził nawet jeden konwent fantastyki, gdzie doskonale się bawił na wieczornym ognisku wśród setki osób. Przynajmniej do czasu, aż pewien osobnik nie poczuł potrzeby opowiedzenia mu o sensie życia.
Przeżył piętnaście lat, choć psy tej rasy zwykle dożywają dziesięciu. Kiedy już bardzo cierpiał i przestał wstawać z posłania, zamówiliśmy wizytę domową weterynarza. Caban cały dzień dostawał smakołyki, wszystko te przysmaki, które najbardziej lubił w swoim psim życiu. Zasnął spokojnie na swoim posłaniu, w domu, a my głaskaliśmy go do ostatnich jego chwil.
Caban nadal żyje na kartach mojej serii młodzieżowej Felix, Net i Nika. Jest tam jedynym rzeczywistym bohaterem.
Strata Cabana sprawiła, że nie chcieliśmy już żadnego psa. Jasiek jednak oświadczył, że nie potrafi żyć bez psa. Przecież przez całe jego świadome życie towarzyszył mu Caban. No i po dwóch latach w naszym domu pojawił się Omlet – bardzo rasowy owczarek niemiecki długowłosy (ta dobra hodowla to w zamyśle miała być gwarancja zdrowia, po patrzeniu na cierpienia Cabana, chcieliśmy aby jego następca był z nami jak najdłużej). Omlet zdaje się cały czas funkcjonować na dopalaczach, swoją energią mógłby obdarzyć kilka psów. Też dostosował się do naszego trybu życia, wstaje późno, późno kładzie się spać. Uwielbia włazić nam i wszystkim gościom na kolana, kłaść się na nas, kiedy leżymy, skubać nas po uszach. Ale kiedy w nocy na spacerze jakiś facet podszedł do Kasi, po chwili znalazł się na środku ulicy, Omlet uznał go za zagrożenie dla swojego człowieka. Zobaczymy, co z niego wyrośnie. Na razie ma dwa lata, co dla tej rasy jest nadal dzieciństwem. A my nie wyobrażamy sobie życia, kiedy Jasiek się wyprowadzi i zabierze go ze sobą, bo to jest jego pies.
Magda Grzebałkowska (autorka m. in. „Beksińscy. Portret podwójny”)
Piesek Toto, ma 11 miesiecy i jest chihuahua. Najsłodsze stworzenie świata, nazywany przez nas drugim dzieckiem – synkiem. A jak wiadomo z drugim dzieckiem jest łatwiej, bo masz doświadczenie po pierwszym (dziewczynka Tosia, lat 11). Toto przyszedł do nas, jak tkwiłam w stuporze nad biografią Krzysztofa Komedy. Był sierpien 2017 roku, nie szło mi za bardzo pisanie, więc tkwiłam setki roboczogodzin nad komputerem, a tu jeszcze – jak koza ze szmoncesu – doszło wychodzenie ze szczeniakiem po dwadzieścia razy dziennie, bo okazało się, ze on nie może pojąć idei załatwiania się na dworze. Wychodzenie obejmowało także noc, więc łatwo nie było. Ale Toto (imię od Dorotki z Krainy Oz, nadała Tosia., My chcieliśmy Brutusa) – jest nasza domową dogoterapią i dziś już prawie nie robi w domu, wychodzi tylko 4 razy dziennie – a leczy nasze dusze i serca, bo kocha się przytulać i całować po pysku. Kiedy piszę, to czasem trzymam go na biurku – na dowód zdjęcia na Instagramie – bo jest taki malutki, że trochę koci. I to jest super.
I mówię do niego, imitując jego głos – co brzmi dla postronnych koszmarnie, ale ja to kocham. Toto powiedział do mnie, moim głosem, że chciałby juz nie mówić infantylnym głosem podstarzałej reporterki, ale na razie innego głosu nie ma. A czasem, jak pisze, wpycha mi się na kolanka, co jest dość niewygodne w pisaniu, ale skoro jestem matką, to musze to znosić – tak naprawdę to uwielbiam. I jestem o niego zazdrosna, wiec jak mamy gości a Toto śpi z nimi w łóżku, to się zakradam w nocy i kradnę mojego pieska i chowam u siebie pod kołdrą. Bo to mój synek.
Wojciech Chmielarz (autor kryminałów, na przykład serii o Jakubie Mortce)



