Tag: Katarzyna Tubylewicz

  • Pisarze do więzienia, czyli sprawa Nessera. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    W Szwecji skandal goni skandal, więc taki drobiazg, że Håkan Nesser uwielbiany autor kryminałów o inspektorze Barbarottim, w sądzie apelacyjnym Svea został skazany na 18 miesięcy więzienia za przestępstwa podatkowe, to informacja nie wzbudzająca przesadnych emocji. W styczniu w kraju doszło do trzydziestu mniejszych i większych wybuchów bomb i granatów, na początku lutego wstrząsnęła nami masakra w szkole w Örebro.

    Håkan Nesser, fot: Wydawnictwo Czarna Owca

    Nesser może wysyłać ze swoich wakacji w ciepłych krajach (bo na takowych  obecnie przebywa) esemesy do mediów, że to absurd, że jest niewinny, a wyrok jest nie do przyjęcia, ale na pierwsze strony gazet przez to nie trafia. Oj nie. Jednak dla mnie historia jest fascynująca. W wymiarze kulturoznawczym.

    Nesser ma 75 lat, a pisarzem został po czterdziestce. Dla pisania porzucił pracę nauczyciela w Uppsali. Napisał 48 książek, które sprzedały się na świecie w ponad 20 milionach egzemplarzy. O przestępstwo podatkowe został oskarżony parę lat temu, kiedy ujawniono, że odprowadził do raju podatkowego na Malcie 15 milionów koron z nieujawnionych w Szwecji dochodów. Pisarz od początku upierał się, że nie był świadomy przestępstwa i został wprowadzony w błąd przez swojego doradcę podatkowego. Odwoływał się od wyroku, dowodził niewinności, zapłacił Urzędowi Podatkowemu 8 milionów koron, których urząd się domagał, ale jak na razie na nic się to zdało. Ma iść do więzienia i już. Razem z żoną zresztą, bo Elke Nesser, która ma udziały w firmie pisarza, dostała taki sam wyrok.

    Małżeństwo od lat mieszka w pięknym domu na najbardziej słonecznej wyspie Szwecji, czyli na Gotlandii, ale mają też doświadczenie życia za granicą. Spędzili między innymi rok w Nowym Jorku i rok w Londynie, więc możliwe, iż wyrok szwedzkiego sądu zachęci ich do kolejnych, fascynujących eskapad.

    Inna rzecz, że Szwecja walczy od dłuższego czasu z przestępczością zorganizowaną i nieustannie zaostrza i wydłuża wyroki, a to sprawia, że w szwedzkich więzieniach brakuje miejsc, dokładnie około 27 tysięcy. Swoją drogą to słuchając szwedzkich polityków czuję się, jakbym była w Polsce, gdzie zawsze słyszałam, że najlepszą metodą na walkę z przestępczością są długie wyroki, czemu zgodnie przeciwstawiają się kryminolodzy zarówno polscy, jak i szwedzcy. Tak czy owak, szwedzki brak miejsc w zakładach penitencjarnych powoduje to, że osoby skazane siedzą w domu i czekają na odsiadkę.  W reportażu w „Svenska Dagbladet” czytam o Amandzie, która już 8 miesięcy czeka na to, by ją łaskawie wsadzić  i jest sytuacją zestresowana. Może dla Nessera też zabraknie miejsca? Jest taka nadzieja.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Nie da się za to ukryć, że szwedzy pisarze nigdy nie mieli szczęścia do podatków. Camilli Läckberg wytykano swego czasu, że odpisuje sobie luksusowe wakacje w egzotycznych krajach z rodziną twierdząc uparcie, że to podróż researchowa, a poza tym ma zwyczaj wrzucać w deklarację podatkową swoje co droższe ubrania (trochę się zainspirowałam, nie żebym kupowała wiele drogich ubrań, ale może mogłabym odpisać od podatku nowe palto z COS?).

    Najgorzej było jednak z Astrid Lindgren, która w roku 1976, czyli w okresie, gdy Szwecja miała najwyższe podatki na świecie, otrzymała od wiadomego urzędu informację, że jest mu winna 102 procent podatku. Pisarka, która zasadniczo popierała państwo opiekuńcze i redystrybucję dochodów, a pomimo wysokich zarobków żyła w dość skromnym i niezbyt dużym mieszkaniu, nie wytrzymała i opublikowała w gazecie „Expressen” bajkę „Pomperipossa w Manismanii”. Opowiadała ona w zabawny sposób o trudnym losie biednej pisarki, której państwo zabiera wszystkie pieniądze. Sprawa stała się głośna, ówczesny minister finansów Gunnar Sträng w typowo patriarchalnym jeszcze stylu odszczeknął, że „Pani Lindgren potrafi opowiadać bajki, ale nie umie liczyć”, jednak sam nieco się przeliczył, bo bajka Lindgren przyczyniła się do upadku jego rządu.

    Katarzyna Tubylewicz

    Od tamtej pory w Szwecji wiele się zmieniło. Andreas Cervenka, autor książki „Chciwa Szwecja”, twierdzi, że istnieje dziś na świecie zaledwie 11 krajów o większych nierównościach ekonomicznych niż Szwecja. Zmienił się też system podatkowy. W Szwecji nie ma już podatku od nieruchomości ani od spadku, nie ma podatku od darowizn, ani majątkowego, poza tym firmy płacą niższe podatki niż w Stanach. Nie zmienia to faktu, że państwo ewidentnie uwzięło się podatkowo na pisarzy. Czy chodzi o to, że pisarze nawet jeśli zarabiają dużo, to nie są to takie sumy, by stać ich było na najlepszych prawników-magików doradzających, jak nie płacić? W roku 2023 Facebook zarobił w Szwecji 4.4 miliardy koron. Dzięki sprytnym ekonomicznym manewrom firma Zuckerberga zapłaciła od tej sumy 45 tysięcy koron podatku. Niech osoby, które nie cierpią jak ja na dyskalkulię wyliczą, jak minimalny to procent. W szwedzkiej prasie odnotowano, że znajdujący się obok szwedzkiego biura mały kiosk z gazetami zapłacił w tym samym roku 65 tysięcy podatku, choć jego dochody były o jakieś 390 razy mniejsze od szwedzkich zarobków Facebooka. No cóż, najwyraźniej nawet Szwecja jest dziś krajem, w którym pisarze idą do więzienia za nieśmiałą próbę zachowania pewnej sumy na starość, a bogacze karmiący nas shitem nie muszą nic. Nawet płacić podatków. I nie ma już Asrid Lindgren, która mogłaby napisać o tym mądrą bajkę. Czy w tej sytuacji możemy chociaż udzielić azylu Nesserowi? Czy nie jest to jakaś szansa dla Polski?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Księgarnia to dusza miasta i szpital dla mózgu. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Księgarnie są miejscami magicznymi. Zawsze to wiedziałam i czułam. W dobrej księgarni można jednocześnie poczuć euforię (bo jest tyle fascynujących i pachnących nowością książek do przeczytania!) i kojący spokój – czytanie książek i ich przeglądanie na księgarnianych półkach to nie jest szybkie zajęcie, to raczej cudowna, uważna powolność. Księgarnia jest zwykłym sklepem, ale zarazem zupełnie nie. Jest to na przykład jedyny rodzaj sklepu na świecie, z którego można wyjść odrobinę mądrzejszym – w dobrej księgarni można bowiem spędzić sporo czasu i trochę poczytać.

    W Sztokholmie nie ma dostatecznie dużo naprawdę dobrych księgarń, ale trochę ich się ostało. Prawie codziennie zaglądam do księgarni Hedengrens, jednej z najstarszych w mieście. Istnieje od 1897 roku, zdążyła przez 300 lat zmienić nazwę i miejsce, ale nadal jest i jestem w niej zawsze bardzo miło widziana, bez względu na to, czy coś kupuję, czy nie. A jeśli zapytam o interesujący mnie tytuł, osoba za kontuarem nie będzie piętnaście razy prosić o powtórzenie nazwiska, bo tak jak ja czyta i zna się na literaturze. I tak powinno być w dobrej księgarni.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Żyję już na świecie tyle lat, że pamiętam – z dzieciństwa, ale pamiętam – jakim oknem na świat były Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki i jak wspaniałe były powstałe z nich w latach ’90 salony Empik – było tam tyle świetnych książek, taka przestrzeń dla spragnionego lektury umysłu, taki wybór tytułów zamiast stosu plastikowych kubków, obok których leżą stosy książek wydanych przez wydawców, których stać na wybulenie SIECI za wyeksponowanie tego, czym chcą zachwycić czytelników, przez co raczej nie jest to literatura, ale poczytne książki kucharskie, poradniki jak usidlić faceta oraz jak się odchudzić, a także różne pseudoliterackie dziwolągi, które może już pisze AI, może nie, cholera wie, w każdym razie literatury jest mało, chociaż oczywiście się zdarza. Na szczęście! Zawsze przeżywam uniesienie, gdy widzę, że wśród bestsellerów Empiku jest takie cudo jak „Chłopki” Joanny Kuciel Frydryszak – za to chcę wybaczyć Empikowi wszystkie grzechy i nadal wierzę, że stanie się jeszcze siecią księgarń, do których będę biegła jak na skrzydłach (a może pobiegnę tak do nowej siedzibym EMPiK-u na rogu Marszałkowskiej i Alej w byłym pawilonie Cepelii? Może tam już jest tak, jak być powinno?) Na razie sieć nie zaspakaja mojej tęsknoty za księgarnią, bo księgarnia to jest miejsce, w którym rozumie się, czym jest jakość i w którym znający się na książkach księgarze i księgarki decydują, co gdzie będzie leżało. W moich ulubionych księgarniach w Szwecji (i nie tylko) księgarze i księgarki piszą nawet własne recenzje książek i eksponują je na półkach. To nie są miejsca czystej komercji. Księgarnia to jest po prostu kapitalizm z ludzką twarzą, którego tak bardzo nam dziś brak. Dobra, duża i piękna księgarnia to także wizytówka miasta. Jeśli miasto jest międzynarodowe, w księgarni są książki w różnych językach.

    Kiedy biegam po mojej ukochanej Warszawie zachwycam się wszystkim poza tym, że większość dobrych księgarń już nie istnieje. Zniknęły, albo zostały zredukowane. Warszawa zaczyna przypominać poksięgarniany grobowiec. I podobnie jest w innych polskich miastach. Jest to kompletnie niezrozumiałe, zważywszy na przykład na to, jak dużo się Polsce odbywa targów książki i jakie tłumy je odwiedzają. Czy włodarze polskich miast tego nie widzą? Czy dlatego skąpią kasy na pomoc księgarniom, bo nawet jeśli trochę im pomagają (Warszawa podobno trochę obniża czynsz), to nadal nie rozumieją, że księgarnia to nie jest ani sklep z butami, ani sklep papierniczy z dodatkiem plastikowych wyrobów z Chin i walającymi się w tyle poradnikami, jak zrobić mu dobrze i jak jeść, a zarazem nie jeść i że dlatego obowiązkiem miast jest WALKA o to, by było w nich mnóstwo wspaniałych księgarń? Księgarnia to jest miejsce, w którym jest półka z klasyką literatury, w którym eksponuje się także to, co niszowe, a szalenie dobre, na przykład filozofię i poezję. To jest takie miejsce, tylko znacząco WIĘKSZE jak warszawskie Korekty, albo Tarabuk, albo Big Book Cafe czy Wrzenie Świata. Grażyna Plebanek pisze na Facebooku ” W Londynie księgarnie żyją. Nowe i używane książki mają się dobrze, a na każdej ulicy handlowej znajduje się przybytek z książkami. Kupują ludzie w każdym wieku. To jakaś zagadka, zwłaszcza wobec doniesień, że w Warszawie nawet tuż przy Uniwersytecie, księgarnie znikają.” I to jest prawda. Słowa Plebanek przypominają mi o wszystkich moich pobytach w najwspanialszych miastach świata, w Nowym Jorku, w Londynie, w Paryżu, w Lizbonie, czy w Tokio w każdym z nich (także w Tokio choć nie znam słowa w języku japońskim) godzinami łaziłam po wspaniałych, ogromnych księgarniach. Księgarnie to są przecież dusze miasta. Nie da się zrozumieć miasta ani kraju bez połażenia po księgarniach.

    www.unsplash.com/Robert Anasch

    Jeśli nie wierzycie, że księgarnie mówią o mieście wszystko, zerknijcie na kilka linków pod tym tekstem i obejrzyjcie sobie zdjęcia i opisy. Są to przewodniki (najnowsze i w pełni aktualne) po najlepszych księgarniach w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu i Lizbonie.

    Polska ostatnio trąbi w świat o tym, że się zbroi, trąbi tak głośno i skutecznie, że nawet na ogół olewające nas media szwedzkie również trąbią, że w Europie rośnie nowa potęga, ba nawet mocarstwo. Nie żartuję! I teraz mam tylko takie małe pytanie: kiedy już zostaniemy tym mocarstwem i cały świat będzie chciał do nas przyjeżdżać, o czym będą pisać światowi miłośnicy turystyki księgarnianej (yes! taka istnieje!)? Że w Warszawie najlepiej się udać do mini punktu Bonito na Chmielnej, bo na wystawie jest kilka książek? Czy może wyślemy wszystkich po kubki i makulaturę do Empiku? (A może uratuje nas chociaż ten nowy salon? O Bogowie, niech tak się stanie)

    I na zakończenie – Renata Pol napisała na moim wallu na Facebooku kilka słów o czytelnictwie, które warto teraz przytoczyć:

    Jesteśmy wszyscy coraz bardziej przyklejeni do ekranów. Ekspozycja mózgu na tak silne i szybko zmieniające się bodźce (scrollowanie) z natychmiastową gratyfikacją (lajki, znalezienie informacji) przyzwyczaja go do takiego trybu pracy, zmienia jego chemię, wytycza i utrwala inne ścieżki neuronowe. (…)Nieprzypadkowo słowem roku w Wielkiej Brytanii zostało w tym roku „brain rot” czyli stopniowe gnicie mózgu (pol. odmóżdżanie?) na skutek dostarczania mu miałkiego, popkulturowego, nie rozwijającego kontentu.”

    Nie da się lepiej tego podsumować. W tej rzeczywistości czytanie PRAWDZIWEJ LITERATURY jest jogą dla mózgu, lekiem na całe zło i być może jedyną szansą na to, by nam pod kopułą wszystko do reszty już nie zgniło. W tym kontekście prawdziwa księgarnia jest miejscem świętym, rodzajem szpitala lub sanatorium dla mózgu. Czy naprawdę chcemy żyć w kraju, który stać na to, by już niedługo zostać większą potęgą militarną niż Niemcy i Wielka Brytania razem wzięte, ale nie stać na choć kilka wspaniałych, wielkich księgarń z przemyślanym wyborem książek i prawdziwymi księgarzami?

    NAJLEPSZE KSIĘGARNIE W BOSKICH MIASTACH:

    LONDYN

    https://www.visitlondon.com/things-to-do/shopping/books/top-bookshops-in-london

    NOWY JORK

    https://www.vogue.com/article/best-bookstores-in-new-york-city-a-guide

    https://www.timeout.com/newyork/books/best-bookstores-in-new-york-city

    PARYŻ

    https://frenchly.us/best-bookstores-in-paris/

    LIZBONA

    https://www.portugal.com/activities-experiences/11-bookstores-in-lisbon-you-need-to-visit/

    Ze świątecznymi uściskami dla prawdziwych księgarzy i księgarek,

    Katarzyna Tubylewicz

  • Kto ma prawo do opowieści? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Co trzeci Szwed marzy o tym, żeby napisać książkę, marzenie to jest tak wielkie, że po drugiej stronie Bałtyku wychodzi dwumiesięcznik „Skriva” (Pisanie) przeznaczony tylko dla osób, które chcą zostać pisarzami. Pismo ma nakład 40 tys. egzemplarzy. Dla porównania dwumiesięcznik Gazety Wyborczej „Książki. Magazyn do czytania” wychodzi w nakładzie 14 tys. i jest to, jak czytam, „na polskim rynku imponująca liczba”.

    Jednak w temacie głodu pisania w Polsce też jest coś na rzeczy. Młodzi ludzie szaleją na punkcie self-publishingu na Wattpadzie. Wywodząca się stamtąd „Rodzina Monet” Weroniki Anny Marczak jest w zasadzie jedyną książką, którą nieustannie promuje największy w Polsce sklep sieciowy, który kiedyś był księgarnią, a teraz są w nim też książki, ale coraz więcej innych rzeczy. Jak jest w zwykłych księgarniach nie wiem, ponieważ w Warszawie właściwie już ich nie ma. Słynący z miłości do książek prezydent miasta ma to ewidentnie w tak zwanym głębokim poważaniu. O tym, co mogłoby zrobić miasto, by pomóc księgarniom napiszę tu także, ale w sierpniu.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Tak czy owak, zarówno w Polsce, jak i w Szwecji mamy dziś do czynienia ze zjawiskiem gwałtownej demokratyzacji rynku (coraz więcej ludzi pisze i wydaje!) W Polsce zjawisko to połączone jest z bardzo niedemokratycznym łamaniem praw pisarzy, np. przyzwalaniem przez państwo na to, by na książkach zarabiali najwięcej dystrybutorzy (takie rzeczy da się regulować prawem). Ostatnio o mały włos nie przeszłaby ustawa, która zapewniała tantiemy aktorom czytającym audiobooki, ale nie dawała ich samym autorom książek – szczęśliwie sprawę uratowała Unia Literacka.

    W Szwecji pisarzy znacznie lepiej chroni prawo, tradycyjne wydawnictwa dają im większe zaliczki niż w Polsce, za to droga do debiutu jest trudniejsza niż w naszym kraju. Tradycyjne wydawnictwa wydają mniej, ale staranniej. Może właśnie dlatego, to tu, w Szwecji, tak bardzo rozwinęły się nowe typy usług pozwalających każdemu, kto tego zapragnie, na wydanie własnej książki.

    Od jakiegoś czasu to autorzy, a nie czytelnicy są największymi konsumentami na rynku” pisze z przekąsem Lukas Adamsson, wydawca tradycyjny, krytyczny względem popularności self-publishingu, który często nie sprzyja literackiej jakości. Krytycy zarzucają tak wydanym książkom niedostatecznie dobrą redakcję. Pisze się też o tym, że książki takie najczęściej znikają, że bez pomocy tradycyjnego wydawcy nie są w stanie zaistnieć w świadomości czytelników. Nie jest to jednak do końca prawda, popularna autorka szwedzkich kryminałów Emelie Schepp  swoją pierwszą książkę „Naznaczeni na zawsze” wydała własnym sumptem. Książka sprzedała się w 40 000 egzemplarzy, dziś jej wznowienia wydaje szacowne wydawnictwo Norstedts, a w Polsce Sonia Draga.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Poza tym w Szwecji od self-publishingu lepiej rozwinął się rynek wydawnictw hybrydowych, które są czymś podobnym, ale jednak innym. Dobre wydawnictwo hybrydowe gwarantuje nie tylko druk, ale także redakcję, korektę i dystrybucję książki, czasem również promocję, wszystko zależy od umowy z autorem i specyfiki wydawnictwa. Istnieją na przykład wydawnictwa hybrydowe, które łączą współpracę z autorami subsydiującymi wydanie swoich książek z tradycyjną działalnością wydawniczą, czyli taką, w której autor dostaje zaliczkę.

    Max Hjelm, dziennikarz „Dagens Nyheter” twierdzi, że fakt, iż branża literacka krytykuje wydawnictwa hybrydowe jest błędem, choć zarazem to zrozumiałe: „że wydawcy i autorzy, którzy już weszli do branży, sprzeciwiają się konkurencji”, zwłaszcza, że „wydawnictwa hybrydowe oferują sposób na obejście strażników, którzy tradycyjnie decydowali, kto może być publikowany.” Według Hjelma nie ma jednak nic złego w tym, że istnieje tradycyjny rynek książki oraz możliwość wydawania książek, które nie są dziełami literackim, za to są czyimś spełnionym marzeniem. Jedni wydają przeznaczone na marzenia pieniądze na drogie zegarki i podróże, a drudzy chcą wydać własną książkę i to „nie musi być nieracjonalne, nawet jeśli wydawnictwo hybrydowe nie oferuje takich samych usług korektorskich, redaktorskich czy marketingowych jak wydawnictwo tradycyjne.” Większość autorów takich wydawnictw nie pragnie też zarobić fortuny „wydają książkę, bo sprawia im to radość.”

    Podobnie myśli o tym pisarka Anita Goldman, która od lat prowadzi kursy pisania autobiograficznego. Większość uczestników jej kursów to osoby starsze. Chcą przeanalizować swoje życie poprzez opisanie go. Nie mają ambicji stania się pisarzami, ale chcą opowiedzieć swoją historię, być może wydać ją w iluś egzemplarzach dla najbliższych. Pisanie bywa doskonałą formą pogłębiania samoświadomości, autoterapią, a także sposobem komunikacji, dokumentem czasu. To z takich powodów pisał Jan Chryzystom Pasek, albo święty Augustyn. Czy mieli prawo do swojej opowieści? Oczywiście, że tak. Czy byli pisarzami? Czy trzeba być pisarzem, żeby pisać? Czy trzeba być pisarzem, żeby wydać opowieść o swojej rodzinie? Albo swój pamiętnik?

    www.unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Bardzo mnie ten temat fascynuje, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu sama prowadzę kursy pisania. Są na nich wyjątkowo zdolni ludzie i wiem, że za jakiś czas bardzo tradycyjne wydawnictwa wydadzą świetne książki niektórych z nich. Ale na kursach pojawiają się też osoby, które chcą pisać, żeby lepiej zrozumieć siebie. Albo opowiedzieć jedną, ważną dla ich życia historię. Albo pobyć z innymi kochającym czytanie i pisanie ludźmi.

    Rynek wydawnictw hybrydowych (nie mylić z czystym self-publishingiem) dopiero się w Polsce rozwija. Bardzo jestem ciekawa, czy wywoła to jakąś debatę. Na pewno jest tak, że ta kolejna rewolucja na rynku, która oznacza, że każdy, kto może przeznaczyć na ten cel jakąś sumę, może wydać książkę ma w sobie elementy irytujące i niepokojące, zwłaszcza dla ludzi pióra w tradycyjnym stylu, wydających w tradycyjnych wydawnictwach (sama do takowych należę) i mających ambicję tworzenia prawdziwej literatury. W Polsce może to uwierać jeszcze bardziej niż gdzie indziej. No bo skoro przeciętny pisarz strasznie mało na swoim pisaniu zarabia, skoro książki jako produkt półwartościowy przeceniane są od dnia premiery, a Ministerstwo Kultury w swojej trosce o prawa autorskie myśli raczej o aktorach niż o ludziach pióra, to fajnie byłoby mieć chociaż poczucie, że naprawdę nie każdy, o nie każdy może wydać książkę.

    Chciałoby się też myśleć, że książka to jest zawsze produkt odchuchany przez redaktorów, wypieszczony przez korektę, pięknie wydany i tak wartościowy, że obcowanie z nim jest rozwijające. Szkopuł w tym, że od dawna znajdujemy się w sytuacji, gdy także tradycyjne i niby dobre wydawnictwa wydają książki z byle jak zrobioną redakcją, albo w fatalnych przekładach (nie będę już rzucała tytułami i nazwiskami, ale kto śledzi polski rynek wydawniczy, ten wie).

    Może w takim razie nie ma co udawać, że książki są zawsze literaturą, a pisać mogą tylko profesjonalni pisarze i ludzie obdarzeni literackim talentem. Może jest tak, że każdy ma prawo do swojej opowieści, a pisanie może być nie tylko sztuką, ale także terapią, podtrzymywaniem rodzinnej pamięci, poszukiwaniem siebie, głęboką komunikacją? Może to po prostu głęboko ludzkie, może opowiadam, więc jestem?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Jak wykończyć pisarzy? Felieton Katarzyny Tubylewicz

    Helsinki w maju są zachwycające, zwłaszcza w okolicach Oodi – Centralnej Biblioteki Miejskiej wybudowanej dla upamiętnienia setnej rocznicy uzyskania przez Finlandię niepodległości. Wystarczy spojrzeć na żółtą, fantazyjnie falistą fasadę tego budynku – prezentu, który naród fiński sam sobie podarował, żeby zrozumieć, iż literatura jest tu ważna. Jeszcze wyraźniejsze staje się to w rozmowach z fińskimi pisarzami, których sporo zebrało się na dorocznym zebraniu Europejskiej Rady Pisarzy (European Writers’ Council), jako że w tym roku odbyło się ono właśnie w stolicy Finlandii i zostało zorganizowane w ścisłej współpracy z Fińskim Związkiem Pisarzy. Zabawne, bo fińscy pisarze w przeciwieństwie do pisarzy szwedzkich, a podobnie do pisarzy polskich, nieustannie na coś narzekają, a już najbardziej na to, jacy małomówni i niekontaktowi są ich rodacy i oni sami. Gadają o tym i gadają zadając jednocześnie kłam stereotypowi o fińskim milczku.

    Podczas helsińskiego zebrania, na którym reprezentowałam coraz prężniej działającą polską Unię Literacką, sporo dyskutowaliśmy o zarobkach pisarzy. Jest o czym rozmawiać i na co narzekać, bo rynek książki przechodzi gwałtowne zmiany, które wcale nie są korzystne dla kieszeni twórców. W Finlandii przeprowadzono badania, których celem było sprawdzenie, jak na dochody ludzi pióra wpłynęło szaleństwo audiobooków. W Polsce też rośnie ich popularność, ale w krajach skandynawskich to już prawdziwa rewolucja, a z rewolucjami jak wiadomo jest tak, że mają ofiary. W Skandynawii ofiarami sukcesu książek do słuchania są … ich autorzy (wszędzie na świecie tantiemy za audiobooki są niższe niż za książkę). Zarobki pisarzy fińskich spadły drastycznie z powodu popularności platform streamingowych typu Storytel. Autorzy literatury pięknej stracili 25% dochodów, autorzy literatury faktu 45%.

     

    W związku z tym Finlandia uchwaliła nowe prawo, które gwarantuje pisarzom dodatkowe dochody z tytułu bibliotecznych wypożyczeń audiobooków i e-booków. I nie będą to z pewnością sumy symboliczne, bo w Finlandii funkcjonujące od lat honoraria za wypożyczenia biblioteczne, czyli Public lending right compensation stanowią już teraz znaczący procent budżetu rocznego nawet bardzo dobrze zarabiających pisarzy. Zresztą nie jest to tylko model fiński. W Szwecji (kraju zamieszkanym przez 10 milionów ludzi) w tym roku za wypożyczenia biblioteczne zostanie autorom wypłacone 190,5 milionów koron (mniej więcej 95 milionów złotych), a w przyszłym roku 190,6.

    www.unsplash.com/Joyce Busola

     

    Dla porównania dodam, że w Polsce pieniądze za wypożyczenia są jak kieszonkowe pierwszoklasisty, które ma mu starczyć na jednorazowy zakup trzech batoników w szkolnym sklepiku. W naszym kraju działa 7693 bibliotek, ale dane dotyczące wypożyczeń, które stanowią podstawę do wypłat honorariów autorskich zbierane są jedynie w 60 placówkach (oznacza to, że monitorowanych jest 0,7 % bibliotek). Kwota przeznaczana na te honoraria w 2022 roku wyniosła 4, 374 mln zł, co przykładowo w 2019 roku przy 102,7 mln wypożyczeń oznaczało 4 grosze za książkę.

    Jeżeli ktoś z czytelników tego tekstu uważa, że pisarzom przewraca się w głowach, skoro chcą zarabiać na wypożyczeniach bibliotecznych, to pragnę przypomnieć, że nikogo nie dziwi fakt, że Doda i inni piosenkarze i muzycy dostają kasę za emisję ich piosenek w radiu i jest rzeczą w pełni akceptowaną i zrozumiałą, że filmowcy otrzymują pieniądze za pokazywanie ich produkcji w kinach i na platformach typu Netflix.

    Żyjemy w świecie na tyle świadomym znaczenia praw autorskich, że ludzie potrafią opatentować nawet swoją własną wersję jogi (co samo w sobie jest aberracją, jako że joga liczy sobie jakieś 3000 lat i należy do nas wszystkich) – uczynił to wyjątkowo kontrowersyjny i paskudny typ Bikram Choudhury  zastrzegając sobie copyright dla jogicznych asan wykonywanych w gorącym pomieszczeniu. Dorobił się na tym fortuny. W takim świecie pisarze mają być jednak ludźmi żyjącymi powietrzem i natchnieniem. W Polsce nie płaci się nam na przykład za udział w Targach Książki (bo to przecież promocja!) oraz wypłaca tyle co nic za biblioteczne wypożyczenia naszej własności intelektualnej. Nowością w stylu horroru, o czym także była mowa w Helsinkach jest fakt, że nasze książki i teksty są też notorycznie i całkowicie bezprawnie używane przez Chat GPT i inne technologie wykorzystujące sztuczną inteligencję, które w celach edukacyjnych „karmione” są literaturą. I nikt nikomu za to nie płaci. Oczywiście nie da się ukryć, że jeśli rozwój AI doprowadzi do załamania rynków literackich i finansowego wykończenia pisarzy, to za to DZIEŁO zapłacą …kolejne pokolenia. I będzie to koszt cholernie wysoki.

    Zważywszy na to, że w literaturze najbardziej porusza nas to, co wypływa z głęboko ludzkich emocji, uczuć i przemyśleń, ta tworzona przez AI (a taka już powstaje i ze względu na brak ograniczającego ten proceder prawodawstwa sprzedawana jest np. na Amazon jako literatura pisana przez ludzi) na dłuższą metę nie ma żadnych szans, by nas sobą nakarmić. Głód będzie nie do zniesienia. Ale to kiedyś. Na razie świat oszalał i jak donoszą koledzy i koleżanki tłumacze z całej Europy, coraz częściej zdarza się, że wydawnictwa wykorzystują AI do tłumaczenia nawet naprawdę dobrej jakościowo literatury. Potem tłumacze dostają taki tekścik do redakcji i otrzymują jakąś symboliczną kwotę za poprawki zamiast honorarium za przekład. W Helsinkach mówiono o tym w najostrzejszych słowach. Na całym świecie protestuje coraz więcej związków tłumaczy. Jedna z francuskich organizacji broniących ich praw opublikowała manifest Nie dla bezdusznych tłumaczeń! , który został przetłumaczony na wiele języków (jest dostępny także po polsku w przekładzie Dimitri Garncarzyka i Agnieszki Żuk https://enchairetenos.org/) i który podpisało wielu ludzi pióra w tym troje noblistów: Annie Ernaux, Olga Tokarczuk i Le Clézio. Rozwój modeli generatywnych ma zgubny wpływ na pracę twórców. „Tłumaczenia to praca ludzka. Wymaga doświadczenia, refleksji, wyczucia językowego, których nie da się zastąpić mechaniczną reprodukcją (…). W związku z powyższym aberracją wydaje się wysługiwanie się w pracy translatorskiej maszynami z powodu rzeczywistych albo wydumanych oszczędności pieniędzy i czasu.Używanie tych programów szkodzi kulturze jako takiej: ujednolica ją, rozwija uprzedzenia (w tym rasistowskie i seksistowskie)…” piszą sygnatariusze protestu.

    www.unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Bardzo chciałabym Wam napisać, że z Helsinek wywiozłam przede wszystkim obrazy pięknego, tonącego w słońcu i kwiatach miasta oraz kilka pocztówek z Muminkami, których nikomu nie wyślę, ale będę miała gdzieś w szufladzie. Niestety prawda jest taka, że wyjechałam z tego cudownego miasta pełna niepokoju nie tylko z powodu tego, co dzieje się na rynku książki. Niepokoi mnie też fakt, że w Polsce problemy te nie są w wystarczającym stopniu zauważane, że nie szykuje się skutecznych zabezpieczeń z dobrze skonstruowanych praw i innych barier, które ochronią pisarzy i tłumaczy. Promyk nadziei to fakt, że podobno w Ministerstwie Kultury zaczyna się na poważnie mówić o zwiększeniu budżetu na dochody pisarzy z wypożyczeń bibliotecznych. Zawsze coś, ale potrzeb jest więcej i trzeba działać TERAZ.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Najodważniejsza książka świata – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nie ma większej odwagi w literaturze niż ta, którą mają pisarki tworzące autofikcję. Oczywiście nie chodzi o naiwną autobiograficzność, o ekshibicjonizm rodem z mediów społecznościowych. Po prostu zdarzają się czasem autorki jak noblistka Annie Ernaux, które w autobiografizmie potrafią wyrazić ducha czasów i dotrzeć do najgłębszej prawdy o ludzkiej egzystencji. I taką właśnie pisarką jest Agneta Pleijel, moim zdaniem znacznie lepsza od Ernaux (którą też uwielbiam). Trochę pech, że jest Szwedką, bo Szwedzi Nobla dostają wyjątkowo rzadko, a ona go dostać powinna.

    Kiedy zaczęła pisać prozę, a powieścią debiutowała późno, po czterdziestce, starszy kolega Per Olov Enquist doradził, żeby pisała o tym, co ją boli. Posłuchała go. Potrafi być bezwzględna w obnażaniu własnych ran, życiowych błędów, kompleksów, traum i obszarów niepewności. Kiedy pisała swoją najnowszą powieść, trzecią część autobiograficznej trylogii, jej mantrą było, że w literaturze nie wolno tchórzyć. I nie stchórzyła, o nie. Myślę wręcz, że napisała jedną z najodważniejszych i najbardziej wyzwalających książek, jakie w życiu czytałam. I niby nie powinno się mówić o kobiecym wieku, ale jednak trzeba, bo „Sniglar och snö” -„Ślimaki i śnieg” napisała osoba po osiemdziesiątce. Złamała tą książką wiele tabu i zaprzeczyła licznym stereotypom. Wśród nich przekonaniu, że z wiekiem stajemy się bardziej konserwatywni i niezdolni do zmieniania rzeczywistości, że tylko młodość – buhahahahaha- jest wizjonerska, śmiała i zbuntowana.

    Odwaga, także w świecie literatury, jest uniwersalna, ale zawsze ma swój kontekst społeczny i kulturowy i to od kontekstu zależy, czym brak strachu się wyraża. Bo w braku strachu zazwyczaj chodzi o to, by iść pod prąd, wbrew cudzym oczekiwaniom. Pleijel jest szwedzką intelektualistką i feministką, która jak podsumowała to recenzentka „Svenska Dagbladet” : „z precyzją pokazuje, czym jest podejmowanie decyzji będących całkowicie wbrew naszym przekonaniom o tym, czym jest niezależność i wyzwolenie”.

    Jakie są te współczesne przekonania niezależności w indywidualistycznej, nowoczesnej Szwecji? Może zacznę od anegdoty. Jakiś czas temu rozmawiałam ze szwedzką znajomą, moją rówieśniczką. Powiedziała mi, że we wczesnej młodości nigdy, przenigdy nie marzyła o namiętności. Albo o romantycznej miłości. Absolutnie nie! Chciała związku równouprawnionego, tylko to ją interesowało. Niestety relacja, w której wychowała dzieci za bardzo równouprawniona nie była i dlatego się rozpadła. Słuchałam jej w zdumieniu. Nie z powodu informacji, że także w szwedzkich związkach równouprawnienie nie działa. Poraził mnie raczej brak marzeń o namiętności. Przez głowę przemknęła myśl: czy Karl Ove Knausgård miał rację, kiedy napisał, że Szwedzi są jednookimi cyklopami, ofiarami inżynierii społecznej? Czy myślenie feministyczne i życie w kraju wielkiego równouprawnienia oznacza, że nie możemy już oszaleć z miłości? Dążyć do niej? Nie można już łączyć namiętności z jakąś formą trancendencji? Czy jeśli to robimy jesteśmy naiwne i głupie?

    Otóż nie, ale tylko wtedy, gdy mamy w sobie odwagę i wewnętrzną uczciwość. Taką jak Agneta Pleijel. Czytelnicy dwóch pierwszych tomów jej trylogii, czyli „Wróżby” i „Zapachu mężczyzny” (po polsku w świetnych przekładach Justyny Czechowskiej), wiedzą, że Pleijel z bezwzględną szczerością opowiedziała o sobie dwudziestoletniej i trzydziestoletniej lądującej w bardzo przypadkowych łóżkach z równie przypadkowymi mężczyznami. Wszystko w imię bycia wolną i nowoczesną, inną niż jej złamana rozpadem małżeństwa, wyznająca tradycyjne wartości matka. Bohaterka Pleijel, o której autorka pisze raz w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, zawsze szukała wielkiej miłości, ale bardzo długo znajdowała głównie seks, chwile epifanii oraz prześladujące ją poczucie, że nie jest warta miłości i nigdy jej nie znajdzie (napisanie czegoś takiego w racjonalnym kontekście szwedzkim jest, uwierzcie mi, dużą odwagą). W trzecim tomie autobiograficznej powieści bohaterka Pleijel czyli ona sama ma już czterdzieści lat, dziecko, nieudane małżeństwo za sobą i jest pierwszą w historii kobietą-szefową działu kultury dziennika „Aftonbladet”. Poza tym jest cenioną dramatopisarką i poetką, planuje powieść i jest też wiecznie czyjąś kochanką, trochę taśmowo zalicza kolejne nieudane romanse. Wszystko do chwili gdy pojawia się on, M. Oczywiście zarówno w Szwecji jak i w Polsce czytelnicy Pleijel wiedzą kim jest M – to jej mąż od lat przeszło czterdziestu, wybitny reportażysta Maciej Zaremba. O różnicach w szwedzkim i polskim stosunku do miłości i erotyki opowiedzieli w mojej książce „Szwedzka sztuka kochania”.

    Maciej Zaremba Bielawski, fot: smakksiazki.pl

    Ślimaki i śnieg” to przede wszystkim (choć nie tylko!) historia ich związku bez odrobiny pudru. Związku widzianego tylko od strony kobiety. To opowieść o miłości prawdziwej, ale zupełnie nieprzefiltrowanej. I jest to miłość wielka. Porozumienie dusz i ciał. Miłość zbuntowana i odważna, bo ona jest od niego o 11 lat starsza, a kiedy się poznają  jest znaną szwedzką intelektualistką, podczas gdy on operatorem dźwigu z Polski. Jednak potem nic nie jest jak w bajce. Kochają się, ale mają problemy: finansowe, z dziećmi z poprzednich związków, z pracą. Dzień po ich ślubie córka Agnety zostawia jej w pokoju karteczkę „Nie mam już mamy”. Z kolei parę tygodni przed ślubem narzeczona dowiaduje się, że ukochanemu za czas jakiś urodzi się kolejne dziecko – owoc relacji w Polsce, gdzie jeździł z pomocą Solidarności. Co robi narzeczona? Odchodzi odziana w feministyczny pancerz, indywidualistycznie szczęśliwa, że postawiła na siebie? Na swój rozwój? Otóż nie. Ona wybacza, bo kocha, biorą ślub. Intelektualna ikona feminizmu, pierwsza kobieta zarządzająca działem kultury w wielkiej gazecie w pełni świadomie dokonuje wyboru zupełnie niezgodnego z duchem epoki, ale w pełni zgodnego z nią samą. Przeżywają razem jakieś dziesięć dobrych lat. Wtedy M oznajmia Agnecie, że nadal ją kocha, ale kocha też inną kobietę, Polkę. 

    Agneta Pleijel, fot: Goran Segeholm/Norstedts

    Chce żyć z tamtą, wyjeżdża do niej, ale nie chce tracić żony. Co robi silna, niezależna finansowo, samoświadoma pisarka odnosząca sukcesy? Czeka na M, sypia z nim, kiedy przyjeżdża do Sztokholmu, kocha, cierpi, pije, pali, podróżuje, ma innych kochanków, chodzi na jungowską psychoanalizę, pracuje i tęskni. Trwa to kilka lat, a kiedy w końcu chce z nim zerwać na zawsze, on do niej wraca. I ona mu wybacza. I nie jest tak, jak mówią „ludowe mądrości”, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a po zdradzie związek już nigdy nie będzie dobry. Właśnie po zdradzie staje się lepszy, nareszcie szczęśliwy , może dlatego, że oboje dojrzeli i coś zrozumieli. Powiecie: banalna historia, schemat stary jak świat, albo: po co grzebać w tym, co było, a nie jest. Powiecie: skandal. Powiecie: typowy facet, jak mógł? Powiecie: jak ona mogła? Dlaczego tak nisko się ceniła?. Ale powieść Pleijel pokazuje, że nic z tego, co przed chwilą z siebie wyrzuciliście pod wpływem miliona dość płytkich kulturowych przekonań (także na temat zdrady) nie jest prawdą. To znaczy może jest waszą prawdą, ale jej, bohaterki Pleijel już nie. Rację miał za to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti, gdy mówił „Niedojrzałość polega jedynie na zupełnej nieznajomości siebie. Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości”. Pleijel w całej swojej trylogii pokazuje, czym jest dochodzenie do zrozumienia siebie, swojej drogi i tkwi w tym wielka mądrość. A poza tym czy to nie jest dowód prawdziwej miłości, że mężczyzna, który jest zawsze pierwszym czytelnikiem swojej żony, nie robi w jej powieści o niej, ale przecież także trochę o nim, żadnej poprawki, która miałaby go wybielić?

    Ślimaki i śnieg” to opowieść o jednostktowym doświadczeniu, o prawdzie jednej kobiety, jednej patchworkowej rodziny, jednego związku, ale zarazem historia uniwersalna, której autorka podjęła ryzyko absolutnej, boleśnie pięknej uczciwości. Ryzyko, które dla wielu ludzi jest niemożliwe do podjęcia nawet w myśleniu o sobie, co dopiero w pisaniu o swoich wyborach i życiu. No i jest to książka genialna, wywracająca do góry nogami wiele przekonań. Czekajcie na nią i nie przegapcie. Justyna Czechowska twierdzi, że przekład powinien być gotowy za jakiś rok.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Wolność kultury to wolność kraju. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    W ciągu ostatniego weekendu „Zieloną granicę” Agnieszki Holland obejrzało w kinach 137 tysięcy widzów. To tegoroczny rekord i dowód na to, że do kina chodzą jednak kupujący bilety ludzie, mądrzy, wrażliwi, wyczuleni na prawdę. Ludzie, a nie inne istoty. Inna rzecz, że gdyby słowa prezydenta o świniach w kinie nie były tak podłym, a zarazem głupim oraz nietrzymającym się kupy nawiązaniem do historii, to można by powiedzieć, że przewrotnie zwrócił uwagę na fakt, że świnie to zwierzęta o wielkiej inteligencji (są na przykład inteligentniejsze od psów). Jest to jednak temat na zupełnie inny tekst oraz dla innego prezydenta.

    Ponieważ sama więcej czasu spędzam w Sztokholmie niż w Warszawie, nadal jeszcze „Zielonej granicy” nie widziałam. Zobaczę ją za dziesięć dni, kiedy dotrę wreszcie do Polski, a zakup biletu do kina będzie pierwszą rzeczą, którą zrobię po przylocie. Od lat uwielbiam kino Agnieszki Holland, między innymi za to, że łączy w sobie zaangażowanie polityczne i głębokie człowieczeństwo z maksymalnym obiektywizmem. Na jej „Zieloną granicę” czekam od dawna. Chciałam ją zobaczyć o wiele wcześniej, zanim film rozpętał polityczną awanturę. Wiem, że mnie zachwyci i wbije w fotel. Podobnie jak wielkie wrażenie zrobił na mnie reportaż Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”, książka, która także opowiada o tym, co dzieje się na Podlasiu.

    W obecnej sytuacji obejrzenie „Zielonej granicy” wydaje się nagle podstawowym patriotycznym obowiązkiem, bo choć obce mi są wszelkie nacjonalizmy, to naprawdę leży mi na sercu wolność w moim ojczystym kraju, czyli w Polsce. A zaprawdę nie jest wolnym kraj, którego premier wygłasza potępiające recenzje filmu wybitnej artystki nazywając go „apogeum pedagogiki wstydu”.

    www.unsplash.com/Jeremy Yap

    Kiedy słyszę takie słowa oraz inne szkalujące film i reżyserkę kalumnie rzucane przez urzędujących polityków, to przechodzą mnie lodowate, historyczne ciarki. Wypowiedzi te kojarzą mi się na przykład ze słynnym zdaniem nazistowskiego dramaturga Hansa Johsta „Kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam mojego browninga”. Kojarzą mi się też z przekonaniami Mao Tse-tunga, który głosił, że sztuka i literatura mają zostać podporządkowane polityce. Przywodzą mi także na myśl przemyślenia Lenina, który już w 1918 roku zasiadł do pisania instrukcji na temat książek do czytania dla robotników i chłopów, w której szczegółowo wyjaśniał, czemu ma służyć literatura i generalnie kultura. Jej głównym zadaniem miało stać się opiewanie władzy radzieckiej. Kultura była dla Lenina sprawą partii, jej ważnym narzędziem. Poza tym uważał, że należy jak najszybciej przeprowadzić „selekcję intelektualistów”. Ci którzy nie pogodzili się z rewolucją, mieli zostać usunięci, ewentualnie wyrzuceni z kraju.

    My jesteśmy obecnie w sytuacji, w której nasza wybitna, wielokrotnie nagradzana reżyserka i wielka duma narodowa ma 24-godzinną ochronę policji z powodu nagonki spowodowanej przez czołowych polskich polityków. Naszych jaśnie oświeconych recenzentów kultury. Warto dodać, że takie zachowania partii rządzącej nie są niczym nowym, pamiętamy przecież jak minister Gliński recenzował książki noblistki, a to tylko szczyt góry lodowej, która zwie się „mamy gdzieś demokrację i jeszcze bardziej za nic wolność kultury.” Mantra rządzących brzmi od lat mniej więcej tak: „Macie oglądać „Smoleńsk” i czytać „Pana Tadeusza”, a poza tym morda w kubeł i tylko świnie siedzą w kinie…”

    W moim drugim kraju, czyli w Szwecji byłoby to nie do pomyślenia, tak głęboka jest świadomość tego, że politycy, a zwłaszcza urzędnicy państwowi, nie mogą być recenzentami artystów. Niedawno odwiedziłam z moimi studentami z warsztatów przekładu, które prowadzę, szwedzką instytucję państwową zajmującą się m.in. promocją literatury. Urzędniczka odpowiedzialna za doskonały program Swedish Literature Exchange rozpoczęła spotkanie od opowiedzenia nam o drodze zawodowej, która doprowadziła ją do obecnego stanowiska. Okazało się, że pracowała zawsze z książkami, była wydawczynią, agentką literacką, dziennikarką i pisarką, a zatem osobą przyzwyczajoną do wypowiadania się na temat wartości przeczytanych książek. Teraz jako pracowniczka instytucji państwowej zajmującej się promocją szwedzkiej literatury wie, że nie wolno jest wygłaszać subiektywnych poglądów na temat autorów i książek. Czy jest jej z tym trudno? O tak! Ale byłoby to złamanie podstawowych demokratycznych zasad, byłby to atak na niezależność kultury. Jest przecież reprezentantką państwa i podatników, a to zobowiązuje do maksymalnego obiektywizmu. Dlatego wszelkie decyzje merytoryczne dotyczące promowanych przez nią książek podejmowane są na podstawie opinii niezależnych, zewnętrznych ekspertów, znawców literatury. W Polsce o książkach i filmach, także tych, których nie widzieli wypowiadają się potępiająco najwyżsi urzędnicy państwowi: jest to nie tylko skandaliczne i szokujące, stanowi to także jaskrawy dowód na to, że mamy do czynienia z władzą autorytarną.

    W mojej bańce na Facebooku o „Zielonej granicy” pisze się w samych superlatywach, nic dziwnego, moja bańka jest bańką liberalną. „Właśnie wróciłam z kina” – pisze ktoś. „Film wspaniały, na nikogo nie szczuje, a pokazuje wielkość naszego narodu”. „Wczoraj wieczorem byłam w kinie. Jak na prawdziwą ŚWINIĘ przystało, byłam na „Zielonej granicy”. Kino pełne, ludzie kupowali bilety na najmniej komfortowe miejsca, a potem siedzieli nawet na schodkach” – pisze ktoś inny. Ludzie są wzruszeni, zachwyceni, wielu podkreśla, że Holland niczego nie upraszcza, że pokazuje złożoność, także polityczną, sytuacji i swoim zwyczajem staje po stronie człowieczeństwa i najsłabszych. Zadaje pytania ważne nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy. Porusza sumienia.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Raphael Andres

    Tymczasem rządzący polską panowie, którzy często odwołują się do tradycyjnych wartości i zapewniają, że zależy im na dobrej marce Polski, zachowują się jak Lenin i Mao w jednym, a do tego, jak klasyczni damscy bokserzy: szczują nie tylko na film, ale przede wszystkim na kobietę.

    Ponieważ jestem optymistką myślę, że właśnie obserwujemy smętny koniec tych autorytarnych i ograniczonych patriarchów. Wierzę też, że dzięki Agnieszce Holland i jej „Zielonej granicy” zobaczymy wkrótce jak ogromna jest moc sprawcza kultury. Po prostu czuję przez skórę, że nienawidząca wolnej kultury władza  za chwilę padnie i że stanie się tak w dużej mierze dzięki drobnej, niezłomnej i odważnej kobiecie oraz dzięki jej filmowi. I może wtedy mieszkańcy mojej drugiej ojczyzny, Szwecji, spojrzą na Polskę z tym podziwem w oczach, które miewali patrząc na nas zza morza w czasach zwycięstw Solidarności.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Dostojewski w Sztokholmie. Styczniowy felieton Katarzyny Tubylewicz

    Kiedy wychodzimy z synem ze sztokholmskiego teatru Dramaten malowniczo położonego nad wodą, przy eleganckiej Strandvägen, znowu pada śnieg, a przyćmione światło latarń powoduje, że Sztokholm sprawia magiczne wrażenie. Jednak nie dlatego mamy poczucie, że to najlepszy wieczór od wielu tygodni. Zobaczyliśmy właśnie genialny spektakl, tak wizjonerski, mistrzowsko zagrany i poruszający, że długo nie możemy przestać o nim z rozmawiać. To „Zbrodnia i kara” w reżyserii Chorwata, Olivera Frljića, reżysera o którym od lat głośno w Europie. Mam poczucie, że to właśnie dzięki jego wschodnioeuropejskiej duszy po raz pierwszy (naprawdę!) zobaczyłam w szwedzkim, zazwyczaj mieszczańskim i nieciekawym teatrze, coś wybitnego. No a poza tym: Dostojewski to Dostojewski. Głębia.

    Drogę bombom i czołgom zawsze torują książki” napisała Oksana Zabużko w słynnym i przetłumaczonym na wiele języków eseju dowodzącym, że literatura rosyjska jest od wieków narzędziem rosyjskiego imperializmu. To radykalny, zrodzony z rozpaczy i przerażenia wojną tekst, w którym ukraińska pisarka dowodzi między innymi że: „(…) ci, którzy zgwałcili w Buczy 11-letniego chłopca, a matkę przywiązali do krzesła, żeby to oglądała, to ci sami bohaterowie wielkiej rosyjskiej literatury – zwykli Rosjanie, tacy sami jak sto i dwieście lat temu (…) literatura jest odpowiedzialna za to, na kogo wyrośli.” Według Zabużko nie powinno się już czytać Dostojewskiego, nie i jeszcze raz nie.

    Tekst Zabużko wpisuje się w silnie rezonującą w Polsce myśl o tym, że z uwagi na trwającą agresję Rosji na Ukrainę, całą rosyjską kulturę, w tym oczywiście rosyjską literaturę, najlepiej po prostu „cancelować” czyli wykasować z pamięci. Teraz nie czytamy Rosjan, nie wypada. Nie chodzimy też na teatralne adaptacje rosyjskich powieści o ciemnej stronie ludzkiej duszy.

    Esej Oksany Zabużko został opublikowany także w szwedzkim „Dagens Nyheter”, ale nie wywołał tu specjalnej dyskusji. Może dlatego, że Szwedzi nie mający jak na razie czegoś takiego jak kanon lektur obowiązkowych w szkołach, nie czytają dużo klasyki i nie czują się przez nią kształtowani. Zawsze trudno było mi wytłumaczyć szwedzkim znajomym znaczenie romantycznej literatury w Polsce, jej wpływ na nasze marzenia, narodowe mity i idiosynkrazje.

    Tak czy owak, przyznam, że nie zastanawiałam się nad tym, czy w czasie wojny wypada mi iść na „Zbrodnię i karę”. Chciałam zobaczyć w roli Raskolnikowa młodego szwedzkiego aktora Gustava Lindha, którego jestem psychofanką i o którym niebawem usłyszy świat (wspomnicie moje słowa). Byłam też ogromnie ciekawa kolejnego spektaklu Olivera Frljića, tego samego, którego kontrowersyjna „Klątwa” w Teatrze Powszechnym doprowadziła do histerii polityków PiS oraz całą polską konserwę. Tego, który pracował w Teatrze Starym w Krakowie nad „Nie-boską komedią”, skandalizującym spektaklem, którego ostatecznie nie pokazano nigdy publiczności, bo Frljića szczególnie interesowało ukazanie antysemityzmu Krasińskiego, a Krasiński to przecież jeden z polskich romantycznych bogów. Wiem, że Dostojewski był nacjonalistą i miał nieprzyjemne poglądy polityczne, ale wiem też, że był zesłany na Sybir za lekturę niewłaściwych książek, a przede wszystkim uważam „Zbrodnię i karę” za książkę fascynującą i zawsze aktualną. Niezależnie od tego, co myślał o Ukraińcach i Polakach jej autor.

    W sztokholmskiej wersji „Zbrodni i kary” wbrew temu, czego można by się spodziewać nie ma żadnych prób nawiązywania do aktualnej sytuacji politycznej na świecie. Frljić skupia się na pytaniach o istotę prawa i o to, czy kara może doprowadzić do moralnego odrodzenia. Interesuje go szukanie źródeł przemocy w społecznej niesprawiedliwości i głęboko ukrywany fakt, że choć lubimy mówić, że życie ludzkie jest najwyższą wartością, to jednak w ludzkim świecie wartość życia jednostek nie jest równo wyceniana. Eksponuje też wieloznaczność i polifoniczność tekstu Dostojewskiego.

    Zapytany przez szwedzkiego dziennikarza – tylko jednego i co ważne, o polskich korzeniach – czy nie uważa, że wystawianie dzieła Dostojewskiego w czasie, gdy trwa wojna, jest nadużyciem, Frljić odpowiedział zdecydowanie, że jest przeciwny cancel culture. Poza tym gdybyśmy mieli usuwać z naszych półek książki pochodzące z krajów, które na jakiś inny kraj napadły lub go okupowały, strasznie mało bym nam zostało do czytania. Czy Wietnamczycy powinni zabronić czytania Balzaca, bo byli kolonizowani przez Francję? Czy z tego samego powodu w krajach kolonizowanych niegdyś przez Wielką Brytanię należy zakazać Dickensa?

    Sam Frljić żyje od 1992 roku w Chorwacji, do której przyjechał jako uchodźca z Bośni w czasie wojny w Jugosławii. Twierdzi, że w tamtym okresie z chorwackich bibliotek wyrzucono książki serbskich autorów i …do dziś do nich nie powróciły. Używanie serbskich słów w czasie wojny groziło w Chorwacji pobiciem i teraz, dość długo po wojnie, nie jest tam dobrze widziane. Słowa te przypomniały mi moje rozmowy z Dianą, bardzo młodą uchodźczynią z Charkowa, którą przez jakiś czas zajmowałam się w Sztokholmie. Diana marzy o tym, żeby pisać książki. Jest Ukrainką, nienawidzi Putina i wojny, ale to nie zmienia faktu, że najbliższym jej sercu językiem, tym, którym najlepiej włada i w którym najlepiej pisze jest rosyjski, a nie ukraiński. Czy ma o nim zapomnieć? Czy ma zrezygnować ze swojego pierwszego języka, dlatego, że Putin jest tyranem, a rosyjscy żołnierze niszczą jej rodzinne miasto? Czy wyrzucenie z głowy języka, który się od dziecka kocha nie jest kolejną formą gwałtu? Czy po tym jak Putin zniszczył jej kraj i miasto, ma też prawo odebrać jej język?

    Czy nie jest także gwałtem przymusowe zapominanie o książkach, które są dla nas ważne, ponieważ trwa wojna?

    Tematy te zaprzątają moją polską głowę, ale dla szwedzkiej publiczności oglądającej „Zbrodnię i karę” w Dramaten nie wydają się specjalnie ważne, nie przeszkadzają po wielokroć zasłużonym, entuzjastycznym owacjom.

    A poza tym wiecie co? Jeden z moich szwedzkich kolegów zapytał mnie podczas lunchu, czy ten Dostojewski to w ogóle był Rosjaninem czy Polakiem. Jak już pisałam, braki intelektualne zdarzają się w Szwecji w najlepszym towarzystwie, ale mam wrażenie, że „Zbrodnia i kara” w Dramaten tak naprawdę nie ma w sobie nic z Rosji. Jest głęboko uniwersalna, a jeśli aktualna, to w wyczuleniu reżysera na destrukcyjny wpływ różnic klasowych i majątkowych. To spektakl szwedzko-chorwacko-serbski (bo sam Frljić jest wychowanym w Bośni dzieckiem Chorwatki i Serba) z elementem polskim, bo w międzynarodowej ekipie pracującej nad nim znalazł się też Polak. A tak naprawdę: dzieło całkowicie ponadnarodowe i uniwersalne. Takie, który zmusza do myślenia, powala sceniczną wyobraźnią i czyni ludzi mądrzejszymi. A mądrzy ludzie nie wszczynają wojen. Tak by się przynajmniej mogło wydawać, albo…marzyć.

    Katarzyna Tubylewicz

  • Millenijny produkcyjniak? Grudniowy felieton Katarzyny Tubylewicz

    – Książka jest świetna, wspaniałe portrety bohaterów, ale czy dałoby się zmienić fabułę? – zapytał redaktor szwedzkiego wydawnictwa autora docenianych powieści grozy, Johna Ajvide Lindqvista. Stało się to po tym, jak mu zaproponowano (na próbę!) napisanie 100 stron kolejnego tomu „Millennium”.

    Lindqvist doręczył wydawnictwu 350 stron – całą, siódmą już z kolei, powieść o Lisbeth Salander. Wydawnictwo uznało jednak, że zawiera ona zbyt wiele humoru oraz seksu, a poza tym… no właśnie… trzeba by zmienić fabułę.

    Także Lindqvist nie zarobi milionów koron. Zarobi je kto inny, a dokładniej inna. A milionów może być sporo.

    Karin Smirnoff, fot: smakksiazki.pl

    David Lagercrantz za napisanie trzech tomów kontynuacji trylogii Stiega Larssona wzbogacił się o 80 milionów koron, czyli jakieś 42 miliony złotych. Ile zarobi Karin Smirnoff, trzecia z kolei autorka tego samego cyklu, to jeszcze się okaże. Jej „Krzyk orła bielika” ma niezłe recenzje. Ale to książkę Lindqvista, reklamowaną jako powieść, która miała być kolejnym tomem „Millennium” nominowano do nagrody dla najlepszego szwedzkiego kryminału roku. Lindqvist stwierdził, że pal sześć, nie wyrzuci tego, co napisał, zmienił tylko imiona bohaterów i wydał w innym wydawnictwie. Jego produkt książkowy został uratowany!

    Czy moja zgryźliwość wyrażona w słowie „produkt” podyktowana jest zazdrością? Sama nie wiem… Nie da się ukryć, że lubiłabym zarobić na pisaniu chociaż jeden milion. Z drugiej strony, pielęgnuję w sobie romantyczne wyobrażenie, że każda książka, także kryminał, powinna rodzić się z potrzeby powiedzenia czegoś ważnego i oryginalnego. Że nie powinna być tylko zmyślnie skleconą i robiącą kasę intrygą.

    Ale czy moje marzenie o tym, by pisarz coś znaczącego mówił nie jest po prostu czkawką z poprzedniego systemu, który trochę jeszcze pamiętam? Tego, w którym pisarz mógł na przykład być opozycjonistą? Prowadzić odważne gry z cenzurą? Dodawać innym odwagi? Inna rzecz, że to właśnie w poprzednim systemie pisano też produkcyjniaki. Czym dokładnie były, musiałam sobie sprawdzić, kiedy ponownie czytałam Dubravkę Ugrešić. Do jej esejów wracam często, żeby poczuć bliskość z osobą tak jak ja nie do końca odnajdującą się we współczesnym świecie literackim (nie żebym odnajdywała się w poprzednim świecie literackim, komunizm zakończył się, gdy chodziłam do szkoły).

    Tak czy owak, Ugrešić twierdzi, że współczesne bestsellery gatunkowe mają wiele wspólnego z socrealistycznymi produkcyjniakami. Tu pozwolę sobie na wyjaśnienie, że produkcyjniakami nazywano słuszne ideologicznie powieści o socjalistycznej przebudowie kraju. W Polsce, jak się okazuje, pisywali je na zamówienie władzy nawet wielcy. Przykładem niech będzie Przy budowie Tadeusza Konwickiego z 1950 roku. W produkcyjniakach czasów stalinizmu liczyła się lojalność względem idei i systemu, we współczesnych produkcyjniakach liczy się lojalność względem oczekiwań rynku.

    David Lagercrantz, fot: smakksiazki.pl

    Kto pracuje w publishing industry, przemyśle wydawniczym? Wrażliwe dusze opętane przez Muzy? Czy też robotnicy przemysłowi, a wśród nich, zapewne, znajdą się inżynierowie?” pyta Ugrešić. Chodzi jej tu rzecz jasna o inżynierów ludzkich dusz, jak nazywał pisarzy sam Józef Stalin. Nie trzeba kupować narodu, wystarczy mieć inżynierów dusz i to zupełnie załatwia problem zniewolenia” twierdził.

    Czy narody, które zamiast dyktatorów mają cholernie bogate wydawnictwa, które preferują wydawanie produkcyjniaków, zamiast dzieł głębokich i wielkich mogą i tak odetchnąć z ulgą? Sama nie wiem. Wolność to, czy nowa forma zniewolenia umysłu?

    Jeśli chodzi o perypetie wokół „Millennium” to  trylogia Lagercrantza miała być końcem serii i jej trzeci tom reklamowano jako „grande finale”. Jednak znana już z pewnej pazerności rodzina zmarłego Stiega Larssona zdecydowała, że chce więcej tomów o znoszących złote jaja bohaterach – Lisbeth i Mikaelu. Zerwano więc umowę z wydawnictwem Norstedts i rozpoczęto współpracę z norweskim magnatem hotelowym Petterem Stordalenem, który wpadł na pomysł wejścia z przytupem na rynek wydawniczy. Na potrzeby wydania kontynuacji „Millennium” założył wydawnictwo Strawberry. Niestety w trakcie pandemii rynek hotelarski się załamał, więc nasz magnat zbiedniał i sprzedał prawa do „Millennium” wydawnictwu Polaris, a ono zatrudniło do napisania kolejnych tomów najsłynniejszego kryminału świata swoją autorkę, Karin Smirnoff. Pisarka ta wcześniej nie pisała prozy gatunkowej i jest to jej teraz wytykane w recenzjach, bo i u niej z fabułą mogłoby podobno być lepiej. Za to mieszka w Norrlandii niedaleko miejsca, w którym wychował się Stieg Larsson. A to już wystarczy, żeby zbudować kolejną łatwą do sprzedania w świat opowiastkę reklamową. Z okazji premiery książki do rodzinnej miejscowości Smirnoff zwieziono na piarowską wycieczkę  przedstawicieli wydawnictw i agentów z całego świata.

    Sama Smirnoff pisząc „Krzyk orła bielika” musiała się przede wszystkim pilnować w kwestiach stylu, bo język jej wcześniejszych książek był zbyt poetycki na kryminał. Twierdzi jednak, że nie było to dla niej trudne, bo „to tak naprawdę nie jest jej opowieść”. Jeśli nie jej, to czyja? Trudno ustalić.

    Poza tym wszyscy rozumiemy sytuację. Są wielkie pieniądze, które można zarobić. Czytelnicy pragną swoich bohaterów. Autorka ma szansę zapewnić przyszłość sobie i dzieciom. Kolejny produkcyjniak opuszcza więc wydawniczą fabrykę i nie ma wątpliwości, że popłyną za nim następne.

    Czy jest to wesołe, czy może jednak trochę smutne? Normalne czy odrobinę kontrowersyjne? Czy Stieg Larsson przewraca się w grobie? Czy jego partnerka życiowa Eva Gabrielsson, która nie zgadzała się na żadne kontynuacje, ale na nic nie ma wpływu, ma jeszcze na głowie jakiś włos, który może osiwieć?

    A może po prostu już tak jest, że inżynierowie ludzkich dusz w żadnym systemie nie są wolni? Rządzą nimi albo dyktatorzy, albo wspomniana wcześniej mamona?

    Katarzyna Tubylewicz

  • Bez kanonu, ale z miłością do literatury oraz nowa teoria względności. Felieton Katarzyny Tubylewicz

    – A kto to był ten Goethe? – zapytał mnie mój szwedzki znajomy, który jest świetnym lekarzem, a do tego bywałym w świecie i błyskotliwym człowiekiem. Staliśmy właśnie przed czarno-białym portretem Johanna Wolfganga, który nie wiadomo czemu wisiał na ścianie hotelu w pewnej narciarskiej miejscowości. Moje wytresowane w polskich szkołach inteligenckie serce stanęło z wrażenia. Człowiek z wyższym wykształceniem nie wie, kto to był Goethe!!! O Jezusie… Szwed nie wydawał się skonfundowany swoją niewiedzą, za to ja wstydziłam się za niego (kobiety tak czasem mają).

    Podobnie poczułam się wiele lat temu, kiedy mój niewychowany w Polsce narzeczony, człowiek po dwóch wydziałach, zasnął w kinie na filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Chciałam mu przybliżyć nasz skarb narodowy i oto: ekranizację wielkiej epopei spotkał afront! Inna rzecz, że sama też się nudziłam, ale nie spałam. Nie spałam!

    Niedawno byłam na ciekawej konferencji humanistycznej. Podczas kolacji prowadziłam długie rozmowy z wybitnie inteligentnym duńskim profesorem literaturoznawstwa. Szalenie się zainteresował nieznaną mu książką zupełnie nieznanego w Danii autora, o której powiedziałam, że cenią ją sobie Polacy. Chodziło o … „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Nie słyszał o tej powieści. Obiecał, że przeczyta. Moje serce tym razem nawet nie zadrżało, bo przyzwyczaiłam się do tego, że w różnych krajach są różne kanony literackie, a skandynawskie podejście jest z zasady mało kanonicznie. Cóż począć.

    fot: unsplash.com/Gülfer ERGİN

    Inna rzecz, że akurat w Danii wylansowano w roku 2006 książkę dla szkół składającą się z fragmentów 108 duńskich utworów literackich i innych dzieł kultury, które trzeba znać oraz informacji o innych ważnych dziełach kultury wartych zapamiętania. Były tam bajki Andersena, zdjęcie budynku opery w Sydney zaprojektowanego przez duńskiego architekta Jørna Utzona oraz sugestia, by obejrzeć film Larsa von Triera „Idioci”.

    Sam von Trier na wiadomość o stworzeniu kanonu dla szkół zareagował bardzo krytycznie. Stwierdził, że każdy kanon jest narzędziem politycznej i nacjonalistycznej propagandy.

    W Szwecji nie ma ani kanonu, ani lektur obowiązkowych, w związku z czym mój syn po ukończeniu bardzo dobrych szkół szwedzkich, zabrał się już na własną rękę za czytanie Kafki i Dostojewskiego oraz zgłębianie, czym różni się renesans od baroku. Z kolei przewodnicząca szwedzkiej partii Chrześcijańskich Demokratów, która to partia (obecnie w rządzie) od dłuższego czasu uparcie walczy o stworzenie listy książek, które w szkole trzeba przeczytać, wykazała się jakiś czas temu w telewizji kompletną ignorancją w temacie klasyki literatury szwedzkiej. Zadano jej kilka pytań o autorów znanych książek i na żadne nie odpowiedziała prawidłowo. Nie wiedziała nawet, że szwedzki klasyk nad klasykami powieść „Gösta Berling” jest autorstwa noblistki Selmy Lagerlöf. Sama do szwedzkich szkół nie chodziłam, ale znam klasykę szwedzkiej literatury, prawdopodobnie dlatego, że mam wbite do głowy, że bez solidnych podstaw nie da się nigdzie poszybować  intelektualnie. Ale może nie wszyscy muszą latać.

    Tak czy siak, jest rzeczą znamienną, że nowy centro-prawicowy rząd w Szwecji chce z jednej strony radykalnych ograniczeń polityki migracyjnej i ochrony szwedzkich wartości, a z drugiej obiecuje rozpoczęcie prac nad stworzeniem szwedzkiego kanonu dzieł kultury dla szkół.

    Sztokholm, fot: www.unsplash.com/Jon Flobrant

    Wywołało to debatę i dużo krytycznych głosów:

    Nie chcę mieć poglądów na temat tego, jakie książki powinny być w kanonie literackim, ponieważ kanon, bez względu na to, co w nim jest, to narzędzie represji (…) Pragnie się stworzyć tak zwaną wspólnotę wartości i dołożyć cegiełkę do definiowania „szwedzkości”. Wszyscy mają się zgodzić co do tego, co Szwedzi rozumieją i lubią. A jak powstaną jakieś wątpliwości, będzie można się odwołać do autorytetu, czyli do listy dzieł kanonicznych” denerwuje się w „Dagens Nyheter” pisarz i wydawca Gunnar Nirstedt.

    W „Expressen” został właśnie opublikowany protest przeciwko kanonowi pisarzy i innych ludzi kultury. Wśród jego trzydziestu pięciu sygnatariuszy znalazły się bestsellerowe autorki kryminałów Camilla Läckberg i Viveca Sten, szacowny członek Akademii Szwedzkiej Per Wästberg, znani wydawcy, a także profesorki literaturoznawstwa. Autorzy protestu twierdzą między innymi, że:

    Kanon literacki tworzy się podczas czytania, powinien być żywy i zmienny. Z kolei ocena dawnych dzieł literackich zmienia się z czasem i podlega wpływom zmieniających się wartości. Kanon narzucany odgórnie przez instytucje państwa oznaczałby zmniejszenie różnorodności literatury oraz ograniczyłby zdolność kultury do podważania ustalonych prawd (…) Takie zarządzanie literaturą to zarządzanie tym, jak ludzie żyją i myślą, a to nie mieści się w granicach społeczeństwa demokratycznego.”

    Z kolei profesor literaturoznawstwa Torbjörn Forslid z Uniwersytetu w Lund podkreśla, że pojęcie kanonu ma swoje źródła w religii i religijnych podziałach na pisma święte i nienatchnione apokryfy. Czyli jest to rzecz staroświecka.

    Generalnie liberalni publicyści szwedzcy zgadzają się co do tego, że są takie kraje, jak na przykład Francja (o Polsce nie wspominają, bo niewiele o niej wiedzą), w których kanon literacki to coś oczywistego, ale w Szwecji zawsze stawiało się na wolność wyboru i warto przy tym pozostać.

    Ma to niewątpliwie zarówno wady, jak i zalety. Sama muszę przyznać, że liceum to był jedyny czas w moim życiu, w którym przestałam lubić czytanie, bo nie odpowiadał mi rytm i plan lektur obowiązkowych. Z kolei podczas studiów udzielałam korepetycji z polskiego i było oczywiste, że młodzież czyta raczej ściągi niż lektury, a z samych lektur niewiele rozumie, raczej kuje na pamięć, że „Słowacki wielkim poetą był”. Z takiego nastawienia tylko krok do myśli: uffff, koniec szkoły, nareszcie mogę przestać czytać. Czy może być to jeden z powodów niskiego poziomu czytelnictwa w kraju?

    Szwedzi bez kanonu lektur w szkole czytają więcej niż Polacy, ale w ostatnim czasie i po drugiej stronie Bałtyku czytelnictwo trochę spada. Z wyjątkiem jednej grupy wiekowej! Młodzi Szwedzi, ci w wieku od 16 do 29 lat czytają coraz więcej. W ostatnim roku poziom czytelnictwa młodych wzrósł o 6 procent i ponad 50 procent osób w tym wieku czyta co najmniej jedną książkę miesięcznie (i to w wydaniu papierowym). Czyli nie muszą, a i tak sięgają po książki. Również po ukończeniu szkoły.

    Nie wiem, czy byłabym mniej mądra i ciekawa bez znajomości „Janka Muzykanta”, „Naszej Szkapy” oraz „Nad Niemnem”, które były akurat w kanonie za czasów mojego chodzenia do szkoły. Domyślam się też, że wystarczyłoby mi z powodzeniem przeczytać dwie księgi „Pana Tadeusza” zamiast całości. Generalnie jestem zwolenniczką uczenia historii literatury światowej na sposób amerykański: wystarczy znać fragmenty ważnych historycznie dzieł, a w całości czytać tylko te książki, które wzbudzą nasze szczególne zainteresowanie. Z kolei jako matka dorosłego już syna jestem szczęśliwa, że wcisnęłam mu podczas którychś wakacji w ręce „Mistrza i Małgorzatę” i że pokochał tę książkę tak samo jak ja. I że wie, kim był Bułhakow, w przeciwieństwie do profesora literatury z Danii.

    Fascynuje mnie jednak nieustannie, że to co w Polsce zostałoby uznane za dno i kompletny upadek, czyli BRAK KANONU oraz lektur obowiązkowych, jest w Szwecji normalnością. Zaprawdę powiadam Wam: wszystko jest względne. Kanoniczność większości znanych nam i uznanych za kanoniczne dzieł także.

    Katarzyna Tubylewicz