Święta to najlepszy okres dla wszystkich, którzy kochają książki. Wiedzą o tym małe księgarenki, wielkie sieci sprzedażowe i wszyscy biedacy, którzy będą szlajać się po galeriach handlowych w nadziei na to, że w Wigilię Bożego Narodzenia znajdą jeszcze jakikolwiek prezent, który nie będzie wyglądał jak „kupiony w ostatniej chwili”. Nie ma lepszego prezentu, niż książka pod choinką. No, chyba że ktoś dostanie nowego Forda Mustanga.
Czujecie już w powietrzu zapach Świąt Bożego Narodzenia? Choinki, pierników, barszczu, taśmy klejącej i papieru w renifery? Ja czuję. Przynajmniej częściowo, bo podczas ostatniej wizyty w centrum handlowym zostałem zaatakowany choinkami, bombkami, misiami i kolorem czerwonym. Człowiek się przyzwyczaja, że od końca listopada zaczyna się marketingowe szaleństwo związane z prezentami. Za kilka lat pewnie będzie zaczynało się tuż po pierwszym listopada, bo po co tracić czas?
To też okres, kiedy odbieram wzmożoną liczbę telefonów. Zazwyczaj mało kto do mnie dzwoni, a przynajmniej nie z taką intensywnością, jak w grudniu. To jedyny miesiąc w roku, kiedy banki przypominają sobie o moim istnieniu i próbują wcisnąć mi jakiś mały kredyt. Taki do 10 lub 20 tysięcy, żebym mógł kupić trochę prezentów na święta, bo przecież to jest najważniejsze. Jasne, prezenty dobra rzecz, ale jeszcze nie zwariowałem, żeby brać na nie kredyt, a patrząc na stan mojego konta, to już w ogóle musiałbym się zamienić głowami z sami wiecie czym, żeby się na coś takiego zgodzić.

Nie mogę jednak nie zauważyć tego, że z każdym rokiem szał zakupowy staje się coraz bardziej… przerażający. Dopiero co skończyły się Czarne Piątki i Cyber Tygodnie, gdzie ludzie kupowali rzeczy po cenach, które w każdym innym miesiącu są dokładnie takie same. I już zaczęło się to samo w centrach handlowych, bo święta to okres, kiedy nie zważamy na to, ile coś kosztuje. Ma się świecić. I niestety, ale książki się nie świecą. Co nie zmienia tego, że są najbezpieczniejszym z możliwych prezentów na świecie. Znacie dom, gdzie nie ma ani jednej książki? Mam nadzieję, że nie.
Grudzień to idealny czas na to, by „wyrwać” coś ciekawego na prezent. Jeżeli chcecie kupić komuś książkę, to teraz nawet nie musicie się zastanawiać. BUM, Tokarczuk i gotowe. Nieważne jaka to pozycja, ważne, że „na czasie”. Problem z głowy, wystarczy zapakować i przejść do kolejnego prezentu. Tak, to też może być książka noblistki, bo kto wam zabroni? W końcu jest teraz wystawiona wszędzie i to w miejscach wyjątkowo widocznych. Do tego dochodzą jeszcze poradniki – jak schudnąć, jak zarabiać na YouTube, jak wyszczotkować kota i jak zrobić pierogi z jarmużem. Wchodzimy do Empiku, bierzemy pierwszą lepszą pozycję z TOP/Polecane i lecimy dalej.
Jednak co zrobić, kiedy macie kupić prezent książkoholikowi? Człowiekowi, który ma w domu setki pozycji? Wybranych przez siebie i ułożonych pod kolor w biblioteczce. Tutaj można zrobić dwie rzeczy – popłakać się lub zaryzykować. Ja osobiście obstawiałbym wersję numer dwa, ale głównie dlatego, że jak wylewam łzy, to wyglądam, jak po spotkaniu z gazem pieprzowym. Nic przyjemnego. Książkoholik to zupełnie inny gatunek człowieka. Trzeba podchodzić do niego z wielkim wyczuciem i nigdy, ale to NIGDY, nie pytać się go: Po co ci ta książka? Masz ją już chyba w innym wydaniu?



