Rzodkiewka, borówka, groszek i mój ulubieniec, kalafior. Każde z nich ma nawet swoje imię, a wspominany już kalafior o wyglądzie lekko upośledzonego Beethovena w dresie, to Krzyś. Takiego szału, jak na te pluszowe zabawki, dawno nie uświadczyliśmy. Jaki to ma związek z książkami? Większy niż sądzicie.
W nogę uderza mnie kawałek metalu, który przed kilkoma laty musiał wyglądać jak wypolerowana biżuteria. Jeszcze gdzieniegdzie na wózku widać ślady świetności, choć trzeba się przyjrzeć, by dostrzec je przy warstwie brudu i odcisków palców tysięcy klientów. Kobieta, która postanowiła przyśpieszyć moją osobę i zmusić mnie do tego, bym przesunął się kolejne kilka centymetrów do przodu, zdaje się nie zauważać w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Ot przecież to tylko lekkie stuknięcie, a osiągnęła swój cel, bo zrobiłem półkroku w stronę upragnionej kasy. Niewiele to zmieniło w naszej sytuacji, bo zanim zdążę wyłożyć zakupy na taśmę i tak minie kilka minut. O ile będę miał szczęście, a zazwyczaj go nie mam.

Przywykłem do tego, że podczas zakupów nie mam większego styku z kulturą. Jestem to w stanie zrozumieć. Częściowo. Sam nienawidzę chodzenia między półkami i szukania czegoś, co jeszcze w zeszłym tygodniu leżało tam, gdzie teraz nie leży. Tłok, brak dziennego światła i ludzie nie szanujący niczego, czego jeszcze nie kupili. To, że znajdę porzucone opakowanie żółtego sera gdzieś między papierem toaletowym, a kuchennymi ręcznikami, nie jest już dla mnie zaskoczeniem. Gorzej, gdy wśród ziemniaków znajduję Żulczyka.
Minęło sporo czasu zanim pogodziłem się z myślą, że książka to coś więcej niż kolejny towar, który należy sprzedać. W swojej młodzieńczej naiwności sądziłem, że to sztuka zasługująca na to, by stać ładnie na dobrze oświetlonej księgarskiej półce i być podziwiana. Po części jest to prawda, ale tylko w kwestii sztuki. Stworzenie powieści nią jest, ale wszystko co dzieje się dalej to już marketing. Autor ma niewielki wpływ na to, co dzieje się z jego już wydrukowaną książką. To, że ląduje na serwisach aukcyjnych lub w antykwariatach to dobrze, bo ktoś ją może jeszcze przeczyta.
Boli mnie za to, gdy widzę, jak ktoś nie szanuje produktów. Jakichkolwiek. Najczęściej widuję przejawy takiego zachowania właśnie w dyskontach, choć zdarzało się to i w sklepach, które pozycjonowane są na te z „wyższej półki”. I tutaj dochodzimy do momentu, gdy te dwie, zdawałoby się niepowiązane ze sobą sprawy się łączą. Książki w sklepach spożywczych i supermarketach są już codziennością. Pamiętam oburzenie, które ten „proceder” wywołał. Oczywiście w komentarzach na Facebooku, bo pikiet pod dyskontem możemy spodziewać się chyba tylko wtedy, gdy zabraknie w nich pluszowych warzyw i owoców.
Dużo wypowiadających się wtedy osób, wieściło rychły koniec małych księgarni, które to nie będą w stanie poradzić sobie z nową konkurencją. Czy tak stało się w rzeczywistości? Nie sądzę, bo księgarnie upadają z różnych powodów, a to, że w pobliskim dyskoncie dostaniemy raptem kilka pozycji parę złotych taniej, nie zmieni drastycznie przychodów. A już na pewno nie na tyle, by księgarze pakowali swoje manatki. Kolejnym argumentem było to, że w większości tytuły stawiane na półkach były w wersjach pocket. Mniejszy format, gorszy papier, ale niższa cena. Takie wydania stoją już w księgarniach, ale przecież zawsze znajdzie się powód do narzekania.


