Tag: Miejsce i imię

  • Kim jest Jakub Kania, bohater stworzony przez Macieja Siembiedę?

    Dane pobrane z opisów postaci w powieściach „444” i „Miejsce i imię” po wrzuceniu do programu graficznego dają rezultat jak na obrazku. Tak wygląda Jakub Kania w wyobraźni komputera.

    Jakub Kania

    A w wyobraźni autora? Bohater trzech (wliczając „Wotum”) powieści Macieja Siembiedy urodził się w 1970 roku w Gdyni, skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie jako ekspert od trudnych spraw z przeszłości. Ma zdrowe podejście do swojego miejsca pracy, dlatego w „Miejscu i imieniu” odchodzi z IPN aby zrealizować prywatne zlecenie izraelskiego „Ipeenu”, czyli Jad Waszem (co po hebrajsku znaczy właśnie „Miejsce i imię”).

    Jakub nie jest typem twardziela z dymiącym rewolwerem i nie wdaje się w walkę wręcz ze złymi facetami, co byłoby dla niego fatalne w skutkach. Posługuje się intelektem, konsekwencją, uporem i dociekliwością, która każe sprawdzać każdy szczegół. A zwłaszcza te, w których mieszka diabeł. Nie ma problemów alkoholowych ani mrocznych tajemnic, za to ma zasady, które czynią z niego człowieka, na którym można polegać. Kocha Kasię (poznali się podczas rozwiązywania zagadki obrazu Matejki w powieści „444) oraz ich dwie córeczki. Lubi jeść. Korekta: Bardzo lubi jeść.

    Chciałbym mieć takiego kolegę – mówi o Jakubie Kani Maciej Siembieda. – To sympatyczny gość, trochę fajtłapa, ale też facet niezawodny, nieugięty strażnik dotrzymywania słowa i niedzisiejszej, wręcz niemodnej lojalności, uczciwości i przyzwoitości. Zależy mi, aby pozostał naturalny dlatego staram się nie kreować jego portretu psychologicznego, trzymając się reguły, że książki, których jest i będzie bohaterem, były książkami „z Jakubem Kanią”, a nie „o Jakubie Kani”.

    A skoro już padło słowo „będzie”: Pielęgnuję dwa pomysły na opowieści z udziałem Kuby. Pierwsza to frapująca i jak zawsze prawdziwa zagadka pewnego żołnierza pewnego oddziału partyzanckiego walczącego w moich rodzinnych stronach podczas wojny. Człowieka o niezwykle ciekawej przeszłości, ale i wyglądzie, bo połowę twarzy miał wykonaną z metalu, co było nie lada osiągnięciem ówczesnej chirurgii plastycznej. Śledztwo Kuby w sprawie tej postaci, doprowadzi go do mrocznej tajemnicy zemsty plemiennej dwóch świętokrzyskich klanów i wielu, bardzo wielu zaskoczeń.

    I drugi pomysł, który pochłania mnie coraz bardziej, to prawdziwy horror. Makabryczne odkrycie na Śląsku wiodące do tajemnic eksperymentów medycznych o rezultatach, które mogą wywołać osłupienie. Już zacieram ręce słysząc głosy oburzenia, że zarówno znalezisko jak i szczegóły prac w laboratoriach naukowych to dowód mojego odurzenia lub chorej fantazji. Cieszę się, że znów będę mógł udowodnić, że to, co opisałem wydarzyło się naprawdę i jest stuprocentowo autentyczne. A to z Kubą lubimy najbardziej.

  • Diamenty, przez które ginęli ludzie. Rozmowa z Maciejem Siembiedą

    Czy diamenty mogą być warte więcej niż ludzkie życie? Jakie sekrety kryją pozostałości po obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny? Czy za czasów jego działalności mogły być na jego terenie szlifowane diamenty, a jeśli tak, to czy odbywało się za wiedzą i przy wsparciu najwyższych władz nazistowskich Niemiec? Z Maciejem Siembiedą, autorem książki „Miejsce i imię” rozmawiam o lampce wina,dzięki której powstała ta książka, a także o tym, że prawda może być dużo ciekawsza, ale też dużo dziwniejsza od fikcji.

     

     

  • Diamenty, IPN, obóz koncentracyjny na Górze św. Anny

    Jakub Kania, były prokurator IPN, otrzymuje od Instytutu Pamięci Jad Waszem w Jerozolimie zlecenie odnalezienia miejsca pochówku holenderskich Żydów zamordowanych w niewielkim obozie koncentracyjnym na Górze św. Anny. Szybko odkrywa, że zwierzchnik obozu, generał SS Albrecht Schmelt uruchomił tam własny, głęboko utajniony biznes: szlifiernię diamentów, która przerabiała materiał przewożony przez holenderskich Żydów wyciąganych z transportu do Oświęcimia.   Zarówno Kania jak i Instytut nie mają pojęcia, że za zleceniem poszukiwania grobów stoi czyjaś rządza zapanowania nad światowym rynkiem diamentów, a gra toczy się o “miejsce i imię” (po hebrajsku Jad Waszem) nie tylko  więźniów z obozu, ale też ciągle aktywnych wyznawców faszyzmu i zwykłych ludzi, którzy stanęli na drodze diamentowego szlaku. Premiera książki już 14 marca. 

    Nie daje Pan odetchnąć prokuratorowi Kani. Ledwo co skończył śledztwo dotyczące obrazu, od razu zostaje rzucony do kolejnej trudnej sprawy. Poradzi sobie?

    Oczywiście. Jakub Kania jest wytrwały i doprowadza sprawy do końca. To ten rodzaj ambicji, która nie wymaga wygrywania maratonów ale ukończenia biegu, choćby trzeba było pokonać linię mety na czworakach. A poza tym Kuba sam jest sobie winien. Skoro spodobał się Czytelnikom w poprzedniej powieści, to niech się teraz stara.

    Kilkadziesiąt tysięcy kierowców dziennie przejeżdża autostradą A4 na odcinku Katowice-Wrocław. Pewnie tylko niektórzy wiedzą, że na Górze św. Anny istniał obóz koncentracyjny. Skąd pomysł na obudowanie wokół niego fabuły?

    W latach 80. kiedy pracowałem jako reporter, trafiłem na Górze Świętej Anny na zagadkowe fundamenty kilkunastu budynków – zarośnięte trawą i prawie niewidoczne w lesie naprzeciwko Muzeum Czynu Powstańczego przy drodze do Leśnicy. Okazało się, że to pozostałości po obozie z czasów wojny, o którym prawie nikt niczego wiedział. Zacząłem szukać. Z nielicznych dokumentów zachowanych w archiwach dowiedziałem się, że obóz należał do organizacji Schmelt prowadzonej przez generała SS o tym samym nazwisku, a więźniowie budowali autostradę Berlin-Kraków (A-4 powstała na jej podwalinach i poniekąd jest pomnikiem ofiar Anabergu). Ale jeszcze ciekawsze były relacje kilku świadków – mieszkańców sąsiednich miejscowości zatrudnionych w obozie do wywozu nieczystości czy obsługi kuchni. To oni opowiedzieli mi o tajemnicy tego obozu, o tym co się tam działo, o tym dlaczego sprowadzano do niego starannie wyselekcjonowanych więźniów z Amsterdamu, o tym dlaczego po aresztowaniu Schmelta na rozkaz Himmlera zatarto ślady obozu i o tym dlaczego baraki były tak pilnie strzeżone: Specjalne tablice przy drodze ostrzegały, że strażnicy zastrzelą każdego, kto odwróci głowę i spojrzy w stronę obozu. Tak poznałem tę zagadkę, której nie wyjawię, aby nie psuć Czytelnikom lektury powieści.

    Ile jest w Pana najnowszej książki prawdy, a ile fikcji literackiej?

    Nigdy nie zdradzam proporcji, podobnie jak staram się zacierać granice między prawdą a fikcją. Tak było w „444” i tak jest tu. Dlaczego? W prezencie dla tych wszystkich, którzy poza czytaniem lubią poszukiwania. Poprzednia powieść zgromadziła kilkudziesięciu fanów przygody piszących do mnie niemal codziennie. Sprawdzają wątki zagadki, szperają w archiwach i w Internecie, pewien pan przyleciał ze Stanów Zjednoczonych po dziesięciu latach nieobecności w Polsce aby zobaczyć w Opinogórze „Chrzest Warneńczyka”. To są prawdziwe pisarskie sukcesy! Dlatego w „Miejscu i imieniu” prawda i fikcja są w tych samych kolorach, trudno je odróżnić. Ale żeby nie odpowiadać wymijająco: prawdą jest obóz i jego tajemnica. Prawdą są przedwojenne i wojenne wątki holenderskie oraz to co mogłem ujawnić o współczesnym rynku diamentów. Wprowadził mnie w ten świat kolega i sąsiad z Sopotu, który zajmował się tym biznesem przez wiele lat i to bardzo serio. Był nawet współwłaścicielem kopalni diamentów w Sierra Leone.

    Postać Dawida Schwartzmana naprawdę była tak ważna w świecie szlifierzy diamentów?

    Schwartzman jest postacią fikcyjną. A ściślej: symboliczną. Uosabia talent i odwagę tych wszystkich, którzy przez dziesięciolecia starali się wynaleźć szlif doskonalszy od patentu Asschera z 1902 roku. Szlif, który przełamie pewien monopol obowiązujący od stu kilkunastu lat i stanie się kluczem do najbogatszego skarbca świata – rynku diamentów.