Tag: monika koszewska rozmowa

  • Jak piją Polki? Rozmowa z Moniką Koszewską, autorką „Zanurzonych w zatraceniu”

    Adam Szaja: Czy po napisaniu tej książki Twoja relacja z alkoholem uległa zmianie?

    Monika Koszewska: Tak, przestałam pić okazjonalnie, czyli na przykład na urodzinach, imieninach, na Sylwestra. Nawet na swoich pięćdziesiątych urodzinach świętowałam prosecco zero procent. Dlaczego? Bo zobaczyłam kobiety, które straciły wiele lat swojego życia. I nie przestałam pić dlatego, że bałam się, że czeka mnie ich los. Przestałam pić, bo stwierdziłam, że to nie ma sensu. Pisząc tę książkę czytałam wiele badań dotyczących wpływu alkoholu na organizm. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, że to naprawdę jest trucizna. Nie chcę się więc truć, tym bardziej, że uprawiam sport.

    Rzeczpospolita w zeszłym roku opublikowała badania, z których wynika, że w godzinach porannych w Polsce sprzedaje się kilkaset tysięcy sztuk małpek, a dziennie ponad milion.

    Milion sprzedaje się tylko do godziny dwunastej, a w ciągu dnia trzy miliony – znam takie badania. Małpki leżą wszędzie. Miałam w zeszłym roku taką sytuację: szłam do ortodonty, a na chodniku leżała butelka po małpce. Sfotografowałam ją, żeby mieć do postu. Kiedy wracałam już tej butelki nie było. Widocznie ktoś zauważył, że fotografuję i szybko sprzątnął. Ostatnio słuchałam wywiadu z jedną z dziennikarek – mówiła, że w Warszawie mimo tego, że w dzielnicach są zakazy sprzedaży alkoholu po dwudziestej drugiej, rano i tak wszędzie leży pełno małpek. Metoda pojedynczego zakazu nie zwalczy alkoholizmu. Najgorsze jednak, że podobno najwięcej alkoholików jest wśród dwunastolatków… To jest przerażające! W czasach mojej młodości alkohol zaczynało się pić w okolicach szesnastego – osiemnastego roku życia. A teraz dwunastoletnie dzieciaki są uzależnione od alkoholu! W zeszłym roku rozmawiałam z licealistką, która mówiła, że u nich w szkole odchudzają się pijący alkohol, a nie ci, którzy jedzą niezdrowe jedzenie. Czyli słodycze i burgery ta młodzież zamieniła na alkohol.

    W Twojej książce mamy trzy bohaterki: Irenę, która jest pediatrą, Edytę – nauczycielkę i Gabrielę – farmaceutkę. Czy kobiety piją inaczej niż mężczyźni?

    Tak, kobiety piją po cichu. Piją w szafie. Kobiety piją tak, żeby normalnie funkcjonować, bo mają dzieci, które muszą zawieźć na zajęcia. Rozmawiałam z szesnastoma kobietami, które mają lub miały problem z alkoholem. Mówiły na przykład, że potrafiły zawieźć dziecko na ósmą do przedszkola, a wracając zahaczyć o którąś z Żabek czy stacji benzynowych. Tam kupowały dwa piwa, wypijały je, a po godzinie szesnastej jechały odebrać dziecko. W międzyczasie ogarniały cały dom, robiły obiad.

    Jedna z kobiet powiedziała: „Nie zdawałam sprawy z tego, że mam problem, bo codziennie gotowałam obiad i piekłam ciasto. A kiedy to sobie uświadomiłam, i dziś już od stu dwudziestu pięciu dni jestem trzeźwa, to już ani nie gotuję codziennie obiadu, ani nie piekę ciasta. Ja chciałam tą obowiązkowością przykryć swój problem.”

    Twoje bohaterki są fikcyjne, ale ich problemy jak najbardziej realne.

    Wybrałam te opowieści, które mnie zaintrygowały. Uważałam, że te historie warto przelać na papier. Oczywiście zmieniłam personalia bohaterek, pomieszałam historie, ale to są kobiety, które mieszkają obok nas. Borykają się z różnymi problemami, i nie jest to tylko problem alkoholowy.

    Jak zareagowały na tę książkę?

    Jedna powiedziała, że bardzo trudno czytało jej się o sobie, i że musiała to robić po kawałku. Inna, że czytała przez dwa wieczory i dwie noce, a na koniec tak się poryczała, że trudno jej się było uspokoić. I że ta książka utwierdziła ją w postanowieniu (nie pije od czterech lat), że nie warto pić. Te kobiety przeglądają się w tej książce jak w lustrze.

    Jedna z moich czytelniczek napisała do mnie ostatnio, że nie jest ani lekarzem, ani farmaceutką, a zwykłą ekspedientką, ale też ma problem z alkoholem. I ta książka jej pomogła. Pomogła, bo uświadomiła sobie, że ten jej problem jest wielki i ma nadzieję, że łatwiej będzie pokonać jej tego wroga, jakim jest alkohol.

    Wzruszyła mnie postać Zosi, która jest córką Ireny i Andrzeja, słynnego lekarza. Zosia bardzo lgnie do swojego ojca, a od matki chce być jak najdalej, bo mama zamyka się w sypialni i pije, jest też agresywna. Z biegiem czasu sytuacja się zmienia, bo dziewczyna pragnie obecności matki.

    Matka się zmienia, odstawia alkohol, i Zosia zaczyna swoją mamę postrzegać inaczej. Jedna z dziewczyn, z którą rozmawiałam, powiedziała mi coś bardzo ważnego, co utkwiło mi w głowie: że najszczęśliwszym w jej życiu był ten dzień, kiedy mąż wyjechał na delegację, a jej córka zapytała, czy może z nią spać. A wcześniej jej unikała. Bardzo chciałam pokazać czytelniczkom jak alkohol rujnuje nie tylko ich życie, ale także życie ich otoczenia.

    No i zmienia się też Zosia, która na początku była bardzo nerwowa. Później razem z matką grają w Monopoly, matka przyrządza popcorn, i to jest zupełnie nowa relacja. Gdy zniknął alkohol, wszystko się zmieniło. Zresztą Irena mówi też, że nie kochała Zosi.

    Nie kochała jej w momencie, kiedy odkryła, że jest w ciąży, bo Zosia jej coś zabrała – swobodę picia. Będąc lekarzem, Irena miała tę świadomość, że nie mogła pić w ciąży, w połogu. Bała się też, że zostanie niewolnikiem dziecka. Po części została na chwilę, ale szybko wróciła do nałogu. W kolejnej części książki pokażę jak to się u Ireny zaczęło, skąd ten alkohol wziął się w jej życiu.

    Bo bardzo często uzależnienie od alkoholu ma podłoże w dzieciństwie. Pisząc tę książkę też zaczęłam się interesować dziećmi, które są ofiarami matek pijących. One mają zrujnowaną psychikę, zaburzone umiejętności współżycia z innymi ludźmi, problemy z nauką. Są wśród tych dzieci takie, które powiedziały, że nigdy w życiu nie ruszą alkoholu, bo wiedzą jak wiele ten alkohol złego im wyrządził. Ale kochają swoje matki, nawet w przypadku, kiedy zostały im odebrane.

    www.unsplash.com/Alexandra Luniel

    To nie jest tak, że cierpi tylko osoba pijąca – cierpi całe otoczenie.

    Powiedziałabym, że otoczenie cierpi bardziej niż osoba pijąca, bo ta ostatnia się znieczula, a cierpi tylko wtedy, kiedy nie pije. Teraz, kiedy moje rozmówczynie wyszły z nałogu myślą o tym, ile lat swojego życia straciły, ile ważnych wydarzeń im umknęło, bo dzieci wyrosły. Zaczęły pić, jak dziecko miało dwa lata, a teraz ma lat szesnaście. Straciły czternaście lat. Wiele rzeczy przegapiły, wiele wystąpień w szkole, możliwości rozwijania pasji, których dzieci nie wykorzystały, bo nie miały takiej okazji. A nie miały, bo ojciec zajmował się pijącą matką, zamiast dzieckiem.

    Jedna z kobiet powiedziała: moje dzieci mają nagrania, jak leżałam nieprzytomna po alkoholu. I ona ma pretensje do nich, że ją nagrały. A powinna mieć pretensje do siebie, bo dopuściła do tego, że dzieci oglądały ją nieprzytomną w stanie upojenia alkoholowego…

    Jest też pewna granica, po której przekroczeniu również bliscy się odwracają. Ta książka, jak wspomniałaś, jest nie tylko o alkoholu, ale też o relacjach międzyludzkich.

    Oczywiście, że jest granica. W każdym z nas prędzej czy później coś zawsze pęka. W jednych szybciej, w drugich wolniej. I to jest chyba największa kara dla osób uzależnionych, które dotykają dna – że nagle bliscy się od nich odwracają. Że nagle ta “poduszka” zostaje im zabrana. Bo kiedy bliscy się nimi opiekują, to podkładają im cały czas umowną poduszkę – to taka amortyzacja. Upadasz, a oni ci tę poduszkę, żebyś nie zrobił sobie siniaków. Więc kiedy nagle bliska osoba odchodzi i zostawia kobietę samej sobie, to jest dla nich wielki szok. Wiele kobiet w takim momencie się podnosi, ale znam też takie, które jeszcze bardziej weszły w nałóg. I wtedy często kończy się ośrodkami zamkniętymi.

    Opisujesz w książce kilkunastodniowy cykl picia, to znaczy totalne odcięcie się Gabrieli od świata, wyłączenie telefonu, zrobienie zapasów alkoholowych…

    W kolejnej części zobaczymy co będzie później…

    No właśnie, powiedziałaś, że będzie kolejna część. Mówi się, i słusznie, że depresja jest chorobą bardzo demokratyczną, że może dotknąć każdego, bez względu na status zawodowy, finansowy. Z alkoholizmem jest podobnie.

    Tak, ale też są to często rzeczy połączone. Wiele osób, które ma problem z alkoholem, ma również depresję. I one uważają, że piją, bo mają depresję, a tak naprawdę lekarze mówią, że alkohol wyzwala depresję. Każdy z nas ma jakieś porażki w życiu. Jedni sobie z nimi radzą lepiej radzą, inni gorzej. Ktoś ucieka w sport, ktoś w alkohol. I właśnie często alkohol wywołuje depresję u ludzi. Czyli to jest takie błędne koło: źle się czuję, to zrobię sobie drinka. Co to jest jeden drink? U kobiet często nazywa się to “drineczek”, “lampeczka wina”. No, ale ta lampeczka wina, ten jeden drineczek staje się regułą. Pojawia się co wieczór, a później przychodzi wyczekiwany weekend. I wtedy wypija się jedną, dwie butelki. I tak się zaczyna to kręcić. Jedna z alkoholiczek, była modelka, powiedziała, że jeżeli w poniedziałek czekasz już na sobotę, bo wtedy pójdziesz na imprezę i będziesz piła, to już masz problem z alkoholem.

    W Twojej książce bardzo ciekawy jest wątek usprawiedliwiania się. Na przykład “panuję nad tym”, “inteligentni ludzie się nie uzależniają”. Gdy jedna z bohaterek mija na ulicy kogoś bardzo pijanego zadaje sobie pytanie, jak można tak bardzo się stoczyć… To jest dobra mina do złej gry?

    Często widuję w Sopocie bezdomnych, którzy mają problem z alkoholem. I stąd pomysł na pokazanie tego innym. Kiedy pisałam książkę opowiadałam kobietom o swoich potencjalnych bohaterkach, a one mi mówiły: Jezu, ale jak tak można pić? Jak można się tak zatracić w alkoholu?

    Ale ja te moje rozmówczynie widuję pijące alkohol, na przykład na jakichś spotkaniach. I to nie jedną lampkę wina. One mają ten sam problem, tylko nie zdają sobie z tego sprawy. I to jest usprawiedliwienie: bo ja robię to tylko na imprezie. A że te imprezy są trzy razy w tygodniu, to trudno. Taka jest kultura – i to nie tylko u nas. Mam rodzinę we Włoszech, i tam też obserwuję, że nie potrafimy się bawić bez alkoholu. Słyszałam od jednego z terapeutów, który kiedyś był uzależniony od narkotyków, bardzo mądre zdanie: „Jeżeli nie potrafisz bawić się bez alkoholu, to znaczy, że źle czujesz się w tym towarzystwie. Po co więc idziesz do nich, skoro musisz się napić, żeby dobrze się tam czuć?” I coś w tym jest, bo zauważ, ile osób idzie na imprezy albo już podchmielonych, albo wchodzi i od razu chwyta za kieliszek. Dopiero wtedy jest świetna zabawa. A imprez, gdzie tego alkoholu nie ma, jest niewiele albo wcale.

    Kolejna rzecz, która jest ciekawa, to pomysłowość bohaterek w ukrywaniu alkoholu. Szuflada z bielizną, szafa, samochodowy schowek, albo oczywiście torebka. Więc one – jak wiewiórki – mają zapasy, gdziekolwiek się pojawią.

    Jedna znajoma mówiła, że jej mąż chowa alkohol w oponach. Jak przychodzi sezon zmiany opon wtedy trzeba wyciągnąć butelki. Alkoholicy potrafią chować. To jest – jak mówiłeś wcześniej – przykrywanie swojego problemu. Jak schowam, to nikt nie widzi. Ten problem poruszyłam już w mojej poprzedniej książce Na skraju przepaści – tam była Ewka chowająca butelki. Teraz piszę kontynuację tej książki i w pierwszym rozdziale zdradzam, gdzie chowała alkohol. Była taka jedna szuflada, do której mąż nie zaglądał. Bo one jeszcze mają pretensje, że ich partnerzy, partnerki chodzą i wyciągają im te butelki. Jak oni mają czelność? Przecież nie po to je schowały, żeby partnerzy je wyciągali, tylko po to, żeby tam leżały. Tak jakby miały zniknąć, ulec degradacji.

    Jest taka scena w książce, kiedy jedna z bohaterek poznaje Filipa. Ona idzie pod prysznic, a on pyta, czy podać jej jakieś ubranie. Otwiera szufladę i znajduje alkohol. Wtedy przypomina mu się coś, a nawet ktoś.

    Przypomina mu się jego pijąca matka, która też wszędzie go chowała. Bo to jest schemat. Kiedy porozmawiasz z jakimkolwiek partnerem alkoholika dowiesz się, że działa ten sam schemat ukrywania butelek. Chowania nałogu.

    Przypomina mi się tutaj anegdotka o Stanisławie Lemie. Kiedy robiono u niego remont i odsunięto szafę okazało się, że chował za nią papierki po cukierkach. Jedzenie cukru też jest nałogiem.

    Zgoda, cukier też jest nałogiem.

    Każda z Twoich bohaterek ma odpowiedzialną pracę i każda z nich w pracy pije. Czy to częsty przypadek?

    Tak. Rozmawiam z lekarzami, którzy nie mają tego problemu i oni doskonale wiedzą, który lekarz pije. Jedna z lekarek powiedziała, że jest pewien chirurg, który – jeżeli nie wypije przed pracą – nie zrobi dobrej operacji. Ma też pod rękę specjalną podkładkę, żeby mu się ta ręka nie trzęsła w trakcie zabiegu. Mam nadzieję, że nigdy na niego nie trafię…

    Czyli picie w pracy to standard…

    Zobacz, co się teraz dzieje w Sejmie, gdzie wprowadzono zakaz picia alkoholu. Jaki jest bunt. Jak to!? Nie możemy się w Sejmie napić? Niektórzy posłowie mówią, że tylko przy piwie mogą dyskutować. Jak można im to zabrać?…

    Czy w przypadku nałogu, czyli w omawianym tu przypadku alkoholizmu, jakoś szczególnie rozwija się umiejętność kłamania?

    Alkoholik okłamuje sam siebie, bo stoi przed lustrem i nie widzi, że ma problem. Okłamuje też otoczenie. Najśmieszniejsze, że alkoholicy uważają, że są prawdomówni. Byłam na jednej grupie wsparcia, gdzie była grupa mieszana – były osoby uzależnione i partnerzy osób uzależnionych. U nas mówi się o nich “współuzależnieni”, ale to jest wolne tłumaczenie z języka angielskiego. Tak naprawdę powinno się ich nazywać “partnerzy osób uzależnionych”.

    Były tam kobiety, i między innymi córka jednego pana, który nie pije już od piętnastu lat. Ale w jej głowie cały czas są te czasy, kiedy ojciec wychodził do pracy i wracał na rauszu, a bardzo często przyjeżdżał też samochodem. I one z matką zastanawiały się, kiedy ojciec będzie miał jakiś wypadek, zabije kogoś na ulicy i wyląduje w więzieniu.

    Ta dziewczyna oczywiście ojcu wybaczyła, wtedy po raz drugi była z nim na spotkaniu grupy wsparcia. Obydwoje płakali. Teraz ten ojciec zajmuje się wnukami i ją wspiera. Powiedziała mi: “Ale wiesz, on mnie przez całe życie okłamywał. I nawet teraz, kiedy już mu zaufałam, a on gdzieś z dziećmi jedzie, to zastanawiam się, czy mnie nie okłamie. Czy znowu nie sięgnie po alkohol.”

    Czy mężczyźni alkoholicy i kobiety alkoholiczki w tym samym momencie zdają sobie sprawę z tego, że mają problem? Czy ten moment dotarcia do prawdy przychodzi w różnym czasie?

    Mówi się, że kobiety później zaczynają zdawać sobie z tego sprawę, bo one długo ukrywają, że mają problem z alkoholem. Ukrywają przed sobą, przed światem, a piją wtedy, kiedy ich partnerzy nie widzą. Jedna z kobiet mówiła, że wyjeżdżali z partnerem na weekend i razem pili, a nagle jemu zaczęło to przeszkadzać. Zostawił ją. I wtedy ona się stoczyła. Wspominała, że wróciła z wyjazdu ze znajomymi, ale nie pamiętała momentu powrotu. Kuzynka zastała ją leżąca na dywanie, oczywiście mocno wstawioną. Wzięła wtedy za fraki i powiedziała – koniec, idziemy na terapię. Jedyne, o co poprosiła ta uzależniona, to żeby terapia odbywała się w innym mieście. Nie chciała, żeby sąsiedzi się dowiedzieli.

    Była więc w ośrodku, a po skończeniu terapii poszła kiedyś do Żabki. Sklepowa ucieszyła się na jej widok, bo długo jej nie widziała. Zapytała, czy wszystko w porządku. Więc szczerze odpowiedziała, że miała problem z alkoholem. Na co sprzedawczyni: tak, ja o tym wiedziałam, dobrze, że to już się skończyło. A tamtej się wydawało, że babka nic nie podejrzewała, bo przecież ona za każdym razem kupowała ten alkohol w innej Żabce…

    W Twojej książce jest też bohaterka, która miała wybranych kilkanaście sklepów, do których jeździła po alkohol. Można było wyrysować szczegółową mapę. Czy Polska przoduje w jakichś niechlubnych statystykach alkoholowych na tle innych krajów europejskich?

    Wbrew pozorom – nie. Francuzi i Włosi też codziennie piją. We Francji jest największy odsetek zachorowalności na raka wątroby. O tym się u nas nie mówi, bo chociaż Francuzi piją, to funkcjonuje mit, że tam nie ma problemów z alkoholem. We Włoszech jest społeczne przyzwolenie na picie. Zaczyna się w południe, kiedy wszyscy idą na pranzo (lunch) i podlewają je obficie winem. I to nie jest dla nikogo szczególnym problemem. Wręcz przeciwnie, to norma. My pamiętamy dobrze komunę. Prezesi trzymali w szufladach alkohol i nie było niczym zdrożnym napić się z towarzyszem po kieliszku, i to w czasie pracy. Niestety, wszystkie narody piją.

    Czy przy pisaniu tej książki często słyszałaś sformułowanie, które być może jest hymnem alkoholizmu – piwo to nie alkohol?

    Tak, piwo to nie alkohol, i prosecco też. Jest taka grupa kobiet, które nazywają się Lady Prosecco. Kiedyś nagrałam rolkę właśnie o nich. Pilates plus prosecco, wyjście do fryzjera, a tam prosecco albo lampka wina. Fajny salon kosmetyczny – też musi być alkohol. I oczywiście to wszystko jest w cenie usługi. Zgłosiła się do mnie dziewczyna, która powiedziała, że od stu dwudziestu trzech dni jest trzeźwa. Mieszka w Stanach i ona była Lady Prosecco. Zaczęło się właśnie tak: wyjście na jogę i prosecco, później spotkanie w południe z koleżankami – prosecco. Wieczorem była kolejna butelka. Trwało to przez parę lat. W pewnym momencie partner nią potrząsnął i powiedział: słuchaj, chyba przesadzasz z tym prosecco. Poszła na terapię i udało jej się wyjść.

    Znam też kobiety, które same sobie poradziły, otworzyły oczy i dały radę bez terapii. Ale większość pań, z którymi rozmawiałam, jej potrzebowała. Smutne jest to, że wśród kobiet, z którymi rozmawiałam, są takie, które kilka razy podchodziły do terapii i nadal mają problem.

    W trakcie zbierania materiału trafiłam na taką historię. Kobieta, która nie pije od dwudziestu dwóch lat ma żal do swojego syna, który jest uzależniony od alkoholu i narkotyków, a którego zostawiła, kiedy miał szesnaście lat. Syn nie chce jej znać, ale ma pretensje do matki nie o to, że piła, i że teraz on ma problem, tylko o to, że matka zostawiła go z siostrą. I ona nie może tego zrozumieć. Czyli kobieta nie pije już tyle lat, a nadal nie otworzyła oczu. Nie uświadomiła sobie, ile złego temu dziecku wyrządziła.

    Chcę, żeby to wybrzmiało: ja w tej książce nikogo nie oceniam. Daje czytelnikowi możliwość samodzielnego oceniania bohaterek. To są tylko moje spostrzeżenia, czyli osoby trzeźwej, nie mającej nigdy problemu z alkoholem, a jednak uzależnionej – od sportu. Mogę powiedzieć, że znam ten mechanizm, wiem, co to jest uzależnienie. Sport jest jak narkotyk i ja codziennie muszę go uprawiać. U opisywanych przeze mnie kobiet alkohol jest tym narkotykiem, po który codziennie sięgają.

    www.unsplash.com/Paolo Bendandi

    Mam rodzinę w Szwecji, więc siłą rzeczy śledzę, co się dzieje w tym kraju, jak jest zorganizowany. Tam sprzedaż alkoholu jest bardzo restrykcyjna. Sądzisz, że w Polsce jest za duży dostęp do alkoholu? Na przykład, kiedy wchodzimy na stację benzynową, to jedna z pierwszych rzeczy, jaką widzimy, to butelki za plecami sprzedawcy.

    Tak nie powinno być. Stacja benzynowa to nie miejsce, gdzie powinien być sprzedawany alkohol. Jednym z bohaterów mojej książki jest sklep na 3 Maja w Sopocie. Kiedyś stałam tam przy kasie i policzyłam: mieli sześćdziesiąt cztery rodzaje małpek! Ja, prowadząc restaurację, nie wiedziałam, że jest aż tyle gatunków alkoholu twardego. Zastanawia mnie, że na opakowaniu papierosów są zdjęcia, że szkodzą i powodują raka, a w przypadku butelek alkoholu – nic. Za to producenci robią wyścigi, żeby te butelki były piękne, atrakcyjne: z diamencikami, z brylancikami, w siateczkę, w kwiatki. Jak wejdziesz w Internet i napiszesz “ładne butelki z alkoholem” – wtedy widać, jaki jest wybór. Nic, tylko kupować…

    Często jest to zakorzenione w naszej świadomości. Jeżeli myślimy “prezent” – zazwyczaj w pierwszej kolejności pojawia się alkohol.

    Mamy teraz okres świąteczny, więc w korporacjach bardzo popularne są prezenty dla pracowników. Co firmy kupują na prezenty? Kosze prezentowe – a w nich zazwyczaj miks słodyczy i alkoholu.

    A mogłyby to być kosze z książkami?

    Jak najbardziej! A jeszcze książki mogłyby być opatrzone autografami autorów. Każde wydawnictwo by na to poszło.

    Powiedz na tyle, na ile możesz, co nas czeka w kontynuacji? Masz kilka wątków zawieszonych: osobisty wątek Ireny, rozwodowy wątek Edyty, wątek pani Gabrieli…

    Właśnie zastanawiam się nad tym, czy nie napisać tego oddzielnie. Może poświęcę książkę każdej bohaterce osobno, bo ich życie będzie jeszcze bardziej skomplikowane. Chciałabym pokazać dokładnie ich drogę wychodzenia z nałogu, a u każdej z nich będzie ona wyglądała inaczej.

    Jak to wygląda statystycznie? Ile osób wychodzi z nałogu, gdy już zda sobie z niego sprawę?

    To bardzo trudno określić, ponieważ wiele osób wraca do nałogu. Byłam na spotkaniu grupy wsparcia – z czterdziestu jeden osób szesnaście było osobami powracającymi. I te, które od wielu lat już nie piją, nie były wcale przekonane do tego, że już nie wrócą do nałogu. Nie zadeklarowały jasno: już nigdy nie będę piła. A bez takiej podbudowy wystarczy moment, żeby jednak wróciły.

    Kiedy piją kobiety i udaje im się rzucić alkohol, to często po jakimś czasie do niego wracają, bo są na jakiejś imprezie czy babskim wyjeździe. Myślą, że nad tym panują. “O, napiłam się kilka lampek wina, ale jutro wcale nie muszę.” Mija kilka dni bez picia, a one myślą “Jezu, jednak nad tym panuję!” I co jakiś czas wracają. Ale w pewnym momencie przychodzi moment, kiedy to “co jakiś czas” nie wystarcza. I wchodzą w nałóg. I to jest najtrudniejszy moment. To jak igranie z ogniem.

    Czy zawsze jest tak, że ten pierwszy kieliszek wskazuje drogę, że to już jest…

    Nie, nie zawsze. Niektórym udaje się uciec przed alkoholem. Ale to jest taki wróg, który czai się zawsze za rogiem i tylko czeka, żeby zaatakować.

    Jak kusiciel. Na koniec pytanie, czy alkohol może być lekarstwem na nasze bolączki egzystencjalne? Czy jednak zawsze jest problemem?

    Zawsze jest problemem. Tak jak wspomniałam wcześniej, alkohol bardzo często przyczynia się do depresji. My leczymy nasze problemy alkoholem, a depresja zamiast odchodzić, tylko się potęguje. I w pewnym momencie ktoś trafia na terapię i mówi, że miał depresję i zaczął pić alkohol. A wcześniej pani nie piła? No, piłam, ale okazjonalnie. A jakie to były okazje? No, wracałam z pracy i kieliszeczek się napiłam. Ale to nie było codziennie, to było co jakiś czas. Tylko w tej pracy tyle problemów, plus te w domu. No i później wpadanie większą depresję, coraz więcej tego alkoholu, bo na początku wystarczy tylko lampka wina, żeby złagodzić swój ból. Później już ta lampka wina nie wystarcza. Później są dwie lampki, trzy, butelka, dwie butelki. Jak ktoś pyta: ale jak kobieta może wypić dwie butelki wina wieczorem, a rano być gotowa do pracy? Otóż może.

    Jedna z moich rozmówczyń mówiła, że codziennie piła jedną butelkę wina i dwa piwa. I była szczęśliwa, jak po te piwa nie sięgnęła. To tak jakby ktoś wziął pudełko z ptasim mleczkiem i był zadowolony, że zjadł tylko jedną pięterko, a nie dwa. Tamta kobieta piła do pierwszej w nocy, o szóstej rano wstawała i jechała do pracy. Po drodze zawoziła dzieci do szkoły. Non stop miała w organizmie alkohol.

    Jedna ze znajomych, która wiedziała, że piszę tę książkę, odpowiadała mi o swojej przyjaciółce, która w Trójmieście wjechała do sklepu Rossmanna. Twierdziła, że nie była wtedy po alkoholu. Mąż przyjechał na miejsce zdarzenia, pozamiatał tak, żeby nikt nie zauważył, że to żona prowadziła. Czyli podłożył jej “poduszkę”…

    Inna znajoma zapytała mnie, czy jak partner ma problem z uzależnieniem, to ona ma iść go ratować i wspierać. Odpowiedziałam, że jak będzie go wspierała, to będzie dla niego informacja, że może mieć ten problem, że nie musi z nim walczyć, bo zawsze jest ktoś, kto mu pomoże – czyli podłoży tę ochronna poduszkę.

    Twoim zyskiem spotkań z kobietami uzależnionymi jest przede wszystkim wiedza. A jaki jest koszt? Czy dla części tych kobiet, z którymi się spotkałaś, nie stałaś się konfesjonałem?

    Stałam się, a najtrudniejsze jest to, że nie możesz ich oceniać. Czasami masz ochotę wypowiedzieć słowa inne, niż wypowiadasz, ale musisz nad nimi panować. Trzeba mieć świadomość, że twoje słowa mogą kogoś zranić i ostatecznie wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku.

    Ktoś mnie zapytał, jak odreagowałam te rozmowy? No więc ucieczką w sport – szłam na trening i tam odreagowywałam ze sztangą czy na bieżni. Współczuję terapeutom, którzy chłoną te opowieści jak gąbka i nie dziwię się, że niekiedy sami chodzą na terapię. Bo to jest bardzo trudne – wysłuchać tych ludzi, starać się ich nie oceniać, a z drugiej strony im pomóc.

    Dziękuję ci bardzo za rozmowę.

    Dziękuję.