Tag: pisarze w social media

  • „Przeminęło z lajkiem”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisarze w social mediach są z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze po to, żeby sprzedawać więcej książek. Po drugie, żeby połechtać swoje ego. Dobrze, żeby ten drugi cel nie przysłaniał pierwszego.

    Nie jestem wielkim specjalistą od social mediów. Właściwie to nie jestem żadnym specjalistą. Podziwiam ludzi, którzy potrafią to ogarniać. Takich, jak chociażby obecny na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja raczej mozolnie przebijam się przez plątaniny linków, morza gifów i kamieniołom kontentu, próbując jako tako nawiązać i zbudować relację ze swoimi czytelnikami, a może przy okazji zdobyć kilku nowych. Częściej popełniam błędy niż odnoszę sukcesy. Sprawdzam, co interesuje odbiorców, a co ich nudzi. Wychodzi jak wychodzi. Na facebooku mam około 2 tys. fanów. Na Instagramie ledwie 200, ale tam zacząłem się bawić dopiero niedawno. Kiedy opowiedziałem o tych liczbach Jakobe Mansztajnowi (połówka Make life harder), widziałem malujące się na jego twarzy zmieszanie, kiedy szukał sposobu, żeby powiedzieć mi w delikatny sposób, że te liczby są oględnie rzecz ujmując – mało imponujące. Niepotrzebnie. Wiedziałem o tym. Pewnie potrafiłbym nawet w dość łatwy sposób podbić liczbę lajków. Wystarczyłoby zamieścić parę zdjęć słodkich kotków z „motywacyjnymi” sentencjami, napisać kilka ostrych tyrad politycznych, w których atakowałbym jednych lub drugich (albo obu naraz), a może spróbować pójść w skandal i w wulgarno-satyryczny sposób skrytykować jedną z głośniejszych książkowych premier tego roku. A może inaczej, sprzedać parę rodzinnych historyjek. Przecież opowieści o tym, co słodkiego wyczyniało moje dzieciaki albo co zniszczył pies, zasługują ma parę lajeczków, co nie?

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Niektórzy tak robią. Nie oceniam. Działam w tych social mediach i próbuję w ten sposób sprzedać kilka książek więcej. Ale bez przesady. Informuję więc czytelników o planach literackich, spotkaniach, datach premiery, podtrzymuję zainteresowanie. Słowem, staram się, żeby kiedy w księgarni zobaczą powieść z nazwiskiem Chmielarz na okładkę, zatrzymali się na chwilę i zastanowili, czy jej nie kupić. Równocześnie toczę sam ze sobą nieustające negocjacje na temat tego, co mogę ujawnić o swoim życiu, a czego nie wypada. Social media to w ogóle zdradliwe środowisko. Łatwo się w nim poczuć ważnym. Like’i uruchomiają ośrodek przyjemności w organizmie, jakby naprawdę miały jakieś realne znaczenie. Chcemy ich więcej, i więcej, więc łatwo przekraczamy kolejne granice, żeby zdobyć jeszcze większą widownię. Łatwo o większą lub mniejszą wpadkę. W Polsce nie mają one tak wielkiego znaczenia, jak na Zachodzie. Tam jeden nieostrożny tweet potrafi zniszczyć karierę i niemalże życie (jak to opisuje Jon Ronson we „#Wstydźsię!”). Ja jestem ostrożny. Jak najmniej informacji osobistych. Polityka rzadko. Tylko wtedy, kiedy na sto procent jestem przekonany do słuszności danej sprawy. Żadnych opowieści o dzieciach, szanuję ich prawo do prywatności. Sporo o książkach, bo w końcu jestem pisarzem. Trochę zasłyszanych anegdotek. Nie wiem, czy to dobra strategia obecności w social mediach. Wiem za to, że kiedy spojrzę na swój profil za rok, dwa czy pięć, nie będę się musiał wstydzić niczego, co tam znajdę. Jak zaobserwowałem, stosuję jedną z dwóch głównych strategii obecności w sieciach społecznościowych. Ta bezpieczniejsza. Druga, bardziej ryzykowna, zakłada pójście w kontrowersje. Wyraźne i mocne przekazanie pokazanie swojego zdania na dowolny temat. Czasami w sposób szczery, bo coś nas faktycznie wkurza, czasami po to, żeby tylko zrobić wokół siebie szum. Są pisarze, które potrafią na tym sporo wygrać. Kojarzę też kilku, którzy na tym równie wiele przegrali. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami. Jest po prostu paru autorów, którzy musieliby się mocno napracować, żebym sięgnął po ich książki po tym, kiedy zobaczyłem, jak się zachowują w sieci. Niby powinno się oddzielać autora od dzieła, ale czasami złe wrażenie jest na tyle silne, że trudno się przemóc.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Żeby też nie było do końca cynicznie, kontakt z czytelnikami, jaki nawiązałem na facebooku, sprawia mi cholerną przyjemność. Dobrze jest wiedzieć, że moje książki do kogoś trafiają. Że ludziom podobają się one na tyle, że chce im się poświęcić te kilka minut, żeby mi o tym napisać. Świetna sprawa. Ale też mam wrażenie jest zapotrzebowanie na naszą obecność w sieci. Czytelnicy chcą mieć możliwość wirtualnego przynajmniej spotkania się z ulubionym autorem. Poznania go odrobinę bliżej i bardziej. Sam długo broniłem się przed oficjalną i pisarską obecnością w social mediach. Złamałem się w końcu, ale żałuję, że zrobiłem to tak późno. Facebook i Instagram powoli stają się obowiązkowymi pisarskimi narzędziami, na równi z edytorem tekstu. Szczerze rzecz mówiąc, nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony, fajnie by było wrócić do tych prostych czasów, kiedy wystarczyło po prostu pisać książki. Z drugiej, nigdy pisarze nie mieli szansy tak łatwo i tak szybko nawiązać bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Zastanowię się, nad tą kwestią. A jak już coś wymyślę, to możecie być Państwo pewni, że przeczytacie o tym na moim profilu.

    Wojciech Chmielarz