Tag: Sylwia Chutnik

  • „Dziwaki, łączcie się!”, kwietniowy felieton Sylwii Chutnik

    Nie rodzimy się dziwni – to kultura nas takimi tworzy. Nie ma uniwersalnych zasad bycia innym od reszty – to społeczeństwo wypycha na margines wszystkich tych, którzy jakoś odstają. Od czego? Od normy: zachowuj się tak a nie inaczej, wyglądaj w określony sposób, wychowuj dzieci na jedna modłę. Co ciekawe, normę widzą tylko ci, co z niej wypadli. Wtedy na własnej skórze odczuwają, że cos z nimi nie tak. Pozostała większość wzrusza wtedy ramionami i nie widzi problemu. Dyskryminacja? Nietolerancja? Phi, a u nas jest dobrze. Cóż, pewnie dlatego, że jak się płynie zgodnie z prądem to się raczej na nic nie narzeka.

    Myślałam o tym wszystkim w czasie lektury reportażu Karoliny Sulej o Coney Island, w którym już sam tytuł mówi wszystko: „Wszyscy jesteśmy dziwni”. I nie ma, że boli, że wszystko skrojone idealnie od szablonu. Zaliczona matura na pięć, ładna żona, dzieci z obowiązkowym podziałem na chłopca i dziewczynkę. Dom na kredyt, plazma w salonie, meble z Ikea. Tak, jak wszyscy. Te same filmy, te same kluby, te same ciuchy. I kiedy zachce nam się zrobić coś wbrew większości, to zaraz dostaniemy po łapach. Po co się wychylać? To jak w powieści Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”, gdzie inność musi być sponiewierana i wyśmiana, bo zagraża ogólnemu poczuciu spokoju. Albo jak w reportażu Anki Grupińskiej „Najtrudniej jest spotkać Lilith”, gdzie kobiety z ortodoksyjnej wspólnoty żydowskiej kierują się w życiu księgą Sejder micwot hanaszim – Księgą przykazań dla kobiet – która mówi im, jaką mają być gospodynią domową, żoną i co przygotować na Pesach. Jedna z bohaterek reportażu tłumaczy, ze to dla niej idealne rozwiązanie: nie musi myśleć, myśli za nią księga.

    Kultura wypluwa wszystkich dziwaków, ale oni są niczym lustro: odbijają w sobie traumy, tabu i pragnienia. Tak jest w przypadku bohaterów książki Sulej: cyrkowców, połykaczy ognia, artystek burleski i osób z niepełnosprawnością. To jak gabinet osobliwości, który naocznie uzmysławia nam to, kim nie jesteśmy. Kim boimy się stać. Wariatem, dziwakiem, potworem.

    Próbujemy więc desperacko nie dopuścić do tego, aby stać się wyrzutkiem. Robimy cos wbrew sobie, swojemu temperamentowi i wartościom. Obrączka na palcu, praca od do, kobieta z długimi włosami, mężczyzna z krótkimi. Seks przy zgaszonym świetle i buty kupowane co sezon, bo modne. Cała litania rzeczy, które należy zrobić, bo babcia się obrazi, co sąsiedzi powiedzą i Dulska prychnie. Do wyliczanki normalnych zachowań należy między innymi chrzest dziecka (chociaż jest się ateistką), samochód w leasing (chociaż można pojechać autobusem), wakacje all inclusive, bo znajomi byli i głupio na fejsa nie wstawić fotki z palmą. Istna parada obowiązków normalsa, który z odrazą patrzy na pedała, uchodźcę czy Żyda, chociaż nigdy nikogo z tej kategorii na oczy nie widział, bo się kisi przez całe życie w n-o-r-m-a-l-n-y-m środowisku n-o-r-m-a-l-n-y-c-h osób. I choćby w rzeczywistości chciał zostać klaunem lub striptiserką, to nigdy nie spełni swoich marzeń, bo nie mieszczą się w ramach. A potem będzie chodził na terapię za grubą kasę i zastanawiał się, czemu dusi się w swoim apartamencie i najnowszym modelu samochodu. Pamiętacie wyliczankę głównego bohatera książki Irvina Welsha „Trainspotting” (a potem filmu pod tym samym tytułem)? „Wybierz prace, wybierz karierę, wybierz rodzinę. Wielki telewizor, zmywarkę, samochody, ubezpieczenie zdrowotne”. I tak dalej.

    Już się, kurwa, rzygać chce od tych wszystkich szarych, zwykłych ludzi, co w internecie wypisują hejty z najgorszej półki i po cichu oglądają pedofilskie filmiki w necie. Od tych żywych reklam hasła z serii „chłopak i dziewczyna – normalna rodzina” nawalających się przy niedzielnym rosole w imię wartości tradycyjnych i konserwatywnych. Rzeź dziwaków rozgrywa się od najmłodszych lat. Sama jej doświadczyłam, bo od jedenastego roku życia wyglądam inaczej, niż reszta. Z tego powodu liczba opluć, pobić i wyzwisk przewyższyła liczbę modlitw w katechizmie. Byłam zastraszana na ulicy a w szkole ciągle musiałam ścierać się z nauczycielami. To był początek lat dziewięćdziesiątych, dready czy kolczyki były traktowane niczym policzek dla systemu edukacji. Którym zresztą miały być. Dziwaki nie dostają medali za kreatywność. Dziwaki muszą odpaść, bo zakłócają odbiór jedynie słusznego komunikatu. Dziwaki sieją niepokój.

    Zostałam więc artystką. Nic innego nie mogłabym robić. Tworząc możesz być wariatką a ludzie pozwalają ci to robić, bo tłumaczą to sobie jako tolerowane odstępstwo od normy. Po raz pierwszy poczułam to, kiedy w pierwszej klasie liceum wygrałam konkurs poetycki w Związku Literatów Polskich. Do szkoły przyszło oficjalne pismo i gratulacje. Moi nauczyciele znaleźli do mnie klucz: acha, to ta artystka. No dobrze, damy jej fory, bo jest inna. Dyplom z konkursu był jak zaświadczenie o byciu inną. Przez jakiś czas nawet działał. Zostawili mnie w spokoju i nie wzywali do pedagoga.

    Ale potem znowu musiałam walczyć, chociaż w ogóle nie mam takiej natury. Teraz moje kolorowe włosy stanowią znak rozpoznawczy, ludzie gratulują pomysłowości a fryzjerzy farbują ludzi „na Chutnik”. Myślę sobie, ile ja raz oberwałam za swój image i uśmiecham się – jednak bez żadnej satysfakcji.

    W książce Karoliny Sulej o części Nowego Jorku znajdziemy życiorysy osób, które pogodziły się ze swoją innością a wręcz zrobiły z niej atut. Coney Island jest dla nich jak eden, przestrzeń niepodległości. Dla wielu osób taką przestrzenią jest sztuka, bycie pisarzem, aktorką, malarzem czy muzykiem. Od jakiegoś czasu widzimy jednak zakusy władzy, aby zdyscyplinować tych dziwaków. Sprawić, aby tańczyli według odgórnie narzuconej melodii.

    Ale tej grupy społecznej się nie wygładzi. Nie uczesze i nie zaprasuje w kancik.

    Tutaj nie będzie tak prosto, jak w Ministerstwie Obrony Narodowej czy w sądach. Artyści to nie zdyscyplinowane wojsko stojące w jednym szeregu. Jeden patrzy w lewo, drugi w prawo, a trzeci za długo zawiązuje sznurówki. Armii się z tego nie da ulepić: za mało swobody, za dużo rutyny. Twórcy i twórczynie z natury wykonywanej profesji przekraczają schematy i są wolnościowcami. Dlaczego? Bo to daje im swobodę twórczą. Nikt im nie siedzi na karku i nie dyszy w jedynie słusznym rytmie. Poganianie, strofowanie i wskazywanie kierunku dobre było w powojennym socrealizmie, a i ten okres w sztuce był raczej epizodem dość szybko rozsadzonym wewnętrznym buntem (w ramach ówczesnego systemu). Obecnie pisanie, kręcenie filmów czy granie pod z góry narzucone tematy narodowe wydaje się dość perfidnym nawiązaniem do stalinowskich czasów. Nie ma w tym żadnej przesady: niby mamy wolność twórczą, ale jeśli odetną kurek z pieniędzmi to żadna instytucja kultury długo nie pociągnie. Artyści są może i romantyczni, ale muszą się z czegoś utrzymywać. Perfidia polega tu właśnie na uzależnieniu finansowym, co w kraju o dość marnych tradycjach wspierania inicjatyw kulturalnych bądź społecznych przez naród jest dość kluczowe. Nie mamy bowiem rozwiniętego systemu sponsorowania czy dotowania twórczości, a już zwłaszcza nie działa to w przypadku dzieł kontrowersyjnych czy ryzykownych. To właśnie one muszą – nie da się inaczej – mieć wsparcie państwowe. Ale w obecnej sytuacji politycznej wygląda to coraz bardziej kuriozalnie. Wycofywanie się ministerstwa z finansowania festiwali teatralnych „za karę”, naciski na tłumaczenia zagraniczne konkretnych pisarzy, promowanie polityki historycznej jako dominanty w polskiej kinematografii, wreszcie personalne konsekwencje wobec tych, którzy wyłamują się z wyklętej demagogii.

    Władzy wydaje się, że to zadziała. Ale nie z nami te numery.

    Książka Karoliny Sulej „Wszyscy jesteśmy dziwni” przypomniała mi o tym, że bycie inna to ciągła praca o to, aby taką właśnie osobą pozostać. Nawet, jeśli przez chwilę społeczeństwo nas zostawi w spokoju, to włączy się system, który widzi w dziwakach bezkształtną masę do zarządzania. To błędne podejście.

    Mam więc swoje prywatne Coney Island: znajomych, przy których czuję się bezpiecznie, pracę, w której mogę być tym, kim chcę. Mam swoją głowę, której nikt mi nie odbierze. Mam siebie, swoje dziwactwa i neurozy. Mogę być tym, kim chcę, bo wiem, że inna nie będę. I nie przepraszam za to.

  • „Czy my się w ogóle jeszcze spotykamy?” Marcowy felieton Sylwii Chutnik

    Jacek Dehnel w wypowiedzi dla smakksiazki.pl stwierdził, że spora część kawiarnianych rozmów w literackim środowisku przeniosła się do Internetu. „Powstała dziwna skądinąd forma komunikacji, trochę jak kawiarnia literacka: to, co kiedyś odbywało się w Zodiaku, Ziemiańskiej, czy Kawiarni Czytelnika, teraz dzieje się w sieci”, powiedział pisarz. Ostre polemiki czy prztyczki w nos dzieją się on line: nie tylko można więc zrobić zrzut ekranu (jako dowód w sprawie!), ale i przyglądać się wymianom ciosów niczym publiczność na MMA. Sam Jacek Dehnel znany jest z wchodzenia w dyskusje nie tylko z kolegami i koleżankami po fachu. Większość współczesnych pisarzy i pisarek siedzi na fb czy twituje, rozmawia ze sobą w komentarzach lub wkleja sobie nawzajem śmieszne obrazki na profile. To proste i wygodne a na dodatek pozwala pokonać kilometry dzielące nas od siebie. Tylko, czy skutkiem takich praktyk nie jest przypadkiem rezygnacja ze spotykania się na żywo? Mem zamiast wspólnej kawy, polemika zamiast sprzeczki przy piwie?

    Wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie” – myśl Tadeusza Kantora powtarzają od lat badający wpływ ulubionych, a wręcz kultowych, kawiarni i barów wśród elity artystycznej i intelektualnej. Rola powojennych kawiarni literackich była bardziej wieloznaczna niż ta z czasów dwudziestolecia międzywojennego, ponieważ stała się ona właściwie jedynym miejscem wymiany poglądów i dyskusji. Kawiarnie, bary, stołówki stanowiły domy zastępcze niezbędne do prowadzenia życia towarzyskiego. Przesiadywali w nich również, jak nazywa ich Andrzej Z. Makowiecki, autor Warszawskich kawiarni literackich, „snobi łakomi wielkiego świata” – czyli ci, którzy chcieli ogrzać się w blasku artystów (ech, jakby było przy czym, no ale).

    W moim mieście owa „warszawka” zawsze wychodziła z domu – aby spotkać się, napić i plotkować. Kawiarnie stanowiły również w czasach PRL-u idealne miejsce do wymiany informacji usłyszanych w zagranicznych rozgłośniach, porównaniu oficjalnych komunikatów z prawdą zasłyszaną „na mieście”. To jak nieoficjalna agora myśli i faktów, od których odcięto mieszkańców w imię propagandowego przekazu. Wreszcie ludzie przesiadywali w kawiarniach, aby bawić się w towarzyski salon pamiętany sprzed wojny bądź odtwarzany na zachodnią modłę. Kiedyś Ziemiańska, Adria, potem Czytelnik, Jontek, Harenda, Złota Rybka, Kameralna i Spatif. A teraz? Gdzie my się widujemy, gdzie pijemy i sprzeczamy? Czyżby życie literackie rzeczywiście przeniosło się do sieci? Na szczęście, nie do końca.

    www.unsplash.com/Laurent Perren

    Przy okazji festiwali literackich czy Targów Książki spotykamy się w mieszanych towarzystwach, wśród ludzi „robiących w literach” czy kulturze. Są to zwykle takie miejsca jak Regeneracja, Nowy Teatr, a do pijaństwa Plan B, Cafe Kulturalna czy Bar Studio. No i Amatorska – może to nawet współczesna Ziemiańska? To właśnie z tym miejscem związane są różne skandaliki i prowokacje. A nawet bijatyki – hipsterska prawica kontra lewaki lub odwrotnie. Czasami bitwy są też między sobą. (Szkoda, że nie można kupić sobie biletu na te starcia). (Czemu nie ma jeszcze SmakuPlotki.pl? Chętnie bym coś napisała). (Bo kawiarnie to przecież kuźnia plotek). (Wróćmy jednak do meritum).

    Spytałam kilku pisarzy i pisarki, czy da się jeszcze stworzyć coś w rodzaju mapy kawiarni literackich w Polsce. Nie jest tak źle, ale w niektórych rejonach kraju przydałaby się jakaś franczyza literackich spelunek i barów. Bo gdzie jakakolwiek rewolucja ma szansę się rozpocząć? Przecież nie w naszych komputerach, no ludzie!

    Łukasz Orbitowski (Kraków) Nie wiem, czy to się liczy, ale spotkałem kiedyś w pubie Kumpel na Kaziku całą grupę literatów z Joanna Lech na czele. Piękny Pies jest już chyba nieaktualny bo Świetlicki stamtąd poszedł. Kolejne ważne to kawiarnio-księgarnia Lokator i Bunkier Sztuki, gdzie siedzą haartowcy. Ciekawa jest też Cheder na Józefa. Nie wiem jak tam z życiem literackim, ale zamówili u kilku pisarzy, w tym u mnie, opowiadania o Kazimierzu i zarzucili nimi dzielnice. Mam też mniej oficjalne miejsca: na przykład z Witkiem Szostakiem i Szczepanem Twardochem widywaliśmy się w Strefie Piwa na Józefa. Natomiast życie intelektualne prowadzę w osiedlowym pubie Drewutnia. Pijam tam z krytykiem i tłumaczem Bartkiem Czartoryskim.

    Kuba Wojtaszczyk (Poznań)  Miejsce, które choć odrobinę przypomina charakterem kawiarnię z literaturą w tle jest Winiarnia pod Czarnym Kotem, gdzie we współpracy z księgarnią Bookowski, organizowane są wieczory z pisarkami i pisarzami. Najpierw jest spotkanie autorskie (oczywiście przy winie), a następnie rozpoczyna się część nieoficjalna, czyli debaty przy wspólnym stole, na których czytelnicy są równie mile widziani.

    Inga Iwasiów (Szczecin) Chyba nie ma jednego miejsca. Raczej kilka nowych księgarnio-kawiarni, w tym jedna bardzo popularna przy parku Kasprowicza. Popularna ze względu na lokalizację, dobre książki i zapraszają na wieczory autorskie. ale i spotykam tam się z pisarzami/pisarkami, przy czym także spotykam tam rodziny z dziećmi, które szukają dobrego ciastka w przerwie spaceru. Inna to raczej przyszła kawiarnia literacka, bo przeznaczona dla dzieci: FIKA (co po szwedzku oznacza „przerwa na kawę”). Odbywa się w niej dużo spotkań wokół literatury dla dzieci i jest dobra kawa. Zamknięto Piwnice Kany przy Teatrze Kana , w którym artyści lubili siedzieć. Prawdę mówiąc czegoś podobnego do np. Literatki we Wrocławiu nie ma. Kiedyś istniał Klub 13 Muz, tradycyjne miejsce posiadówy, ale to historia. Chyba w Szczecinie niedobitki pisarskie są rozproszone, najprężniej działa Związek Literatów Polskich. Spotykają się z własnymi wypiekami w Pałacu Młodzieży. Ja się spotykam to tu – to tam. Zagnieżdżenia pisarskiego nigdzie nie stwierdzam.

    Agnieszka Wolny-Hamkało (Wrocław) U nas to Tajne Komplety – księgarnia, ale po pierwsze miejsce spotkań i jest kawa oraz napoje (bez alko). Tam rzeczywiście ludzie przychodzą, żeby posiedzieć na kanapie i pogadać. Jest jeszcze Hiszpańska Księgarnia – knajpka & księgarnia Ewy Malec – jest alko i normalnie barman. Super miejsce – „domowe” i hippisowskie. Tu też łazimy. No i Literatka – chyba głównie nieco starsi przychodzą, ale można spotkać wrocławskich kabareciarzy, a jak przyjeżdża na przykład Świetlicki, to tam się montuje. Literatka charakteryzuje się tym, że ma większą salę dla palących niż dla niepalących.

    Magda Grzebałkowska (Sopot) Była kiedyś u nas knajpa Spółdzielnia Literacka i tam można było pogadać. Ale już jej nie ma. O niczym innym nie wiem. Rzeczywiście, wychodzi na to, że Facebook jest dla mnie oknem na świat.

    Bernadeta Prandzioch (Katowice) Trudno byłoby wskazać takie miejsce. Przez jakiś czas taką rolę pełniło Sienkiewicza 27, ale niestety już nie działa. No i jest jeszcze Kafo Kawiarnia w pobliskich Gliwicach, która chwaliła się swego czasu, że Twardoch napisał tam pół Morfiny. Wygląda na to, że pracowici Ślązacy piszą głównie w swoich domach, zamiast spotykać się w kawiarniach.

    www.unsplash,com/Benjamin Zanatta

    Tak mniej więcej przedstawia się polska topografia kawiarni literackich.

    Nie jest tego wiele, przyznacie. Tu już nie chodzi nawet o tradycyjne utyskiwanie na zanik bezpośrednich relacji, które zastępowane są klikaniem. Bez przesady, ja tam często introwertykuję i wcale nie mam ochoty latać do ludzi co pięć minut. To się wtedy trzeba jakoś zaprezentować, zagadać. Poza tym wyjścia kosztują i nie zawsze zasypianie przy jednej herbacie na pięć osób jest sexy, bo to, co było okej w czasach studenckich niekoniecznie sprawdza się w czasach późniejszych. Tu chodzi o zanik pewnego rodzaju miejsca kultury.

    Kawiarnie są bowiem instytucją specjalną. Po pierwsze do kawiarni nie idzie się jak do warzywniaka – tam się chadza. Najlepiej, żeby barman czy kelnerka wiedzieli, co pijemy lub żebyśmy pili na krechę, bo to dobrze wygląda w oczach innych: oho, bywalczyni, nie podskoczysz. Posiadanie „swojego stolika” czy choćby kubeczka to już w ogóle szał. Druga sprawa: kawiarnia to arena, scena. Targowisko próżności, gdzie bez odpowiedniej stylówy nie ma co się pokazywać. Nawet najgorsze dziady w swetrze pamiętającym pierwszą płytę Nirvany mają imidż. Na nich się patrzy, na nich się zerka. Po trzecie kawiarnia, dzięki możliwości wymiany poglądów i miejscu do pracy staje się biurem pomysłów. Coraz rzadziej pisze się wiersze na serwetce, coraz częściej zaś planuje projekty klepiąc w Maca. Po czwarte kawiarnia czy ulubiony bar to element tworzenia legendy wokół siebie. To, gdzie lubimy się umawiać stanowi naszą wizytówkę i musi być spójne, bo inaczej ludzie mają dysonans poznawczy. Nie zapomnę, kiedy koleżanka zdziwiła się, że lubię kawiarnię w Bristolu, bo według niej moim entourage powinien być bar mleczny lub jakaś kanciapa (które zresztą też bardzo lubię). Ale tak to działa: umawiasz się z kimś i proponując miejsce od razu się przedstawiasz. Bo, i to po piąte, kawiarnia i bywanie to przecież element stylu życia. Są tacy, co pchają się do modnego miejsca i kiszą w tłumie rozmawiając o meandrach swojego debiutu. Są też tacy, co idą absolutnie nie tam, gdzie reszta: chowają się gdzieś w lokalnym barku. To przecież ważne wybory życiowe: na świeczniku czy na marginesie.

    Niezależnie od tego, gdzie i w jakiej konfiguracji dobrze, że w ogóle. Bo fejsik jest słodki, polecam serdecznie, ale jednak w przestrzeni realnej widać więcej. I bardziej wartościowo. Poza tym nie możemy pozwolić, aby tradycja literackich kawiarni zupełnie zniknęła. Kontynuacja jest dla każdej kultury podstawą jej przetrwania, że uderzę w wysokie tony. Pijmy więc i kłóćmy się twarzą w twarz. Oczywiście, ku chwale literatury.

  • „Dziesięć tysięcy dziennie lub pisanie plamiste”, wywiad z Jackiem Dehnelem

    O samotności długodystansowca, kłótniach na Facebooku, szychcie w mózgu i nowych światach, a także o wyrzucaniu powieści do kosza, chałturach oraz Mozarcie. O tym wszystkim z Jackiem Dehnelem rozmawia Sylwia Chutnik.

    Czym różni się praca nad dłuższym tekstem od tej nad krótszym?

    Miałem kiedyś rozmowę na ten temat z pewnym profesorem, podówczas starszym już panem, który powiedział: „Pan ma zupełnie inny stosunek do czasu, bo jest pan młody. A ja myślę sobie, że mam jeszcze tak z dziesięć lat życia. Jeśli więc ktoś prosi mnie o napisanie książki, o której wiem, że zajmie mi od półtora do dwóch lat, to patrzę na to inaczej”. Coś w tym jest. Decyzja, że coś będzie powieścią to jest poważna sprawa. Są wprawdzie autorzy, którzy rzucają się na głęboką wodę – kiedyś spotkałem się z pewnym polskim pisarzem, był w kiepskim humorze. Okazało się, że napisał dwieście stron powieści i właśnie wyrzucił je do kosza. Pomyślałem sobie, że u mnie nie ma takiej opcji. Przede wszystkim, jak mam napisać coś, co liczy więcej niż dwadzieścia stron, to obracam ten pomysł w głowie na wszystkie strony. Jestem przekonany, że wiem, co chcę powiedzieć, i jak ma to wyglądać. Zdarzały mi się natomiast niespodzianki innego rodzaju: zaczynałem pisać krótkie opowiadanie, które rozrastało się w dłuższą formę. Pomysł działał od początku, tylko przyrastało to, co chciałem powiedzieć, bo przecież pisanie to forma myślenia, czasem dochodzi się do nieoczekiwanych i nieprzewidzianych zawczasu wniosków.

    Siadając do pisania masz gotowy tekst w głowie, co sprawia, że to, co piszesz jest przemyślane i nie ma możliwości skuchy?

    Nie no, błędy są zawsze możliwe, powieść może być zwyczajnie nieudana. Ale uważam, że jeżeli pisze się rzetelnie, przemyślanie i nie odwala chałtury – to nie da się stwierdzić, czy książka jest dobra czy zła, dopóki się jej nie wyda.

    Czasem jest tak, że tekst sam niesie autora. Ale może też zaistnieć sytuacja, w której teoretycznie wszystko było powymyślane, przysposobione. Dokumentacja, latające fiszki po pokoju i dwieście procent normy, a tekst nie idzie. Po pięćdziesiątej stronie myślisz sobie, że to jest taki znój, że do śmierci tego nie napiszesz.

    Kryzysy się zdarzają. Z mojego doświadczenia wynika, że najczęściej powstają w miejscach nieciągłości, dziur w planach. Bo kiedy mówię, że mam zaplanowaną książkę, to nie mam jej zaplanowanej słowo po słowie, jest tam trochę pól niejasnych. Tu potrzeba może wyjaśnienia… generalnie powiedziałbym, używając przykładów muzycznych, że są dwa systemy pracy twórczej: Mozarta i Beethovena. Jak porówna się ich manuskrypty, to u Mozarta wszystko jest czyściutkie; chodził na spacery, pił wino, grał w karty, a później siadał i pisał wszystko z głowy. Natomiast Beethoven pracował na papierze, kreślił, robił dziury w rękopisie; pracował na papierze, dopiero tam był w stanie wszystko opanować. Żaden z tych systemów nie jest lepszy ani gorszy, wynika po prostu z naszych predyspozycji duchowych, obyczajów, właściwości mózgu. Ja akurat jestem bliżej strony Mozartowskiej, więc siadam do powieści dopiero, kiedy ją sobie zaplanuję. Tylko podczas zapisywania okazuje się, że jednak pewne szczegóły, dotychczas obmyślane osobno, muszą się połączyć i na tych stykach coś zgrzyta, coś się nie zgadza. A w dużej prozie błędy konstrukcyjne są bardziej niebezpieczne, niż w wierszu, dajmy na to – bo liczba stron działa na naszą niekorzyść. Wytrzymamy nudne 20% wiersza na stronę, ale nie wytrzymamy nudnych 20% powieści liczącej 500 stron, bo to jest sto stron ziewania. Dużo. Za dużo. Kryzysy zatem się zdarzają, bo tu coś nie wychodzi, tam się sypie, jakieś wątki się nie domykają, wydarzenie A musi być umieszczone zarazem przed i po wydarzeniu B. Często takie blokady zdarzają mi się, kiedy jadę na rezydencje pisarskie i tam pracuję nad jakimś tekstem na przykład przez bity miesiąc, narzuciwszy sobie dość wysoką dniówkę, czyli dziesięć tysięcy znaków.

    Dziesięć tysięcy napisanego tekstu dziennie! Trzymajcie mnie.

    Ale w to wliczam felietony, tłumaczenia i tak dalej. I na ogół do niej jednak nie dobijam. Tak czy owak, jeśli siedzę w pracy głęboko, po uszy, to zdarzają mi się takie momenty, gdzie, jak powiedziałaś, samo mi się pisze. Palce nie nadążają za myślą. Tyle, że na ogół wynika to z pracy, której wcale nie wykonałem świadomie. Wykonał ją mój mózg, który pracuje też we własnym zakresie – z własnym mózgiem współpracujemy trochę jak z obcą osobą: częściowo rozwiązujemy problemy świadomie, a częściowo mózg sam sobie przetwarza. I ten naszy mózg jest trochę jak kopalnia, która gdzieś tam, na dole, produkuje sobie urobek. I posyła wagonikami na górę, do świadomości. I czasem okazuje się, że akurat mamy tego urobku bardzo dużo.

    Szychta w mózgu.

    Miewałem taki dni, że pisałem dwadzieścia, trzydzieści tysięcy znaków. I co z tego, skoro następnego dnia nie byłem w stanie napisać ani słowa. Przez chwilę miałem natłok myśli czy rozwiązań, które się nagromadziły, ale później podświadomość dostała zadyszki i nie była w stanie pracować.

    Co ze źródłami, które wykorzystujesz przy pisaniu?

    Działają niczym skład nowych pomysłów do tekstu. Napisałem cztery powieści, wszystkie były obsadzone w prawdziwych realiach: „Lala” to historie rodzinne, „Krivoklat” jest oparty na współczesnej postaci. Natomiast w przypadku „Matki Makryny” i „Saturna” to była duża praca na źródłach z epoki, łącznie z wyprawą do Rzymu do archiwum Zmartwychwstańców, sczytywaniem dokumentów z rękopisów i trudno dostępnych druków.

    Teksty źródłowe mogą inspirować, ale również wywołać uczucie przesytu.

    Owszem. I, co więcej, niektóre książki robią się od tego niestrawne. Na przykład „Mesjasze” György Spiró to dla mnie właśnie opowieść o nadmiarze kwerendy. Robiłem do niej trzy podejścia i nie zmogłem. Tam są wspaniałe historie, które mogłyby funkcjonować osobno, a zgromadzone w jednym miejscu, są nie do zniesienia. Jak ta o polskim uchodźcy, który ucieka z armią po upadku powstania listopadowego. Trafia na dwór jednego z niemieckich książąt i jest tam traktowany jako wielka atrakcja dzięki interesującej ranie: kuli, która utkwiła mu w mózgu, nie powodując śmierci. Księcia, który kolekcjonuje interesujących wojaków, strasznie to ekscytuje, więc oferuje mu stanowisko dowódcy gwardii z ogromną pensją. Oficer zgadza się, ale chce, żeby go zoperowano i usunięto kulę. I w czasie zabiegu umiera. Kapitalna mikroopowieść, perełka, błyszcząca we wstępie powieści – za dobra, żeby jej nie dać, ale co z tego, skoro całość złożona z tych perełek nuży? Rozumiem ból pisarza, który trafia na takie kawałki, ale myślę, że selekcja jest bardzo istotna, łatwo bowiem polec, gubiąc zainteresowanie czytelnika.

    W „Matce Makrynie” są na przykład dwa plany główne: spowiedź Makryny, w której opowiada ona swoją straszliwą i zmyśloną historię męczeństwa za wiarę, oraz powieść prawdziwa, w której relacjonuje, jak była latami katowana i upokarzana przez męża i inne osoby. To ta historia daje jej pęd do opowiadania o rzeczywistej, doświadczonej przemocy, którą kamufluje w relacji o męczeniu Polki i katoliczki przez Moskala. Kiedy czyta się jej zeznania, czyli fałszywą opowieść, to one są bardzo naddatkowe, przesadne, zanurzone w żywotach świętych, w inkantacjach. Ale ta przesada, jakkolwiek może męcząca miejscami dla czytelnika, jest konieczna.

    Z początku planowałem, żeby „Makryna” była złożona z trzech części: pierwsza to oficjalna opowieść o męczeństwie za wiarę, druga to spowiedź z życia prawdziwego, a trzecia to fuzja, gdzie mówi: „Owszem, kłamałam, ale w gruncie rzeczy mówiłam prawdę”. Teza, antyteza i synteza, klasycznie. Jednak w czasie pisania książki zorientowałem się, że ta pierwsza część niezmiksowana z drugą będzie zupełnie niestrawna w jednym kawałku, że muszą się ze sobą przeplatać, a dopiero na koniec można to wszystko ukoronować syntezą, bo w przeciwnym razie percepcja czytelników tego nie wytrzyma.

    Zresztą potem końcowe partie książki też mocno poprzestawiałem. Wydrukowałem sobie parę rozdziałów, pociąłem na osobne całostki i dopiero poukładałem. W ogóle mam nawyk drukowania ukończonej książki, żeby jeszcze raz przeczytać ją na papierze.

    Jacek Dehnel, fot: Wydawnictwo Znak

    Jesteś wzrokowcem?

    To też. Ale wtedy po prostu można zobaczyć książkę inaczej. Bo kiedy widzimy ją jako kodeks, to jest linearna, nieodwołalnie złożona z kolejnych kartek. Podobnie jak dokument, kiedy oglądamy go w komputerze: strużka tekstu, która sobie idzie przez kolejne strony. Natomiast wydrukowanie pozwala na spojrzenie z lotu ptaka, można sobie ją układać, przestawiać, obcować w inny sposób z tekstem, który nie ma swojej finalnej struktury.

    Bo kolejność pisania jest różna. Kryminały piszę jak należy, od początku do końca, bo współpracuję z Piotrem [Tarczyńskim], a on taki system preferuje, zresztą przy kryminale ma to swoje dobre strony, bo dokładnie się wie, co już zostało napisane, co jeszcze nie, co pomaga w dyscyplinie konstrukcyjnej. Natomiast w tekstach, które piszę sam, najpierw zapisuję te sceny, które ułożyły mi się już w głowie. Potem czasem do nich coś dodaję, zespajam z kolejnymi. Żeby opisać tę moją metodę pisania, używam niekiedy metafory wody podsiąkającej płótno: plamy powiększają się, powiększają, aż w końcu w końcu ze sobą się łączą w całość. Metoda nie linearna, tylko plamista.

    To oczywiście prowadzi do pewnych zagrożeń konstrukcji, ponieważ przychodzi nieprzyjemny moment, kiedy te wszystkie ekscytujące, kluczowe sceny już się napisało i teraz trzeba przestrzenie między nimi wypełnić gruzem, zwykłością. Nieprzyjemna sprawa. Bo w tej zwykłości nadal trzeba dbać o element czytelniczej przygody, suspensu, i tak dalej. Wiele lat temu opiekowałem się moim czteroletnim podówczas kuzynem, opowiadałem mu jakąś długą bajkę, którą był już trochę znudzony. W pewnym momencie rzucił: „Aż tu nagle…?”. Chciał, żeby wreszcie coś się wydarzyło. Trzeba pamiętać, że czytelnik też czasem ma ochotę powiedzieć: „Aż tu nagle?”.

     

    Piszącym wydaje się czasem, że wszystko brzmi logicznie, a każdy wątek ma swoje wytłumaczenie. Po czym wkracza okrutna redakcja z czerwonym długopisem.

    Miałem różne doświadczenia z redakcją. Pierwsza moja książka redagowana była przez panią sekretarkę małego wydawnictwa. Miałem osiemnaście lat, wygrałem konkurs literacki i w ramach nagrody opublikowano moje opowiadania, z których ta pani wykreślała wszystkie słowa, które wydawały się jej dziwne. Kiedy indziej pracowałem z redaktorką książki popularno-naukowej, która z kolei wszystkie zdania wielokrotne złożone cięła na krótkie. Natomiast nigdy nie miałem redaktora, który by mi zmieniał konstrukcję czy wykreślał całe strony, akapity, rozdziały. Ale wiem, że są różni pisarze, w tym i tacy, którzy – jak to nazywa wybitna redaktorka Marianna Sokołowska – „przynoszą książki w reklamówce”, to znaczy luźny zbiór rozdziałów, złotych myśli, scenek, z których potem trzeba ulepić całość. Te osoby mają często wiele talentów, na przykład świetne ucho do języka, ale dar kompozycji do nich nie należy. I tutaj widzimy potencjał dobrego redaktora, który może z takiej reklamówki złożyć książkę z prawdziwego zdarzenia.

    Ja wprawdzie, z racji osobistych predyspozycji, przynoszę raczej dzieło gotowe, ale i tak praca z Marianną Sokołowską to wielka przyjemność. Choć w powieściach historycznych czasem zdarzało się jej nie wierzyć w jakieś sceny, które miałem dobrze udokumentowane w źródłach. Na przykład: Makryna przychodzi do papieża z prośbą, aby przygotował jubileusz dla Polski. Ojczyzna była wtedy pod zaborami, wymarzyła więc sobie modlitwę za Polskę. Jednak Papież się nie zgadza i mówi, że zabory to kara boska za to, że w Polsce są rozwody. Pani Marianna podejrzewała, że złośliwie żartuję z kościoła katolickiego, a to po prostu cytat z zapisanej rozmowy.

    Mówiliśmy o długodystansowej pracy nad powieścią, zapytam więc o aktywność na Facebooku. Znany jesteś z tego, że angażujesz się w spory, polemiki. To również wymaga konsekwencji i właściwie nigdy się nie kończy.

    Marnuję w Internecie tyle czasu, że Piotr założył mi nawet specjalną blokadkę na Facebook, eBay, Allegro, Wyborczą, żebym nie spędzał tam więcej niż dwóch godzin na dobę. Ale też nie da się pisać przez osiem godzin dziennie codziennie, a sieć pozwala się oderwać. Zresztą są ponoć pisarze, którzy potrafią swój czas wziąć w karby: siadają rano i piszą na przykład do siedemnastej, z przerwą na lunch. Magritte tak ponoć malował. Ale ja tak nie umiem, wątki przychodzą mi do głowy w najdziwniejszych – czasem nawet dość kłopotliwych – sytuacjach. Często mam rozgrzebane tłumaczenie, felietony do napisania, niedokończony wiersz albo inne aktywności pozaliterackie, a jednak muszę sobie z tego wyjść na krócej czy dłużej do innego świata. Również po to, żeby dać mózgowi czas na samodzielną pracę, na fedrowanie tam w dole. Fejsbukowe spory pozwalają mi się oderwać od dłubaniny i spojrzeć na nią z pewnego dystansu.

    Nie mówiąc o tym, że z sieci czerpię mnóstwo informacji – bywa, że uczestniczę w jałowym sporze z jakimś mizoginem czy homofobem, ale szukając czegoś przydatnego do polemiki, znajduje niesamowite historie. Albo po prostu snuję się od jednego hasła w Wikipedii do drugiego, jak kiedyś między hasłami „Słownika mitów i tradycji kultury” Kopalińskiego. W takich przebieżkach przez sieć natrafiłem na drobne notki, które rozrosły się potem w „Saturna” i „Krivoklata”.

    Brakuje w środowisku literackim nawyku dyskutowania ze sobą, czy też żarliwe spory przeniosły się do sieci?

    Są jeszcze miejsca w prasie, gdzie toczą się dyskusje w dawnym stylu, na przykład w Rzeczpospolitej, choć, przyznam, nie wiem, jak z tym ostatnio… Sam napisałem ze trzy polemiki do Gazety Wyborczej. Ale wydaje się, że spora część faktycznie przeniosła się już na Facebook. Powstała dziwna skądinąd forma komunikacji, trochę jak kawiarnia literacka: to, co kiedyś odbywało się w Zodiaku, Ziemiańskiej, czy Kawiarni Czytelnika, teraz dzieje się w sieci. Pojawiają się powiedzonka, bon moty, które ruszają w świat i w pewnym momencie zaczynają funkcjonować w oderwaniu od konkretnej dyskusji czy wątku. Tyle, że w przeciwieństwie do wersji analogowej, teraz mamy zrzuty ekranu, dowody w sprawie. I nie ma już się jak zasłaniać, że ktoś czegoś tam nie powiedział przy stoliku.

    Osobna warstwa tego zjawiska jest szersza: nie środowiskowa, a społeczna. Bo to jest kawiarnia literacka, ale z publicznością. I w tym sensie pełni dziś funkcję polemik w pismach papierowych – często całe wątki, zwłaszcza szczególnie udane „flejmy”, są zrzucane i publikowane przez czytelników. Trudno sobie dziś wyobrazić takie publikacje w formie książkowej, my w ogóle nie mamy pojęcia, jak nasze cyfrowe dziedzictwo, jak ten zapis codzienności początku XXI wieku przetrwa. I czy w ogóle. Ani jak go będziemy przeglądać za pięć, dziesięć, pięćdziesiąt lat. Może utrzyma się monopol Facebooka, ale może ta forma upadnie lub będziemy mieli dziesięć popularnych portali społecznościowych, bardzo różnych, z różnymi możliwościami archiwizacji. Były nawet próby stworzenia takiego fejsa patriotycznego, tylko dla Polaków. Ale nie był to spektakularny sukces.

    Jako urodzony polemista latałbyś byś na nim z szabelką?

    Nie no, z takim niepolskim nazwiskiem?! Poza tym, po co? Ultrasi, radykałowie to w przeważającej większości osoby niereformowalne. Działają w zamkniętym obiegu bezkrytycznie przyjmowanych informajcji i poczuciu „spisku mainstreamowych mediów”, więc łykają każdą bzdurę z trollerskiego portalu, jeśli tylko zgadza się z ich wyobrażeniami o świecie, a nie przyjmą argumentów popartych cytatami z encyklopedii, prac wybitnych naukowców, i tak dalej. Nie istnieje przestrzeń porozumienia. Natomiast takie dyskusje z ultrasami są raczej walką o dusze czytelników. Ci, którzy śledzą taki spór, może czasem pomyślą, że faktycznie dany argument nie był najlepszy, albo że posłużyli się fakenewsem tylko po to, aby komuś dokopać. Nie sprawdzając faktów. I tych jeszcze można uratować.

    Za tym kryje się pozytywistyczne nastawienie, aby edukować ludzi.

    Tak, to zresztą jest też jakaś grupa czytelnicza. Niedawno w Iranie podchodzi do mnie polska turystka i mówi: „Jestem pana stałą czytelniczką!” Po czym dodaje: „To znaczy nie książek, tylko statusów”. Czyli ludzie czytają również w ten sposób. Można się na to obrażać, a można wyciągnąć wnioski i działać różnie w różnych mediach.

    Korzystasz z rezydencji i wyjazdów stypendialnych. Nie czujesz się tam samotnie? A może to idealna sytuacja – tylko ty i tekst?

    Bardzo lubię taki rodzaj pracy. Rezydencje dzielą się na dwa typy. Pierwszy to rezydencja-samotnia. Jeździ się w jakąś głuszę: dawna farma, zamek, domek na prerii. I w okolicznościach mniej lub bardziej przyjemnych siedzi się albo samemu, albo w grupie pięciorga czy ośmiorga pisarzy, i pisze. Taki wyjazd ma dla mnie sens, kiedy trwa mniej więcej miesiąc: wiem, że przez ten czas sporo napiszę. I będę miał napisane. Natomiast drugi typ to rezydencje umieszczone w różnych metropoliach – najsłynniejszy bodaj taki program to berliński DAAD, gdzie dostaje się piękne mieszkanie na cały rok. Ja korzystałem na przykład z wiedeńskiego KulturKontaktu, dwumiesięcznego, a także z miesięcznych pobytów w Literarisches Colloquium Berlin. Ta baza miasta jest ogromnie ważna, można chodzić do muzeów, teatrów, filharmonii, korzystać z oferty kulturalnej. Również społecznej: poznaje się różnych ludzi i tu już każdy sobie indywidualnie ustala, czy będą go interesować spotkania z pisarzami czy raczej Tinder. Tak czy owak, tego typu pobyty polegają na dzieleniu czasu pomiędzy byciem w mieście a pisaniem. Co nie znaczy, że są mniej produktywne.

    Korzystam z tych wyjazdów również dlatego, że pozwalają odrzucić całą drobnicę. W pewnym momencie okazuje się, że bycie tak zwanym wziętym pisarzem generuje codziennie zawrotną liczbę maili i telefonów. To są kwestie planowania wyjazdów, spotkań autorskich, wykładów, składania wniosków o stypendia, sprawdzania i podpisywania umów, wypełniania druczków. Plus udzielanie wywiadów, jeżdżenie do mediów, umawianie wizyt na antenie. Praca pisarza to, poza samym pisaniem tekstu, mnóstwo innych zatrudnień, z których teoretycznie można zrezygnować, ale w praktyce się nie da. Natomiast wyjazd na stypendium wyjmuje z bieżączki, daje alibi na nieuczestniczenie. Odpadają też wizyty przyjaciół i znajomych, wyjścia na miasto, wspólne lunche. Uwielbiam ich i tak dalej, ale to jednak dezorganizuje pisarską codzienność.

    Pisząc czerpiesz z siebie czy uważnie się rozglądasz? Na ile realne osoby inspirują cię do tworzenia postaci?

    Jest taki świetny kawałek w „Rozmyślaniach przy goleniu” Stanisława Dygata, że sportretował w książce znajomego jako paskudną postać – dziesięć różnych osób się potem na niego obraziło, ale nie ta sportretowana. Ludzie mają ograniczoną samoświadomość, nie chcą patrzeć w lustro.

    Mam problem z tym rozróżnianiem: to z życia, a to wymyślone. Bo nawet wymyślane piszemy przecież z życia: korzystamy z tego, co przeżyliśmy osobiście, z zapamiętanych okruchów, zdarzeń, ale też z tego, co opowiedzieli nam nasi bliscy, przyjaciele, z historii rodzinnych, albo książek czy filmów.

    Tak rozumował Jorge Luis Borges: że ludzie niesłusznie oddzielają to, co przeczytali, od tego, czego doświaczyli. Bo skoro on sam przeżył intensywnie jakąś książkę, to nie ma powodów, żeby sądzić, że to przeżycie jest mniej prawdziwe od, dajmy na to, wypadku samochodowego, który obserwował z okien swojej kamienicy. To wszystko rzeczy żywe.

    Te, które wbijają nam się w głowę?

    Z powieści „Wiwisekcja” Patricka White’a, historii malarza, zostało mi sporo, ale szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna scena: siostra przyrodnia bohatera, Rhoda, ekscentryczna, starzejąca się kobieta, karmi bezdomne koty. Sieka dla nich wątróbkę. Ta wątróbka zostawia na desce sinoczerwone ślady, stuk noża utrwalił mi się w głowie, jakbym ja sam to kroił. W porządku mojej pamięci to jest bardziej realne niż wspomnienie niektórych ludzi, których faktycznie znałem i którzy są częścią mojego rzeczywistego życia.

    Tak naprawdę nie stwarzamy niczego nowego – nawet jeśli powołujemy osobne światy, jak Stanisław Lem, czy inni pisarze science fiction, przetwarzamy tylko to, co istnieje. Weźmy „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood, która nagle okazała się zupełnie realna. To tak, jak z budowaniem potworów: centaura z konia i człowieka, chimerę z lwa, węża i kozy. Pisarz skleja sobie to wszystko w kształt choćby najbardziej szalony, ale wewnętrznie spójny, rządzący się jakąś logiką – i tak powstaje nowa historia, nowy świat. Ale nadal będący jakimś przetworzeniem naszej wspólnej realności.

  • „Co robić, żeby nie robić?”, lutowy felieton Sylwii Chutnik

    Wielką radość i wzruszenie wywołała we mnie lektura styczniowego felietonu Bartka Szczygielskiego (klik). Ach, słodka i przebiegła bogini Prokrastynacja! Znam ją nie od dziś, oddaję pokłony a w ciszy planuję zabójstwo. Kiedy wspominam o tym publicznie, to widzę na twarzach ludzi ulgę. Że nie tylko oni tak mają, że ktoś też walczy z niemocą. W czasie rozmawiania o sposobach na miganie się od pisania tworzy się niewidzialna nić porozumienia. Jak w jakiejś szajce, tajemnej grupie osób przepuszczających czas przez palce. I jeszcze się do tego przyznających. Już widzę te wszystkie zbiorowe terapie, Kluby Anonimowych Prokrastynatorów. „Cześć, jestem Sylwia, trzeci dzień nie napisałam tego, co powinnam”. Oczywiście, aby rozładować atmosferę zaraz byśmy wszyscy zaczęli śmieszkować:

    Po czym poznać, że piszę książkę? Po wysprzątanym mieszkaniu.

    Po czym poznać, że zaraz zawalę termin? Po dwustu słoikach przetworów. 

    Czemu dzieło życia nadal przede mną? Bo posegregowałam książki kolorami. 

    Prokrastynacja oznacza, że masz coś zrobić i robisz w związku z tym coś innego. Odkładasz na magiczne później. Markujesz robotę, kiedy w rzeczywistości przeglądasz fejsa, skubiesz róg obrusa lub liczysz plamy na ścianie. Uważasz, że skoro przed tobą cały dzień, to dasz radę. Jednocześnie masz świadomość, jak bardzo się mylisz i jak będziesz żałować, że nie sadzasz tyłka przy stole tylko pucujesz strych lub dzwonisz do chrzestnej, co to widziałaś ją trzydzieści lat temu.

    Wyższą szkołą jazdy jest pisanie zamiast pisania. Czyli mamy stworzyć na przykład naukowy tekst, przy którym zasypiamy od nadmiaru trudnych słów. I wtedy ochoczo bierzemy się za zgrabny felietonik. Szach mat – nikt nam nie udowodni, że nie pracujemy. Bo przecież piszemy, proszę bardzo, są efekty. A że nie to, co powinniśmy to już mniejsza z tym i nie drążmy tematu. 

    Sama dość często przyznaję się do ściemniania. Ludzie dziwią się, że tak wiele piszę i „och, jak ty to robisz, że tyle robisz?” Zwykle nie wiedzą jednak, co kryje się za procesem twórczym i jak wiele półek trzeba posprzątać, aby napisać esej. „Dobra Bozia z góry zerka, jak nam w dłoniach tańczy ścierka”. Mogłabym zostać Perfekcyjną Panią Domu, serio. Zwłaszcza w okolicach terminu oddania tekstu.

    Nie było trudno naciągnąć na zwierzenia innych pisarzy. Początkowo myślałam, że może będą się wstydzić tego, że wymyślają różne sprawy i sprawki zamiast wziąć się w garść i tworzyć. Ale nie: to nie były wymuszone coming outy z ich strony, raczej odczuwałam rodzaj – bo ja wiem – cichego pogodzenia się z sytuacją. A może nawet czegoś w rodzaju dumy? Na pewno wyliczanie, co się zrobiło, żeby czegoś nie robić jest jedną z moich ulubionych gier towarzyskich (tuż za kultową „Kto ma gorzej”).

    www.unsplash.com/Alyson McPhee

    Pisarka i dziennikarka Ania Dziewit-Meller wyraźnie ucieszyła się, że chcę z nią porozmawiać o prokrastynacji:

    No pytasz mistrzynię! A zatem: przede wszystkim pranie – uprać, opróżnić pralkę, rozwieszać, wreszcie układać ubrania – najlepiej w jakimś systemie – kolorami, funkcjami. Po drugie – myjnia, czas na porządne mycie auta, a wiadomo- najpierw trzeba opróżnić je ze zgromadzonego syfu, zabawek, ubrań, książek – to trwa! Gotowanie – buliony do słoików i do zamrażarki! Wreszcie – wracam do odłożonej na takie okazje nauki gry na ukulele. Niedługo będę wirtuozem!

    Reporterkę i dziennikarkę Magdalenę Kicińską zainspirowałam do głębszych refleksji nie tylko na temat odkładania pracy, ale i podejścia do samego procesu pisania. 

    Wydaję mi się, że prokrastynacja, przynajmniej w moim przypadku, jest o tym, jak sobie radzić ze strachem przed pisaniem. Kiedy muszę napisać, zwłaszcza coś trudnego, muszę się zamknąć, odizolować od świata. Nie mogę wyskoczyć na miasto załatwić sprawy, choćby to miało trwać tylko godzinę ani z nikim się spotkać. To już by wpuściło do mnie świat zewnętrzny, a tego nie mogę zrobić. Muszę być skupiona i bardzo wsobna. Ale nadal się boję „zasiąść”, więc szukam sobie różnych zajęć, nad którymi mogę mieć kontrolę i które przynoszą efekty (żeby się upewnić, że jednak jestem w stanie coś ZROBIĆ, dokończyć). To bardzo rzadko jest oglądanie seriali (choć niedawno był wyłom, ale nie na żadne netfliksy, tylko na reality show nakręcony z rodziną Whitney Houston niedługo po jej śmierci), raczej prace krzątackie. Ostatnio na przykład wyszorowałam garnki tak, jak nigdy nie były wyszorowane. Można się przejrzeć. Kiedyś już- już miałam zasiąść do pisania, kiedy przypomniało mi się, że w bagażniku samochodu mam komplet sztućców, który dostałam i uznałam, że to idealny moment, żeby je wyczyścić. Wstawiłam pranie i patrzyłam, jak się robi. Odkurzałam ksiażki. Więcej niż dwa razy ustawiałam kolorami serię reporterską Czarnego. Wyjęłam kiedyś wszystkie foliówki z kosza, prasowałam je ręką i ułożyłam w kosteczkę. A, i jeszcze zakupy (antyki, stare talerze, lampy z PRL, dodaje do koszyka, bo „jak napiszę to zapłacą a wtedy kupię” albo wysyłam sama do siebie linki). Oraz zabiegi pielęgnacyjne (to się zaczęło w czasie sesji na studiach, nigdy nie mam tak nabalsamowanego, opeelingowanego ciała jak wtedy – również dlatego, że krem, balsam potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć, peeling – czasu i energicznych ruchów, żeby go wetrzeć a potem pozwolić stopom odpocząć).

    W przypadku reportera Mariusza Szczygła odpowiedź brzmi krótko i na temat.

    Dla odbiorców dosłownych: oglądam porno ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla miłośników literatury: szukam w internecie piątej strony świata.

    Na kwestie związane z dostępem do sieci, o których wspominał głównie Bartek Szczygielski w swoim felietonie, zwraca również uwagę pisarz Grzegorz Kalinowski:

    W dobie internetu uprawianie prokastrynacji to banał, a czasach fb oddawania się tej praktyce może tak zaburzać porządek, że niekiedy praca i obowiązki zdają się być ucieczką od odbywającego się w sieci maglowiecu. Bo prokastrynacja to odwrotność tego co musimy, a dla osoby kreatywnej może przybrać najbardziej zadziwiające formy. Otóż znam dziewczynę, która miała wymyć okna, czego wprost nie lubiła. Przygotowywała zatem pieczołowicie stanowisko katorżniczej pracy zaczynając od wyłożenia podłogi gazetami. To były jakieś stare wydania, sprzed lat, nieaktualne i nic nie znaczące, ale nagle kucnęła i zaczęła chłonąć pradawne artykuły z Expressu Wieczornego. Sczytała całą podłogę. Mniej wyszukane formy.

    Nie cierpisz sprzątać, ale jak masz pisać pedantycznie sprzątasz biurko. Powinieneś sprzątnąć biurko, to wtedy, mimo warstw grubszych niż geologia przewiduje piszesz, mimo że dłonie nie mieszczą się na blacie. Pomocny jest telewizor i mania futbolowa. Gdy masz zrobić coś naprawdę pilnego okazuje się, że odżywa porzucone dwa temu zainteresowanie II ligą angielską oraz rozgrywkami Taca de Portugal między Sportingiem de Covilha i Vitorią Guimaraes. Szczytem jest to, że mając na gardle tnący skórę nóż deadlinu zamiast pisać powieść staram się w epicki sposób opisać przypadki prokrastynacji.

    www.unsplash.com/Jahanzaib .

    Najbardziej moim pytaniem o odkładanie obowiązków oburzyła się pisarka Zośka Papużanka:

    Ależ ja robię to, co trzeba! Prokrastynacja to bujda. Ja po prostu zmieniam aktywność. Nie nazywam sobie pięknym słowem tego, że mi się nie chce, tylko jak mi się nie chcę, robię coś innego, co jest równie potrzebne. A w życiu mi się nie zdarzyło nie dotrzymać terminu.

    Nie jestem prokrastynantką Jak nie mogę, to nie mogę i tyle. A w sprawie pisania nigdy się nie umawiam z nikim na termin, dlatego też nie mam prokrastynacji. Oddaję, jak jest gotowe i tyle.

    W życiu nie podpisałam umowy, jeśli nie byłam już w pracy na tyle zaawansowana, że nie wiedziałam sama precyzyjnie, na kiedy skończę.

    Po tej wypowiedzi nabrałam podejrzeń, że Zośka jest jednak wyjątkowa – ale wiedziałam to już wcześniej, więc tylko z zazdrością pokiwałam głową.

    Robienie czegoś innego niż to, co się powinno ma wielu zwolenników. Nie mówię o tych chorobliwie zawalających terminy, nieogarniętych i wpadających w doły przy każdej książce. Raczej o tych, którzy żyją z pisania, więc prędzej czy później muszą zrobić coś konstruktywnego. To właśnie oni są cichymi bohaterami, bo mimo wielkich pokus wyczyszczenia paneli szczoteczką do zębów jednak piszą swoje bestsellery, nagradzane reportaże i artykuły. Zdobywają tytuły naukowe, regularnie oddają felietony do gazet a wydawcy nie ganiają ich z siekierami (zazwyczaj).

    Dla wszystkich ofiar prokrastynacji – szacunek. Jesteśmy dzielni i przynajmniej mamy lepiej posprzątane domy niż reszta. Phi!

    Przed oraz w trakcie pracy nad niniejszym tekstem autorka:

    dwa razy obejrzała filmik, jak Kardashianki rozmawiają o wyjściu do kosmetyczki, ugotowała trzydaniowy obiad, wysprzątała kącik z papeterią oraz zapatrzyła się z zadumą na około pół godziny (że niby myśli o felietonie, ale to była nieprawda). 

  • „Słońce zachodzące za Tesco”, rozmowa z Michałem Witkowskim

    O kradzieży mieszanki czekoladowej, Grażynie Torbickiej, telewizjach śniadaniowych, rozwydrzonych karlicach, ale przede wszystkim o swojej najnowszej powieści „Wymazane”, z Sylwią Chutnik rozmawia Michał Witkowski.

    Piszesz ręcznie nawet na pudełkach od leków. Czy masz swoje zeszyty z notatkami czy raczej są to tylko pojedyncze zapiski?

    Piszę wszędzie. Raz, że jak miałby zapisać inaczej, kiedy jestem na ulicy, jak nie ręcznie? Najczęściej na dwa zeszyciki i nawet kilka udało mi się potem opylić na Allegro.

    Jak robią to inni pisarze – nie wiem. Ale na przykład Marek Krajewski wszystko ma w tablecie. A niby taki staroświecki!

    Co było najpierw: pomysł na bohaterów czy miejscowość Wymazane?

    Wszystko jest odwieczne. Bohaterowie i miejsce. Po prostu korzystałem z bardzo starych notatek i pomysłów przy tej powieści. Weszły tu na przykład fragmenty, które wyleciały z „Margot”. Wymazane poszło od owego samotnego bloku na nieużytku, po drugiej stronie rzeki, który wygląda jakby resztę świata ktoś wymazał i przez nieuwagę zostawił tylko sam blok. Z powodu rozlicznych wojen, nasze miasta – w tym Paryż Północy, czyli Warszawa, w której oboje mieszkamy – często tak wyglądają. W podobnym mieście mój brat pracował w „fabryce ryb” w Szkocji. Było tam tylko Tesco i gdzieniegdzie domki. Słońce zachodziło za Tesco i to był cały krajobraz.

    A Warszawa w książce? Gdzie tam zachodzi słońce?

    Eh, Warszawa… Jak od razu widać, jestem nostalgikiem i bardziej „literacka” wydaje mi się ta stara Warszawa z czasów Paramonowa, nie ta dzisiejsza, „gdzie zewsząd spogląda Lewandowski”. Dlatego mamy tu cały komplet: bazar Różyckiego, Spatif, łachy przy Wiśle.

    Paramomow jest złym chłopcem, który zniewala kobiety-Czarne Mańki. A może to symbol odchodzącego świata, jak Alexis?

    Przede wszystkim chciałem pokazać moją interpretację tej osoby. Kogoś, kto jak raz walnął w łeb, tak już zamieszkał w fantazmacie. To zamieszkiwanie w fantazmacie jest dla mnie zawsze najciekawsze. On żył mentalnie na dzikim zachodzie, był samotnym mścicielem, wszystko to oczywiście tylko mu się zdawało. Rabował w gieesach mieszankę czekoladową a wydawało mu się, że dolary.

    Michał Witkowski, fot: Adrian Błachut

    Współczesne rzezimieszki już nie takie barwne?

    Nie znam współczesnych, ponieważ teraz się wszystko pozmieniało z powodu braku noszenia i ogólnie posiadania gotówki. Oraz spadku wartości gratów, jakie wynosiło się z mieszkania. Teraz co najwyżej jakieś białe kołnierzyki siedzą i hakują.

    Porozmawiajmy o Alexis. Bardzo chciała miłości czy raczej poczucia kontynuacji swoich lewych biznesów?

    Nie wiem, bo człowiek jest zagadką. Ja tę postać interpretuję tak, że kobieta ma wyrok, miesiąc życia i koniec. Nagle zauważa, że poza paroma tygodniami z Paramonowem nigdy nie żyła, zawsze tylko pracowała. I musi nagle przeżyć całe życie w miesiąc. I wyciąga rękę po Pięknego Damiana, bo „już i tak wszystko jedno”.

    Też byś tak zrobił na jej miejscu?

    Myślę, że zrobiłbym dokładnie to samo. W tym wypadku mogę powiedzieć jak Gustave Flaubert: „Madame Bovary to ja”.

    A jak to jest z show bussinesem obecnym zarówno w Twojej powieści, jak i życiu?

    Oczywiście śmieszą mnie i przerażają mechanizmy polskiego show biznesu, ale nie chciałbym być jego stańczykiem tylko dlatego, że nie mogę być Grażyną Torbicką i prowadzić sylwestra w TV. Albo śniadaniowy. Słowem – zająć się showbizem na poważnie.

    Jak wiele prawdziwych sytuacji jest w książce? Myślę o tych nawiązaniach do sławnych i (trochę, ale jednak) bogatych?

    W przeciwieństwie do „Fioletowego światła” (powieść ukazała się w self publishingu) w „Wymazanych” prawdziwych wątków jest niewiele. Obserwacje – te są zawsze prawdziwe. Oczywiście byłem na Malediwach i wiem, jak wyglądają. Ale to raczej moje refleksje niż fakty.

    Za to opisana w powieści babcia jest prawdziwa. Moja przedziwna, cudowna babcia, która umarła w roku 1997, a więc dwadzieścia lat temu, nareszcie doczekała się literackiego pomnika! Jej opowiadania oczywiście zostały literacko upiększone i rozwinięte, ale punkt wyjścia jest prawdziwy. To ona uczyła mnie śpiewać i akompaniowała mi na fortepianie 

    Codzienność w Twoich książkach to mikro obserwacje z pozycji okrucha na ceracie i rodzaju jesionki w autobusie. Zapisujesz je na bieżąco? Ile tu realiów jeden do jednego, a na ile zmyśleń?

    W codzienności jest mnóstwo drobnych obserwacji, które poczyniamy, nawet o tym nie wiedząc, a nagle przy pisaniu wychodzi, że jednak, jednak. Nie trzeba tego więc zapisywać. Ale: zapisuję pojedyncze gagi, anegdoty, jakieś takie rzeczy w stylu „rozwydrzone karlice”. Wszystko może się kiedyś przydać do prozy!

  • „Szok! Zdradzamy prawdziwe oblicze pisarzy i pisarek”. Styczniowy felieton Sylwii Chutnik

    Jak wygląda praca pisarska wiedzą wszyscy, którzy czytali choćby „Lśnienie” Stephena Kinga. Chodzi o to, że masz coś napisać, nie masz weny, więc próbujesz zamordować swoją rodzinę. Albo jak w serialu „Californication”: zamiast pisać bzykasz laski. Albo jak w filmie „Autor widmo” Romana Polańskiego, gdzie ghostwriter ryzykuje swoje życie, aby opisać czyjeś życie. Dorzucę jeszcze „Godziny” Michaela Cunninghama, gdzie pisarka jest dobrą pisarką, bo się zabija. Podsumowując: pisanie to ciągłe zagrożenie dla otoczenia i dla samego twórcy. Ciężka i niewdzięczna robota obrosła w wiele stereotypów lub ogólnych przekonań. Pozwolę sobie je niniejszym omówić. Uprzedzając genderową policję: spis dotyczy zarazem pisarzy, jak i pisarek, ograniczyłam po prostu ilość liter, żeby Was nie umęczyć. Nie ma za co.

    1. Pisarz to nie zawód. Chociaż czasem zawód przynosi. Zacznijmy od tego, że prawdziwym zawodem to jest bednarz, kowal lub account manager, a nie jakiś marzyciel z głową w chmurach. Wydaje się, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie płacił komuś, kto wymyśla różne historyjki, bo to jest po prostu niepoważne. Wyobraźnia jest bezcenna, owszem, ale nie można od niej odliczyć podatku, więc niewiele znaczy we współczesnym świecie. Podobnie jak pisarz. Oczywiście, zapewne jakieś lobby masonerii pisarskiej wywalczyło dodanie do PKD (pozycja 90. 03.Z) „artystycznej i literackiej działalności twórczej”, ale nikt sobie tym głowy nie zaprząta i fakt ten niewiele zmienia w postrzeganiu tej grupy próżniaków i gamoni.

    1. Pisarz pisze, bo lubi. Niewątpliwie zdarzają się takie osoby, ale raczej w legendach. Nie można przecież lubić czegoś, co sprawia nam ból: od egzystencjalnego do tego wokół kręgosłupa. Przyznać trzeba, że czasami przychodzi jednak moment satysfakcji i radości z pisania, wręcz podekscytowania. Ale należy się wtedy zastanowić, czy dalsze spożywanie wysokich dawek alkoholu nie jest zbyt ryzykowne.

          Czemu więc pisarz pisze? Nic innego mu nie zostało po tym, jak znowu nie oddzwonili z Subwaya.

    www.unsplash.com/rawpixel.com
    1. Pisarz pisze, a ludzie to czytają. To nie jest jeszcze do końca potwierdzona informacja, ale zdarza się, że osoba kupująca książkę przejrzy ją czasem zanim podłoży pod chyboczący się stolik. Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków, bo Biblioteka Narodowa na pewno czai się z kolejnym druzgoczącym raportem dotyczącym czytelnictwa. Poza tym nie trzeba czytać, aby rozmawiać z pisarzem – świadczą o tym wielokrotne przypadki na spotkaniach autorskich, gdzie najwięcej do powiedzenia ma osoba, która nie zna treści omawianych książek.

    2. Pisarz jest romantyczny. Bardzo. Wydaje mu się, że splendor i sława pojawiają się wraz z pierwszą zapisaną stroną, a faktury same płacą po wydaniu debiutu. Poza tym potrafi publicznie mówić o meandrach fabuły i nietuzinkowym charakterze bohatera. Pocieszny dziwak. Myśli, że ludzi to zajmuje, podczas gdy w rzeczywistości chcą wiedzieć, czy:

    3. Pisarz jest bardzo bogaty albo bardzo biedny. Chodzi o pieniądze, jest to sprawa powszechnie znana. Najchętniej zamiast small talków porównywalibyśmy swoje PIT-y na przyjęciach i zagłębiali w skomplikowane sposoby zdobywania zasiłków. Pisarska kieszeń rozpala wyobraźnię, bo do mediów przebijają się głównie doniesienia o fortunach J. K. Rowling czy E.L. James. Z drugiej strony Kaja Malanowska, a w ślad za nią inne osoby alarmują o skandalicznie niskich zarobkach związanych ze sprzedażą książek. Na to Szczepan Twardoch z piskiem opon swojego Mercedesa wyrzuca przez okno okruchy, na które rzucają się poeci. Jak to w końcu jest? Pisarze przymierają głodem czy opływają w luksusy? Cóż, zazwyczaj utrzymują się w średniej krajowej, czyli prawdopodobnie spotkamy ich raczej w Biedronce niż Vitkacu (tak, Michale Witkowski, oprócz ciebie).

    4. Pisarz jest ceniony. Może u cioci na imieninach, ale tylko, jeśli napiszą o nim w gazecie. Wtedy staje się atrakcją rodziny, która przestaje narzekać, że powinien wziąć się do roboty. Ale i tak matka będzie w nocy szlochać w poduszkę i zastanawiać się, gdzie popełniła błąd, że wychowała taką ciamajdę.

      www.unsplash.com/Ali Yahya
    5. Pisarz chla, śpi do południa a potem znowu chla. Bywa i tak, ale co ma robić, kiedy ta jego matka tak płacze, bidula? Pisarz zataczający się opisany został między innymi przez Jerzego Pilcha I Krzysztofa Vargę. Pojawia się również w co drugiej książce Sławomira Kopra jako przykład klawego życia bohemy artystycznej. Nie ukrywajmy: jest to jeden z nielicznych punktów, który budzi zazdrość u wielu ludzi, bo któż z nas nie chciałby mieć piąteczka przez całe życie? Zabawę psuje tylko natrętna myśl, że czasem trzeba coś napisać. Ale i ją można odegnać jak natrętna muchę i skupić się na tym, co mogłoby się napisać, gdyby nie to, że jest się ciągle nawalonym (pozdrowionka, Kraków!)

    6. Pisarz jest lebiegą i jełopą. Mało tego: najlepszy pisarz to martwy pisarz. Powie wam to każdy aktor, który musi grać w sztuce żyjącego autora. Pisarz jest pozytywnym bohaterem, jeśli wisi spokojnie w zakurzonej ramce na ścianie sali od polskiego. Lecz jeśli rozłazi się po kątach i smędzi coś o kryzysie twórczym, to lepiej nie podchodź. Tradycyjnie najgorzej mają poeci, bo ci muszą umierać na suchoty lub nosić niewygodne szale. Taki to nawet by żarówki nie wymienił i słoika nie odkręcił, bo by się zaraz popłakał. Wrażliwy nad wyraz. A propos kawałów, znacie to? Podobno Janusz Rudnicki przestał nazywać kobiety kurwami.

    7. Pisarz ma natchnienie. Idzie, idzie i nagle – bach – na głowę spada złota myśl. Szybko zapisuje ją gęsim piórem na czerpanym papierze lub na kawiarnianej serwetce. Nobel murowany. Rzadko się jednak wspomina, że pisanie to raczej nudna robota tkania z liter wyrazów, a z wyrazów zdań. I że gdyby tak człowiek czekał na mityczne natchnienie, to by co najwyżej się podpisał.

    8. Pisarz ze wszystkiego się ucieszy, chociaż bardzo przy tym marudzi. Ucieszy się, że po pół roku przyszedł przelew, co prawda mniejszy o połowę, ale nie bądźmy drobiazgowi. Że sprzedało się pięć tysięcy egzemplarzy książki, nad którą pracował raptem pięć lat. Że przyszły trzy osoby na spotkanie autorskie, na które jechał pekaesem i hulajnogą przez dwa dni. Będzie zadowolony, jeśli wydrukują mu recenzję na dwie gwiazdki w lokalnym dodatku Ziemi Pcimskiej. Wieczorem usiądzie do komputera i wyleje swoje żale na Facebooku, ale na drugi dzień i tak będzie skakał z radości, że ktoś polajkował to, co napisał.

    9. Pisarz nie funkcjonuje bez żony. Mama Muminka nosiła Tacie landrynki na spodeczku, kiedy on pracował nad swoimi memuarami. Żony wielkich pisarzy tworzyły czasem za mężów, żeby się bidule tak nie przemęczały. Większość z nich lata wokół spraw doczesnych, bo po co kłopotać jakimiś głupotkami w stylu pranie, prasowanie, gotowanie? Żona jest instytucją ogarniaczki. Bez niej autor nie funkcjonuje, bo musiałby zderzyć się z rzeczywistością, a przecież on jest od fikcji.

    Przykłady można mnożyć. Morał jest zaskakujący: mimo wszystkich niedoli, wiatru w oczy i dołków do wpadania pisarski ród ma się całkiem nieźle. Podobno nawet zakłada stowarzyszenie, aby bronić swoich praw. Niektórzy pisarze i pisarki – podobno – nawet nie muszą brać psychotropów i rozpoznają swoje dzieci.

    Bądźmy więc dla nich dobrzy w nowym roku, dokarmiajmy na zimę i uśmiechajmy się na dzień dobry. Kto wie, może opiszą nas jeszcze w swojej książce?

  • „Małgorzata Szejnert stała nade mną z batem”, rozmowa z Magdaleną Grzebałkowską

    Do czego były jej potrzebne pudła w trakcie pisania ? Czy często sądzi, że napisała gniota? Kiedy poczuła świeżą krew i dlaczego temat Beksińskich uznała za warty książki? No i dlaczego pisanie jest koszmarem? O tym wszystkim Sylwia Chutnik rozmawia z Magdaleną Grzebałkowską, dziennikarką, reportażystką oraz autorką książek. 

    Zacznijmy od tożsamości. Dziennikarka czy reportażystka?

    Jedna i druga. Zajmuję się w życiu tym, co lubię. Zawsze chciałam być dziennikarką. Wydawało mi się to nierealne. A jednak. Mam szczęście w życiu, że pracowałam we wspaniałych redakcjach: Dużym Formacie Gazety Wyborczej. Moje książki to są właściwie reportaże i biografie w jednym. Nie napisałam reportażu o ks. Twardowskim, tylko książkę reporterską o nim. Wolę nie mówić, że jestem biografką, bo do końca nie umiem powiedzieć, co to znaczy biograf. Reporterka to pisze reportaże, proste. A biograf? Opracowuje postać bardziej naukowo? Poza tym lepiej określić moje książki biografiami, bo łatwiej je umieścić w odpowiednim dziale księgarni.

    Z tym bywa czasem problem.

    Na przykład książka Szymona Hołowni „Tabletka z krzyżykiem” stała kiedyś w dziale „zdrowie”.

    Moja powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” stała w dziale przyroda. Wróćmy do pisania – zawsze mi się wydaje, że jako reporterzy trzymacie się razem. Jak kolektyw.

    Może to kwestia sposobu pracy, jak w redakcjach, z których większość nas pochodzi. Kiedy pracowałam w Dużym Formacie to pełniłam funkcję reporterki z północy. Wtedy nie było dostępu do Internetu i komórek, więc praca polegała na tym, że była Warszawa oraz cztery jednostki na różnych końcach kraju. Ja byłam reporterką na północy, zresztą odziedziczyłam to stanowisko po Cezarym Łazarewiczu. Po jakimś czasie końcówki polikwidowano, a ja zostałam do samego końca, bo nie widziałam sensu przenosić się do Warszawy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, bo można już było wysyłać teksty mailem. I przyznam, że strasznie mi brakowało tego fermentu redakcyjnego. Bo uwielbiam te wszystkie rozmowy, wymienianie się pomysłami. Czułam wręcz, że jestem trochę pokrzywdzona siedząc na osobności. Bo na miejscu to jest tak, że kierownik działu wychodzi ze swojego pokoiku, który jest obok i mówi: „Mam świetny temat, chcesz?” A ja byłam w Sopocie sama. Masz rację, że trzymamy się jako środowisko blisko. Bardzo się przyjaźnimy, lubimy. Jesteśmy podobnie ukształtowani w myśleniu o reportażu. Mam nadzieję, że nie jest jednak tak, że kiedy czytasz nasze książki to wszystkie są na jedną nutę?

    A skąd! Myślę, że reportaż w Polsce jest na tyle zindywidualizowany, że łatwo odróżnić styl poszczególnych autorek i autorów. Jak to jest współpracować się z takimi nazwiskami jak Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł czy Hanna Krall? To inspiracja, czy raczej duszenie się w panteonie?

    To jest najlepsze, co mogłoby cię spotkać. To jest tak, jakbym była matematykiem czy fizykiem, a spotkała Einsteina. Lepiej nie mogłam trafić. Poza tym oni nie krzyczą, są cudowni.

    Na pewno? To są przecież silne osobowości.

    Moją prawdziwą szefową, która mnie ukształtowała, była Małgorzata Szejnert. Małgosia stała nad nami z batem. Teraz takich ludzi już nie ma. To był kontakt uczeń – mistrz. Coś co jest potrzebne, bo w reportażu, aktorstwie czy szyciu butów trzeba mieć mistrza. Praca wyglądała tak: najpierw wybierało się materiał i wysyłało do Małgosi. Numerowało się każdy gotowy tekst. Pisałam na przykład o wróżkach, to nadawałam plikowi tytuł: „wróżki 1”. Małgosia poprawiała i pisała „wróżki 2”. Czasami dopiero jedenasty plik był dobry. To była praca, praca, wylane łzy.

    Magdalena Grzebałkowska, Fot.Agnieszka Traczewska

    Uczy pokory.

    Tyle się wkłada emocji we „wróżkę 1”, że potem nie ma siły na „wróżkę trzy” albo „sto”. Ale bardzo się cieszę, że przeszłam taką drogę. Kiedyś mnie zauważono, przyjęto i potem wykształcono takimi właśnie metodami pracy.

    Podpatrywałaś kolegów przy pracy?

    Oczywiście zbadałam ich styl, uważałam, że genialnie piszą. Zanim usiadłam do reportażu, to się naczytałam. Jak się naczytam to ten styl sam wchodzi. Oczywiście czułam, że mam własny sposób na opisywanie rzeczywistości. Piszę szczegółowo. Z tekstów innych osób najbardziej odpowiada mi styl reportaży Jacka Hugo-Badera. Trochę łobuzerskie i to mi w nich najbardziej odpowiada. Nie staram się być Baderem, wiadomo, ale na początku człowiek się jednak trochę napatrzy. Ale potem, w moim przypadku po ponad dziesięciu latach coraz mniej czytałam innych. Trochę się wyrobiłam.

    Pisałaś do gazety i nagle przyszedł pomysł na książkę?

    Nie, nigdy nie marzyłam o książce. Moi koledzy redaktorzy już wtedy zaczynali pracować nad dłuższymi formami. Po prostu kryzys na rynku mediów spowodował, że trzeba było szukać innych ścieżek, żeby można było zostać w zawodzie, utrzymać siebie i rodzinę. Ale też człowiek ma zwykle jakąś ambicję, że chce napisać tę książkę. Ja takich ambicji nie miałam, po prostu uważałam, że mi to na pewno nie wyjdzie. Natomiast nigdy też nie marzyłam o wydaniu książki złożonej z reportaży. Bo to jest też tak, że autorzy po napisaniu sześciuset reportaży robią od razu kompilację. Wydawało mi się, że gdybym tak zrobiła u siebie, to byłaby zbyt duża różnorodność tematów. Powiem ci, że pisanie to jest w ogóle jakiś koszmar.

    Pełna zgoda.

    Oczywiście, cały czas piszę i chcę pisać coraz więcej. Kiedy pisałam biografię Jana Twardowskiego to mnie wykończyło. Ale pracowałam wtedy na pełnym etacie w Dużym Formacie, nawet nie mogłam im mówić, że to robię, bo w Wyborczej nie lubią, kiedy dziennikarze robią coś na zewnątrz. Robiłam to w sekrecie.

    Nielegalne pisanie.

    Wtedy też za dużo pracowałam. Robiłam reportaże, zbierałam materiały. W ciągu półtora roku pracy nad książką miałam sześć angin. Mój organizm próbował mi powiedzieć, że to jest jakieś szaleństwo. Potem książka została przyjęta bardzo dobrze. Pomyślałam sobie: wiem, że umiem napisać książkę, teraz wracam do reportażu, bo z czegoś trzeba żyć. Inaczej się nie da. Nie myślałam, że istnieje jakiś kolejny temat, że w ogóle miałabym coś nowego napisać. Ale wiadomo, jak już wydawnictwo ma cię w sieci, tego kolejnego rzemieślnika co oddaje na czas, to zaczyna nęcić tematami. Niektóre były fajne, łatwe. Ale ich nie chciałam, bo jak jest za łatwo to nie jest fajnie.

    Jak jest trudno, to jest dobrze?

    Tak. Odrzucałam kolejne tematy, ale przyszła kryska na Matyska, czyli Beksińscy. Zadzwonili któregoś razu i powiedzieli – co powiesz o Zdzisławie Beksińskim? I wtedy odezwała się we mnie hiena dziennikarska. Ona we mnie tkwi, wyłazi. Poczułam świeżą krew. Po latach pracy w Dużym Formacie to się po prostu to czuje, umiem ocenić dobry temat. Zadzwoniłam po poradę do Małgosi Szejnert, a ona na to, że świetny temat, fantastyczny. Jeden zamordowany, drugi popełnił samobójstwo. Po prostu świetnie. Bo jakby się chciało o nich osobno, to by się nie dało. Byli ze sobą splątani węzłem gordyjskim. Dopiero po tym, jak się zgodziłam o nich pisać, to odkryłam, że oni są z Sanoka i mieszkali tam do lat siedemdziesiątych. Z Sopotu jest bliżej do Sztokholmu niż do Sanoka! Ale to byłoby idiotyczne rezygnować tematu ze względu na odległość. Podpisałam więc umowę.

    Pracowałaś na ogromie materiału archiwalnego. Klęska urodzaju.

    Mnie w ogóle wychodzą grube książki, więc się tym nie przejmowałam. Ksiądz Twardowski był sam, ale on żył aż dziewięćdziesiąt lat, Beksińscy też byli grubaśni, ale to są dwie postaci, prowadziłam je równolegle. O księdzu nie miałam dużo materiałów. Czasami rwałam włosy z głowy, bo ludzie nie chcieli ze mną rozmawiać, bali się, że trafią do sądu. W przypadku Beksińskich miałam odwrotnie. Ich rodzina miała kompulsywną potrzebę zapisywania swojego życia. Głównie Zdzisław: pamiętniki, dzienniki, korespondencja. Miał przymus odpisywania na listy tego samego dnia, kiedy dostał korespondencję. Jego przyjaciel Tadeusz Nyczek powiedział kiedyś mi, że oni tak kochali listy od Beksińskiego, że pisali na przykład: „Cześć Zdzisiek jak się czujesz? Pozdrowienia z Krakowa”. A Zdzisiek odpisywał epistoły fantastycznie gombrowiczowskim stylem. Miał też taki zwyczaj, że nagrywał swoje życie domowe na magnetofony szpulowe. Miałam niebywale wybitny materiał. To było straszne – co odrzucić co wybrać.

    Jak sobie z tym radziłaś?

    Kupiłam sobie takie kartony w sklepie papierniczym i miałam jeden na każdą osobę. Potem miałam również instrukcję obsługi do tych kartonów, potem instrukcję do instrukcji. Jezu, tego było mnóstwo! A jeszcze kartki na szybie, notatki. Jakoś z tego wybrnęłam. Byłam przekonana, że piszę coś potwornie złego, że to będzie niedobra książka. W reportażu też tak zwykle miałam. Jak redaktor powiedział „to jest świetne”, to ja byłam zdziwiona. Jak mówił, że złe to triumfowałam: o, miałam rację. Pisząc o Beksińskich myślałam, że to jest słabe. Myślałam, również o tym, że jak nie napiszę to będę musiała oddać zaliczkę. Pomyślałam, że dokończę tekst, a jak im się nie spodoba, to nie wydadzą. Jeszcze skończyłam pracę przed czasem, bo już tak tej książki nienawidziłam. Oddałam z przekonaniem, że zadzwonią i powiedzą: „słuchaj to jest straszne”. Dopiero po dwóch, trzech latach zaczęłam uważać, że książka nie jest taka najgorsza. Tylu ludzi ją pochwaliło, że chyba uwierzyłam.

    A jak to było z „1945”?

    Lubię pisać reportaże historyczne, ale zwykle nie ma na nie zapotrzebowania. Liczą się tylko sprawy bieżące. Napisałam książkę o Beksińskich, wróciłam do Dużego Formatu i było mi słabo na myśl, że muszę coś napisać. Nie miałam siły, a musiałam wrócić do normalnej roboty. I wtedy przyjechał szef wydawnictwa Agora i zaproponował cykl reportaży o roku 1945. Zbliżała się rocznica zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Rozmowa odbyła się w sierpniu 2013 roku. Byłam jak dziecko we mgle. Podchodziłam do tego naiwnie, że oto będę historyczką, mam przecież takie wykształcenie. Po pierwsze wydawało mi się, że uda mi się bardzo szybko to napisać. To była bzdura, bo przez pół roku nie mogłam znaleźć klucza do tego zagadnienia. Te tematy, które wybrałam to w ogóle nie wychodziły. Założyłam sobie, że muszę rozmawiać z ludźmi, którzy pamiętają rok czterdziesty piąty, że to jest podstawa tej książki, bo za dziesięć lat nie pogadam już z tymi ludźmi. Trudno było do nich dotrzeć. Musiałam liczyć na pocztę pantoflową i szczęście.

    Książka dostała nagrodę Nike Publiczności w 2016 roku. Uwierzyłaś, że umiesz pisać?

    Chyba tak.

    Czy mogę spytać o nowy tekst czy to drażliwy temat?

    Właśnie oddałam wydawnictwu Znak książkę o Krzysztofie Komedzie. W czasie pracy nad nią wydawało mi się znowu, że mam zbyt mało materiału, ale finalnie wyszło nawet za dużo. Pisałam o moim bohaterze w kontekście jego środowiska i historii polskiego jazzu.

    Jest już tytuł? „Komeda. Portret podwójny”?

    Jeszcze go nie ma. Książka w czytaniu. A ja się oczywiście zamartwiam, że zaraz zadzwoni redaktor i powie „no, tym razem wyszedł ci gniot”.

  • „Nie pisz do mnie po pijaku”, grudniowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Czają się w nich różne sekrety. Czasami należy czytać między wierszami, aby znaleźć ich ukrytą treść. Są wysyłane z podróży, z izolacji albo z własnego domu. Kiedy nie można powiedzieć tego osobiście – bo za daleko, bo zbyt boli – wówczas wysyłamy komuś list lub pocztówkę. We współczesnych czasach brzmi to nieco retro (napisałam o tym zresztą w październiku). Ale jeśli chcemy podejrzeć dawne czasy to warto zajrzeć do korespondencji z przeszłości.

    Listy zaliczane są – obok dzienników, pamiętników i autobiografii – do literatury dokumentu osobistego. Możemy brać je pod uwagę badając życiorysy lub czasy, w których zostały stworzone. Dzięki nim poznajemy obyczaje i kulturę przeszłości, a także relacje społeczne. Pewne tematy pojawiają się mimochodem: ówczesne ceny produktów, wysokość pensji, sytuacja polityczna i zwyczajne problemy. Okruchy codzienności zanurzone są zwykle w tematach dość uniwersalnych: a to ktoś się w kimś zakochał, a to się pokłócił. Zmienił pracę lub mieszkanie. Nie wie, co zrobić ze swoim życiem, odczuwa lęk lub – wręcz przeciwnie – wreszcie jest szczęśliwy. 

    www.unsplash.com/Joanna Kosinska

    Istnieje wiele zachowanej korespondencji między pisarzami lub ludźmi kultury. Jedną z bardziej znanych jest antologia listów miłosnych przygotowana przez Barbarę Riss, gdzie poznamy pocztę około sześćdziesięciu pisarzy i pisarek, w tym Marii Dąbrowskiej, Adama Mickiewicza czy Brunona Schulza. Niedawno czytelników zachwyciła książka „Najlepiej w życiu ma twój kot” prezentująca wymianę listów między Wisławą Szymborską (zdecydowanie troskliwą i skromną, ale i szalenie zabawną) a Kornelem Filipowiczem (zabawnym, owszem, ale jednak egoistą i marudą).

    Ciekawym zbiorem jest również korespondencja Edwarda Stachury. Na przykład w liście do Andrzeja Babińskiego pisał: „Twoje niektóre pomysły są żenujące, żeby użyć eufemizmu. I nie pisz do mnie po pijaku. To, co Ty, będąc na bani, możesz mi powiedzieć, to ja wiem albo dobrze się domyślam”. Nie pisz po pijaku – złota maksyma, o której zapomina tak wiele osób (dotyczy również SMS-ów). Co ciekawe, Stachura wysyłał też widokówki do samego siebie.

    Czytanie listów to również zaglądanie pod fasadę człowieka. Możemy znaleźć wątki sensacyjne, jak w przypadku swoistej powieści epistolograficznej, czyli wielogłosu Czesława Miłosza i Jarosława Iwaszkiewicza. Podczytywanie ich listów niewątpliwie zaspokaja ciekawość. Tym bardziej, że pierwotnie korespondencja między pisarzami miała być objęta tajemnicą do pięćdziesięciu lat po śmierci Miłosza. Powiedzmy sobie to wprost: wszyscy zastanawiali się, czy sławna wzmianka w dzienniku Iwaszkiewicza o „chędożeniu Czesia Miłosza” była prawdą. Nic nie zdradzę, przeczytajcie sami.

    Pod względem pewnego rodzaju obnażenia interesujący jest również zbiór fragmentów pamiętnika i listów Marka Hłaski kierowanych głównie do matki. Dowiadujemy się z nich, że ten macho i bon vivant prosił mamunię o pieniądze i jedzenie. Są też watki dramatyczne, na przykład wtedy, kiedy matka przesyła mu zdjęcie rzekomego dziecka Hłaski, które miałby mieć z kuzynką Jerzego Andrzejewskiego. Kiedy pisarz dowiedział się, że przeszło dziesięcioletni chłopiec może być jego synem napisał: „jeśli dziecko jest moje, zajmiemy się nim, to jasne, jeśli nie, to po co ta cała ponura komedia”. Sprawy zasadnicze omawiały były korespondencyjnie. Listy stanowiły bowiem często jedyną formę kontaktu z osobami przebywającymi na emigracji.

    Takim przykładem jest choćby wydany tom korespondencji z czasów emigracji wojennej Andrzeja Bobkowskiego i Jana Lechonia. Natomiast portret środowiska powojennych literatów polskich znajdziemy w zbiorze „Na Rogu Stalina i Trzech Krzyży”, czyli listów kierowanych do Jerzego Borejszy, twórcy domu wydawniczego Czytelnik.

    Zdjęcie z książki Wydawnictwa Literackiego „W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982”. Archiwum domowe Leopolda Tyrmanda.

    Podobnie jest z niedawno wydanym zbiorem korespondencji między Leopoldem Tyrmandem a Sławomirem Mrożkiem. Obaj pisarze byli emigrantami, tęskniącymi do Polski i z Polską się wadzącymi. Wymieniali ze sobą setki listów przez prawie dwadzieścia lat traktując swoje pisane rozmówki niczym terapeutyczno-intelektualne gadania odbywające się zwykle gdzieś przy kawiarnianym stoliku. Ironiczny pesymista Mrożek i płynący wiecznie pod prąd Tyrmand, jak nazwał autorów Tadeusz Nyczek, rozdawali ciosy w różnym stylu. Gdybym miała porównać ich do jakiejś dyscypliny sportowej to byłyby to szachy przesuwane szablą. Precyzyjne ruchy, docinki i sugestie sączące się niespiesznie, ale okrutnie celnie i boleśnie. Uwaga, mogą poranić palce.

    Wzajemne złośliwości są prawie niewyczuwalne, za to świat obrywa na potęgę. Czytanie tomu to intelektualna przyjemność. „Trwajcie nadal w elastycznej nieufności. To najracjonalniejsza postawa” pisał Tyrmand. Jakże to aktualne.

    A jak wyglądałaby korespondencja współczesnych pisarzy i pisarek zebrana w jakiś opasły tom? Przecież większość z niej toczy się zwykle na Messengerze lub innych komunikatorach. A to oznacza liczne naklejki, gify, memy i linki. Wymiana myśli jest mocno kontekstowa, a skrótowe komunikaty wystukiwane są na klawiaturze, a nie pisane na papierze. Sytuacja tworzy nowe poziomy interpretacji. Bo coś, co jest „zwykłym” tekstem, odtworzeniem myśli i zapisków dnia – jak w przypadku zbioru korespondencji Tyrmanda i Mrożka – odbierane może być jako tradycyjny zapis przeszłości, ale dość prosty w odszyfrowaniu. Co jednak zrobić z „chwilówkami” w postaci nawiązania do popkulturowych dzieł, aluzji do środowiskowych awanturek i skandali? Czy za kilka lat nasze korespondencje będą kogoś obchodzić? I czy w ogóle gdzieś zostaną zachowane?

    www.unslpash.com/John Jennings

    Badacze będą musieli być chyba zarazem informatykami, bo nie wystarczy im wygrzebanie z Muzeum Literatury starych zapisków lub szukanie ich po znajomych i rodzinie pisarzy. Trzeba będzie wyłowić tysiące komunikatów gdzieś z internetowej chmury, a i wtedy nie będzie pewności, że te nasze naklejki będą znaczyć cokolwiek. I wśród nich nie znajdziemy raczej perełek w stylu tyrmandowskiej histerii z powodu łysienia, od którego popada w „metafizykę i religianctwo”. A może i my piszemy do siebie literaturą, tylko zakrywamy to ze wstydem?

    Ja w każdym razie nie życzę sobie wydawania moich listów nawet tysiąc lat po śmierci, bo i wtedy spłonę ze wstydu (pozdrowienia dla tych, którzy podejmują ze mną Bitwy na Gify).

  • „Koniec kultury papierowej”, październikowy felieton Sylwii Chutnik

     

    Kiedy ostatnio napisaliście list? Ale nie wystukany na klawiaturze, tylko taki ręczny, analogowy? Na papierze, w kopercie, wysłany na poczcie. No właśnie. W waszej skrzynce też prędzej znajdziecie faktury do opłacenia lub ulotki pizzerii niż list miłosny.

    Jesteśmy wtórnymi alfabetami. Nie tylko przestaliśmy czytać książki – przestaliśmy pisać. Wodzić dłonią po papierze i trzymać długopis lub pióro. Zamiast tego cały czas atakujemy palcami plastik wbijając w niego myśli. Opuszki palców stają się coraz bardziej zgrubiałe, a nasz umysł rozleniwia się. Wie przecież, że możemy pozwolić sobie na błędy ortograficzne, bo sprytny program komputerowe podkreśli je nam na czerwono lub wręcz poprawi je za nas. Nawet, jeśli mamy sporządzić krótką notatkę, to sięgamy prędzej po komórkę niż skrawek papieru. Po sklepach chodzą zombie i skrolują listę zakupów. W Finlandii od 2016 roku powoli odchodzi się od pisania ręcznego w szkołach dostosowując tym samym edukację najmłodszych do współczesnych wymogów. A gdyby tak rzeczywistość dostosowałaby się do pewnych rytuałów, z których nie warto rezygnować?

    Przestaliśmy odczuwać papier, kojarzyć go z elementem komunikacji. Zamiast pocztówek wysyłamy z wakacji SMSy lub pstrykamy fotkę w basenie i umieszczamy ją na Facebooku. To powinno starczyć znajomym, żeby dowiedzieli się, że pogoda ładna a my cali i zdrowi. Cóż, za długi list nie dostaniemy lajków i słitaśnych komentarzy. Treść korespondencji zobaczy tylko adresat, a nie tysiąc znajomych. A dziś nie opłaca się przecież robić rzeczy niszowych i przeznaczonych dla wąskiego grona odbiorców. Tu ma być masowo, histerycznie i natychmiast.

    Nie mamy czasu pisać. Zamiast tego pędzimy na klawiaturze i mamy gotowy tekst. Piękne zeszyty i notatniki traktujemy raczej jako idealny prezent, z którego nikt nie skorzysta. Co ciekawe, nawet literat. Kilka lat temu zostałam poproszona przez Bibliotekę Narodową o przygotowanie fragmentu swojego archiwum, aby przekazać je w depozyt powstającej kolekcji dotyczącej współczesnych pisarzy i pisarek. Okazało się, że byłam jedną z nielicznych osób, które zgromadziły zeszyty, odręczne notatki i szkice powieści. Większość twórców pracuje bowiem elektronicznie i do Biblioteki przekazać może co najwyżej twardy dysk. Wyobraźcie sobie Muzeum Literatury pełne plików. Tylko nich. Bez rękopisu wybitnego bildungsroman, bez pierwowzoru wiersza z naniesionymi poprawkami. Bez korespondencji między twórcami i bez szkiców konspektu wielotomowej sagi. Zamiast tego stare komputery i pendrivy. Dla mnie to przerażająca wizja, a przecież nader prawdopodobna.

    Pisanie ręczne i celebrowanie faktury papieru czy bawienie się mieszaniem tuszu w piórze wymaga czasu, ale i pewnego rodzaju skupienia. Mamy modę na slow life, mindfulness i świadome oddychanie. Odkrywanie czakramu tego i owego, jakieś coachingowe sesje. Półki księgarni zawalone są odstresowującymi kolorowankami – jeszcze chwila, a jedna z nich dostanie Nagrodę Nike. Zapomnieliśmy, że najprostszy sposób na medytowanie to pisanie. Niekoniecznie kaligrafia, chociaż i ją polecam (ostatnio wyszedł zeszyt ćwiczeń do samodzielnego zmagania się z literami: Grzegorz Barasiński, „Kaligrafia”, Wydawnictwo Znak). Chodzi raczej o praktykę kulturową związaną z pisaniem ręcznym: siadanie przy biurku czy innym blacie, sięganie po kartkę, patrzenie na nią, wreszcie wybranie narzędzia do pisania. Wzięcie go w dłoń, ważenie go. Pocieranie skórą o papier. Dobieranie poszczególnych wyrazów. Łączenie ich w zdania, frazy, akapity. Rozmieszczanie ich i planowanie. To jak taniec, który ćwiczy się latami aż wreszcie nie gubi się kroków.

    Pisanie ręczne jest również dobre dla mózgu. Zbadali to między innymi uczeni z Uniwersytetu z Princeton porównując sporządzone przez studentów notatki ręcznie i na komputerze. Później przepytano studentów z materiału, który zanotowali. Okazało się, że piszący długopisem zapamiętali o wiele więcej niż ci stukający w klawiaturę. Wszystko dlatego, że w czasie pisania ręcznego więcej wchodzi do głowy na bieżąco, myśli się o tym, co słyszy i analizuje informacje. Przy tego typu pisaniu intensywniej pracują rejony mózgu odpowiadające za funkcje sensomotoryczne, czyli interpretację wrażeń dotykowych. To, co wyczuwa się na przykład dłońmi jest od razu przetwarzane w mózgu. Ma to wpływ również na czytanie, ponieważ rozwija ośrodek odpowiedzialny za łączenie liter w słowa. Mówiąc wprost: piszący ręcznie posiadają zwykle większą wiedzę.

    Nie należy również zapominać o czysto estetycznych wrażeniach obcowania z papierem i jego ręcznym ozdabianiem. Odwiedziłam niedawno bibliotekę artystyczną na Brooklynie (klik), która zajmuje się kolekcjonowaniem sketchbooków z całego świata. Ma ich w archiwum ponad 36 tysięcy, w tym zeszyty z Polski (co ciekawe, głównie z Gliwic, Wadowic czy Katowic). Aby artystyczny notatnik dostał się do kolekcji należy uiścić niewielką opłatę na rzecz biblioteki. Przeglądając różnorodne dzieła zawierające fotografie, szkice, fragmenty pamiętnika lub kolaży mogłam docenić sztukę komponowania na niewielkiej powierzchni papieru. Wiedziałam, że wszystko, co znajduję na stronach zeszytów zostało wykonane ręcznie. Że ktoś dotykał kartek, kleił i wycinał. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to na niektórych można zauważyć odciski linii papilarnych. Albo zagięty róg, kleksa, rozmazaną farbę. Niedociągnięcia są przecież ludzkie, świadczą o ułomności. Podobnie jak w przypadku pisma, kiedy widzimy, gdzie autor poprawiał niektóre litery, skreślał czy zawahał się przy jakimś wyrazie nie dociskając długopisu. Obcowanie z rękopisem jest jedyne w swoim rodzaju, jest tekstem w tekście. Jego dodatkowe znaczenia są tylko dla wytrwałych, uważnych odbiorców, ale to jak historia alternatywna; kulisy tworzenia.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    Ręczne pisanie może stać się również biznesem. Odbyła się właśnie czwarta edycja festiwalu Niech Żyje Papier (klik), której głównym celem jest przywrócenie należytego miejsca w kulturze wyrobom poligraficznym i artystycznym. Można więc było nie tylko kupić prawdziwe cudeńka, ale i poznać ich twórców. W ofercie były art booki, kalendarze, notesy, pocztówki i plakaty. Książki stare i pachnące, szeleszczące notesiki i oryginalne długopisy. Spinacze, gumki do ścierania i wieczne pióra – cały ten bajzel, który trzymamy na biurku bawiąc się nim i dokazując jak uczniak w pierwszej klasie (czy wspomniałam, że na festiwalu są też piórniki?). Zabawki do pisania i tworzenia stanowią też element komercyjnej części – ludzie tworzą je i produkują, ale na szczęście znajdują się jeszcze nabywcy ma tego typu skarby. W tym niżej podpisana, która nie powinna kupować pięćdziesiątej koperty i setnego zeszytu (ale nie może się opanować i dlatego właśnie nigdy nie spłaci kredytu za mieszkanie i ja zaaresztują, ale przynajmniej wyląduje za kratkami z pięknym zestawem stalówek).

    W pisaniu jest coś uzależniającego. Nawet, gdybym nie była otoczona tymi wszystkimi pięknymi gadżetami, które aż kuszą do ich używania, to bazgroliłabym na skrawku gazety. Lubię szum stalówki, lubię ubrudzić sobie wskazujący palec rozlanym tuszem. To ślad, że pracuję. Rzemieślnicze, jakże cielesne świadectwo tworzenia. A komputer? Czy piszę złote myśli, czy wypełniam tabelkę w Excelu – wyglądam tak samo.

    Nie chcę żyć w świecie, w którym nie mamy czasu wysłać komuś pozdrowień z wyjazdu. Napisać im kartki, kiedy są chorzy lub w ich życiu wydarzyło się coś ważnego. Sama staram się rozdawać i wysyłać jak najwięcej. W końcu, kiedy przeniosę się do innej czasoprzestrzeni, to pozostaną po mnie właśnie takie drobiazgi – ślady naniesione na papier. A ten, chociaż kruchy i łatwopalny, trwa z nami od tylu wieków.

    Felieton został pierwotnie napisany ręcznie piórem Lamy.