Tag: szpiegowanie

  • Wywiad w kąpielówkach. Tekst Piotra Niemczyka

    Tytuł dziwi. Chociaż tylko na pierwszy rzut oka. Na początku przychodzi do głowy żart. Jachty mają tyle do wywiadu, co rowery albo wrotki. Ale po chwili pojawia się refleksja, że skoro rowery i wrotki są wykorzystywane do obserwacji przez służby specjalne, to przecież jachty mogą służyć do łączności, pomiarów, nasłuchu elektronicznego i transportu oficerów i agentów. To właśnie o tym jest ta broszura.

    Zaczyna się trochę od teorii szpiegowania, ale ponieważ jest na ten temat dużo grubych książek, więc nie będę się odnosił do kilku stron na początku. Ale już po pierwszych kilku stronach można się dowiedzieć, że pierwsze żaglowce, które można nazwać szpiegowskimi powstały w XIII (!) wieku. Były to brygantyny. To szybsza i bardziej zwrotna wersja bryga. Popularnego wówczas statku transportowego. Także dla wojska. Inna sprawa, że zadania jakie w większości otrzymywały te łodzie bardziej przypominały piractwo niż szpiegostwo. No ale jeżeli piractwo nazwiemy operacjami specjalnymi, to wszystko gra.

    Andrzej Kowalczyk, autor „Jachtów szpiegowskich”, ma zupełnie niezłe doświadczenie w operacjach specjalnych. Jako nastolatek był inspiratorem ośmieszenia obchodów 20-lecia PRL. Przed trybuną honorową dla partyjnych oficjeli pod napisem „Niech żyje 22 lipca!” harcerze, do których należał, dopisali „Dawniej E. Wedel”. (Nie wiem czy mam przypominać, że w okresie PRL zakładom Wedla zmieniono nazwę na „22 Lipca” czyli datę ogłoszenia manifestu PKWN). Zimą, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, rozwiesił na szczycie Mont Blanc transparent „Solidarności”. Odbiło się to szerokim echem po całym świecie. Jako dziennikarz był redaktorem najpopularniejszej, na I zjeździe Solidarności w hali Oliwii w Gdańsku, gazetki „Pełzający Manipulo” (byłem, pamiętam), a później współpracownikiem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.

    Niewątpliwie najważniejszy dla żaglowego wywiadu czas to okres II wojny światowej. Jak napisał autor: „Przede wszystkim przemieszczały się bezszelestnie i tanio. Po drugie ówczesne systemy radarowe nie wykrywały drewnianych jednostek. I po trzecie, stosowane wtedy na morzu torpedy były zbyt drogie aby walczyć z jachtami”. I dalej „wywiady (…) werbowały masowo agentów spośród szyprów i załóg głównie kutrów rybackich ale i jachtów żaglowych stylizowanych na kutry.”

    W efekcie jachty i kutry odegrały znaczącą rolę w śledzeniu i niszczeniu niemieckich U-Bootów oraz przy przewożeniu agentów, dywersantów i żołnierzy ruchu oporu, przez kanał La Manche, Morze Śródziemne, we wszystkie możliwe strony, a nawet przez Atlantyk do Argentyny, Brazylii i RPA. Szczególnie ciekawe wnioski wysnuwa autor w związku z rejsami do Ameryki Południowej. Czy już w 1944 roku żeglarze przerzucali tam środki mające zapewnić wygodne życie hitlerowskim elitom po przegranej wojnie?

    Jedna z najciekawszych opowieści dotyczy przerzucania, francuskim jachtem, niemieckich „nielegałów” wraz z żołnierzami francuskiego ruchu oporu. Inna – dużo bardziej współczesna – zahacza o wysadzenie przez wywiad francuski statku „Rainbow Warrior”, na którym w 1985 roku działacze „Greenpeace” protestowali przeciwko francuskim próbom atomowym na atolu Mururoa.

    Polskich wątków jest tak wiele, że można by podejrzewać, że Polska była potęgą morską na równi z Wielką Brytanią i Francją. Kapitanem jednego z pierwszych żaglowców polujących na U-Booty był Polak, przerzuceni przez nieświadomy tego francuski ruch oporu agenci Abwehry udawali Polaków, wielokrotne rejsy Ryszarda Kuklińskiego, podejrzenia wobec Józefa Teligi i setki uciekinierów z PRL do Szwecji to jeszcze nie wszystkie wątki z udziałem Polaków.

    Wydawałoby się, że współcześnie, wraz z rozwojem techniki, szczególnie wywiadu elektronicznego, rola jachtów traci na znaczeniu. A jednak nie. Powstają łodzie bezzałogowe napakowane elektroniką do obserwacji takich obiektów jak morskie bazy wojskowe lub rejestrowanie przebiegu manewrów marynarek wojennych.

    Zupełnie inną sprawą jest wzajemne szpiegowanie konstruktorów jachtów sportowych. Załogi startujące w najważniejszych regatach mają budżety idące w setki milionów dolarów. Każda informacja o szczegółach technicznych drzewc lin czy żagli jest warta dużych pieniędzy. Chociażby dlatego w 2013 roku, organizatorzy kluczowych zawodów wprowadzili zakaz zbliżania się jachtów, na odległość mniejszą niż 200 metrów. Żeby nikomu nie przyszło do głowy, aby z bliska fotografować szczegóły konstrukcyjne.

    Jak łatwo się domyślić, nie jest to książka fabularna. To selektywne i specyficzne kompendium wiedzy o działaniach wywiadowczych, w których istotną rolę odgrywało morze. Kilka opisanych przeze mnie wątków to tylko mała próbka. Chociaż to bardziej broszura niż książka, na 56 stronach dało się zmieścić naprawdę sporą porcję wiedzy.

    Piotr Niemczyk

  • „Patriotyzm”, obłęd, zdrada. Piotr Niemczyk recenzuje „Listę agentury”

    Kazimierz Wóycicki nie pisał do tej pory powieści. Pisał książki o stosunkach międzynarodowych, historii, filozofii. Niestety nie treści szpiegowskie i political fiction. A szkoda. Lista agentury” to przede wszystkim opowiadania (piszę celowo w liczbie mnogiej) o tym, do czego doprowadzić może polityka historyczna rozgrywana przez obce mocarstwo. Akcja dzieje się, według moich obliczeń, w latach 2029 – 2040. Polska przestaje być państwem suwerennym. Wystąpiła z NATO i Unii Europejskiej, a mimo to (a może dzięki temu) rządzący snują mrzonki o wielkości i mocarstwowości, praktycznie zapominając, że kresy wschodnie – od prawie 100 lat – leżą poza jej granicami.

    To właśnie polityka historyczna doprowadziła do tego, że Warszawa z Moskwą ustala rozbiór Ukrainy, a zielone ludziki wraz z Wojskami Obrony Terytorialnej urządzają na centralnym lotnisku, w połowie drogi między Warszawą i Łodzią, wspólne manewry paintball’owe. Tyle, że w pewnym momencie Rosjanie chowają pistolety na farbę, a wyciągają broń prawdziwą.

    Pomimo, że akcja dzieje się w przyszłości, przerażająco wielu jej bohaterów przypomina współczesnych polityków. Cynizm, dwulicowość, chciwość i sprzedajność to ich oczywiste cechy. A gęby pełne bogojczyźnianych frazesów. Wszystko jest patriotyczne: nazwa partii rządzącej, telewizja państwowa, programy gospodarcze, nawet stowarzyszenie matek. Co intrygujące, także zepchnięta do internetowego podziemia opozycja, nawiązuje bardziej do tekstów Mickiewicza, Słowackiego i Norwida niż do Kuronia, Michnika, Snydera czy Havla.

    Wątki szpiegowskie są wprowadzane bardzo dyskretnie. Właściwie nawet nie nazwane. Ale są wszędzie. We wszechobecnej dezinformacji, która doprowadza do tego, że już nikt praktycznie nie wie co jest prawdą, a co fałszem. Mało tego. Wygląda na to, że nikogo nawet nie obchodzi co nie jest kłamstwem. Bohaterem pozytywnym jest bandyta terroryzujący całą dzielnicę, a negatywnym zaangażowany i inteligentny oficer kontrwywiadu, który [—-] [Ustawa z dn. 31 VII 22 r. O zakazie spojlerowania. art. 2. pkt. 1 (Dz. U. nr 20. poz. 99. zm.: 2025 Dz. U. nr 44. poz. 204)].

    Kolejnym narzędziem szpiegowskiego arsenału jest dezintegracja i manipulacja. Od wymuszania ręcznego sterowania w ministerstwach, w mediach i na uczelniach, które powoduje, że nikt nie jest pewien tego powinien robić. W każdej chwili może być wyrzucony z pracy, a instytucja, w której pracuje przekształcona w coś zupełnie innego. To samo dotyczy kierunków polityki zagranicznej. Najbliżsi sąsiedzi, z dnia na dzień, z przyjaciół stają się wrogami, a wyznawcy islamu, z terrorystów i roznosicieli chorób, okazują się niezwykle potrzebnymi rękami do pracy. Tak masowo sprowadzanymi, że w centralnym punkcie stolicy buduje się dla nich meczet. Z tak wysokim minaretem, że zasłania pałac kultury.

    I wreszcie te najbardziej klasyczne metody szpiegowania. Rozmowa werbunkowa, oficera wywiadu rosyjskiego udającego popa, z polskim intelektualistą mogłaby się znaleźć w każdym podręczniku dla adeptów wywiadu. Podobnie przykład OSINT, akurat w wydaniu dziennikarzy nie szpiegów, jest nie mniej profesjonalny. Umiejętność ustalenia, gdzie Ukraina produkuje swoją broń nuklearną, wymaga kreatywności, dociekliwości, inteligencji, doświadczenia i kontaktów. To właśnie te cechy decydują o sukcesach białego wywiadu.

    W polskim kotle ewidentnie miesza wywiad rosyjski, ale próbuje i amerykański. Tyle, że oficer wywiadu USA robi to wyjątkowo nieudolnie. Wszyscy szukają tytułowej listy agentów. Na tyle dobrze schowanej, że kiedy w końcu się znajduje, jest już za późno.

    Kazimierz Wóycicki wie o czym pisze. Od przynajmniej kilku lat zajmuje się właśnie identyfikowaniem dezinformacji i manipulacji rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, na portalach internetowych i tych najbardziej zaangażowanych, choć niekoniecznie rzetelnych periodykach.

    Każdy rozdział tej powieści czyta się jak osobne opowiadanie. Trochę jak nowele Włodzimierza Perzyńskiego, a trochę jak „Małą Apokalipsę” Tadeusza Konwickiego. Jest w nich jakieś drugie dno, ukryty sens i prawie zawsze zagadka, który z polskich polityków lub publicystów kryje się za konkretnym bohaterem powieści. Zagadkę nie zawsze daje się rozwiązać, a i niektóre z rozdziałów wydają się niedokończone. Warszawa około 2040 roku jest na takim zakręcie, że fikcja czy nie fikcja, ale ciekawość czy Polska wróci do grupy państw cywilizowanych, powoduje silną potrzebę pytania autora: kiedy będzie kolejna część?

    Piotr Niemczyk

  • Szpieg w opałach – felieton Piotra Niemczyka

    W najnowszej, jeszcze ciepłej powieści Vincenta V. Severskiego „Nabór”, dochodzi do wymiany oficera i agenta polskiego wywiadu na jednego z najważniejszych operatorów Sił Ghods, elitarnej jednostki dywersyjnej irańskich służb specjalnych. „Gdy generał Ahmad Harumi zobaczył nagranie wideo, na którym Arif wyjaśnia, w jakiej jest sytuacji i czego oczekują jego porywacze, wydał krótkie polecenie, by natychmiast odstawić obu więźniów do Kijowa. Arif Harumi wyleciał w drugą stronę tego samego dnia, w którym Wydział Q odebrał na lotnisku Igora i Wasię.”1

    Wymiana, jak widać nie była zbyt skomplikowana. Oficerowie i agent zostali wymienieni na lotnisku w kraju trzecim. Od czasu spektakularnych spotkań na moście Glienicke w Berlinie, do tego rodzaju operacji wykorzystuje się porty lotnicze w państwach neutralnych (przynajmniej w relacjach ze stronami). No chyba, że skonfliktowane służby wywodzą się z krajów sąsiadujących. Jak Estonia i Rosja, które ostatnio wybierają most na rzece granicznej w Koidula.

    Taka wymiana natychmiast przywołuje na myśl sprawę polskiego obywatela, Mariana Radzajewskiego, ofiarę prowokacji rosyjskiej FSB. Został on aresztowany w 2018 roku za rzekomą próbę zakupu tajnych części systemu obrony przeciwlotniczej S-300 (sprawa wydaje się absurdalna o tyle, że systemem S-300 dysponują przynajmniej trzy państwa NATO). Moskiewski sąd skazał go w 2019 roku na 14 lat kolonii karnej w obostrzonym rygorze. Pomimo wyraźnych sygnałów strony rosyjskiej, że chętnie by go wymieniła w pakiecie, za któregoś z zatrzymanych w ostatnich latach, agentów SWR, polska dyplomacja nie chce lub nie potrafi nic z tym zrobić.

    www.unsplash.com/Jørgen Håland

    Tyle tytułem wstępu, bo trzeba pamiętać, że wymiana oficerów lub agentów wywiadu, złapanych na gorącym uczynku to ostateczność. Robi się to głównie po to, żeby potencjalnych przyszłych agentów zapewniać, że służba zrobi wszystko, aby w przypadku dekonspiracji uratować ich przed więzieniem, czy jeszcze gorszym losem. Tyle, że wymiana – jeżeli w ogóle do niej dojdzie, bo przecież nigdy nie ma takiej pewności – jest rozwiązaniem z możliwych najgorszym. Nie tylko ze względu na los więzionego i często brutalnie przesłuchiwanego agenta, także ze względu na to, że każda wpadka oznacza konieczność, trudnego i oznaczającego obowiązek pracochłonnej weryfikacji informacji, rachunku strat. W tym analizy, które z informacji przekazanych wcześniej przez agenta mogły być podsuniętą przez przeciwnika dezinformacją.

    Dlatego najlepszym wyjściem, w przypadku zagrożenia agenta lub oficera z linii „nielegalnych” (czyli poza statusem dyplomatycznym), jest eksfiltracja.

    Eksfiltracja to wywiezienie podejrzanej o dekonspirację osoby z obszaru, na którym może być poszukiwana, w bezpieczne miejsce. Pod fałszywą tożsamością lub dobrze ukrytą w jakimś ładunku.

    W literaturze szpiegowskiej można znaleźć wiele przykładów wywożenia agentów lub przykrywkowców. Tom Clancy wyjaśnia jednak, że pomimo iż sprawa dotyczy w pierwszej kolejności reputacji służby, to w przypadku niepowodzenia może spowodować poważne implikacje międzynarodowe. Dlatego, podobnie jak w przypadku ewentualnej wymiany, musi ją poprzedzać zgoda najwyższych władz państwowych.

    – Nie mogę wydać zgody na ewakuację bez akceptacji prezydenta. (…)

    – No to ją załatw! Do diabła z polityką! Są też względy praktyczne, Arturze. Jeżeli pozwolimy pogrążyć takiego człowieka, jeżeli nie ruszymy palcem, żeby go ochronić, to sprawa się rozniesie… Rosjanie zrobią z tego miniserial! Na dłuższą metę będzie nas to kosztowało więcej niż chwilowe ustępstwo polityczne.”2

    Kiedy już zapadnie decyzja polityczna, w pierwszej kolejności należy zagrożoną osobę ukryć w takim miejscu, w którym najtrudniej ją będzie odnaleźć obserwacji przeciwnika. Na przykład w szpitalu -chociaż, jak słusznie zauważa Alan Furst – nawet w takim miejscu trzeba być przygotowanym na najgorsze. „Musieli przyjąć, że szpital jest pod obserwacją, a zatem spędziwszy tam trzy dni, Uhl opuścił lecznicę na zakrytych prześcieradłem noszach, które wsunięto do karawanu. Potem, w domu pogrzebowym, wydostał się tylnymi drzwiami i udał się do wynajętego pokoju na przedmieściach.”3

    Bywa, że już po wyciągnięciu cennego źródła z pola widzenia przeciwnika, dalej już wszystko idzie łatwo i prosto. „Przez dwie doby trwała wzmożona wymiana zaszyfrowanych depesz radiowych, po czym został wywieziony niepostrzeżenie z Moskwy w samochodzie ambasady jadącym do Finlandii. Podróżowało w nim pięciu mężczyzn, wszyscy mieli paszporty dyplomatyczne i mogli przekroczyć granicę bez kontroli.”4 Robert Littell w tym przypadku postanowił uniknąć niepotrzebnych komplikacji.

    www.unsplash.com/ConvertKit

    Zresztą w innych przypadkach podobnie: „Mój ojciec, moja siostra i ja pojechaliśmy na wakacje nad Morze Czarne do Bułgarii. Amerykańska CIA podesłała nam greckie paszporty i dołączyliśmy do wycieczki objazdowej wracającej przez Bosfor do Pireusu.”5

    Tyle, że bardzo rzadko jest tak łatwo. Zdarza się, że agenta trzeba, w ryzykowny sposób, wykraść sprzed nosa obserwacji. Jak u Jacka Higginsa.

    – Jak pana pilnują pańscy stróże? – zapytał Dillon.

    – Na zmianę. Jeden jest zawsze ze mną w salonie mojego apartamentu.

    – Proszę położyć się do łóżka jak najszybciej, niezależnie od pory. Taki facet jak pan sobie poradzi z jednym strażnikiem w pokoju?

    – A potem?

    – Po schodach w dół, biegiem. Przed hotelem zawsze stoją taksówki. Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby jechał na dworzec kolejowy Gare du Nord. O północy odjeżdża nocny pociąg do Brestu. Będziemy czekać przy wejściu, z paszportem dla pana. Od teraz nazywa się pan Henry Duval.

    – Dokąd pojedziemy?

    – Do Bretanii, prywatny samolot zabierze nas stamtąd do Londynu.”6

    Jak widać Higgins bardziej się koncentruje na tym jak urwać się obserwacji. Na wszelki wypadek przewiduje fałszywą tożsamość, ale samo przekroczenie granicy ma być już na kompletnym „nielegalu”, czyli na pokładzie samolotu, który po prostu ucieknie z obszaru kontrolowanego przez przeciwnika.

    Wśród pisarzy, największym specjalistą od eksfiltracji jest Graham Greene (ten od szydzenia ze służb wywiadowczych w „Naszym człowieku w Hawanie”). W czasie II Wojny Światowej był brytyjskim szpiegiem, więc w większości powieści raczej poważnie traktuje kłopoty wywiadowców.

    W intrydze, którą zaplanował dla bohatera „Czynnika ludzkiego” kluczową sprawą jest zmiana tożsamości.

    Koniecznej jest, by złapał pan następny autobus na lotnisko. – Mężczyzna zaczął wykładać zawartość swojej aktówki na stół: najpierw bilet lotniczy, potem paszport, butelkę wypełnioną czymś, co wyglądało na klej, wypchaną foliową torbę, szczotkę do włosów, grzebień i brzytwę.

    – Wziąłem wszystko, czego potrzebuję – powiedział Castle rzeczowym tonem.

    Mężczyzna zignorował go.

    – Ma pan bilet jedynie do Paryża. Wyjaśnię to panu.

    – Wszystkie samoloty są z pewnością obserwowane.

    – Będą obserwować zwłaszcza samolot do Pragi, odlatujący w tym samym czasie co samolot do Moskwy, który jest opóźniony ze względu na problemy z silnikami. Niecodzienne zdarzenie. Może Aerofłot czeka na jakiegoś ważnego pasażera? Policja będzie bardzo uważać na odloty do Pragi i do Moskwy.

    – Obserwatorzy zostaną rozmieszczeni już w punktach kontroli paszportowej. Nie będą czekać przy wyjściach.

    – O to ktoś się zatroszczy. Musi pan stawić się do kontroli za… – zerknął na zegarek Castle’a – jakieś pięćdziesiąt minut. Autobus odjeżdża za trzydzieści minut. To pana paszport.

    – Co mam robić w Paryżu, jeśli tam dotrę?

    – Gdy opuści pan lotnisko, ktoś wręczy panu nowy bilet. Będzie pan miał tylko tyle czasu, by złapać następny samolot.

    – Dokąd?

    – Nie mam pojęcia. Dowie się pan wszystkiego w Paryżu.

    – Do tego czasu Interpol zdąży zaalarmować tamtejszą policję.

    – Nie zrobi tego. Interpol nie zajmuje się sprawami politycznymi. To wbrew przepisom.

    Castle otworzył paszport.

    – Partridge – odczytał. – Dobre nazwisko wybraliście. Sezon polowań jeszcze trwa. – Potem, zerknąwszy na fotografię, zaprotestował: – Ale to zdjęcie się nie nadaje. Zupełnie nie jestem podobny.

    – To prawda. Ale zaraz pana upodobnimy.

    Nieznajomy wziął swoje przybory do łazienki. Między kubkami do mysia zębów ustawił powiększoną fotografię z paszportu.

    – Proszę usiąść na tym krześle – nakazał i zaczął przycinać brwi Castle’a, a potem zajął się jego włosami: mężczyzna z paszportu był ostrzyżony na jeża.

    Castle obserwował poruszające się nożyce. Był zdumiony, jak uczesanie powiększyło czoło, zmieniło całą jego twarz, a nawet, jak mu się zdawało, wyraz oczu.

    – Ujął mi pan dziesięć lat – odezwał się.

    – Proszę siedzieć spokojnie.

    Mężczyzna przylepił mu wąski wąsik; wąsik człowieka bojaźliwego, niepewnego siebie.

    – Broda czy duże wąsy zawsze wyglądają podejrzanie – oznajmił. Z lustra patrzył na Castle’a obcy człowiek. – No, gotowe. Myślę, że wyszło dobrze. – Ze swojej aktówki nieznajomy wyjął składaną białą laskę. – Jest pan niewidomy – powiedział. – Wzbudza pan współczucie, panie Partridge. Hostessę Air France poproszono, by czekała na autobus z hotelu. Przeprowadzi pana przez kontrolę do samolotu. Z Roissy w Paryżu, gdzie pan wysiądzie, zostanie pan przewieziony na Orly. Czekający tam samolot również będzie miał problemy z silnikami. Być może nie będzie się pan już nazywał Partridge: inna charakteryzacja w samochodzie, inny paszport. Ludzka twarz jest wprost nieprawdopodobnie podatna na zmiany. (…)

    Proszę już iść i pamiętać o lasce. Gdy ktoś się do pana odezwie, proszę nie poruszać oczami, ale całą głową, i starać się patrzeć obojętnie.”7

    W przeciwieństwie do tego jak Robert Littell wywiózł swojego agenta w towarzystwie czterech dyplomatów, w większości opisywanych przypadków – podobnie jak u Grahama Greena – uciekający w zasadzie musi być zdany głównie na siebie.

    Julian Siemionow, na przykład przewiduje tylko dowiezienie zbiega do granicy. „Stirlitz zaparkował swój samochód o sto metrów od placu przed dworcem kolejowym. Samochód ze strażnicy czekał już w umówionym miejscu. Kluczyk znajdował się w stacyjce. Okna były naumyślnie zachlapane błotem, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie osób jadących w samochodzie. W górach w ściśle oznaczonym punkcie były wetknięte w śnieg narty, a obok stały buty.”8 Rosyjski autor nie rozwinął wątku, czy ktokolwiek sprawdził, czy eksfiltrowany umie jeździć na nartach.

    Dość zabawny, ale praktyczny pomysł podsuwa z kolei Umberto Eco. Proponuje on, żeby zagrożony tylko udawał, że uciekł. A gdyby ten kto go szuka był bardziej dociekliwy, to żeby dowiedział się, że poszukiwany zmarł. „Proszę rozgłosić przez zaufanych ludzi, że zmarł pan w drodze do Paryża. Niech pan nie wraca do Lyonu, znajdzie sobie schronienie tutaj, zgoli brodę i wąsy, stanie się kimś innym. (…) W końcu Guatia i jego towarzysze też uznają pana za zmarłego i przestaną pana dręczyć.”9 Taki pomysł nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. Ale daje sporo czasu na profesjonalne przygotowanie ewakuacji.

    Żaden poważny autor nie dopuszcza jednak myśli, żeby przynajmniej nie próbować ratować agenta. Także piewca PRLowskiego wywiadu Henryk Bosak: „<Grafik> był tylko agentem! – powiedział pułkownik (…). Nie można wykluczyć, że DST go złamała i przyznał się do współpracy. Ale nawet wtedy nie możemy go zostawić samego.”10

    Dlatego tak denerwuje bezczynność polskich władz wobec Mariana Radzajewskiego. Najprawdopodobniej nie był żadnym agentem. Ale to nie zmienia sytuacji, że jego los zaważy na reputacji polskich służb i na przekonaniu, że ktokolwiek kto zdecyduje się na współpracę z wywiadem RP, nie może liczyć na realną pomoc, kiedy znajdzie się w opałach. I nie trzeba do tego profesjonalnej wiedzy. Wystarczy przeczytać kilka książek.

    Piotr Niemczyk

    1 Nabór, str. 823;

    2 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 213;

    3 Alan Furst; „Szpiedzy w Warszawie”; przekład Ewa Penksyk-Kluczkowska; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 112;

    4 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 360;

    5 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 159;

    6 Jack Higgins; „Mroczne kryjówki”; przekład Jakub Kowalczyk; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 114;

    7 Graham Greene; „Czynnik ludzki”; przekład Adam Pituła; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2015, str. 298;

    8 Julian Siemionow; „Siedemnaście mgnień wiosny”; przekład Zdzisław Romanowski; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1985, str. 176;

    9 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 427;

    10 Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 194;