Tag: Warszawskie Targi Książki
-
Autobus życia jednak dalej jedzie
Kilkanaście dni temu na jednokierunkowej ulicy przy której mieszkam całkowicie zmieniono zasady ruchu samochodów. Załóżmy, że jechało się od lewa do prawa, więc teraz jedzie się od prawa do lewa. Efekt jest taki, że sporo kierowców pojechało na pamięć, czyli pod prąd. Byli też tacy, którzy nie tylko do błędu się nie przyznali, ale jeszcze starali się udowodnić swoje racje klaksonem, a czasem nawet środkowym palcem. Dziś praktycznie wszyscy jadą w dobrą stronę, co nie znaczy, że niektórzy mają jeszcze w głowie stare zasady. Co to ma wspólnego z obecną sytuacją na rynku książki? Wbrew pozorom całkiem sporo.
Koronawirus również w znacznym stopniu zmienił pewne zasady oraz zachowania. Coś, co było nie do wyobrażenia dwa miesiące temu, teraz jest codziennością. Coś, co do niedawna wydawało się osobliwe, dziś podtrzymuje nas przy życiu. Tomasz Sekielski mówił w trakcie Kryzysowego Spotkania Autorskiego, że gdyby przed pandemią zaproponował Aleksandrowi Kwaśniewskiemu wywiad w wersji online, to byłaby duża szansa, że prezydent zaproszenie by odrzucił. Jak sprawy się mają teraz? Tak, dobrze myślicie, Tomek zrobił bardzo fajną rozmowę z Kwaśniewskim, a każdy siedział przy swoim domowym biurku. Czy warto się obrażać na rzeczywistość? Nie, po prostu trzeba jak najszybciej się w niej odnaleźć. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że w trakcie kryzysu zdarzają się bankructwa, ale rodzą się też fortuny. Ktoś inny dodał, że w trakcie odpływu doskonale widać, kto pływa bez majtek.

www.unsplash.com/Markus Spiske Zauważcie, że przestrzeń literacka przez te kilkadziesiąt dni się całkowicie przeformatowała. Spotkania na żywo w Internecie organizują wydawcy, sieci księgarskie, blogerzy, dziennikarze, a także autorki i autorzy. Organizatorzy festiwali nie panikują, tylko przenoszą biznes do sieci. Wydawcy nie siedzą z założonymi rękami, tylko sprzedają książki elektroniczne w wersji czytnikowej i dźwiękowej, przesuwają premiery na lepsze czasy, albo jeśli już wydają, to raczej mocne nazwiska, które są gwarantem dobrej sprzedaży, czyli dobrego zarobku. Inna sprawa, co to dzisiaj znaczy dobra sprzedaż i dobry zarobek? Zdrowa konkurencja jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła, więc nie ma co narzekać, że niektóre spotkania w sieci się pokrywają. Przecież na targach książki też się pokrywały.
Targi książki i festiwale to jednak osobny temat. Bardzo wątpię, że w tym roku spotkamy się jeszcze na jakiejś imprezie literackiej (nie mówię o Internecie). Pytanie, czy organizatorzy wielkich imprez, np. Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie pójdą z prądem, czy jednak pojadą pod prąd na kolizję z rzeczywistością, bo w jednym chyba wszyscy jesteśmy zgodni – świat sprzed pandemii już nie wróci. Nie ma sensu siedzieć z założonymi rękami i czekać aż wróci minione. Nie wróci. Nie jedźmy więc na pamięć, tylko odnajdźmy się w tym nowym, pandemicznym, a wkrótce postpandemicznym świecie. Tylko bez trąbienia i środkowych palców w górze, proszę.
Adam Szaja
-
PILNE! Warszawskie Targi Książki odwołane!
Szanowni Państwo,
Tegoroczna majowa edycja Warszawskich Targów Książki zostaje odwołana. Kolejne Targi odbędą się w maju 2021 r.
Organizatorzy, w zależności od rozwoju sytuacji epidemiologicznej oraz sytuacji ekonomicznej branży wydawniczej, rozważą w ciągu najbliższych kilku tygodni zorganizowanie jesiennych, krajowych targów w Warszawie. Będziemy Państwa o tym informować.
Życzymy wszystkim dobrego zdrowia mając nadzieję, że książka towarzyszy nam także w tych trudnych dniach.
Z poważaniem:
Rafał Skąpski, Prezes Zarządu Targi Książki, Sonia Draga, Członek Zarządu, Renata Krzewska, Prezes Zarządu Murator EXPO
-
Orhan Pamuk w Polsce!
Dziś dzień dobrych wiadomości. Rano pisałem, że prawdopodobnie jesienią do Polski przyleci John Maxwell Coetzee, laureat literackiego Nobla z 2003 roku, a teraz miło mi ogłosić, że już wiosną polscy czytelnicy będą mogli spotkać się z Orhanem Pamukiem, który tę samą nagrodę otrzymał trzy lata później.
Turecki pisarz do Polski przyleci w maju, będzie gościem Warszawskich Targów Książki oraz Międzynarodowego Festiwalu Literackiego „Apostrof”. Co więcej, autor odwiedzi też Kraków. Żeby nie zostawiać Was tylko z suchą informacją dotyczącą wizyty, łapcie krótką rozmowę z Piotrem Kawulokiem, który tłumaczył „Dziwną myśl w mej głowie” oraz „Rudowłosą”, czyli ostatnią powieść Orhana Pamuka.

Piotr Kawulok, tłumacz Dlaczego Polacy powinni czekać na przyjazd Orhana Pamuka? Co może nam przekazać?
Nie ma dzisiaj chyba innego autora, który pochodziłby z kraju muzułmańskiego, a zarazem cieszył się w Polsce taką popularnością. Dlatego wydaje się mi bardzo istotną postacią w czasach, w których ludzie są tak bardzo skłonni do myślenia o całym Bliskim Wschodzie wyłącznie w ramach medialnych stereotypów. Pamuk pisze z bardzo interesującej perspektywy, którą osiągnął dzięki swojemu zanurzeniu zarówno w kulturze tureckiej, jak i europejskiej, a do tego nieustępliwie wierzy w to, że opowieści mają siłę, pozwalającą im kształtować nasze życie. I myślę, że przede wszystkim o tej wierze będzie mógł opowiedzieć swoim polskim czytelnikom.
Czy dla tłumacza ważny jest życiorys pisarza, na przykład to, że Pamuk był potępiony przez środowiska nacjonalistyczne w Turcji – czy nie czuł się Pan w jakiś sposób zagrożony?
Przyznam, że życiorysy pisarzy, których tłumaczyłem, nigdy szczególnie mnie nie interesowały – ważne jest dla mnie przede wszystkim to, co piszą. Jeśli natomiast chodzi o Pamuka, owszem, bywa krytykowany, wyśmiewany czy nawet potępiany przez rozmaite środowiska w swoim kraju, lecz jednocześnie pozostaje w Turcji jednym z najbardziej poczytnych i najlepiej sprzedających się pisarzy i nie sądzę, by obecnie cokolwiek groziło jemu czy, tym bardziej, jego tłumaczom.
Miał Pan z nim kontakt w trakcie tłumaczenia „Rudowłosej”? Czy konsultujecie jakieś nieścisłości?
Zdarzało mi się korespondować z pisarzami przy tłumaczeniu innych książek, ale w przypadku powieści Pamuka nigdy nie czułem takiej potrzeby. Pamuk jest pisarzem bardzo skrupulatnym i dokładnym, znakomicie panuje nad swoim tekstem i używa bardzo przejrzystego języka. O ile w książkach innych autorów natrafiam czasem na niejasne metafory, niezrozumiałe opisy czy nieścisłości, o tyle teksty Pamuka są wolne od tego typu miejsc.
Tłumacz musi „wejść w głowę pisarza”, aby go zrozumieć, czy to dla Pana bez znaczenia, czy tłumaczy Pan Pamuka, czy kogoś innego?
Nie bardzo mogę zgodzić się z tezą, którą postawił Pan na początku pytania. Aby zrozumieć tekst, tłumacz – tak jak każdy czytelnik – musi go po prostu bardzo uważnie przeczytać. Oczywiście, bywają takie książki, przy których tłumaczeniu pomocna może być znajomość dodatkowych kontekstów, w tym sytuacji psychologicznej ich autorów, ale powieści Pamuka raczej się do nich nie zaliczają. Nie oznacza to, że nie ma dla mnie znaczenia, czy tłumaczę Pamuka, czy kogoś innego; tak jak mówiłem wcześniej, Pamuk bardzo dobrze panuje nad swoim stylem, co zwiększa przyjemność z lektury, a zarazem zdecydowanie ułatwia tłumaczenie. Ostatecznie jednak praca nad przekładem – tak w przypadku powieści Pamuka, jak i jakiejkolwiek innej książki – sprowadza się do drobiazgowej lektury i próby uchwycenia w języku polskim tonu podobnego do oryginału.
Bądźcie czujni, bo ten rok będzie obfitował w naprawdę ważne wydarzenia literackie oraz ważne wizyty.
-
„Spotkanie po roku”. Felieton Wojciecha Chmielarza
Napisanie książki to w moim przypadku około roczna praca. Ale to niedokładna miara. Pewne pomysły pojawiają się wcześniej. Zostają w głowie. Zbierają się wspomnienia. Przeczytane książki. Odbyte rozmowy. To wszystko rośnie, nawarstwia się, żeby nagle eksplodować fabułą
To jest ten najprzyjemniejszy moment. Pełen ekscytacji. Kiedy pomysły pojawiają się jeden za drugim. Widzę wtedy całe sekwencje pełnych napięcia scen. Słyszę dialogi, które aż kipią od emocji. Galerię żywych postaci, które walczą ze swoimi grzechami, namiętnościami, słabościami. I najczęściej im ulegają. A potem przychodzi to, czego żaden pisarz nie lubi – moment, w którym trzeba wziąć się do roboty. Okazuje się, że tych wymarzonych scen starczy może na 1/3 powieści. Mozolnie wymyślam to co pomiędzy nimi. Rozpisuję plan. Robię notatki. A przede wszystkim – poprawiam, poprawiam i poprawiam. Okazuje się, że postacie mają inne motywacje, niż początkowo zakładałem. Inaczej się więc zachowują. Wobec tego należy po raz kolejny wszystko pozmieniać. Ze świadomością, że podczas pisania, tych długich, spędzonych w samotności godzinach stukania w klawisze, i tak wszystko się jeszcze mniej lub bardziej wywróci.
Kolejny krok, to oczywiście redakcja. Podejrzewam, że każdy pisarz odwleka ten moment tak długo jak może. Uwielbiam redaktorów, z którymi pracuję. Wiele dobrego wnoszą do mojej pracy. Podnoszą moje książki o poziom wyżej. Nieustannie powtarzam, że mam wielki dług wdzięczności wobec Tomka Zająca (książki od „Podpalacza” do „Osiedla Marzeń”) i Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej („Zombie”). Co nie zmienia faktu, że w czasie samej redakcji darzę ich głęboką i szczerą nienawiścią. To ludzie, którzy czepiają się wszystkiego. Wynajdują dziury w fabule. Zadają kłopotliwe pytania. Zaglądają pod każdy kamień. Niszczą, rozwalają, skleją na nowo. To długi i męczący proces. Czytamy wspólnie daną powieść po kilka razy. Wysyłamy sobie setki maili. Rozmawiamy, dyskutujemy, wreszcie się kłócimy. Myślę, że i oni, i ja mamy dosyć książki, nad którą pracujemy. A potem na deser – korekta. Czyli jeszcze jedna lektura. Jeszcze jedno (lub dwa) sprawdzenie czy wszystko jest ok. Wreszcie upragniony koniec. Powieść jest oddana. Drukowana. Ląduje w księgarniach.
I co się dzieje?
O tym właśnie chciałem napisać w tym felietonie. Bo nie dzieje się nic. Jest jakaś data premiery. Ale też niewiele ona znaczy i z roku na rok staje się coraz bardziej umowna. Wiadomo, że w niektórych księgarniach książka potrafi być kilka dni wcześniej. Po paru dniach zaczynają się pojawiać recenzje. W moim przypadku mogę jeszcze liczyć na kilka wiadomości na profilu na facebooku lub oceny na lubimyczytac.pl. I tyle. Po dwunastu miesiącach pracy jestem w tym samym miejscu, w którym byłem rok wcześniej – siedzący przy biurku z pustą kartką papieru przed sobą. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim czytelnik?

www.unsplash.com/Jason Yu Zastanawiam się, czy pisarz to nie ten zawód twórczy, gdzie autor jest najbardziej oderwany od swoich odbiorców. To oczywiście wynika z samej natury tego zajęcia. Zarówno pisanie, jak i czytanie to zajęcia wybitnie indywidualne. Wymagające skupienia. Spokoju. Pewnej alienacji. Twórca nie ma szans, żeby zobaczyć reakcję odbiorców. Czytelnik rzadko kiedy może przekazać pisarzowi swoje uczucia w trakcie lektury. Brakuje tej bezpośredniej relacji. Tego, co aktor ma występując przed widownią w teatrze, muzyk podczas koncertu czy malarz podczas wernisażu.
Znowu wychodzi na to, że się skarżę. Tymczasem piszę ten felieton z optymistycznym nastawieniem. Bo jest maj (chociaż dość paskudny), a maj to ten miesiąc, kiedy właśnie mam jedną z najlepszych okazji w roku, żeby spotkać się czytelnikami. Najpierw na Warszawskich Targach Książki (gdzie zresztą po raz pierwszy będzie można kupić „Zombiego”), a później na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Cały ten przydługi wstęp miał uzasadniać, jak bardzo mnie to cieszy. Spotkania na linii pisarz – odbiorca, to ten moment, kiedy dwa doświadczenia indywidualne (pisanie i czytanie) mają szansę zmienić się w doświadczenie zespołowe. Wreszcie mogę poznać ludzi, którzy sięgają po moje książki. I to nie via zimny ekran komputera, ale osobiście, oko w oko. Chwilę porozmawiać. Wymienić uwagi. Często zaskakujące, świeże i niezwykłe. Których w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Spojrzeć na to co napisałem z odmiennej perspektywy. Usłyszeć o ulubionych scenach, dialogach, bohaterach. Rozwiać wątpliwości lub zasiać nowe (bo to też się zdarza) Albo po prostu – poznać ludzi. Pamiętam czytelnika, który dopytywał się, dlaczego bohaterowie moich książek (i polskich kryminałów w ogóle) mają takie dziwne nazwiska. Przyznam, że nie potrafiłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Innego, z którym wdałem się w interesującą pogawędkę o komiksowych nowościach. Panią, której co roku we Wrocławiu podpisuję swoją kolejną książką, którą ona potem daje córce w prezencie. I wielu, wielu innych.
Zazwyczaj to wszystko trwa góra kilka minut. W sprzyjających warunkach. Podpis na książce. Wymiana kilka słów. Uśmiech. Czasami zdjęcie i uścisk dłoni. Życzenia powodzenia. Nie wiem, co te spotkania znaczą dla czytelników, ale wiem, co znaczą dla mnie.
Że warto było poświęcić te dwanaście miesięcy.
Wojciech Chmielarz
-
„Gdy zabraknie pszczół, to na jabłka i pomidory pozwolą sobie tylko najbogatsi”
Na tegorocznym Festiwalu „Apostrof” będziecie mieli możliwość spotkania się z Mają Lunde oraz Davidem Goulsonem. Autorami książek: „Historia pszczół” i „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Jak w ogóle rozróżnić jedno od drugiego, czy możliwe jest życie bez pszczół i dlaczego trzmiele mogą przypominać małego szczeniaczka? I dlaczego na pomidory i jabłka może być stać za jakiś czas tylko najbogatszych? O tym wszystkim rozmawiam z Łukaszem Przybyłem, który jest założycielem Pasieki Edukacyjnej „Skrzydlaci przyjaciele”, działającej w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie. Owady zapylające to jego pasja, co widać w poniższym wywiadzie.
Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że dożyjemy świata bez pszczół, jak w książce Mai Lunde, gdzie w 2098 roku w Chinach ludzie muszą zapylać ręcznie drzewa owocowe?
Nie wyobrażam sobie takich czasów. Tak naprawdę, jeszcze kilka lat temu przez głowę mi nie przechodziło, że taka sytuacja jest w ogóle możliwa. Dopiero film „Łowcy miodu” oraz książka Mai Lunde dały mi wyobrażenie takiego świata. Co najgorsze, sytuacja opisująca w książce rok 2098 jest ponurą rzeczywistością już teraz w powiecie Hanyuan w Chińskim Syczuanie. Od kilku lat plantacje grusz są zapylane ręcznie przez robotników, ponieważ na skutek skażenia środowiska wyginęły wszystkie owady zapylające, a ich przywrócenie do środowiska nie przynosi skutku. Niestety i u nas, w Europie, z każdą zimą sytuacja staje się coraz trudniejsza. Co roku ponosimy coraz większe straty rodzin pszczelich i nie wydaje się, aby sytuacja ta się poprawiała. Nie jest wprawdzie tak źle jak w USA, ale coraz większa ekspansja osiedli mieszkaniowych, unowocześnianie rolnictwa, czy uprawy monokulturowe przyczyniają się do wymierania owadów zapylających również w Polsce. Nie wydaje mi się, aby cały Świat był w stanie „przestawić się” jak Chińczycy na zapylanie drzew miotełkami. Jeśli, nie daj Boże, przyjdzie nam dożyć takich czasów, to większość znanych nam warzyw i owoców przestanie istnieć lub będzie ekskluzywnym rarytasem dla bogaczy. Tak jak teraz trufle są nieosiągalnym przysmakiem, tak samo stanie się z pomidorami, gruszkami, jabłkami, wiśniami, dynią, cukinią i setkami innych roślin. Niestety, bez owadów zapylających ich uprawa stanie się niemożliwa lub nieopłacalna.
Do czego w ogóle potrzebne nam są pszczoły?
Dla większości z nas pszczoła kojarzy się wyłącznie z miodem. Jednak tak naprawdę jest to tylko „słodki dodatek” do wykonywanej przez pszczoły pracy. W wielu krajach zachodnich, głównym źródłem przychodu pszczelarzy jest praca pszczół na rzecz zapylania upraw. U nas niestety króluje jeszcze przekonanie, że to pszczelarz powinien „odwdzięczyć się” rolnikowi za możliwość zapylenia jego sadu. Jednak sytuacja ta zmieni się w przeciągu kilkunastu następnych lat, kiedy nastąpi „wymiana pokoleniowa” zarówno wśród pszczelarzy, jak i rolników. Biorąc pod uwagę rolę pszczelarstwa w gospodarce, według badań z roku 2013 w krajach Unii Europejskiej, sam wzrost plonów będący efektem zapylania przez pszczoły to 22 miliardy euro rocznie. A jest to rezultat samego zapylania roślin, nie wliczając w to sprzedaży produktów pszczelich. Stanowi to bardzo istotną gałąź gospodarki w wielu krajach. Pszczoła w tak dużym państwie jak Niemcy stanowi trzecie najistotniejsze zwierzę użytkowe, tuż za krową i świnią. W Polsce produkcja samego miodu wynosi około 15 tysięcy ton rocznie, a liczbę rodzin pszczelich w 2016 roku szacowano na ok 1,4 miliona. Mówimy tu tylko o samej pszczole miodnej. Miód oraz inne produkty pszczele, są bezcennymi produktami leczniczymi. Praktycznie niemożliwe jest ich zastąpienie jakimikolwiek środkami farmakologicznymi, czy suplementami diety. Reklamowane na prawo i lewo cudowne pastylki na poprawę odporności nie mogą równać się z miodem, pyłkiem pszczelim czy pierzgą. Pomimo zaawansowanej technologii nie sądzę, aby kiedykolwiek człowiekowi udało się wyprodukować syntetyczne zamienniki tych produktów.

www.unsplash.com/Dominik Scythe Już za kilka dni w Warszawie pojawi się zarówno Maja Lunde od „Historii pszczół”, jak i David Goulson, autor książki „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Można na pierwszy rzut oka rozróżnić pszczołę od trzmiela?
Tak. Pszczoły i trzmiele są bardzo łatwe do rozróżnienia. Niestety, powszechnie mylimy trzmiele, nazywając je błędnie „bąkami”. Trzmiele to duże, pękate i włochate pszczoły. W rzeczywistości pszczoła miodna oraz trzmiel należą do tej samej rodziny pszczołowatych, jednak różnią się zasadniczo wyglądem, zachowaniem oraz sposobem rozmnażania. Zarówno trzmiel, jak i pszczoła miodna są łagodne i atakują tylko w ostateczności w obronie własnego życia lub życia rodziny. Trzmiele latają powoli i głośno. Znana anegdota mówi, że trzmiel nie powinien latać, bo powierzchnia jego skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy ciała, jednak trzmiel o tym nie wie. Albert Einstein powiedział kiedyś: „gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Sam lot trzmiela doczekał się nawet „upamiętnienia” w znanym akcie opery rosyjskiego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa „Bajka o carze Sałtanie”.
Pszczołami zajmujesz się na co dzień. Jakie to są owady, jaki mają „charakter”, co je denerwuje, co lubią?
Pszczoły to niesamowite i fascynujące stworzenia. Nawet pszczelarze z 30 letnim doświadczeniem są nadal pod wrażeniem ich pracowitości i perfekcji we wszystkim co robią. Zaglądnięcie do ula jest swojego rodzaju hipnozą. Można bezustannie przyglądać się perfekcyjnie pracującym woszczarkom, budującym woskowe plastry, czy też świcie pszczelej karmiącej i czyszczącej pszczelą królową.
Dla osoby przyzwyczajonej do pracy z pszczołami jest to zajęcie bardzo relaksujące, a jednocześnie bezpieczne. Odpowiednio obchodząc się z nimi można bez obaw pracować bez jakiegokolwiek nakrycia głowy, rękawic, czy też nawet w krótkim rękawku. Dopóki nie rozdrażnimy rodziny gwałtownym ruchem, stuknięciem w ul, strąceniem pszczół z ramki, czy też zgnieceniem jednej z nich, do tego czasu możemy pracować powoli i spokojnie, bez dodatkowych zabezpieczeń. Czasem wystarczy jednak jeden nieuważny ruch, aby rozzłościć rój. Warto wtedy mieć w zanadrzu kapelusz pszczelarski oraz podkurzacz do odymienia. Najczęściej dochodzi do użądlenia tylko w przypadku zgniecenia pszczoły. Same z siebie niechętnie atakują człowieka, ponieważ wiedzą, że oznacza to dla nich koniec życia. Pszczoła na końcu żądła ma haczyki, które wbijając się w skórę powodują jego wyrwanie z ciała owada, a następnie śmierć. Łagodne zachowanie nie jest jednak ich stałą cechą. Stopień agresji zależy czasem od pogody, pory roku, ilości posiadanych zapasów czy też aktualnej liczby kwitnących roślin, a co za tym idzie, ich stopnia „zapracowania”. Pszczoły nie lubią intensywnych zapachów np. perfum, alkoholu czy też potu. Zachowują się zdecydowanie bardziej agresywnie np. przed nadchodzącą burzą, czy też późną jesienią. W samym sezonie pszczelarskim, kiedy wszystkie owady zajęte są pracą, możemy bez obaw otworzyć ul, wyciągnąć ramkę, a pszczoły jak gdyby nigdy nic nadal czyszczą komórki plastra, produkują wosk, wykonują taniec pszczeli, karmią się nawzajem, czyszczą, a czasem nawet matka nadal składa jaja, nie zwracając na nas uwagi. Pszczoły lubią przede wszystkim cukier. Owady i kwiaty miliony lat temu w cudowny sposób „dogadały się” ze sobą. My wam damy słodki nektar, a wy będziecie nas zapylać. W ten sposób u pszczół i trzmieli wykształciły się charakterystyczne włoski na ciele, które mają sprawić, że pyłek będzie przyczepiał się do ich ciała. W zamian za tą przysługę pszczoły korzystają z produkowanego w kwiatach nektaru, który znoszą do ula i produkują przepyszny miód. Oczywiście nie robią tego, ponieważ są tak miłe produkując go dla człowieka. Miód jest ich zapasem pokarmu niezbędnym do rozwoju rodziny w trakcie całego roku, a przede wszystkim pozwalającym przetrwać zimę. Wbrew powszechnej opinii pszczoły nie śpią w zimie, tylko nadal są aktywne i przez cały ten okres kłębią się ogrzewając matkę i siebie nawzajem. W tym czasie zjadają zgromadzony zapas pokarmu. Pszczelarz grabiąc pszczoły z miodu podaje im w zamian syrop na bazie cukru. W ten sposób pszczelarze i pszczoły współpracują od stuleci.

Łukasz Przybył, fot: archiwum prywatne David Goulson napisał o swojej fascynacji trzmielami tak: „zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”. Podzielasz te spostrzeżenia?
Jest w tym dużo prawdy. Rzeczywiście, o pszczołach wiemy sporo. Opiekujemy się nimi w ulach, dokładnie znamy ich zachowanie, wiemy jak o nie zadbać, jak wyhodować własną pszczelą matkę. Powszechne są ule obserwacyjne, w których przez szybkę możemy podziwiać pszczelą pracę. O trzmielach wiemy jednak bardzo mało. Widzimy je – niestety coraz rzadziej – jak kołyszą się w ogrodzie latając od kwiatka do kwiatka. Nie wiemy jednak gdzie mieszkają, jak się rozmnażają, co lubią i nie potrafimy sprawić, aby na stałe zadomowiły się w naszym ogrodzie. Tak naprawdę dopiero książka „Żądła rządzą” rozjaśniła mi wiele spraw dotyczących ich zachowania, czy miejsc budowania gniazda. W przeciwieństwie do pszczoły, trzmiele wydają się milutkie i puszyste. Z racji swojego pękatego wyglądu i ociężałego zachowania przypominają mi czasem niezdarnego małego szczeniaczka.
Mamy coraz większą świadomość tego, jak ważne są dla nas pszczoły?
Ku naszej radości stale rośnie zainteresowanie ideą zrównoważonego rozwoju w dużych firmach. Niektóre korporacje coraz śmielej starają uczynić coś pozytywnego dla środowiska. W ten sposób po raz pierwszy zetknęliśmy się z tematem pszczelarstwa miejskiego. Na wzór zachodnich stolic, paryskiej opery, czy Katedry Notre Dame, również w Katowicach firma Unilever postanowiła postawić na dachu swojego biurowca pierwszą na Śląsku pasiekę miejską. Jest mi bardzo miło, że postanowiła uczynić to przy udziale moim oraz firmy Pszczelarium. W ten sposób od ponad roku opiekuję się dwoma ulami stojącymi 300 metrów od katowickiego Spodka, a niebawem planujemy dostawienie kolejnych dwóch. Dobry przykład wzięły również kolejne firmy w naszej aglomeracji, które postanowiły przyczynić się do rozwoju pszczelarstwa miejskiego. Niebawem minie pierwsza rocznica postawienia pasieki miejskiej na Żeliwnej 38 w Katowicach, gdzie niepozorny teren przylegający do biurowców kryje za drzewami sad, łąki oraz dwa tereny Rodzinnych Ogródków Działkowych. Jestem pewny, że w najbliższym czasie kolejne firmy skorzystają z naszych usług, a pszczelarstwo miejskie na Śląsku będzie się szybko rozwijać.
-
„Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii”. Jaume Cabre w rozmowie ze smakksiazki.pl
Kataloński pisarz opowiada o tym, co dla niego ważne, czyli o swojej małej ojczyźnie, muzyce i literaturze. Mówi, że wena do niego nie zagląda, a także wyjaśnia, co znajduje się na okładce polskiego wydania „Cienia eunucha”. Przeczytajcie wywiad z Jaume Cabre, a potem sięgnijcie po jego książki. Wszystkie. Warto.
Pochodzę z Górnego Śląska, gdzie część środowisk, podobnie jak w Katalonii dąży nie tyle do niepodległości, co do autonomii. Widzi Pan więcej punktów stycznych?
Katalonia nie jest wyjątkiem. Wiele narodów wybiło się na niepodległość. Parę przykładów, tylko z Europy, z XX wieku: Norwegia, Estonia, Łotwa, Litwa, Chorwacja, Słowenia, Czarnogóra, Kosowo, Macedonia, Czechy, Słowacja itd… A co dopiero, gdybyśmy wzięli pod uwagę resztę świata! Wszystkie narody mają prawo decydować o swoim losie. Stany Zjednoczone nie istniałyby, gdyby nie wypowiedziały posłuszeństwa Koronie Brytyjskiej. Wszystkie kraje latynoskie decydują o sobie dlatego, że postanowiły uniezależnić się od Hiszpanii…
Bardzo utożsamia się Pan Katalonią, regionem, kulturą, językiem. Widzi Pan jakąś realnie dającą się przewidzieć datę, kiedy Katalonia wyniesie się na niepodległość?
Kiedy? Nie mam pojęcia. Oby jak najszybciej. Wiele osób nad tym pracuje. Nie da się przewidzieć konkretnej daty.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że „czytelnik jest inteligentny, czytelnik jest ciekawy, czytelnik szuka zaczepki”. Przy każdej kolejnej książce coraz trudniej czytelnika „zaczepić”?
Coraz trudniej. Ale się nie poddaję…
W Pana książkach bardzo dużą rolę, żeby nie powiedzieć wiodącą rolę odgrywa muzyka. Czego Jaume Cabré słucha na co dzień?
Słucham bardzo dużo i bardzo różnej muzyki. Teraz na przykład, zastanawiając się nad Pańskimi pytaniami, słuchałem sonaty na skrzypce i fortepian Brahmsa (pierwszej), w wykonaniu skrzypaczki Kai Danczowskiej i pianistki Mai Nosowskiej. Coś niesamowitego. Znakomite solistki!
W swoich książkach porusza Pan trudne tematy. Korupcja sądowa („Jaśnie Pan”), niezdolność do wybaczania („Głosy Pamano”). Trudno znaleźć tematy do swoich książek, czy tylko się Pan rozgląda i wyłapuje to, co akurat mu pasuje do koncepcji?
I jedno, i drugie: obserwuję rzeczywistość i wsłuchuję się w siebie, czy poczuję wewnętrzny przymus, czy dany temat osobiście mnie porusza. A przede wszystkim muszę znaleźć postać, która mi pozwoli rozwinąć opowieść. Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii czy ich skrawków, a na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli przyprowadzają mi w prezencie swoich znajomych, i znów każdy z nich ma w zanadrzu swoją opowieść… To ciężka praca. Natomiast całkowicie obce jest mi coś takiego jak natchnienie, inspiracja… Nie znam tej damy; ona do mnie nie zagląda.
W Polsce właśnie ukazał się „Cienia Eunucha”, w którym przedstawia Pan człowieka, który ma problemy z kobietami, z napisaniem książki, z działalnością w opozycji, z pogodzeniem się z historią. Czytelnik powinien Miquelowi Gensanie współczuć?
Nie sądzę. Wystarczy okazać mu nieco empatii, spróbować go zrozumieć. Na to liczę. Wielu z nas, nie wyłączając moich czytelników, przeszło w życiu niejedną traumę, czy to z powodów politycznych, społecznych czy osobistych, ale przecież nie użalamy się nad sobą: jest jeszcze tyle do zrobienia, że szkoda czasu na rozpamiętywanie trudnych chwil.
Historia domu, w którym obecnie znajduje się restauracja, do której zaproszony jest Miguel, to wytwór Pana wyobraźni, czy takie przekształcenie rzeczywiście miało miejsce?
Zainspirowała mnie opowieść kogoś, kto sam przeżył podobne doświadczenie – dom rodzinny zamieniony w restaurację. Opisany w powieści dom położony jest w odległości pięciu minut spacerkiem od mojego obecnego mieszkania. Zresztą czytelnik może go sobie dokładnie obejrzeć, bo wydawcy umieścili reprodukcję zdjęcia na okładce. Tylko że ten prawdziwy nazywa się dom Torrella, a nie Gensana… Ale to tylko punkt wyjścia powieści. Cała reszta opisanych w niej wydarzeń jest zmyślona i tylko inkrustowana moim własnym doświadczeniem oraz przeżyciami przyjaciół i znajomych.
Przez część krytyków, to właśnie „Cień eunucha” jest uznawana za Pana najlepszą książkę. Zgada się Pan z tym?
Ja sam nie mogę dzielić swoich powieści na „lepsze” i „gorsze”. Każda z nich kosztowała mnie wiele trudu i każda ma prawo wieść żywot spokojny, nie stresując się tym, że oto autor umieścił ją w jakimś rankingu. Oczywiście wiem, że jedni czytelnicy wolą tę powieść, a inni zakochują się w tamtej… I dobrze. Nic mi do czytelniczych preferencji. Nie mam prawa się wtrącać.
Jak we wszystkich książkach, tutaj też nie brakuje historii. Kiwa Pan niejako palcem wobec młodszych pokoleń, mówiąc: pamiętajcie, co stało się za dyktatury Franco? Trzeba o tym przypominać?
To bardzo ważne, żebyśmy nie tracili pamięci o przeszłości. Nie tylko ważne; to kwestia zasadnicza. Jako jednostki i jako społeczeństwo musimy znać naszą historię i umieć wyciągać z niej wnioski. I przede wszystkim unikać banalizacji wszystkich tych tragicznych wydarzeń, skutków wojny, dyktatury i konfliktów. Wojna i powojenne represje pozostawiają blizny; zmuszają do refleksji całe społeczeństwo i każdego człowieka – w jakich okolicznościach powstały te rany, na czym polegają i dlaczego nie wolno o nich zapomnieć.
W innym z wywiadów powiedział Pan, że w Polsce czuje się jak w domu. Co się Panu najbardziej w Polsce podoba?
Długo by wymieniać: zaczynając od ludzi, bardzo gościnnych, przynajmniej tych, których poznałem, zainteresowanych kulturą. Podoba mi się krajobraz. Kiedy się jedzie pociągiem, można docenić, jaka Polska jest piękna. Mówię na podstawie fragmentarycznych obserwacji, a to tylko kropla w morzut! Byłem zaledwie na południu, w Krakowie i okolicach, w Warszawie i nad Bałtykiem – w Gdyni, Gdańsku i w Sopocie. Niewiele, prawda? Myślę o waszej historii, o trudnych przejściach, kiedy Polska praktycznie przestała istnieć, o machinacjach potężnych sąsiadów… Ale przetrwaliście. A w tych dziedzinach, które są mi najbliższe, takich jak sztuka, muzyka czy literatura, naprawdę macie się czym pochwalić. Tu ludzie się znają na kulturze w ogóle, a na literaturze w szczególności.
Muszę też przyznać, że między innymi dlatego tak dobrze się czuję w Polsce, że spotkało mnie tu życzliwe przyjęcie przez czytelników, ich zainteresowanie i szacunek. Jestem im za to bardzo wdzięczny.
Co w wolnych chwilach (o ile takie są) czyta Jaume Cabré?
Z wiekiem każda czynność zajmuje mi coraz więcej czasu. Jednak mimo to nie przestaję czytać. Najczęściej wracam do swoich ulubionych wierszy. Czytam też najrozmaitsze powieści. I eseje, jeśli zaintryguje mnie temat. Słucham muzyki, co też jest rodzajem lektury… Tyle że brak mi cierpliwości. Kiedy byłem młodszy, nie odkładałem książki, nawet jeśli wydawała się nudna… Teraz jest inaczej; jestem niecierpliwy, czuję upływ czasu!
Czytając czyjąś książkę, pomyślał Pan chociaż raz: „o, szkoda, że nie ja to wymyśliłem”?
O tak, nie raz i nie dwa. Ale z natury nie jestem zawistnikiem (a przynajmniej się staram), więc natychmiast odwracam sytuację i myślę sobie „świetny pomysł, wspaniale, że ktoś na to wpadł!”. A przede wszystkim czuję się szczęśliwy, kiedy trafi mi się książka, od której nie mogę się oderwać i żałuję, że kiedyś musi się skończyć.
Tłumaczyła Anna Sawicka
-
„Ciągle lecę ku słońcu, ale wszyscy znamy los Ikara”. Rozmówka z Łukaszem Orbitowskim [wideo].
O nominacji do Nagrody NIKE, o najnowszej książce, o pisaniu, o telewizji. Praktycznie o wszystkim. Zapraszam do obejrzenia rozmowy z Łukaszem Orbitowskim.


















