Tag: wspomnienie Wandy Chotomskiej

  • „Pożegnanie z Mistrzynią”. Barbara Gawryluk wspomina Wandę Chotomską

    Najczęstsze pytanie, które zadają mi różni ludzie wiedząc, że spotykałyśmy się w ostatnich latach? Jaka była Wanda Chotomska? A ja próbuję na nie odpowiedzieć i ciągle nie znajduję dobrych słów. Bo Wanda Chotomska była kolorowa, nietuzinkowa, wyjątkowa, niejednoznaczna, skomplikowana i porywająca.

    Znam na przykład bibliotekarki, które się jej bały. Była stanowcza, nieprzejednana, ostra – ale w kontaktach z dorosłymi. Nie lubiła sztampy, sztuczności, akademii i spotkań ku czci. Wolała zatańczyć, zaśpiewać, zarapować i wprowadzić w nastrój zabawy dziecięcą publiczność. Bo dzieci traktowała bardzo serio, co zresztą jest cechą wszystkich największych twórców literatury dla najmłodszych. „Czy trzeba lubić dzieci, żeby dla nich tworzyć?” – zadałam jej najprostsze pytanie. „Właściwie trzeba postawić znak równości między dziećmi a ludźmi.” – odparła bez zastanowienia. „Czy ja wszystkich ludzi lubię? No nie. Natomiast jeśli chodzi o dzieci, to na pewno jest więcej tych, które lubię, niż tych, których nie lubię. A z ludźmi to nie wiem, jak by było”.

    Wanda Chotomska, fot: www.smakksiazki.pl

    My, autorzy tworzący dla dzieci, pamiętamy ją przede wszystkim ze wspólnych wypraw do czytelników, festiwali, kiermaszy, konkursów. Opowiadamy anegdoty ze wspólnych podróży, wiele z nich przeszło do historii, jak choćby te o pasji słynnej poetki do szmateksów i gotowości bibliotekarek do towarzyszenia jej w zakupach. Nazwisko Chotomska ułatwiało nam zresztą życie w różnych sytuacjach, obojętne, czy to był mandat, miejsce w zatłoczonym pociągu, czy ciemny chleb podobno nie do zdobycia w małym miasteczku. Mylona z Konopnicką czy Kownacką zawsze zamieniała to w teatralną scenkę. Była naszą mistrzynią, podpatrywaliśmy jak prowadzi spotkania autorskie, jak radzi sobie z setką niespokojnych łobuziaków, jak poskramia urzędników i decydentów. Kiedy przychodził czas autografów i dedykacji spokojnie w kącie popijaliśmy kawę obserwując długie kolejki ustawiające się do Wandy Chotomskiej. Postawiła nam wszystkim poprzeczkę bardzo wysoko, trudno będzie teraz podtrzymać ten poziom.

    Na moją propozycję napisania wywiadu rzeki i wydania go w formie książkowej zareagowała najpierw nieufnie. Nie bardzo wierzyła chyba we mnie, w to że będę pokonywać trasę Kraków – Warszawa kilka razy w miesiącu, żeby na godzinę, dwie usiąść w jej salonie i powspominać, porozmawiać, podrążyć tematy, które mnie interesowały. Godzinę, dwie, bo na dłużej nie miała siły. Nie dawała tego po sobie poznać, trzymała fason, była zawsze perfekcyjnie przygotowana, ale organizm sam dawał znać, że już dość. Zaczynały się mylić daty, nazwiska, trudno było o szczegóły. W to, że nam się uda, uwierzyła po dobrych kilku miesiącach i wtedy wstąpiła w nią nowa energia. Zaczęło się przeszukiwanie półek, szuflad, komody i pawlacza. Odnajdywałyśmy bezcenne skarby, dokumenty, fotografie, listy, rękopisy, szkolne zeszyty, to wszystko, o czym sama zapomniała. Mała zapisana kartka nagle otwierała klapkę pamięci, stary pożółkły artykuł w gazecie uruchamiał wspomnienia. To były nasze najpiękniejsze wspólne chwile.

    Barbara Gawryluk z Wandą Chotomską, fot: smakksiazki.pl

    Kilka razy wezwała mnie telefonicznie z dnia na dzień. Choroba powracała nagłymi atakami, bała się, że nie zdążymy, a teraz już jej naprawdę zależało, żeby książka się ukazała. Ostatnie podpisy pod zdjęcia nanosiłyśmy na dwie godziny przed kolejną wizytą w szpitalu. Teraz otwieram naszą książkę, czytam jak są celne, zabawne, często rymowane. A przecież była chora, cierpiąca. Wanda wiedziała, że czeka ją operacja, ból nie dawał spać od kilku nocy. A ja obawiałam się, że nie zdąży tej książki wziąć do rąk.

    Ale jeszcze raz pokonała chorobę i mogłam do niej przyjechać z pachnącą drukiem książką i z prośbą o dedykację. W tym najważniejszym dla mnie egzemplarzu napisała” „Najmilszej współautorce, którą znają wszystkie linie kolejowe na trasie Kraków – Warszawa – Kraków (…)”.

    Trasę Kraków – Warszawa pokonuję oczywiście nadal bardzo często. I łapię się na tym, że chcę z prosto z Dworca Centralnego pobiec na przystanek autobusowy i pojechać w kierunku Tamki. Trudno uwierzyć, że Wanda tam już na mnie nie czeka.

    Barbara Gawryluk

  • „Traktować dzieci jak pełnoprawnych odbiorców literatury”. Ludzie pióra wspominają Wandę Chotomską

    Gdyby umarła za lat dziesięć, też byśmy powiedzieli: „przykro, mogła jeszcze pożyć”. Jednak już nie żyje. Wanda Chotomska nie napisze już bajki, nie udzieli wywiadu, nie podpisze książki. Jak wspominają Panią Wandę ludzie kultury? Przeczytajcie.

    Barbara Gawryluk, autorka biografii Wandy Chotomskiej:

    Spędziłam z Wandą wiele godzin. Rozmawiałyśmy, wspominałyśmy, grzebałyśmy w zapomnianych dokumentach, zdjęciach, tekstach. Śmiałyśmy się, wzruszały, czasem dziwiły. Tak powstawała książka „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia”. Tak mi smutno, że nie powstanie już żaden rozdział, że wspólnie nie odkopiemy starego wierszyka albo zadziwiającego listu czy zapisanej na skrawku papieru anegdoty. Ale są wiersze Wandy Chotomskiej. Teraz czas na czytanie.

    Marcin Wroński, pisarz:

    Podrabianie wierszy Wandy Chotomskiej na przełomie wieków przez kilka lat było moim etatowym zajęciem, gdy pracowałem w wydawnictwie dla dzieci. Troje albo i czworo fałszerzy literackich siadało nad zadanym obrazkiem i staraliśmy się sklecić możliwie nieżenującą rymowankę. „Mnie raz wydrukowano w Świerszczyku”, powiedziała koleżanka. Mnie drukowały wówczas wyłącznie artziny, więc wolałem się nie odzywać, tylko usilnie rymować. Było już dobrze po osiemnastej, kiedy przyszedł szef i znowu pokazał nam Chotomską: „Jesteście wszyscy po polonistyce, no to co w tym trudnego?”. Sam był po filozofii, więc teoretycznie wszystko wiedział. Jednak wyrzucić nas i zadzwonić do Chotomskiej jakoś nie miał śmiałości.

    prof. Małgorzata Omilanowska, była minister kultury i dziedzictwa narodowego:

    Twórczość dla dzieci jest wciąż nie wystarczająco doceniana, a dorobek Wandy Chotomskiejj jest najlepszym dowodem na to, źe to wielka i ważna literatura kształtująca pokolenia Polaków. Dowcip, nienachalna dydaktyka, świetne operowanie słowem a przede wszystkim umiejętność trafienia z przekazem do niesłychanie wymagającego odbiorcy stanowiły o sile Jej pisarstwa. Czytać ją będą kolejne pokolenia bo umiała mówic o rzeczach ważnych dla malców z godnością i bez zbędnego infantylizmu.

    Sylwia Chutnik, pisarka:

    Pani Wanda dzwoniła do mnie czasem. uważała, że jestem młodym pokoleniem pisarzy, którym chce się zmieniać świat. Ona też chciała, ale coraz rzadziej potrafiła na to znaleźć siły. Walczyła o ulicę imienia Mirona Białoszewskiego. Pracowała z nim w jednej redakcji, wspólnie tworzyli wiersze czy piosenki podpisując się „Wanda Miron”. Chciała, abym włączyła się w działania grupy przyjaciół poety. Kiedy jedna z radnych Warszawy obraziła się na mnie za jakiś felieton właśnie w tej sprawie, to pani Wanda dzwoniła ze wsparciem. „Miron musi mieć swoje miejsce”, powtarzała.
    Dzwoniła również zaniepokojona planami dotyczącymi Powiśla i rejonów Tamki, przy której mieszkała. Przy okazji opowiadała mi o początkach Jacka i Agatki i o tym, jak wymyśliła Dzień Dziadka.
    Miałam przyjemność polecać na okładce jej biografie autorstwa Barbary Gawryluk. Napisałam wtedy: „Pani Wanda – nie tylko utalentowana, ale jeszcze zabawna i ciepła. Kochająca Warszawę i rymowanie. Zbierająca laurki, kwiatki, stare listy i zdjęcia. Podróżująca wzdłuż i wszerz, aby zachęcić dzieci do czytania. Instytucja Chotomska jak nic!” Podziwiałam ją za energię. W jednym z reportaży an jej temat otworzyła nogą drzwi od windy. Potem próbowałam to sama zrobić, ale ledwo mi się udało. Jest z nami nadal córka pani Wandy – Ewa. Niezapomniana Ciotka Klotka z Tik Taka i poetka. Kontynuuje misję swojej mamy: traktować dzieci jak pełnoprawnych odbiorców literatury.

    Wanda Chotomska, fot: www.smakksiazki.pl

    Tomasz Kowalski, pisarz:

    Będąc starzejącym się już mężczyzną, coraz częściej zapadam na dziwną chorobę, polegającą na zaszywaniu się we własnych wspomnieniach. Czym ta przypadłość się objawia? No, głównie tym, że bez przerwy i z premedytacją idealizuję przeszłość. Dzieciństwo, spędzone w PRL-u, wydaje się nagle o wiele bardziej kolorowe i przyjemne, niż widzą to dzisiejsi, młodzi patrioci. Lody były wtedy lepsze niż dzisiaj, oranżada słodsza od Coca-Coli, a Coca-Cola z lat siedemdziesiątych, to było naprawdę „TO”. Ludzie byli rzecz jasna milsi, słońce jaśniejsze, a dziadek siedzący na placu zabaw, nie był podejrzany. Wiadomo, koloryzuję, fałszuję faktyczny obraz komuny, ponieważ tęsknota za młodością potrafi zrobić z garbu cnotę. Myśląc jednak o twórczości Wandy Chotomskiej, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że będąc dzieckiem w latach siedemdziesiątych, miałem wyjątkową możliwość kształtowania swojej wrażliwości w oparciu o najlepsze wzorce. I to jest niezaprzeczalny fakt. Tego właśnie mogą mi pozazdrościć dzisiejsi dziesięciolatkowie. Nie chcę mówić tylko o twórczości Wandy Chotomskiej, której wartość artystyczna i edukacyjna dla młodego czytelnika, była i jest w dalszym ciągu bezdyskusyjna. Ale takie książki jak: „Krakowiaczek”, „Moja babcia gra na trąbie” czy „Dziesięć bałwanków” to dla mnie również obrazy. Pojawia się tytuł, a ja od razu widzę okładkę. Książki Wandy Chotomskiej ilustrowali bowiem najlepsi – Maria Uszacka, Edward Lutczyn czy Jerzy Srokowski. W ten sposób, ówcześni wydawcy, którzy nie szli na ekonomiczne półśrodki, wręczali dzieciom w szkołach i przedszkolach prawdziwe dzieła sztuki, zarówno z dziedziny literatury, jak i sztuk pięknych. Wielcy twórcy, poeci, pisarze, artyści tworzący dla dzieci, to był – moim zdaniem – jeden z nielicznych, jasnych i wartościowych elementów życia w PRL. I tu raczej nie idealizuję.

    Agata Napiórska, pisarka:

    Wanda Chotomska nie żałowała gościom dowcipnych anegdotek oraz wafelków w czekoladzie i owocowych galaretek. Poza książkami, na których się wychowałam, zapamiętam na zawsze Jej mądrość, uśmiech i poradę jak w plastikowych butelkach przywozić z podróży rośliny. Dziękuję, Pani Wando!

    Magdalena Grzebałkowska, pisarka:

    Bardzo ją kochałam. Moja córka w zeszłym roku była laureatką w konkursie międzynarodowym Wandy Chotomskiej (była w jury) na opowiadanie. Bardzo mi przykro, ze umarła.

    Marta Guzowska, pisarka:

    Dobranocka w czasach, kiedy w telewizji nie było nic innego wartego oglądania… Książki na półce, te same w każdym domu… Mówią, że kiedy coś się kończy, coś się zaczyna, ale ze śmiercią Wandy Chotomskiej skończyło się coś wielkiego.

    Łukasz Wojtusik, dziennikarz kulturalny Radia TOK FM:

    Wandę Chotomską znałem jak każdy, z historii, wierszy, opowieści. Przyjrzałem się jej bliżej dzięki książce Barbary Gawryluk. Chotomska traktowała dzieci serio, byli partnerami do dyskusji, nie uciekała przez swoimi czytelnikami, potrafiła okiełznać ich ciekawość, ponieważ sama była ich ciekawa. I szczera.