Tag: „Zombie”

  • „Na początku nęcę czytelnika, ale to powieść pułapka”

    Początek jest zabawny, uśmiechom nie ma końca, ale czym dalej w lekturę, tym coraz więcej grozy. To chyba najbardziej publicystyczna książka Jacka Dehnela. Z grobów wstają zombie, a w Polsce nie za bardzo wiemy, jak sobie z nimi poradzić. Czy przysługują im prawa wyborcze? Czy jeśli zmartwychwstał biskup, to ten urzędujący powinien abdykować? Jak uporządkować wycieczki z całego świata, których uczestnicy chcą koniecznie zrobić selfie z zombiakiem? W głowie czytelnika budzą się wszelakie demony, ale to słusznie, bo żyjemy przecież w Polsce 2019 roku, więc sami wiemy, co mamy za oknem. Z Jackiem Dehnelem rozmawiam trochę o polityce, trochę o micie, że jesteśmy narodem wybranym oraz nęceniu czytelnika i zostawianiu mu miodu, żeby jednak za nim podążył. Dokąd? Sprawdźcie sami i sięgnijcie po „Ale z naszymi umarłymi”.

     

  • „W szkole nikt mi nie kradł kanapek, ale kilka złotych musiałem pożyczyć”. Wywiad z Wojciechem Chmielarzem.

    Za kilka dni może sięgnąć po Nagrodę Wielkiego Kalibru drugi raz w swojej karierze. Mocno się zdziwię, jeśli za rok nie dostanie jej za książkę „Zombi”, która dziś ma swoją premierę. Polski Jo Nesbo zabiera swoich czytelników w mroczną podróż pośród ludzkich pragnień i namiętności. Najnowsza książka pisarza z Gliwic jest brudna, oblepi Was całych i nie da się zmyć jeszcze przez kilka tygodni po przeczytaniu. Zazdroszczę, że lektura dopiero przed Wami. Drodzy Państwo, przed Wami Wojciech Chmielarz.

    Co robiłeś w szkole żeby zaimponować koleżankom?

    (Śmiech) Musiałbyś spytać o to moje koleżanki. Chociaż raczej nie będą miały wiele do opowiedzenia. Wydaje mi się, że byłem bardzo kiepski w tych sprawach. Nie do końca wiem, jak to się stało, że jestem żonaty.

    Może dlatego, że niektóre rzeczy dzieją się same.

    Tak bywa, jakaś chemia, uczucie. Nigdy nie byłem dobrym podrywaczem.

    Z „Zombiego” wynika, że z miłością i męska dumą nie ma żartów.

    Zdecydowanie tak. Nie tylko z męską, ale też z dumą jako taką w ogóle. Taką bardzo silną, która sprawia, że niektórzy potrafią latami chować urazę i żal. Rozmyślać o nim niemal codziennie. Rozkoszować się własnym gniewem. Aż dochodzi się do punktu, w którym wystarcza mała iskra, żeby nastąpił wybuch.

    Dwadzieścia lat to dużo czy mało? Pytam, bo właśnie po tylu latach wracają do bohaterów „Zombiego” sprawy z ich młodości.

    Wraz z upływem czasu myślę, że coraz mniej. Kiedyś dziesięć lat wydawało mi się bardzo długim okresem, a teraz zdaję sobie sprawę, że to było bardzo krótko.

    Korciło Cię żeby napisać alternatywną wersję książki? Bo przyznasz, że w „Zombim” jest strasznie dużo hipotetyzowania i gdybania. Przecież, gdyby ktoś czegoś nie widział, albo zareagował w inny sposób, to losy bohaterów byłyby zupełnie inne.

    To też jest sprawa, która mnie fascynuje. Jak ważne są dla nas te fantazje na temat, co by było gdyby. Jak bardzo te wizje potrafią nas z jednej strony ratować, a z drugiej zatruwać. Ta książka jest też trochę o pamięci i o tym, jak bardzo wbrew pozorom plastyczne są wspomnienia.

    O pamięci, to raz. A dwa, że zdarzają się przypadki, kiedy przypisujemy sobie czyjeś zasługi, a w przypadku Twojej książki, winy.

    To jest akurat przykład skrajny, ale bez trudu możemy wymyślić takie, które dotyczą właściwie każdego z nas. Człowiek ma bowiem zaskakującą zdolność do samooszukiwania się. A równocześnie nie potrafi skonfrontować się z własnymi błędami. Powiedzieć, nawet nie publicznie, ale samemu sobie, że coś się zrobiło nie tak. Zamiast tego, stosujemy mechanizm wyparcia, obarczamy winą kogoś innego, byle tylko nie myśleć o sobie źle. Jakby przyznanie się do własnej niedoskonałości, zagrażało naszej integralności. Fundamentom, na których zbudowaliśmy swój własny obraz i własne życia.

    Wojciech Chmielarz

    Miałeś w szkole Korsarza? Ktoś Ci zabierał Ci kanapki?

    Nie, nie było kogoś takiego. Natomiast wiesz, ja chodziłem do takiej szkoły, gdzie – właśnie teraz pytanie na ile to wyolbrzymiam we wspomnieniach – w której było dużo dzieciaków, mających różne problemy wychowawcze. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że oni zawsze lądowali w mojej klasie. Znowu, mam wrażenie, że zawsze miałem z nimi dobre kontakty. Kanapek więc nikt mi nie kradł, ale faktycznie, dochodziło do takich niby wymuszeń. Podchodził kolega i pytał się, czy mam pożyczyć jakieś drobne. Oczywiście, nie było mowy o oddaniu tych pieniędzy. Czasami mówiłem, że mam. Czasami mówiłem, że nie mam.

    Korsarz to jest jeden z tych bohaterów, który pozostaje w pamięci na długo. Bardzo mi się podobało porównanie go do Erica Cartmana z kreskówki South Park.

    Jak się dowiemy z książki, to to porównanie nie jest do końca prawdziwe. Postać Korsarza nie jest jednak budowana na prawdziwych osobach, a raczej na legendach, które otaczały kolegów ze szkoły i z osiedla. A tych było mnóstwo. Ktoś miał dźgnąć własnego ojca nożem. Ktoś inny zorganizować włamanie do własnego domu. Pamiętam, że był na w mojej dzielnicy facet, którego wszyscy się bali. Opowiadali o nim różne straszne historie związane z przemocą, nadużywaniem alkoholu, narkotyków itd. Ja z nim kiedyś z jakiegoś powodu zacząłem grać w koszykówkę. Najpierw ze sporymi obawami. Czekałem, kiedy facet przyłoży mi z łokcia albo spróbuje ukraść piłkę. Ale do niczego takiego nie doszło. Właściwie to miło go wspominam.

    Z punktu widzenia pisarza, łatwo jest się cofnąć o dwadzieścia lat i pisać o tym co się działo w dziewięćdziesiątym szóstym roku? Wiesz, musisz sprawdzać jaki kolor miał wtedy ten a ten budynek, jaka muzyka leciała w radiu.

    Miałem nadzieję, że to wszystko pamiętam, ale aż takich szczegółów nie sprawdzałem. Nie bez przyczyny większość akcji dzieje się w lesie. Drzewa są zawsze zielone.

    Śląsk jest wdzięcznym miejscem do zabójstw?

    Oj cholernie. Nawet tłumaczę w książce, dlaczego. Trzy miliony mieszkańców, kilkanaście miast w aglomeracji. Każde o innym charakterze, różne problemy społeczne. Specyficzna historia Górnego Śląska, tradycje górnicze, cały folklor z tym związany. Ale też współczesność. Niesamowite zderzenie nowoczesności z tradycją przemysłową. W jednym miejscu w biurowcu pracownicy tworzą zaawansowane oprogramowanie, które potem jest sprzedawane na całym świecie, a ledwie dwadzieścia kilometrów dalej górnicy zjeżdżają do kopalni, tak jak to robili ich przodkowie sto lat temu. Jasne. Dzisiaj z lepszym sprzętem, ale to dalej jest ta sama znojna, ciężka robota.

    Jaki jest Twój stosunek do relacji śląsko-zagłębiowskich? Jest postać, która mówi, że wybudowałaby na granicy mur jak Trump od Meksyku.

    To właśnie taki twardy Ślązak z dziada na pradziada. Moja rodzina natomiast trafiła tutaj po wojnie. I to nawet nie z kresów wschodnich, ale z Mazowsza z jednej strony i Częstochowy z drugiej. Dlatego nie mam tego stereotypowego podejścia do Zagłębia. Rozumiem różnice historyczne i w związku z tym pewne różnice folklorystyczne. Chociaż sam zawsze protestuję, kiedy ktoś mówi coś w stylu „na Śląsku w Sosnowcu”!

    Masz jakiegoś swojego ulubionego bohatera z „Zombie”?

    Ulubionego to może nie, ale podoba mi się ten duet – detektyw Dawid z prokuratorem Górnikiem. Jest między nimi mnóstwo napięć. Wrogości, a równocześnie coś co można by nazwać patologiczną przyjaźnią.

    Ta książka też jest o toksycznych relacjach damsko-męskich. Rozumiem, że to zabieg celowy, żeby nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Problemy uczuciowe przekładają się na życie zawodowe, chociaż u Górnika jest chyba na odwrót.

    Zastanawiam się, które tam związki określasz jako toksyczne. Bo małżeństwo Górnika do takich nie należy. Przynajmniej ja tak tego nie widzę. W toku akcji faktycznie tam się psuje wiele rzeczy. Przede wszystkim z jego winy. Ale ten związek był oparty na zdrowych fundamentach.

    Relacja Wolskiego z Martą jest toksyczna.

    No, dobra. Tutaj masz rację. Ale to jest dwójka bardzo zagubionych osób, które próbują się nawzajem ratować, ale sobie szkodzą. Szczególnie Dawid w stosunku do Marty. Chociaż on się strasznie stara. Ale po prostu jest coś w jego charakterze, jakaś skaza, która sprawia, że ten jego egoizm zawsze bierze górę.

     Relacja Karoliny z Górnikiem też jest w pewien sposób toksyczna.

    Tak. Ale z zupełnie innych przyczyn.

    To jest tak, że stawiasz kropkę i już nic się nie wydarzy, czy jeszcze tę historie da się w jakiś sposób pociągnąć?

    Nie, nie będzie już ciągu dalszego. Natomiast to co pozostaje do napisania, to jest opowieść o Dawidzie. Co się stało z Igą i dlaczego on się zmienił w takiego człowieka jakim jest obecnie. I to jest materiał na jeszcze jedną powieść.

    www.unsplash.com/david clarke

     

    Nie wiedziałem, że jesteś aż takim fanem piłki nożnej.

    Bo Mistrzostwa Europy w ’96 grają w „Zombim” bardzo ważną rolę? Fakt. Na nich opiera się jeden z większych zwrotów akcji. To zresztą jeden z moich ulubionych motywów w tej książce. Jestem szczególnie dumny z tego, że ten wątek zaistniał już w „Wampirze”. Nawet przez chwilę miałem ochotę, żeby nie powtarzać tych wszystkich informacji w „Zombie”. Natomiast dla pewnej jasności przekazu zdecydowałem się to zrobić.

    Reprezentacja Hiszpanii też odgrywa ważną rolę.

    Nie współczesna, tylko ta złota z Mistrzostw Europy 2008, z Mistrzostw Świata 2010, potem polsko – ukraińskie Euro. Świetna drużyna. Chociaż ja wolę takie grające bardziej siłowo. Agresywnie.

    A komu kibicowałeś w meczu Czechy – Niemcy w 1996?

    Czechom. Prawie wszyscy kibicowali wtedy Czechom. Bo to było coś niesamowitego. Pamiętasz, nasza reprezentacja wtedy nic nie potrafiła zrobić. Jak potem w październiku 96′ Citko strzelił Anglikom gola na Wembley to prawie został bohaterem narodowym, chociaż myśmy przecież ten mecz przegrali! I to do tego były tylko eliminacje MŚ. A tu proszę, przyjeżdżają Czesi i docierają do finału Euro. Przez kilkanaście minut nawet w nim prowadzili.

    Poruszasz też wątek dworca kolejowego w Katowicach. Jednym się podoba, innym nie, Twoi bohaterowie też są podzieleni.

    Uważam, że to co zrobiono ze starym dworcem, jego zniszczenie, dewastacja, to jest barbarzyństwo. Nie rozumiem tej decyzji. Nie rozumiem, jak można było zniszczyć tak piękny i tak ważny budynek. Moim zdaniem trzeba go było gruntownie odnowić, może przebudować wnętrza. Tak jak mówią moi bohaterowie – było w Katowicach coś wyjątkowego. Teraz jest to samo, co wszędzie indziej. To centrum handlowe przecież nie różni się prawie niczym od Złotych Tarasów w Warszawie. Chociaż Dworzec Centralny w Warszawie udało się uratować.

    Na koniec chciałbym Cię zapytać, choć może powinienem od tego zacząć. Czy czujesz się dumny, że wyprowadziłeś czytelników w pole? I to w takie pole, że będziesz szukał tych czytelników pewnie przez miesiąc zanim z tego pola wrócą po przeczytaniu.

    Mam nadzieję, że masz rację. Jeśli mi się udało, to faktycznie jestem dumny. Natomiast wiesz, w tej książce są ważniejsze rzeczy niż sama intryga. Nosiłem się z myślą o napisaniu „Zombiego” od trzech lat. A sama historia w różnych wariacjach chodziła za mną od co najmniej dziesięciu. Zresztą „Wampira” napisałem tylko po to, żeby przygotować grunt pod „Zombi”. Chciałem zapoznać czytelników z bohaterami, realiami. Sprawdzić, jak to będzie działać. Te dwie opowieści, pomimo tego że oczywiście można je czytać osobno, są ze sobą mocno związane. Przenikają się na kilku poziomach. Wątek zaginięcia Filipa Korsarskiego pojawia się przecież po raz pierwszy już w „Wampirze”.

    Teraz musisz odpocząć, czy pracujesz dalej i już coś piszesz?

    Teraz powstaje kolejny Mortka. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda nam się go opublikować. Zamknąć tę historię, którą rozpocząłem już cztery książki wcześniej w „Podpalaczu”.

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz